Polska dziennikarka?

Roksana Matelska to podobno dziennikarka, polska dziennikarka. Swoje pierwsze kroki w mediach miała stawiać prowadząc audycje radiowe w Poznaniu, a potem współpracowała z „Gazetą Wyborczą” i serwisem Co Jest Grane.

Rzeczywiście należałoby zapytać: co jest właściwie grane? R. Matelska opublikowała bowiem w którymś z serwisów internetowych tekst w którym łaskawie przypomina nam, że Czesław Miłosz został nagrodzony za swoją twórczość Noblem i, że choć zmarł 21 lat temu to jego twórczość cieszy się wciąż „niesłabnącą popularnością”. I w tym miejscu polska dziennikarka odkrywczo informuje nas, że „Czesław Miłosz wcale się nie urodził w Polsce”. Dalej wyjaśnia, że przyszedł na świat 30 czerwca 1911 roku w Szetejniach, a więc na terenach Wielkiego Księstwa Litewskiego, w wielokulturowym i tolerancyjnym miejscu, i że to ważne, by wiedzieć, skąd pochodził Czesław Miłosz, bowiem – jak pisze – Dziś i wtedy nie była to Polska”.

Dziś i wtedy nie była to Polska … Podejrzewam, że ta „polska dziennikarka” albo wcale nie jest polską dziennikarką albo luki w jej edukacji są większe niż leje, powstające po bombach typu GBU-57 MOP. W miejscach, które dziś i wtedy nie były już Polską, urodzili się także Mickiewicz, Słowacki, Orzeszkowa, Wańkowicz, Konwicki, Herbert, Lem, Fredro i setki innych polskich twórców i wszyscy oni, jakimś dziwnym trafem, pisali w języku polskim i o Polsce. Zastanawiam się, czy ta „polska dziennikarka” będzie w stanie kiedykolwiek zrozumieć ten paradoks.

Wolna wola

Wybuchy wulkanów, trzęsienia ziemi, powodzie, lawiny śnieżne, tsunami, huragany i cyklony nie działają na zasadzie moralności czy w ramach moralności. Materia nieożywiona nie powoduje się moralnością. My tak – my ponosimy odpowiedzialność niemal za każdy nasz gest i to jest to, co nas najpełniej odróżnia od materii nieożywionej. Można więc wzorem Libeta i jemu podobnych dzielić włos na czworo i triumfalnie obwieszczać, że wolna wola nie istnieje, bo poruszenie palcem następuje 200 ms po podjęciu przez badanego świadomej decyzji o ruchu. Można. Lubimy degradować się do roli przedmiotu, bowiem zwalnia to nas z wszelkiej odpowiedzialności, ale niezależnie od tego, kiedy następuje poruszenie palcem to właśnie nasza wolna wola decyduje o tym, czy jesteśmy podmiotem czy przedmiotem tego, co dzieje się wokół nas.

Starość i improwizacja

Starość i improwizacja nie idą w parze. Improwizacja wymaga nie tylko odwagi, ale i przede wszystkim sił, a więc czegoś, czego starość raczej nie posiada w nadmiarze. Starość jest z konieczności zachowawcza, asekurancka, ostrożna, ergonomiczna, pragnie zaczarować świat w tym samym kształcie, chce, by rzeczy i pojęcia nie opuszczały swoich miejsc. Ludzie starzy wyhamowują czas. Zmiany, choćby były najdrobniejsze, przerażają ich, bowiem zmuszają do wysiłku na który już ich nie stać. Organizowanie rzeczywistości z każdym nowym dniem od nowa, od początku, jest procesem niszczycielsko kosztownym i wyczerpującym. Ludzie starzy są więc mimowolnymi strażnikami entropii. Świat podbijają chłopcy – na przykład Aleksander Macedoński.

Imperatyw maczugi

Wojny toczyliśmy od zawsze, od pierwszego sękatego kija, od pierwszego kamienia, pierwszej maczugi. To jedna z naszych najstarszych aktywności. Będzie nam towarzyszyć do końca, a jest możliwe, że będzie też naszą ostatnią aktywnością. Ktoś kiedyś powiedział, że konflikt na poziomie grupy stanowi zasadniczy element człowieczeństwa. Od dawien dawna zastanawialiśmy się nad przyczynami wojen, analizując ten fenomen na wszystkie możliwe sposoby i w konsekwencji zawsze dochodzimy do tego samego wniosku. U podłoża naszych konfliktów nigdy nie tkwi biologia. Jesteśmy tym samym gatunkiem, bez względu na to pod jakim niebem żyjemy. Konflikty między nami mają podłoże albo polityczne albo religijne. Czy świat byłby więc lepszy gdybyśmy wyeliminowali z naszego życia politykę i religię? Wiem, pytanie jest niedorzeczne. Nigdy z naszego życia nie usuniemy ani polityki ani religii. Polityka jest na poziomie społecznym kontynuacją prywatnego zdania, religia zinstytucjonalizowaną formą nadziei. Maczuga nie jest wyborem – jest przeznaczeniem.  

