Bridgertonowie

„Bridgertonowie” to nowy serial Netflixa. Część bohaterów z brytyjskich klas wyższych, w tym królowa Zofia Charlotta, żona króla Jerzego III, ma w nim ciemną skórę. Twórcy utrzymują, że nie było to spowodowane chęcią zastosowania tak dziś modnej idei color-blindness, która ma działać na rzecz zniesienia rasowych uprzedzeń przy dobieraniu obsady lecz, że starali się wyobrazić sobie historię i świat takimi, jakimi chcieliśmy je widzieć. Życzenie, by historię i świat widzieć takimi, jakimi chciałoby się je widzieć, nie da się nawet zaliczyć do pobożnych – to niebezpieczne fałszerstwo, weryfikacja przeszłości kierowana poprawnością polityczną i naiwnym prezentyzmem. Czyżby twórcom tej szmiry zabrakło wyobraźni, by wymyśleć jakąś kostiumową fantazję, zamiast podszywać się pod historię? Czarne arystokratki i czarna królowa (nota bene: niemiecka księżniczka Maklemburgii-Strelitz, której ojcem był książę Karol Ludwik Fryderyk, a matką Elżbieta z Saksonii-Hildburghausen) na angielskim dworze królewskim w połowie XIX wieku?! Ale pewnie jakiś kretyn i tak w to uwierzy. The most dangerous untruths are truths moderately distorted – jak mawiano niegdyś w Anglii.

Cioran o Rzymie

Emil Cioran, w wywiadzie Sylvie Jaudeau: Weźmy Rzym: jeśli przyjęcie chrystianizmu było objawem przedśmiertnym, to dlatego, że w parze z wyczerpaniem się wierzeń szła postępująca anemia tubylców. Większość mieszkańców stolicy była imigrantami. Triumf chrześcijaństwa był ich zasługą. W końcu zawsze górę biorą służący. To, że później nowa religia oczarowała z kolei rzymską inteligencję, jest już mniej zrozumiałe. Można to przypuszczalnie złożyć na karb skrajnego znużenia. Chrystianizm narzucili „rozłożeni” duchowo Rzymianie i kipiący witalnością cudzoziemcy. Kusząca byłaby tu paralela z aktualnym Zachodem, również znużonym własnymi tradycjami.

Paralela jest aż nadto oczywista. Także i tym razem, nie łamiąc dziejowych zasad, górą będą służący.

Demokracja

Dariusz I Wielki wyprawił się przeciwko Scytom ok. 513 pne. Przekroczywszy Ister, obecnie Dunaj, postawił na straży mostu jońskich Greków, chcąc zapewnić sobie możliwość bezpiecznego odwrotu. Scytowie próbowali namówić Jonów, by zburzyli most i w ten sposób uwolnili się wreszcie spod perskiej władzy. Według Herodota Jonowie nie zburzyli jednak mostu. Odwiódł ich od tego argument Histiajosa, tyrana Miletu, który powiedział, że tylko dzięki zwierzchnictwu Dariusza możliwe są w Jonii rządy despotyczne: gdyby miasta jońskie uzyskały wolność, ich obywatele z pewnością domagaliby się zaprowadzenia demokracji. To wystarczyło. Ta wizja wydawała im się zbyt straszna.

Prosty zabieg

Plutarch Powiedzenia królów. Gdy Kserkses pokonał zbuntowanych Babilończyków, zakazał im noszenia broni. Zamiast tego wolno im było grać na harfie i na aulosie, utrzymywać domy publiczne, handlować oraz nosić fałdziste, niemal niewieście szaty. Herodot wspomina, że podobne zarządzenie wydał Lidyjczykom Cyrus Starszy, kierujący się radą Krezusa. Miało ono przyczynić się do zniewieścienia mieszkańców Lidii, a tym samym zapobiec ewentualnym buntom. Ten prosty zabieg funkcjonuje także i dzisiaj – już kolejne pokolenie w Europie gra na aulosie, uprawia prostytucję, handluje z entuzjazmem i ubiera się unisex czyli niebinarnie. Buntów nie będzie. 

Narodowe harakiri

Kolejne restrykcje i obostrzenia w Polsce. Zamknięte jest właściwie wszystko, poza sklepami spożywczymi i aptekami. Może mylę się, ale nie wydaje mi się, by w historii ludzkości zdarzył się choćby jeden przypadek poświęcenia tylu działów gospodarki, jako sposobu zapobiegania chorobom i nie bardzo też pojmuję, jak to jest możliwe, by wymusić na całym pokoleniu finansowe, a potencjalnie nawet fizyczne poświęcenie się takiej sprawie. I to wszystko z makiawelicznym odwoływaniem się do obywatelskiej odpowiedzialności, choć w istocie jest to cyniczne zaproszenie do ogólnonarodowego harakiri.   

