W naszej zdzieciniałej i infantylnej epoce disneyizacja (pokuśmy się o taki neologizm) stała się zabiegiem tak powszechnym, że nikt już nie tylko nie odważa się tego kwestionować, ale nawet nie postrzega. Znakomitym tego przykładem jest Phascolarctos cinereus, czyli koala, który z wyglądu przypomina pluszowego misia, ale w istocie jest to gatunek torbacza, jak kangury. Żyje we wschodniej Australii i żywi się jedynie liścmi i pędami eukaliptusów. Nie wszystkich zresztą, wybiera zaledwie kilkanaście wśród 400 odmian, które tam rosną, ale jego absolutnie największym przysmakiem są liście i pędy pięciu gatunków, gatunków, które zawierają substancje eteryczne i toksyczne, trujące dla innych zwierząt. Zjada więc to, czego nie może nikt inny. Jego dzienna porcja to około 1,5 kg liści i pędów eukaliptusa, co jest równoznaczne z taką dawką trucizny, która podobno byłaby w stanie zabić 50 ludzi. Eukaliptus zawiera pewne ilości cyjanku potasu – koale nauczyły się jednak „odtruwać” je w swoim przewodzie pokarmowym. Pożywiając się trucizną, nie musiały „martwić” się o pożywienie, lecz obecnie, gdy lasy eukaliptusowe są wycinane i niszczone, koale mogą pewnego dnia umrzeć z głodu. Stare i sprawdzone prawo – gatunki najlepiej przystosowane giną najszybciej. Wąska specjalizacja jest często bronią obosieczną. Koala bywa zwykle przedstawiany jako misiaczek-przytulaczek, podczas gdy w rzeczywistości jest to ostatni gbur i skończone chamidło, który siedzi samotnie na drzewie i nigdy nie nawiązuje żadnych przyjaznych więzi. Czułość nie występuje wśród tych „przytulaczków”. Ich miłosne zaloty zaczynają się od ochrypłego gulgotu samca, który potem maltretuje swoją wybrankę niewybrednymi pieszczotami w postaci wściekłego gryzienia i drapania. Do tego dochodzi jego odrażający oddech wegana-truciznojada, a całość kończy się brutalnym seksem przypominającym gwałt.
Koala jest dobrym przykładem disneyizacji, ale żadnym wyjątkiem. Ten sam płaczliwy i skondensowany sentymentalizm przejawia się w przedstawianiu całego świata zwierzęcego. Myszki, kotki, chomiki, świnki, pieski, tygryski i wszystkie inne błazeństwa podlegają tej samej obróbce – mają rodziny, jedzą na śniadanie corn flakes, najchętniej Kellogga, czytają komiksy, chodzą do szkoły, grają w piłkę nożną i gry komputerowe, a nawet zakochują się i przeżywają ciężkie zawody miłosne. Nic dziwnego, że jakaś nastoletnia idiotka zostaje ciężko pogryziona i traci rękę, bo w czasie wizyty w ogrodzie zoologicznym przedostaje się do klatki z polarnymi niedźwiedziami, chcąc je tylko pogłaskać. Przecież misie są takie „słodkie” … czyż nie? I nic dziwnego, że produkujemy już kolejne pokolenie anemicznych weganów i wegetarianów ziejących na odległość źle strawionym chlorofilem – jak można zjadać świnkę, skoro ta nosi dżinsy Armaniego, adidasy i chodzi na lekcje religii?!
Czynimy zresztą postępy. Disneyizacja obejmuje coraz szersze kręgi. Temu samemu zabiegowi poddajemy także nasze uczucia i politykę. Jeszcze kilka lub – w najlepszym razie – kilkanaście lat i cała nasza europejska kultura w naszej zjednoczonej Europie będzie do złudzenia przypominać Disneyland z przewodniczącym Super Goofym zamiast Tuska.