W sprawie niezbywalnych praw

Maja Ostaszewska, to polska aktorka, matka dwojga dzieci, miłośniczka zwierząt i buddystka, dzielnie walcząca o prawa człowieka i ochronę środowiska. Ta zacna osoba ogłosiła ostatnio w jakimś wywiadzie, że każdy człowiek ma prawo do szczęścia, zdrowia i bycia sobą. Pozornie myśl wydaje się być z wszech miar szlachetna i słuszna, ale tylko pozornie, niestety. W istocie twierdzenie to jest bełkotliwe, puste, kłamliwe i na domiar złego szkodliwe, bo naiwnych ludzi wprowadza w błąd pozwalając im wierzyć, że istotnie posiadają jakieś prawa.

W naturze nie istnieją żadne przyrodzone prawa. Nie mamy żadnych praw naturalnych, tak jak nie mają ich żyrafy, guźdzce czy króliki. Oczywiście, możemy sobie przyznać prawo do szczęścia, ale kto i w jaki sposób może nam zagwarantować owo szczęście? EU, Platforma Obywatelska, Kościół czy może osobiście premier Tusk? Na podobnej zasadzie możemy sobie przyznać prawo do bycia kochanym. Co jednak, jeżeli nikt nie będzie chciał nas kochać? Może zatrudnić kogoś przez pośrednictwo pracy? Albo może przydzielić kogoś drogą losowania? I tak samo jest z prawem do zdrowia, bycia sobą, prawem do wolności, prawem do pracy, prawem do godności, prawem do nauki, prawem do głosowania, prawem do bezpieczeństwa, do dobrego życia i tysiącem innych, „niezbywalnych praw”, na które ludzie powołują się obecnie przy każdej okazji.

Tymczasem prawdą jest, że nie mamy żadnych praw, a raczej mamy tylko te, które ktoś łaskawie zechce nam dać – kochając nas, dając nam pracę, przyznając nam wolność, umożliwiając naukę czy dając nam prawo do głosowania. Na pewno nie jest to jednak prawo do szczęścia, zdrowia i bycia sobą. Dzięki takim natchnionym osobom jak Maja Ostaszewska wierzymy, że je posiadamy i coraz częściej uzurpujemy sobie prawo do tego, by nadawać różne prawa także innym stworzeniom zamieszkującym tę planetę, zwierzętom, ptakom, rybom czy owadom. Tymczasem tym, co naprawdę istnieje są jedynie zdolności i cechy. Ptaki nie latają dlatego, że mają prawo latać, ale dlatego, że mają skrzydła, jak ktoś słusznie zauważył.

Hej, hej sokoły

Rusłan Szoszyn, ukraiński politolog, w artykule opublikowanym wczoraj przez Interię, o decyzji uhonorowania morderców z UPA: Ukraina nie będzie podejmowała decyzji politycznych czy pisała swojej historii po myśli Polski. Sytuacja mocno się zmieniła. Jeżeli to komuś się nie podoba, to trudno, ale naszą historię będą pisali w Kijowie, a nie w Warszawie.  Z nieskrywanej arogancji i buty tych słów wynika, że Ukraina była dotychczas czystą kartą, że nie miała żadnej historii, ale teraz będzie ją mieć i historia ta będzie pisana w Kijowie.

Już dziś łatwo więc przewidzieć, jaka to będzie historia i jeżeli po tak jednoznacznej deklaracji Polakom jeszcze nie zapaliły się czerwone światła alarmu, to wkrótce będzie już za późno. Może już jest za późno.

Aneks: W polityce obowiązuje ta sama zasada, co w naszych osobistych relacjach z innymi ludźmi – jeżeli nie potrafisz wzbudzić w innych ludziach szacunku dla twego życia i twoich przekonań, nikt nie będzie cię szanował.  

Przypadek

Ani w całej ludzkiej historii ani w naszym prywatnym życiu nie ma ani cienia zamysłu, sensu, ciągłości, konsekwencji, świadomego dążenia czy ładu. Wojny i czasy pokoju, dobre uczynki i zbrodnie, podłość i szlachetność, współczucie i obojętność, muzea i więzienia, prawa moralne i bezprawie, wielkie odkrycia i wynalazki, to, co pożyteczne i to, co wyniszczające, to, co określamy mianem dobra i to, co nazywamy złem, wszystkie nasze idee, religie, doktryny społeczne i polityczne – bez  względu na to, jakie dorobimy do nich motywacje i jak bardzo szczytne przypiszemy im cele – wszystko to jest wyłącznie loterią, dziełem przypadku, wynikiem zbiegów okoliczności. Dobro i zło w naszym świecie mają wspólny mianownik – przypadek. Penicylina, koło, gilotyna i elektryczność pochodzą z tego samego źródła. Wszystkie nasze płody, również te, którymi szczycimy się uznając je za wybitne osiągnięcia, są dziełem przypadku. Nigdy świadomie nie budowaliśmy naszej egzystencji ani naszej rzeczywistości. Otrzymaliśmy niewiarygodny dar – rozum, zdolność antycypacji przyszłości i nigdy nie dorośliśmy do tego, by tę zawrotną szansę wykorzystać.

Jedynym w miarę świadomym przejawem naszej działalności jest sztuka. Tylko w niej objawia się niekiedy zamysł, cel i sens.  

Niemiecka pamięć

Prezydent Niemiec w przemówieniu z okazji 75 rocznicy ponownego utworzenia Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Berlinie powiedział, że „nasza polityka zagraniczna nie stanie się bardziej przekonująca, jeśli nie nazwiemy łamania prawa międzynarodowego łamaniem prawa międzynarodowego”. Ta wojna jest sprzeczna z prawem międzynarodowym, nie ma co do tego wątpliwości. Miał na myśli, co łatwo odgadnąć, działania wojenne wobec Iranu, największej po Rosji terrorystycznej organizacji na świecie.