Maria Morska

Wyobraźmy sobie banalny trójkąt – ona, jej mąż, jej kochanek. Nic takiego o czym warto pisać, motyw trójkąta miłosnego był w literaturze światowej wykorzystywany często i skwapliwie i ten też można byłoby spokojnie pominąć milczeniem, gdyby nie to, że wymyśliło go życie, świetny pisarz, choć szalony i tak bardzo przekonany o swojej genialności, że nigdy nie dba o takie drobiazgi jak prawdopodobieństwo. A więc trójkąt: ona, jej mąż i kochanek. Czas akcji: Druga Wojna Światowa. Miejsce: ówczesna Polska. Brzmi to mniej banalnie? Zapewne tak, ale czy już wystarczająco, by o tym opowiadać? Chyba nie, banał wciąż jeszcze ma się dobrze. Dołóżmy więc do tego, że dramatis personae są pochodzenia żydowskiego, a tego, co to znaczy w tej sytuacji chyba nikomu jeszcze objaśniać nie trzeba. Teraz jest lepiej i już może budzić naszą ciekawość. Kim są więc postacie tego ménage à trois?

Ona to Maria Morska.  Pojawia się na kartach powieści zwanej życiem tuż przed końcem XIX wieku w Kaliszu. Wtedy nazywa się Maria Frenkiel. Wczesne lata w szkole w Broadstairs w Anglii, po powrocie do Polski kariera sceniczna najpierw w teatrze w Krakowie, następnie w Lublinie. Po przeprowadzce do Warszawy związuje się ze Skamandrytami i szybko staje się ich muzą. Kilka lat przed wybuchem wojny pojawia się w jej życiu lekarz Herman Rubinraut. Ich romans, mniej czy bardziej banalny, jak większość romansów, przebierze całkiem inną postać wraz z wybuchem wojny. Po inwazji niemieckiej we wrześniu 1938 roku, Maria z doktorem Rubinrautem ucieka do Lwowa. Przebywa tam również jej mąż, Bronisław Knaster, wybitny matematyk, związany z tamtejszym uniwersytetem. Wszyscy są zagrożeni – mają pochodzenie żydowskie, muszą się ukrywać. Maria z kochankiem znajduje schronienie w domu swojej znajomej. Kryjówka ich – według opisu Ireny Krzywickiej – mieściła się w spiżarni przy kuchni i była rodzajem alkowy „bez okna, nawet dość obszernej, do której wejście dało się całkowicie zastawić czterodrzwiową szafą tak, że nikt by się nie domyślił, że za nią znajduje się wolna przestrzeń”.  

Po kilku tygodniach w mieszkaniu znajomej, pytając o żonę, pojawia się Bronisław Knaster. Gospodyni z początku nie zamierza wyjawić prawdy, ale poruszona wynędzniałym wyglądem matematyka w końcu prowadzi go do kuchni i wystukuje na drzwiach szafy umówiony znak. Morska wyszła, szlochając, uścisnęła męża, a gospodyni zgodziła się, by i on zamieszkał w kryjówce. Krzywicka tak opisuje fragment ich wspólnego życia: „W ciasnym pokoiku, bez okna, dwa łóżka. Na jednym mąż, na drugim żona z kochankiem. Albo może przeciwnie. Skazani na siebie bez możliwości ucieczki. Mąż kochał żonę, żona kochała obu mężczyzn, kochanek nienawidził obojga”.

Jeśli wierzyć Krzywickiej, między mężczyznami często dochodziło do bójek, ale ponieważ bali się denuncjacji sąsiadów, więc bili się w milczeniu. W takich chwilach Morska „broniła własnym ciałem bardziej zagrożonego i z kolei gryzła i kopała napastnika. Potem następowały okresy przygnębienia i spokoju”. Życie w zamknięciu, ciągłym stresie i poczuciu zagrożenia wyniszczało ich psychikę. Knaster „przestał sypiać. Całymi nocami chodził tam i z powrotem po ciasnej klitce, mówiąc coś niezrozumiałego do siebie. Wedle Krzywickiej Morska starała się spędzać czas na podłodze. Rubinraut postanowił przetrwać do końca wojny za wszelką cenę, ale jako najmłodszemu ciążyła mu wstrzemięźliwość seksualna. Kiedy go „nachodziło”, domagał się brutalnie miłości, groził awanturą, tym,  że wymknie się z domu, pójdzie na gestapo, doniesie, a w zamian za donos uratują mu życie. Udało mu się czasem, ku przerażeniu pozostałych, wymknąć z domu o zmierzchu i zdobyć gdzieś wódkę albo bimber. Pił wtedy, awanturował się, groził jeszcze bardziej. Trzeba go było wspólnymi siłami obezwładnić, niemal kneblować usta, czasem przywiązywać do łóżka. By udobruchać kochanka, Morska unikała intymnych kontaktów z mężem, który starał się godnie znaleźć w sytuacji w której godność nie miała prawa istnienia. Chcąc nie chcąc, musiał jednak znosić nie tylko ataki furii Rubinrauta, ale również widok żony w ramionach innego mężczyzny. I zdarzało się wtedy, jak pisze Krzywicka, że Knaster szalał, groził, że udusi oboje i sam zagłodzi się na śmierć lub podetnie sobie żyły.

