Empfindlichkeit

Czy jesteś w stanie odgadnąć, co może znaczyć słowo Empfindlichkeit? Tabletki na przeczyszczenie? Klej do metalu? Bakterię jelitową? Nie, nic z tych rzeczy. To czułość. A verlangen? Brzmi niczym klauzula w prawie spadkowym lub przedłużenie śrubokręta. Tymczasem znaczy: pożądanie. Verstand? Czyżby taśma produkcyjna w warsztacie świętego Mikołaja, gdzie pracuje banda krasnoludków w czerwonych pikielhaubach? Znów pudło. To intelekt. Może więc groźnie brzmiące Sehnsucht? Imię mezopotamskiej bogini zła? Część składowa parasola? Nie. To tylko tęsknota. De Goncourt słusznie uważali, że niemiecki to nie język, lecz sieczkarnia.

Wenecja

Kiedyś, gdy fascynował mnie Casanova, marzyłem o tym, by wybrać się do Wenecji i – dobrym zwyczajem z dziewiętnastego wieku – pozostać tam miesiąc, a najlepiej dwa albo cztery, wędrując w poszukiwaniu cieni Bragadina, Marii Eleonory, kardynała de Bernis, Henrietty czy samego Giacomo zmierzającego ku Ponte dei Sospiri w jego pudrowanej peruce, jedwabnych bryczesach, w czarnym trójgraniastym kapeluszu, spowitego w tabarro, z twarzą ukrytą za sztywną, śmiertelnie białą bautą. Potem, gdy mogłem tam pojechać, ale ledwie na tydzień czy dwa, tak krótki czas wydawał mi się nieomal profanacją. Teraz, gdy mam czas, chyba także już tam nie pojadę. Choć z innych przyczyn. Choćby dlatego, że władze tego miasta postanowiły reglamentować ilość turystów i na wejście do niego trzeba stać w kolejce. W Wenecji nie można być petentem.

Niedostępna opcja

Inteligencja zawiera pewne zabawne opcje niedostępne dla idioty. Człowiek inteligentny może bowiem z powodzeniem udawać idiotę, jeżeli pojawia się taka potrzeba. Idiota natomiast nie ma takiej możliwości. Idiota musi być zawsze sobą. Bycie zawsze sobą jest przejawem niedorozwoju umysłowego.

Zasada

Wszechświat ma jedną nadrzędną regułę, która sprawdza się w każdym przypadku. Słynna druga zasad termodynamiki głosi, że dąży on do chaosu — od porządku do nieporządku. Dlatego też, jeżeli uda ci się złożyć na powrót coś, co przypadkiem rozbiłeś, śmiało możesz uznać się za kogoś, kto podważył fundamentalną zasadę funkcjonowania wszechświata.

Strzępy 28

Hanna była wiotkim, czternastoletnim stworzonkiem obdarzonym parą intensywnie modrych oczu, w których często i chętnie zapalały się figlarne ogniki przekory i buntu. Gdy uśmiechała się, na jej policzkach pojawiały się dwa urocze dołeczki, przydające jej twarzy wyrazu figlarności. Była późnym dzieckiem, najmłodszą z czterech sióstr. Dwie z nich były już zamężne, a trzecia – w czasie, gdy poznałem Hannę – była na drugim roku anglistyki. Wszystkie, poza Hanią, były do siebie podobne, wysokie, o mocnej budowie ciała, ciemnowłose, poważne i sumienne aż do bólu. Miały nawet podobny tembr głosu i podobne gesty, w których nigdy nie było ani cienia pośpiechu czy nerwowości, trzy antyczne Gracje, boginki rozkwitających roślin i dojrzewających owoców. Możesz łatwo domyślać się, ile budziły we mnie onieśmielenia, ale i zaciekawienia, zabarwionego zresztą szaloną dozą podziwu. Nie znałem takiego świata kobiet, a już zwłaszcza w takim natężeniu. W domu Hanny (duży, piętrowy budynek, w którym mieszkała również najstarsza z jej sióstr z mężem i córkami) wszystko pachniało kobiecością oraz … migdałami. Tajemnicę tego zapachu odkryłem znacznie później. Wszystkie trzy Gracje, jak i ich matka, ujmująca, życzliwa pani, po której Hania odziedziczyła ten fascynujący kolor oczu, używały perfum Chanel No 5, który zawiera aldehyd benzoesowy, pachnący jak gorzkie migdały. Ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem i byłem absolutnie pewien, że to z powodu migdałowego ciasta, grzesznie smacznego zresztą, którym kilka razy zostałem w tym domu poczęstowany. Ale zacznijmy od tego, że to Hanna mnie wybrała. Któregoś dnia, po szkole, podeszła do mnie na ulicy i patrząc na mnie spod przymrużonych powiek powiedziała, że od dzisiaj zostaję jej chłopakiem, bo tak zdecydowała przedwczoraj, a do moich obowiązków – jednego z wielu, choć o pozostałych poinformuje mnie w swoim czasie – należy odprowadzanie jej do domu po lekcjach. Z natychmiastowym trybem wykonawczym, żeby nie było nieporozumień. Nie pamiętam mojej riposty, jeżeli w ogóle jakaś była, bo Hania, po tej arbitralnej nominacji, postanowiła od razu zapoznać mnie z sobą samą i szczegółowo wyjaśniła, co lubi, czego nie lubi, co sprawia jej przyjemność, jakie kolory i kwiaty są jej ulubionymi i o tysiącu podobnych „ważnych spraw”, których – jak powiedziała – i tak nie zapamiętasz, ale nie martw się, bo będę ci przypominała. Przed domem kazała mi się pochylić, pocałowała mnie w policzek i oświadczyła, że jutro wszystkie dziewczyny w szkole dowiedzą się (a zwłaszcza Justyna), że jestem jej i lepiej dla nich będzie, jeżeli będą o tym pamiętały …