Bardzo lubię, gdy Niemcy bełkoczą coś o przestrzeganiu praw międzynarodowych. Jest to naród, który ma fenomenalnie selektywną i krótką pamięć – podejrzewam, że nawet guźdzce, ssaki z rodziny świniowatych, uchodzące za zwierzęta o skrajnie krótkiej, kilkusekundowej pamięci, przy Niemcach mogłyby uchodzić za wyjątkowo dobrze obdarzone w tym względzie. Szkoda, że Max-Planck-Gesellschaft zur Förderung der Wissenschaften jak dotychczas nie podjął żadnych badań na ten temat.

Typajon

Przy drodze do Olimpii znajduje się wzniesienie o nazwie Typajon. Leży w odległości dwóch kilometrów na południowy wschód od ruin Olimpii, bywa określane jako klif i jest podobno widoczne z terenu wykopalisk. Kiedyś miało dość wysokie i strome zbocza. Zgodnie z prawem Elejczyków każda kobieta przyłapana w Olimpii podczas igrzysk, miała być stracona przez zrzucenie jej właśnie z tego miejsca – poza dziewicami, których zakaz uczestnictwa w zawodach nie dotyczył. Typajon ma więc nieco ponurą sławę, chociaż absolutnie niezasłużenie, bowiem kroniki nie odnotowują ani jednego przypadku wykonania tej kary. Nic tego nie potwierdza, może poza legendą o Kallipateirze, która podobno przebrana za trenera przedostała się na stadion, by zobaczyć występ swego syna. Jednak i jej, ze względu na wielkie sportowe zasługi jej rodziny, darowano życie.

Zawsze chciałem wspiąć się na Typajon, tyle razy byłem w Olimpii, tak blisko, prawie na rzut kamieniem, i nigdy tam nie dotarłem. Co sprawia, że tak konsekwentnie omijamy miejsca do których pragniemy dotrzeć?

Ogień i uczucia

Każdy pożar jest mniejszą czy większą katastrofą. Często bywa również tragedią, ale – choć brzmi to może paradoksalnie – jednym z pierwszych etapów opanowania ognia jest umiejętność wzniecania pożaru. Panujemy nad ogniem dopiero wtedy, gdy umiemy już nim manipulować.

Identycznie jest z naszymi uczuciami, które często mają moc równie niszczycielską jak ogień. Pierwszym etapem panowania nad nimi jest umiejętność ich wzbudzania – dopiero potem uczymy się nimi manipulować.

Lokalna zbrodnia na Ukrainie

Edward Prus, „Legenda Kresów”, Wrocław 1995: „Bojówka czoty UPA otoczyła dom, w którym znajdowała się rodzina składająca się z 18-letniej córki, jej matki i dziadka. Dziewczyna skłoniła dziadka, by ukrył się w kuchni, w piecu chlebowym, sama zaś z matką ukryła się na strychu. Mołojcy z Ukraińskiej Powstańczej Armii dopadli je na strychu, zwlekli do kuchni, zdarli z nich odzienie, przybili dłonie matki do futryny drzwi i na jej oczach kolejno gwałcili jej córkę. Następnie obcinali członki ciała dziewczyny i rozwieszali je na ścianach, na świętych obrazach. Krwią z ofiary napisali na ścianie „śmierć Lachom”. Po zamordowaniu dziewczyny zabrali się do umęczenia jej matki, zadali jej, jak później stwierdzono 66 pchnięć nożem, tak aby długo cierpiała. Obecności dziadka w piecu chlebowym nie odkryli, stąd ta szczegółowa relacja.”

Ołeksandr Ałfiorow, szef ukraińskiego IPN, wydał w tym miesiącu oświadczenie w którym nazywa tragedię wołyńską „jedną z państwotwórczych narracji Polski”. Dodał też, że „dla większości Ukraińców zbrodnia wołyńska to tylko lokalny epizod historii, ponieważ miała miejsce wyłącznie na Wołyniu”. Ten „lokalny epizod historii” w najokrutniejszy sposób pozbawił życia ponad 100 tys. ludzi. Czy „lokalna” zbrodnia przestaje być zbrodnią? Czy posługując się tego typu rozumowaniem mamy też uznać, że rosyjska zbrodnia w Buczy z polskiego punktu widzenia jest jedynie pozbawionym znaczenia „lokalnym epizodem historii”?

Schinus peruwiański

H. Sienkiewicz w swoich wspomnieniach z pobytu w Atenach pisze: „Wjeżdżałem do miasta koło Akropolu i Olimpijonu, przez bulwar panhelleński, który jest jedną zieloną wstęgą. Pieprzowe drzewa, o jasno-zielonych delikatnych listkach, przypominają wierzby płaczące i nadają tej drodze wiosenny, majowy pozór”. I w innym miejscu: „Główna droga idzie do dworca kolei, leżącego na końcu ulicy Hermesa, ale w pobliżu miasta powóz skręca na prawo i wjeżdżamy na bulwar, wysadzany pieprzowemi drzewami”.