Na dodatek jeszcze w Morskiej kochała się gospodyni mieszkania i żądała, by w ciągu dnia opuszczała kryjówkę i spędzała z nią czas. Nie była to pierwsza miłosna relacja z kobietą w życiu Morskiej. W 1925 r. podczas wyjazdu na południe Francji pomiędzy nią a Anną Iwaszkiewiczową, żoną Jarosława, wybuchło, jak się zdaje, dość namiętne uczucie. Nic nie wiadomo o innych damsko-damskich związkach Morskiej, natomiast Krzywicka sugeruje wyraźnie, że właścicielka lwowskiego mieszkania była dawną kochanką Morskiej. I zgodziła się ją przyjąć pod swój dach (nawet razem z jej kochankiem i mężem) w nadziei na obudzenie dawnej namiętności. Współczuła Morskiej koszmaru stałego przebywania z kochankiem i mężem, ale jednocześnie nie była wolna od uczucia triumfu. Maria, pisze Krzywicka, łatwiej teraz znosiła jej pieszczoty niż pieszczoty któregokolwiek z mężczyzn. Więcej też nocy spędzała w łóżku przyjaciółki, aby uciec od piekielnej atmosfery panującej w alkowie. To, co się liczyło, to tylko chwilowa bodaj ucieczka od zatęchłego schowka, gdzie jeszcze – na domiar upokorzenia – trzeba było postawić nocnik, służący wszystkim trojgu. Niepodobna było zbyt często odsuwać szafy. Tego rodzaju wielokrotne odsuwanie mogło wzbudzić podejrzenia któregokolwiek z sąsiadów.

Morska, choć emocjonalnie silniejsza od ukrywających się wraz z nią mężczyzn, w takich warunkach często doznawała zapaści psychicznych. Czuła się jednak odpowiedzialna za ich życie, z fałszywymi papierami wychodziła na miasto i załatwiała jedzenie; potrafiła iść piechotą osiem kilometrów na wieś, by odwiedzić ukrywających się tam przyjaciół męża. Tleniła im też włosy, by również mogli wychodzić na spacery. Knaster – w przeciwieństwie do Rubinrauta – wychodził chyba często, skoro przez niemal trzyletni okres okupacji niemieckiej Lwowa zapisany był jako karmiciel wszy potrzebnych do badań laboratoryjnych w Instytucie Przeciwtyfusowym prof. Rudolfa Weigla. Miał zatem wiele okazji, by opuścić wspólną kryjówkę, w której gnieździł się z żoną i Rubinrautem, a jednak tego nie zrobił. Być może uważał, że legitymacja wydana przez prof. Weigla – żółty ausweis z niebieskim paskiem i pieczątką Institut für Fleckfieber – nie gwarantuje mu pełnego bezpieczeństwa.
Obijali się więc wszyscy troje – pisała Krzywicka – o ściany alkowy jak dzikie zwierzęta o kraty klatki. Właściwie było wyjście, wymknąć się któregoś wieczora, pójść za miasto, odebrać sobie życie w jakimś rowie i niech sobie Niemcy szukają tożsamości trupów. Morska wielokrotnie prosiła gospodynię o załatwienie trucizny, ale ta za każdym razem odmawiała. Wszystko więc współistniało razem: picie, bójki, przyjaźń, nienawiść, mówienie od rzeczy i do rzeczy, milczenie, miłość… Miłość okazała się najmniej trwała.
Życie nie tylko stwarza losy. Czasem je wymyśla. I czyni to jakby od niechcenia.

Goethe

W 1790 roku Goethe odbył podróż po Polsce. Odniósł podobno „niekorzystne wrażenie”, jak wynika z notek z tej podróży, opublikowanych dopiero w 1884. Co do uwag o miejscowej ludności Goethe zalecał wprowadzenie języka niemieckiego w Polsce celem podniesienia kultury klas niższych. Jakby język niemiecki, ta gra raszplem na zardzewiałej pile, mógł „podnieść”  jakąkolwiek kulturę i dyskretnie przemilczając konsekwencje „podnoszenia kultury” przez Niemców. Innata Teutonica superbia, czyli wrodzona pycha niemiecka, jak zawsze, jak zwykle.

Sławni ludzie

Fernando Pessoa napisał gdzieś, że większość sławnych ludzi to postacie tak tandetne i tak nędzne, jakby wymarzyła je jakaś niepiśmienna kucharka z zaświatów. Wszyscy bez wyjątku „sławni ludzie” naszych czasów to produkty marzeń takich właśnie kucharek, z kompletnych zaświatów.