Wymienione wyżej drzewa pieprzowe istotnie można spotkać w Grecji, zwłaszcza w Atenach, jako drzewo ozdobne, ale przede wszystkim zacieniające. Jest to gatunek znany jako Schinus peruwiński (Schinus molle), często określany jako „fałszywe drzewo pieprzowe”. Są to zimozielone drzewa o płaczącym pokroju (istotnie przypominającym naszą wierzbę), osiągające do 10-15 metrów wysokości. Wiosną kwitną na biało i żółto, a jesienią pojawiają się na nich charakterystyczne małe, czerwono-różowe owoce. Liście, jak i owoce wydzielają po roztarciu dość intensywny, pieprzowy aromat. Owoce te są źródłem tzw. różowego pieprzu. Drzewa pieprzowe preferują słoneczne miejsca i są odporne na suszę, co czyni je idealnymi dla klimatu greckiego. Schinus peruwiański jest traktowany w Grecji jako neofit.

Bizantyjski socrealizm

Nigdy nie byłem i nadal nie jestem w stanie zachwycić się sztuką bizantyjską i nie rozumiem tych, których ona zachwyca. Odstręcza mnie jej schematyzm i żałosne ubóstwo przedstawień. Postacie rozrysowane są na nienaturalnie płaskich przestrzeniach, całkowicie pozbawionych głębi i perspektywy – wszystko to czyni tę sztukę zgrzebną, par excellence prymitywną, a tym samym kompletnie nieinteresującą. Ikony, ikony, ikony, nie oszukujmy się – ikony posiadały charakter głównie religijny i polityczny, a nie estetyczny. Były wyrazem oficjalnej propagandy zwycięskiej religii, ich zadaniem była gloryfikacja życia „świętego” oraz wspieranie nowego chrześcijańskiego ładu. Ikony, ich ograniczona i płytka tematyka, to przejaw tego samego zjawiska, które wiele wieków później pojawiło się w postaci realizmu socjalistycznego.  

Łóżka i sny

Każdy okręt ma swoją wyporność. Wypornością łóżek jest ilość zawartych w nich snów. Są łóżka o małej wyporności snów i są wśród nich wielotysięczniki. Przy zakupie łóżek należy więc pamiętać, że siła wyporu jest równa objętości wypieranych snów, przy czym panuje tu zasada odwrotności. Łóżka o dużej wyporności snów wypierają duże ich ilości, przez co łatwiej i stabilniej jest utrzymać się na ich powierzchni, ale wykorzystają znaczną objętość i przez to wyczerpują się szybciej. Z tych samych powodów nie należy też łóżek dzielić z kimś innym – ilość snów wyczerpuje się w dwójnasób. Wtedy leżymy na łóżku jak na olbrzymiej tratwie, która dryfuje po bezkresach martwych snów, unoszona przez nigdy niekończącą się bezsenność.  

Meczet pod Wawelem

Islamska fundacja Al-Fadżr rozpoczęła publiczną zbiórkę pieniędzy na budowę przy ul. Dworskiej  w Krakowie meczetu. Jak zwykle przeciwnicy tej inicjatywy protestują, a tzw. liberałowie argumentują, że wszystkie religie są równoprawne. Czy rzeczywiście wszystkie religie są równe, a tym bardziej równoprawne? Żyjemy w demokracji, jakakolwiek ona jest, a sensem politycznym demokracji jest samorządzenie. Aby to mogło być realne, potrzebna jest pewna grupa ludzi, którą łączą wspólne interesy i wspólne sprawy do rozwiązania, potrzebna jest więc wspólnota celów i interesów. Jednak w momencie, gdy w jakiejkolwiek wspólnocie pojawiają się muzułmanie, znikają wspólne interesy i wspólne cele. Muzułmanie mają własne interesy i własne cele i są one absolutnie niekompatybilne, nie do pogodzenia z interesami tych, którzy do muzułmańskiej społeczności nie przynależą. Europejczycy, a tym i Polacy, wydają się nie wiedzieć lub nie chcą wiedzieć, że islam jest systemem społecznym opartym na religii, a ta nie uznaje żadnych kompromisów. Islamu zmienić nie można, a więc wszystko inne musi być zmienione w islam. W niektórych krajach Europy już o tym wiedzą, w innych ledwo przeczuwają, ale mleko już się rozlało, procesu nie da się zatrzymać, Europejczycy zastawili na samych siebie dość prymitywną, ale wysoce skuteczną pułapkę. Rozwiązaniem byłby może Charles Martel, albo choćby Sobieski, ale takie rzeczy raczej nie zdarzają się dwa razy w tej samej opowieści.

Grzeczność

Za przejaw grzeczności uważa się niewykonywanie żadnego śpiesznego gestu – uwaga ta, pochodząca z kręgów japońskich mistrzów ikebany, jest kwintesencją prostego w istocie ciągu myślowego. Gesty „śpieszne”, niezależnie od bodźca, który je prowokuje, sprawiają zawsze wrażenie nieco nerwowych, wtórnie kojarząc się nawet z łapczywością lub zachłannością, a te cechy zdecydowanie nie plasują się wśród synonimów słowa „grzeczność”. Raczej przeciwnie. A więc, umiejętność powstrzymywania się od gestów śpiesznych z całą pewnością może być uznana za przejaw grzeczności.  

Rok 476

Kazimierz Morawski o Imperium Rzymskim z przełomu V i VI wieku: Wśród łoskotu walącego się świata jedni bawili się na zabój, aby zagłuszyć w sobie wszelkie wyrzuty, czy strachy; inni z obojętnością bezkrwistą marnieli w gruzach. Inni znowu uciekali od świata ginącego, w którym czuli się obcymi i który za obcy sobie ogłaszali, aby w odosobnieniu lub pustelni pędzić życie. Klasztory i anachoretyzm zaczęły w piątym wieku krzewić się na dobre. Rok 476 pogrzebał i usunął zachodnie państwo i obdarł ostatecznie z tylowiecznego znaczenia dawną stolicę świata.

Nasz świat

Jesteśmy przekonani, że my i nasi współcześni – nawet gdy dzieli nas status, wykształcenie czy społeczna pozycja – żyjemy jednak dokładnie w tej samej rzeczywistości, w tych samych czasach. To wydaje się oczywiste, aczkolwiek wcale takie nie jest. Prawdą jest, że w każdym społeczeństwie funkcjonuje wiele różnych światów, które – mimo że istnieją paralelnie – nie  spotykają się nigdy i nigdy na siebie nie zachodzą. Dobrze ilustruje to Aldous Huxley w swoim eseju o filozofie Maine de Biran, który nie tylko uchodził za wielkiego miłośnika muzyki, ale i był nim w istocie. W tej samej epoce żył i tworzył Mozart, starszy od de Birana o dziewięć lat oraz Beethoven, o cztery lata od niego młodszy, a mimo tego de Biran w swoich pamiętnikach ani razu nie wymienia żadnego z tych nazwisk. W jego świecie ludzie ci po prostu nie istnieli. W pamiętnikach najciekawsze jest więc może nie tyle to, co w nich jest, co to, czego w nich nie ma. To mówi więcej o naszym świecie. Teraz spróbuj sobie wyobrazić, jaki świat ujrzy ktoś, kto za dwieście czy trzysta lat będzie czytał twoje pamiętniki.

Przyzwoitość

Być może najtrwalszym i najsolidniejszym budulcem tego, co nazywamy cywilizacją jest po prostu przyzwoitość. Nie wszystkie nasze mniej czy bardziej fikcyjne prawa, niedorzeczne obowiązki, nie Kościół, nie religia, nie państwo, nie dekalogi – lecz przyzwoitość.

Sienkiewicz w Atenach

Henryk Sienkiewicz przebywał w Grecji jesienią 1887 roku. Jego pobyt w Atenach trwał zapewne tylko kilka dni, ale zaowocował wspomnieniami „Wycieczka do Aten”, które zostały opublikowane w 1889 roku w czasopiśmie „Niwa”. Poniższa fotografia przedstawia Ateny z widokiem na Akropol w roku 1890, ale w czasie, gdy dotarł tam Sienkiewicz musiały wyglądać bardzo podobnie (po lewej stronie fotografii widoczne są budynki Syntagmy):

Równina jest wązka. Po lewej ręce, w kierunku zatoki Eleuzyjskiej, widzisz góry Dafni i Poikilon, po prawej miodonośny Himetes i Pentelikon, który dziś jeszcze, jak i dawniej, dostarcza Atenom marmurów. Kraj wydaje się spalony słońcem, pusty, bezpłodny. Pola, wzgórza i skały mają ton popielaty, niezmiernie delikatny — z odcieniem nieco błękitnawym. Jest to barwa, w którą w Grecyi stapiają się wszystkie inne i przeważa ona wszędy — na wyspach, równie jak na lądzie. W pół drogi, lasek oliwny, zdaje się być także przytrzaśnięty mdławym popiołem. Nad tem wszystkiem zwiesza się błękit bez chmurki, nie tak modry, jak we Włoszech, natomiast, jak już wspomniałem, stokroć świetlistszy. Ziemia — niby podarta. Opoka wietrzeje, kruszy się i rozsypuje. Nadaje to całej okolicy pozór ruiny i pustki. Ale dobrze jej z tem. Do twarzy jej ta cisza i zgrzybiałość, te senne laski oliwne i bezpłodne skały. Główna droga idzie do dworca kolei, leżącego na końcu ulicy Hermesa, ale w pobliżu miasta powóz skręca na prawo i wjeżdżamy na bulwar, wysadzany pieprzowemi drzewami. Wówczas na stromej skale dostrzegasz szereg złotawych kolumn, połączonych wyszczerbionemi architrawami. Wszystko to rumiane od jutrzenki, rysujące się z nieopisaną słodyczą i czystością na niebie, niezbyt  wielkie w rozmiarze, wielkie nad wszelką miarę w harmonii, spokojne, poprostu: boskie. Drogman, siedzący na koźle, odwraca się i mówi: — Akropolis! Bliżej góry, na Ceramiku, wznosi się świątynia Tezeusza, stosunkowo najlepiej zachowana ze wszystkich pamiątek starożytnego świata. Potem, co krok, jakieś szczątki: mury pelazgickie, skały Pnyxu, grota Sokratesa i inne, wyglądające spośród skał czarnemi otworami na światło dzienne. Pod samą górą krawędź wiszaru zasłania linie Parthenonu; widzisz natomiast cały bezład ruin Odeonu Heroda i teatru Bachusa. Oko biega z jednego złamu na drugi; wyobraźnia pracuje, pragnąc odtworzyć ubiegłe życie; myśl nie może ogarnąć wszystkiego i mimowoli ograniczasz się do prostego przyjmowania wrażeń. Czujesz tylko, że tu naprawdę warto przyjechać, że tu nie będzie pobieżnego oglądania ruin z „Baedekierem“ w ręku i pragnieniem w duszy, by coprędzej wrócić do hotelu.