Odysjada 10

Odyseusz i Polifem. Przypomnijmy: statek Odyseusza przybija do brzegów wyspy, na której mieszka cyklop Polifem. Zamyka on Odyseusza i jego załogę w jaskini, planując pożreć ich sauté. Polifem jest ogromny i niewiarygodnie silny, ale cierpi na pospolity zespół niedoboru intelektu, innymi słowy, jego głupota dorównuje jego rozmiarom. Pomysłowy Odys upija cyklopa, a pytany o imię oznajmia sprytnie, że nazywa się Oudeis, co znaczy Nikt. Gdy Polifem zasypia zmorzony winem, Odys wypala mu jego jedyne oko i wymyka się z pieczary ukryty pod brzuchami baranów. Ranny cyklop wzywa na pomoc braci, lecz na pytanie, kto go okaleczył, odpowiada wciąż: „Oudeis, Oudeis!”. Fortel Odysa ocala życie i jemu i jego załodze, ale prowokuje gniew Posejdona. Odys mógłby uniknąć zemsty władcy mórz i oszczędzić sobie lat tułaczki, gdyby nie jego niewyobrażalna wręcz próżność, która nakazuje mu, gdy tylko poczuł się już względnie bezpieczny, pochwalić się swoim sprytem i ujawnić swoje imię. Ryzyko, jakie podejmuje, głosząc wszem i wobec swoje imię, jest ogromne, i choć zapewne wie o tym, to jednak groźba utraty tożsamości, stanie się prawdziwym oudeis, stanie się Nikim, jest dla niego nie do zniesienia. Odrzuca anonimowość, chociaż ta zapewnia bezpieczeństwo, ujawnia się, wybiera, by i ten triumf został przypisany tylko jemu. Istnienie jest najwyższą wartością, a tylko ten istnieje, o kim śpiewają pieśni. 

Cyklopie! Jeśli kiedy człowiek (co być może)
Spyta cię, kto ci oko wybił, kto tak sprawny,
Powiedz mu: Odyseusz, grodoburca sławny,
Co mieszka na Itace, oka mnie pozbawił!

W świecie Odysa walory współzawodnictwa są wartością bezwzględną. Na homeryckich dworach roi się od aojdów – wojownicy cenią tych, którzy potrafią ich chwalić. Aojdowie to starożytni specjaliści od image. To oni kreują wizerunki, tworzą homeryckich idoli. Ale ceni się także i tych, którzy chwalą się sami. I to jest właśnie to, co czyni Odys przez niemal całą Odyseję. To on opowiada o sobie i nie obawia się śmieszności – tylko dwie z jego przygód, pobyt na wyspie Kalipso i spotkanie z Feakami, przedstawia narrator. Resztę swoich przygód relacjonuje sam.   

Wiersze

Kiedyś chętnie czytałem wiersze. Dzisiaj prawie nie czytam wierszy. Czasem Kawafis, Seferis, Borges. W każdym bądź razie rzadko, i tylko po polsku. Nigdy po szwedzku. Nie dlatego, że nie rozumiem szwedzkiego. Rozumiem, ale do przyjemności z lektury wiersza potrzeba czegoś więcej niż rozumienia. Wiersze trzeba jeszcze czuć, a w obcym języku to właśnie jest prawie nieosiągalne. Rozumiesz, oczywiście, że rozumiesz, ale nie czujesz. Wiersze jednak nie wymagają od nas rozumienia. Wiersze docierają do nas w inny, pozasemantyczny sposób.

Łaźnia „turecka”

Między nami „Europejczykami”. Rozmowa w saunie. Dwóch mężczyzn w średnim wieku. Jeden z nich mówi o zaletach łaźni tureckiej. Powstaje dyskusja na ten temat. Wyjaśniam, że Turcy zapoznali się ze zjawiskiem łaźni dopiero po zdobyciu Konstantynopola, i że była to jedna z niewielu grecko-rzymskich tradycji, które włączyli do swojej kultury. Jeden z moich rozmówców wyraźnie zaskoczony i skonfundowany. „Właśnie! – woła – Konstantynopol. Było przecież takie miasto! Co się z nim stało?”. Jego kolega przychodzi mu w sukurs: „Czy nie leży ono blisko Istambułu?”. Idę wskoczyć do zimnej wody. Ma dzisiaj pięć stopni. Bardzo potrzebuję porcji endorfiny.

Edyp i hipopotam

Plutarch. Kapłani egipscy gardzili rybami, nawet hieroglif „nienawiść” przedstawiany jest za pomocą znaku ryby.  Podobno w przedsionku świątyni Ateny w Sais znajdował się wizerunek chłopca, za nim starca, sokoła i ryby, a za nimi wszystkimi – hipopotama. Obraz ten układa się w zdanie: „O, wy którzy rodzicie się i odchodzicie, bóg nienawidzi bezwstydu”. Mały chłopiec jest bowiem symbolem narodzin, starzec – kresu życia, sokół przedstawia boga, hipopotam zaś bezwstyd. Hipopotam jest egipskim Edypem – według mitu zabija on ojca, zdobywa jego tamę i przemocą obcuje z własną matką. Zachwyt Lezama Limy – wędrujące obrazy.

Eurypides i Goethe

Eurypides w Aeolusie, piąty wiek przed naszą erą: Nie mogą być rozdzielone dobro i zło/lecz istnieje więź między nimi, tak by korzyść przynieść.