Panoptikon

Sir Samuel Bentham, konstruktor jednostek pływających, od roku 1780 zatrudniony przez Katarzynę Wielką do budowy dla Rosji okrętów wojennych, autor wielu nowatorskich wynalazków, w tym statku amfibijnego i barki przegubowej. Jego najsłynniejszym pomysłem był Panoptikon (greckie pan równa się wszystko, optikos to widzieć), projekt budynku fabrycznego, w którym świeżo osadzeni w Petersburgu mużycy mieli wydajniej pracować. Sir Samuel zrobił w Rosji prawdziwą karierę, walczył przeciwko Turkom, dowodził batalionem żołnierzy w operacjach na Syberii, był odpowiedzialnym za fabryki i warsztaty Potiomkina i właśnie wówczas, usiłując rozwiązać problemy związane z nadzorowaniem dużej siły roboczej, opracował zasadę centralnej inspekcji i zaprojektował Panoptikon. W sumie jednak projekt ten nigdy nie doczekał się realizacji, ani w Rosji ani w Anglii. W zapomnienie  jednak nie popadł.

Wydobył go z lamusa i próbował spopularyzować brat Samuela, Jeremy Bentham, filozof, słynny twórca utylitaryzmu, prawnik, ekonomista, reformator prawa i więziennictwa. I właśnie w ostatnim kontekście, reformy systemu penitencjarnego, projekt pojawia się ponownie, tym razem jako wizja więzienia w którym centralna wieża strażnicza umożliwia nieustanną i dyskretną obserwację osadzonych w nim osób. Budynek więzienia – w kształcie pierścienia podzielonego na cele skazańców, z wieżyczką strażniczą w środku – pomyślany był tak, by więźniowie nie mogli odgadnąć, czy i w którą stronę patrzą strażnicy, aby czuli się permanentnie obserwowani. W ten sposób byliby zmuszeni do ciągłej dyscypliny, stając się nijako strażnikami samych siebie. Ekonomiczny aspekt tej koncepcji był także nie bez znaczenia – stosunkowo niewielka liczba strażników mogła kontrolować dużą grupę więźniów. Bentham spędził około szesnastu lat życia na rozwijaniu i dopracowywaniu pomysłów dotyczących Panoptikonu, mając nadzieję, że rząd w końcu zaakceptuje jego plan utworzenia Narodowego Więzienia, a on zostanie mianowany wykonawcą-gubernatorem. Nigdy do tego nie doszło.

Jednak idea panoptikonu nie umarła razem z braćmi Bentham. Odżyła ponownie w naszym wieku i zyskała swoją absolutnie doskonałą formę. W dzisiejszym świecie panoptikum nie posiada murów, nie potrzebuje strażniczej wieży, obywa się bez skomplikowanych systemów żaluzji i weneckich luster. Panoptikum jest obecnie wszechogarniającym systemem kamer monitoringu, algorytmów, urządzeń mobilnych, kart lojalnościowych i milionami profili w mediach społecznościowych. Żyjemy w świecie „cyfrowego panoptykonu” – sieci nadzoru, która nie podlega żadnym fizycznym ograniczeniom, która działa globalnie, nieprzerwanie i bezbłędnie przez okrągłą dobę, dzień po dniu, przez całe nasze życie, już od momentu, gdy zostaniemy w niej zarejestrowani i do chwili naszego zgonu. Byung-Chul Han, pochodzący z Korei Południowej filozof i kulturoznawca uważa, że współczesny panoptikon spowodował, iż każdy z nas stał się jednocześnie obserwatorem i obserwowanym, strażnikiem i więźniem. Granica zatarła się, nie ma już podziału na to, co wewnątrz i na zewnątrz, żyjemy pod ciągłym nadzorem i tracimy wolność nie tylko za murami więzienia. Co więcej, obecnie my sami z własnej woli, niczym nie przymuszeni, z entuzjazmem podłączamy się do wciąż pęczniejącej sieci inwigilacji i kontroli, prosimy o takie podłączenia i ich więcej ich posiadamy tym bardziej jesteśmy z tego dumni.

Jose Lezama Lima pisał w „Wazach orfickich” o tym, że „przeróżne ciągi przyczynowe, łączone więzami ukrytymi, podskórnymi, mogą się zbliżać do siebie powodowane żądzą dotarcia do jednego celu”. Strumienie metafor nigdy nie wysychają, bo to „co zbieżne jest w marszu, zbiega się potem we wspólnym celu”: Samuel Bentham, panoptikum, projekt budynku fabrycznego, jego brat Jeremy Bentham, filozof, reformator więziennictwa, projekt więzienia, globalna sieć elektroniczna, Wide Area Network, raz wypuszczona strzała zawsze zmierza do celu, jakikolwiek on jest, a wszystko, co wyśnimy, prędzej czy później zaczyna żyć swoim własnym życiem i zdąża na spotkanie celów, które zawsze wykraczają poza nasze sny, jak pisałem kiedyś we wpisie Taoiści i proch.