W. Goethe w Fauście, dziewiętnasty wiek:  Jestem tej siły cząstką drobną /co zawsze złego chce/ i zawsze czyni dobro.

Facebook

Uważałem zawsze za przesadzone informacje o rozmiarach donosicielstwa w krajach komunistycznych, w tym także kraju w którym żyłem, w Polsce. Skłonny byłem sądzić, że cyfry na ten temat są wyolbrzymione i podretuszowane. Jednak od czasu, gdy pojawił się Facebook, powszechny, darmowy i dobrowolny system donosicielstwa, nie mam już takich obiekcji. Donosicielstwo jest zdaje się immanentną cechą gatunku homo sapiens. Kochamy donosić, nawet na samych siebie, i wreszcie dostaliśmy stosowny instrument, by móc czynić to otwarcie i bez skrępowania. I bez poczucia winy.

Wieczność

Antoine de Saint Exupery twierdził, że nie należy spodziewać się zbyt wiele po człowieku, który pracuje na swoje życie, a nie na swoją wieczność. Jakże szybko stał się tak odległy ten rodzaj moralności … Pobrzmiewa w nim jeszcze romantyczna i buntownicza idea z czasów przedindustrialnych, per aspera ad astra. Niestety, dzisiaj nawet wieczność została już wyeksploatowana i wcale nie wydaje się być odleglejsza niż koniec tego tygodnia.

300

Zawodowy, znakomicie wyszkolony żołnierz spartański epoki klasycznej zapewne rzadziej uczestniczył w bitwach niż jego mniej wytrenowany kolega z innej polis. Być może jest to jeszcze jeden, pośredni argument, przemawiający za tym, że decyzja wysłania elitarnych oddziałów aż do Termopil była rzeczą absolutnie wyjątkową, potwierdzającą wersję Herodota, że została spowodowana wyrocznią, która mówiła, że albo zginie król albo Sparta. Stawia to wyprawę Leonidasa i jego 300 wojowników w zupełnie innym świetle. Mogła to być od początku misja samobójcza, o czym i Leonidas i jego towarzysze doskonale wiedzieli. To wyjaśniałoby także, dlaczego Arystodem i Pantites, którzy przeżyli Termopile, zostali potraktowani przez swoich rodaków z taką bezwzględnością. Aby Sparta przeżyła, mieli zginąć wszyscy. Arystodem odkupił swoją winę męstwem okazanym pod Platejami, Pantites, nie mogąc znieść życia w hańbie, powiesił się. Zginęli wszyscy, którzy mieli zginąć.

Wstyd

Myślę, że obecnie ludzie wcale nie są głupsi niż byli kiedyś i wcale nie jest tak, że dzisiaj jest więcej głupców niż kiedyś. Poziom głupoty jest prawdopodobnie taki sam, a różnica polega jedynie na tym, że dzisiaj nikt nie wstydzi się swojej głupoty, a skoro nie ma powodu, by się jej wstydzić to nie ma też powodu, by ją ukrywać. Wstyd umarł.

Reality testing

Zaburzenia typu reality testing, dotyczące testowania rzeczywistości, jak to uczenie nazywa się w psychologii. Bodaj najpopularniejszą jest agnozja, przejawiająca się trudnością w kojarzeniu przedmiotów i osób, pomimo prawidłowego postrzegania ich cech fizycznych. Osobnik dotknięty agnozją dwóch kół połączonych ramą nie jest w stanie rozpoznać jako roweru czy motocykla, człowieka z białą laską jako niewidomego, a leżącego na ulicy człowieka jako osoby, która potrzebuje pomocy. Agnozja przejawia się więc, innymi słowy, totalnym zanikiem umiejętności wnioskowania albo – jak to mawiało się w czasach przednaukowych – złożenia do kupy, że dwa i dwa równa się cztery.  Osobiście jestem jednak przekonany, że zaburzeniem występującym dzisiaj najczęściej jest egzosomestazja. Polega ona, najprościej mówiąc, na nadmiernym rozszerzeniu obrazu własnego ciała. Mózg, dotknięty tą zdawałoby się niewinną przypadłością, nie rozpoznaje granicy między ciałem, a światem zewnętrznym. W sferze psychiki występuje to w formie koszmarnie spęczniałego ego. Najłatwiej zaobserwować to na ulicy i z całą pewnością każdy z nas doświadczył tego na własnej skórze. Egzosomestazjaci traktują cię niczym cień, przez który można przejść, a nawet go podeptać, czasem nie bez grzecznego zdziwienia, że napotykają jakiś opór, ale zwykle z pretensjami. Nie postrzegają twoich konturów i jeśli w czas nie zdołasz uskoczyć na bok, zostaniesz niechybnie stratowany. Co ciekawe, osoby te często czują się zaatakowane przez przedmioty lub innych ludzi, jeśli te znajdują się w odległości mniejszej niż dwa metry od nich. Paramnezja reduplikacyjna natomiast powoduje, że człowiek nią dotknięty jest przekonany, że miejsca w których aktualnie przebywa mają swoje, gdzieś istniejące kopie, co moim zdaniem może być wynikiem tego, że nigdy nikomu i niczemu nie poświęcili ani odrobiny uwagi. Coraz częściej słyszy się też o symptomie Capgrasa, kiedyś niezmiernie rzadkim. Osoby z tym symptomem są przekonane, że znane im osoby nie są autentyczne, nie są prawdziwe, że zastępują je dublerzy. Jestem skłonny przypuszczać, że liczba osób z symptomem Capgrasa będzie lawinowo wzrastać – tak mało dziś prawdziwych, autentycznych ludzi, że podejrzenia takie mogą mieć całkiem racjonalne podstawy.

Podróże

Nic nie jest tak znakomitym przykładem awansu mas w naszych czasach jak podróże. Dobra materialne, w takim czy innym zakresie, zawsze były dostępne także i masom. Ale nie podróże. Masy były „przypisane do ziemi”, osadzone w tym samym krajobrazie od narodzin do śmierci z bardzo wielu powodów. Podróż była wyłącznym przywilejem wyższych warstw, ale podróżowanie wiązało się nie tylko ze znajomością języków, kontaktami, obyciem, orientacją w świecie i wiedzą, lecz i ogromnymi kosztami; nie miały nic wspólnego z eksponowaniem nagich ciał w słońcu południowych plażach. Każdy, kto miał ambicje pretendowania do miana człowieka kulturalnego, musiał odbyć podróż. Oprócz Włoch i Francji, uchodzących za turystyczne centra od dawna, krajem, który koniecznie należało odwiedzić była również Anglia. W drugiej połowie XVIII w. podróże do tego kraju były w dobrym tonie. Jeżdżono tam, żeby poznać najlepszy na świecie ustrój, by zasmakować kulturalnej i towarzyskiej atmosfery Londynu, przyjrzeć się angielskiej prowincji i zaznać jej osławionego uroku. Były to peregrinationes domesticae, podróże po krajach, w których czujemy się zadomowieni, których historia, kultura i tradycja, zwłaszcza klasyczna, są domem, który „nosimy na plecach jak żółwie i ślimaki”, gdzie, jak to doskonale wyraził w jednym ze swoich felietonów Stempowski „każdy przedmiot miał swą nazwę grecką i łacińską, zanim znalazł się w słownikach języków nowożytnych”. Podróżowano, by zapoznać się z architekturą i sztuką, by badać obyczaje, zbierać kurioza, podziwiać krajobrazy, zawierać znajomości. Podróże stanowiły obowiązkową część kulturowego garnituru Europejczyka i nie były tym, w co, niestety, przekształciły się w naszych czasach.

Arystodem

Arystodem to jeden z dwóch Spartan, którzy przeżyli Termopile. Został przez rodaków uznany za tchórza i poddany upokorzeniu i hańbie. Herodot pisze, że: „nikt nie zapraszał go do ognia ani nie mówił do niego; nazywano go Arystodemem Tchórzem”. W bitwie pod Platejami walczył przeciwko Persom z furią berserkera, w opinii Herodota z największą dzielnością ze wszystkich Spartan, zanim zginął w bitwie. Spartanie uznali, że odkupił tym swoje winy, lecz nie przyznali mu żadnych specjalnych zaszczytów za jego męstwo, ponieważ walczył z lekkomyślnością samobójcy. Spartanie uważali za prawdziwie dzielnych tylko tych, którzy walczyli wciąż ceniąc życie i pragnąc je zachować. Pogarda dla życia nie była w ich mniemaniu bohaterstwem, lecz desperacją. Nie nagradzali desperatów.  

Sympatia

Nie lubię sympatii. Nie cierpię, gdy ktoś śpieszy mi donieść, że darzy mnie sympatią i sam również nigdy nikogo nie obraziłem tym określeniem. Nie lubię nawet słowa sympatia. Jest niewystarczające, polubowne, kordialne i śmierdzi pobłażliwością. Okazywanie komuś sympatii kojarzy mi się z dawaniem jałmużny i, na poziomie leksykalnym, jest to słuszne skojarzenie. Wyraz „jałmużna” pochodzi z czeskiego almużna, to z kolei od niemieckiego Almosen, które wywodzi się od późnołacińskiego słowa alimosina, jałmużna. Ten wyraz jest zniekształceniem wcześniejszego eleemosyna, który to wyraz pochodzi pierwotnie od greckiego ἐλεημοσύνη (eleemosyne) czyli litość. Pierwotne, greckie znaczenie jest najbliższe prawdy: nie dość, żeby kochać i za mało, by nienawidzić. Litość.

Świat głupców

Obserwowałem kiedyś grupę turystów w ruinach starożytnej świątyni. Z daleka czuło się ich rozdrażnienie i niecierpliwość. Snuli się leniwie i niemrawo między szczątkami powalonych kolumn, okaleczonych rzeźb, przysiadając na wypłowiałym w słońcu marmurze, marząc zapewne o wygodnych fotelach przy hotelowym basenie i tym wszystkim, co należało im się z racji wykupienia wczasów all inclusive. Ruiny tej imponującej świątyni nic im nie mówiły, nie słyszeli jej szeptów, pozostając ślepi i głusi, chociaż dookoła nich, w tym nagrzanym słońcem, rozedrganym powietrzu unosiła się i dźwięczała jedna z najwspanialszych opowieści tego świata. Nie można było tego nie słyszeć i nie wiedzieć. A jednak oni tego nie słyszeli i nie widzieli. Grupa koczkodanów lub pingwinów zachowywałaby się zapewne tak samo. Pomyślałem wówczas, że wiedza jest niczym innym jak jeszcze jednym zmysłem, jeszcze jednym sposobem kontaktowania się ze światem, jeszcze jedną formą dialogu z nim, jeszcze jedną parą oczu. Wiem, stara barthesowska idea doświadczania świata jako tekstu do odczytania, ale to prawda. Tak właśnie jest – świat nie rozmawia z głupcami. Dla głupców świat jest nudny. Głupcy są zawsze znudzeni i nie może być inaczej, bowiem ich świat nie snuje żadnych opowieści. Świat głupców jest ponurym i milczącym światem.