Naturalny porządek rzeczy

Douglas Adams, pisarz s-f, zaproponował trzy reguły dotyczące naszych interakcji z technologią. Pierwsza głosi, że wszystko, co istnieje w świecie w chwili twoich narodzin, jest normalne i zwyczajne, stanowi naturalny element sposobu funkcjonowania świata. Druga, że wszystko, co zostało wynalezione w okresie w którym masz od 15 do 35 lat, jest ekscytujące i rewolucyjne, a ty dzięki temu możesz zrobić karierę. Trzecia, że wszystko, co zostaje wynalezione po ukończeniu przez ciebie 35 lat, sprzeciwia się naturalnemu porządkowi rzeczy.

Siedzę przy biurku, którego wysokość mogę swobodnie regulować, piszę na komputerze z działającą w tle przeglądarką internetową, połączoną z siecią wi-fi, w pobliżu mam drukarkę HP, która także działa w połączeniu z siecią internetową. Mógłbym jeszcze opowiedzieć o moim telefonie typu iPhone, który jest rodzajem uniwersalnej centrali łączącej mnie nie tylko z innymi ludźmi, bankami i  encyklopediami, ale i z wszelkiego typu instytucjami, których istnienia chwilami nawet nie domyślam się. I to wszystko zostało wynalezione po tym, jak ukończyłem 35 rok mego życia. A więc żyję otoczony rzeczami, które sprzeciwiają się naturalnemu porządkowi rzeczy. I żyję. Czy to nie dziwne?

Ciąża dzięcieliny białej

Wczoraj w Parlamencie Europejskim tzw. europosłowie poddali pod głosowanie poprawkę stwierdzającą, że tylko biologiczna kobieta może zajść w ciążę. 233 eurodeputowanych opowiedziało się przeciwko, 200 było za, a 107 dyskretnie wstrzymało się od głosu. Nie jest to ani fake ani żart prima aprilisowy – do kwietnia jeszcze daleko. Ponad połowa europosłów nie odważyła się potwierdzić biologicznego faktu, którego najlepszym dowodem jest ich własne istnienie. Ciąża kobiet nie jest ideologią. Ciąża kobiet nie jest propagandą. Ciąża kobiet nie jest doktryną. Ciąża kobiet nie jest koncepcją. Ciąża kobiet jest faktem. Większość europosłów przyszła jednak na świat przez zapłodnienie dzięcieliny białej albo przez sztuczną inseminację ich ojców.

Proponuję głosowanie na temat czy Ziemia krąży wokół Słońca. Jak myślicie, ile europosłów będzie przeciw?

Kobieta Jesse Strang

Dzisiejsza informacja prasowa o tym, że pewna młoda kobieta wdarła się do szkoły średniej w Tumbler Ridge w Kandzie i zastrzeliła kilka osób, w tym uczniów, natychmiast wydała mi się, jeśli nie podejrzana, to co najmniej dziwna. Masowe morderstwa nie są „specjalnością” kobiet i zdarzają się szalenie rzadko (nie potrafię wymienić niczego takiego poza przypadkiem Aileen Wuornos). Kobiety z reguły nie dokonują tego typu egzekucji, a w tej sytuacji najwyraźniej to egzekucja miała miejsce.

Chwila dalszego szukania w Internecie potwierdziła moje domysły. Informacja była błędna i świadomie przekłamana. Zabójcą okazał się Jesse Strang, transpłciowy mężczyzna, który proces tranzycji rozpoczął dopiero kilka lat temu, ale przedstawiany jest przez liberalne media, a nawet policyjne meldunki, jako „kobieta”. To on zastrzelił 9 osób, 25 ranił, a sam popełnił samobójstwo strzelając sobie w głowę.

Jednym z najbardziej podstępnych i destrukcyjnych procesów cywilizacyjnych naszego wieku jest cenzura korygująca, skrajnie obłudna i amoralna, a coraz powszechniej uprawiana przez „nowy wspaniały świat” lansujący totalny permisywizm. Ta cenzura nie zakazuje. W miejsce zakazów oferuje przyjemność, stabilność i brak stresu. Jej skutkiem, wyraźnie widocznym już w naszej psychice, jest lawinowo postępujący zanik zdolności rozpoznawania sprzeczności. Coraz częściej nie tylko bez problemów połykamy, ale coraz bardziej ochoczo akceptujemy wszystkie logicznie wykluczające się stwierdzenia, przez moment nawet nie odbierając ich jako problemu poznawczego czy moralnego. W świecie zdominowanym przez obraz, skrót i emocję łatwo traci się zdolność myślenia sekwencyjnego, łatwo przestaje się łączyć przyczyny i skutki oraz – co gorsza – zatraca się wrażliwość na sprzeczności, nawet gdy są ewidentne i uderzające. Jesse Strang nie był kobietą. Był mężczyzną, biednym i zagubionym frustratem, któremu zamiast tranzycji płciowej społeczeństwo powinno było zaproponować stosowną kurację psychiatryczną, bo być może wówczas zdołanoby zapobiec tej tragedii.

Nacja bez narodu

Są Grecy, ale nie ma narodu, napisał Lamartine w „Podróży na Wschód” i chyba nikt i nigdy nie wyraził tego równie trafnie.

Aleksander Wielki po bitwie pod Granikiem rozkazał stracić około 2 tys. greckich najemników walczących po stronie Persji, uznając ich za zdrajców. Zapewne nie rozumieli o co mu chodzi.