Szecherezada

Księga tysiąca i jednej nocy. Opowieść o mędrcu Rujanie. Skazany przez króla na śmierć prosi go, by pozwolił mu opowiedzieć historię o krokodylu. Król odmawia. Mędrzec zostaje ścięty. Zostawia jednak księgę, którą król ma zacząć czytać podczas egzekucji Rujana. Król otwiera księgę. Ku jego zaskoczeniu, strony są puste. Niecierpliwie przewraca je jedna po drugiej nie wiedząc, że są one nasączone trucizną. Król umiera. Każda niezapisana stronica jest zatruta. Książka, która nie opowiada żadnej historii, zabija. Brak opowieści to śmierć. Opowieść niedoskonała także równa się śmierci – brak zainteresowania, odmowa prawa do opowiadania, to wyrok. Człowiek jest jedynie opowieścią. Szecherezada jest jedynie opowieścią. Jeżeli przestanie być opowieścią, zginie. Jej funkcją jest narracja. Gdy funkcja ta, z takich czy innych powodów ustaje, nie ma też powodów, by Szecherezada istniała. Opowieść albo życie.

Homo sapiens i demokracja

Dwóch amerykańskich politologów, Steven Peterson i Albert Somit, zaprezentowało niedawno wyniki swoich wieloletnich badań, które dałoby się streścić następująco: ”Ewolucja biologiczna uczyniła prawdopodobnie z Homo sapiens gatunek, którego genetyczne skłonności w istocie nie sprzyjają demokracji”. Opisali oni rodzaj ludzki jako ”gatunek zwierząt wysoce społecznych, o silnej tendencji do hierarchii, posłuszeństwa, dominacji i podporządkowania raczej niż do równości statusu i politycznych wpływów”. Obserwując przeprowadzany obecnie ogólnoświatowy eksperyment z koronawirusem, nie sposób zaprzeczyć trafności ich diagnozy.

Duszpasterstwo sportowców

Na którymś z poprzednich Mistrzostwach Świata w piłce nożnej bezlitośnie pokpiwano w prasie z szamanów, towarzyszących pewnej afrykańskiej drużynie. Nikt jednak ani słowem nie wspomniał, że także polskim sportowcom towarzyszy szaman, tak zwany Krajowy Duszpasterz Sportowy, że Krajowe Duszpasterstwo Sportowców ma swoją własną stronę internetową i istnieje też „Modlitewnik Sportowca” z modlitwami na każdą okazję, poczynając od modlitwy przed treningiem i na modlitwie po przegranym meczu kończąc. Modlitwa po zawodach, na przykład po przegranych meczach polskiej reprezentacji w piłce nożnej, zapewne odmawiana przez Lewandowskiego i spółkę, brzmi następująco: Boże, dziękuję Ci za radość, jaką daje sport i gra. Dziękuję Ci za koleżeństwo i przyjaźń, jakich dzięki nim doświadczam. Nie pozwól, bym w zwycięstwie był wyniosły, a w porażce tracił nadzieję. Wszystko, cokolwiek stworzyłeś, wychwala Ciebie, także ciało człowieka, które w tak cudowny sposób ulepiłeś z prochu ziemi. Pomóż mi wysławiać Cię we wszystkim, a w końcu daj mi nagrodę, jaką obiecałeś zwycięzcy. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen. Pobożne życzenia najwyraźniej jednak w sporcie nie wystarczą.

Umizgi

Czytając komentarze polskiej prasy dotyczące jakichś ważnych decyzji politycznych, a zwłaszcza tych kontrowersyjnych i niepopularnych, idących pod prąd powszechnym trendom, odnoszę wrażenie, że jesteśmy narodem, który za wszelką cenę pragnie przypodobać się wszystkim. Ileż ubolewania, że z tego czy innego powodu nie będą nas lubić Niemcy, jak niekorzystnie piszą o nas Francuzi, co o nas pomyślą Belgowie, jak źle oceniają nas Szwedzi, jak bardzo zawiedliśmy Włochów i ileż przykrości sprawiliśmy naszymi decyzjami zawsze nam życzliwych Amerykanów. Obawiam się, że to właśnie ta maniera przymilania się do wszystkich, te umizgi sprawiają, że wszyscy nami gardzą. Jesteśmy narodem bez dumy.

Futurologia

Gregory King w pracy Uwagi o stanie Anglii z 1696 utrzymywał, że Anglia w roku 2300 liczyć będzie 11 mln mieszkańców. 22 mln dusz przewidywał dopiero na rok 3500. Pomyłki tego rodzaju wynikają ze skłonności naszego umysłu do przedstawiania sobie przyszłości jako prostego i konsekwentnego przedłużenia chwili obecnej. Nazywa się to efektem ekstrapolacji i choć teoretycznie wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę, to jednak wciąż popełniamy ten błąd. Także w naszym życiu prywatnym. Potrafimy „martwić się” o przyszłość, zwłaszcza przez wymyślanie wszystkich możliwych czarnych scenariuszy, bo nie umiemy wyobrazić sobie, że na kształt przyszłości oddziaływać będą czynniki, o których dziś nic nie wiemy i nie możemy wiedzieć. Nasza niewiedza zawsze dobrze czuje się w towarzystwie próżności. Futurologia jest i musi pozostać pseudonauką z powodu, który bodaj najtrafniej określił Stanisław Lem mówiąc, że „nawet niewielki postęp na każdym polu odsłania przed nami olbrzymie, a dotąd niewidzialne przedpole naszej ignorancji”.

Pàl Teleki

Pàl Teleki. Wspaniała postać z węgierskiej historii, w Polsce prawie zapomniana, choć dla nas, ze względu na jego wyjątkowe gesty wobec naszego kraju, powinna być szczególnie ważna. W początkach lipca 1920 rząd Węgier, którego Teleki był wówczas premierem, udzielił nam pomocy militarnej, przekazując nieodpłatnie i dostarczając w krytycznym momencie wojny polsko-bolszewickiej na własny koszt, drogą przez Rumunię, zaopatrzenie wojskowe w postaci: 48 mln naboi karabinowych do Mausera, 13 mln naboi do Mannlichera, amunicję artyleryjską, 30 tysięcy karabinów Mauser i kilka milionów części zapasowych, 440 kuchni polowych, 80 pieców polowych. 12 sierpnia 1920 do Skierniewic dotarł transport m.in. 22 mln naboi do Mausera z fabryki Manfréda Weissa na wyspie Czepel. Węgrzy, w przeciwieństwie do naszych znakomitych „sojuszników zachodnich” nie zawiodły.

Tuż przed atakiem na Polskę w 1939 roku, na zapytanie strony niemieckiej o możliwość dokonania inwazji z terytorium Węgier (mieliśmy wtedy wspólną granicę) Teleki odparł: Prędzej wysadzę nasze linie kolejowe, niż wezmę udział w inwazji na Polskę. Ze strony Węgier jest sprawą honoru narodowego nie brać udziału w jakiejkolwiek akcji zbrojnej przeciw Polsce. Możemy sobie z satysfakcją wyobrazić wściekłość paranoicznego wodza „wielkiego narodu” niemieckiego na taką odpowiedź. Na tym jednak nie koniec. Po polskiej klęsce wrześniowej węgierski rząd podjął decyzję o otwarciu granic dla polskich uchodźców oraz zapewnił im wszelką możliwą pomoc – na Węgrzech, aż do momentu wkroczenia na Węgry Niemców w 1944 roku, działały polskie szkoły i organizacje społeczne.

Nie chcąc się ugiąć przed żądaniami Niemiec dotyczącymi ataku na Jugosławię (z którą Węgry były sprzymierzone), 3 kwietnia 1941 r. – na wieść o wkroczeniu wojsk niemieckich na terytorium Węgier w drodze do Jugosławii – Teleki, biorąc za to winę na siebie, popełnił samobójstwo strzałem z pistoletu. Zostawił list pożegnalny, w którym napisał: Naród czuje, że straciliśmy nasz honor. Sprzymierzyliśmy się z draniami. Staniemy się narodem śmieci.

W piątym tomie Dziennika Sándora Màrai jest apendyks do losów jego syna, Gèzy, który w 1949 roku zdołał wyemigrować do Stanów Zjednoczonych. Był wykładowcą na Uniwersytecie Wirginii, a następnie profesorem geologii na George Washington University. W styczniu 1983 roku Gèza, chory na raka, świadom, że zostało mu niewiele czasu, a pełen obaw o przyszły los swojej niedołężnej, cierpiącej na Parkinsona żony, zastrzelił najpierw ją, a potem samego siebie. Możemy sobie wyobrazić, że strzałem z rewolweru kończymy nasze życie, ale czy można wyobrazić sobie, że strzałem z rewolweru odbieramy życie kogoś, o kogo troszczymy się i kogo kochamy? Màrai także nosił się z tą myślą, na pewno nie była mu obca, rozważał ją wielokrotnie, zakupił rewolwer, ale L. – szczęśliwie dla niego – odeszła przed nim. Mógł więc zamknąć tylko swoje własne istnienie. I uczynił to, także strzałem z pistoletu, 21 lutego 1989 roku. Ostatnia notatka w jego Dziennika pochodzi z 15 stycznia i brzmi: Czekam na wezwanie, nie ponaglam, ale i nie ociągam się. Już pora.