Mickiewicz a sprawa polska

Adam Mickiewicz urodził się w Nowogródku, na terenach należących do Rzeczpospolitej, mieszkał w Wilnie i Kownie, a w centralnej Polsce był tylko raz w życiu, najpierw w Poznaniu, goszcząc w ówczesnym Hotelu Berlińskim (u zbiegu al. Marcinkowskiego i ul. 23 Lutego), potem w okolicach Kopaszewa i Choryni. Pod koniec pobytu dotarł do Śmiełowa, w pobliżu granicy między zaborami.

Nazywał siebie Litwinem i uważał się za Litwina, a za ojczyznę uznawał Litwę. Inwokacja nie zaczyna się od słów „Polsko, ojczyzno moja”, lecz od słów „Litwo, ojczyzno moja”. Jeszcze w szkole podstawowej, choć prymus z języka polskiego, zostałem ukarany obniżeniem stopnia z tego przedmiotu do trójki za odpowiedź na pytanie, dlaczego Mickiewicz pisze o Litwie jako o swojej ojczyźnie. Odpowiedziałem, że czuł się Litwinem, który pisał po polsku. Odpowiedź, choć może nie całkiem błędna, okazała się politycznie niepoprawna. Mickiewicz pisał po polsku, zasady litewskiego usystematyzowane będą dopiero w XX wieku, a ostateczna wersja, obecnie obowiązująca, powstaje po odzyskaniu przez Litwę niepodległości, czyli w 1990 roku. Czy Litwa Adama Mickiewicza i obecna Litwa to ta sama Litwa? Nie. Nie ma już Litwy Adama Mickiewicza – ten sam los podzieliły potem miliony innych Polaków dla których ojczyzną była Litwa. Nie próbujcie tego nikomu tłumaczyć.

Epitafium dla tanga

Widziałem tango w wykonaniu pary młodych mężczyzn. Była w tym tańcu proporcja, miara i dynamika, ale nie było w tym tanga. Tango w wykonaniu dwóch mężczyzn przypomina to, co w językoznawstwie określa się słowem pleonazm, to masło maślane. Tango bowiem to coś nieporównywalnie więcej niż tylko myśl, którą się tańczy. Tango to spotkanie dwóch różnych płci, dwóch odmiennych światów, dwóch obcych kosmosów, to spotkanie in i jang, dnia i nocy, ciepła i chłodu, bieli i czerni, które – godząc sprzeczności, ale nigdy ich nie zacierając – pragną uwięzić ogień i wodę w jednym geście. I musi to być miłosny gest. Tango to próba pochwycenia cienia, tragiczna opowieść o nieosiągalnym. Tango jest tragiczne, tak jak i życie jest tragiczne. I tak samo jak życie składa się z przeciwieństw.  

W tangu zawsze prowadzi tylko jedna osoba. Tango wymaga więc, by bezgranicznie zaufać i podporządkować się partnerowi. Mężczyzna – silny, wyprostowany, pewny siebie – inicjuje gest, otwierając przed kobietą przestrzeń, którą ona dopełnia i przyozdabia. I nie potrzebuje ona otwierać oczu, bowiem jej ciało bezbłędnie słyszy, dokąd zdążają. Tango zachwyca nie tylko pięknem i harmonią, ale i jawną, prowokującą zmysłowością, tą nieodpartą, pierwotną siłą, której nie mogą oprzeć się tańczący i która więzi i zachwyca widzów. Maria Nieves Rego, jedna z najsłynniejszych tancerek tanga, powiedziała kiedyś, że w tangu do mężczyzny należy myślenie o każdym kroku, a ona może – pewna siebie i swobodna – „roztopić się w zmysłach i marzeniu.” Tancerze tanga to kochankowie, którzy pochodzą z różnych światów.

Tango w wykonaniu dwóch mężczyzn może być tańcem, ale nigdy nie uzyska żarliwości i siły, które rodzi jedynie niestała jedność przeciwieństw.

Angielska wersja baśni o Popielu

G. Network to nazwa dostawcy szybkiego internetu światłowodowego, który działał głównie w Londynie, oferując usługi dla domów i firm z prędkościami sięgającymi 10 Gbps. Kilka tygodni temu firma ogłosiła upadłość, a przyczyna upadłości ucieszy zapewne wszystkich entuzjastów ekologii. Potwierdziło się bowiem raz jeszcze, że ekologiczne produkty są szalenie atrakcyjne i smaczne – firma G. Network używała kabli biodegradowalnych z ekologiczną osłoną z soi i kukurydzy, co tak nieodparcie przypadło do gustu londyńskim szczurom, że pożerały je masowo, totalnie niszcząc całą sieć. Ekologiczny produkt stał się ich ulubionym przysmakiem, czymś w rodzaju gryzonich sushi, a ponieważ większość tych łakoci leży pod ulicami, a nie pod chodnikami, więc jakakolwiek interwencja wymagałaby zamykania ruchu w całym mieście. Perfekcyjna robota. Szach i mat.

Najwyraźniej, mimo tak licznej reprezentacji Polaków w Londynie, nikt tam nigdy nie słyszał o przypadku Popiela z Kruszwicy, którego nie uratowała nawet ucieczka do baszty na jeziorze Gopło. Myszy przepłynęły tę polską Tamizę, przegryzły grube mury i pożarły durnego władcę. Morał? Bez morału, ale drobna przestroga: podobno apetyt rośnie w miarę (ekologicznego!) jedzenia.