Kobiety i literatura

W literaturze mężczyźni nie mogą mierzyć się z kobietami. Już w historii Piotrusia Pana jest Wendy, dojrzała i mądra dziewczynka, która chce być żoną i matką. Nawet nastoletnia Lolita jest znacznie dojrzalsza od dorosłego mężczyzny, jakim jest Humbert Humbert. Emma Bovary jest wspaniałą, skomplikowaną kobietą, która próbuje zmienić swoje życie, a jej mąż to niedojrzały przygłup, kochanek zresztą podobnie. Anna Karenina to inny przykład; prawdziwa, rasowa kobieta otoczona zdziecinniałymi facetami. Można to długo kontynuować.

Uczucia

Człowiek gotów popaść w prawdziwą rozpacz, ilekroć u tych, których uważa za bliskich, zamiast zrozumienia i serdecznej pomocy, natrafia na zimne i przenikliwe analizy swoich poglądów i postępków – podstawą naszych związków z innymi ludźmi nie jest bowiem intelekt, lecz uczucia. Nawet w sytuacjach kryzysowych, gdy potrzebujemy pomocy głównie ze strony chłodnego, analitycznego intelektu, chętniej zwracamy się w stronę uczuć, choć ich zdolność w niesieniu nam konkretnej pomocy jest żadna lub nieznaczna. Uczucia są prymarne. Intelekt jest wciąż tylko gadżetem.

Zamaskowany rasizm

W Szwecji wciąż króluje przekonanie, że prawdziwa demokracja może być definiowana wyłącznie przez wielokulturowość, polityczną poprawność, liberalizm oraz relatywizm genderowy, a wszystkie inne opinie należy z góry wykluczyć i nawet ich nie dyskutować, bo są jedynie zamaskowanym rasizmem.

Wercyngetoryks

Wercyngetoryks oblężony przez Rzymian w Alezji. Kiedy zaczęło brakować żywności i sytuacja oblężonych stała się krytyczna, pojawiła się propozycja, by zezwolić na zjadanie umarłych towarzyszy, jak to miało mieć miejsce podczas walk z germańskimi Teutonami i Cymbrami. Wercyngetoryks odrzucił jednak takie rozwiązanie. Natomiast, żeby mieć więcej prowiantu dla mężczyzn pod bronią, rozkazał usunąć z twierdzy kobiety i dzieci. Rzymianie odmówili przepuszczenia ich przez swoje linie, ale i nie wpuszczono ich także z powrotem do Alezji – przez następne kilka dni kobiety i dzieci umierały więc z głodu uwięzione na równinie pomiędzy twierdzą, a rzymskimi fortyfikacjami. Nie brakuje opinii, że decyzja ta przesądziła o losie Wercyngetoryksa. Galowie wydali go Rzymianom i nie upomnieli się o niego nigdy więcej.

Trampki

Cała Szwecja chodzi w trampkach. Kobiety, mężczyźni, dzieci, trzecia płeć – bez wyjątku. Kiedyś z upodobaniem chodzili w drewnianych chodakach. Dziś zamienili je na trampki, wszelkiego rodzaju trampki, bo jest tego sporo. Jest to prawdopodobnie najgorzej „obuty” kraj Europy. Szwedzka ulica przypomina skrzyżowanie bieżni na podmiejskim boisku z więziennym spacernikiem.

15 talentów

Ptolemeusz, tworząc słynną Bibliotekę Aleksandryjską, był bezwzględny w gromadzeniu i poszerzaniu jej zbiorów. Ateńczykom zaproponował poręczenie w postaci 15 talentów srebra za manuskrypty Sofoklesa, Eurypidesa i Ajschylosa obiecując, że jedynie wykona z nich kopie, a następnie zwróci je niezwłocznie w stanie nienaruszonym. Po stworzeniu kopii, podobno wykonanych na najlepszym materiale i wyjątkowo starannie, oryginały zachował jednak dla siebie, a Ateńczykom wysłał owe kopie proponując, by zatrzymali pieniądze, jeżeli kopie ich zadowolą. Ateńczycy przyjęli kopie i zatrzymali pieniądze.

Oferta była hojna. Talent to grecka jednostka wagi. Starożytny talent służył jako miara ilości pieniądza w postaci szlachetnego kruszcu, srebra i złota. W tym przypadku jest mowa o srebrze, które w tamtych czasach było dużo więcej warte niż obecnie, gdyż było tylko dwukrotnie tańsze od złota. Talent dzielił się dalej na 60 min. Srebrna mina z kolei odpowiadała 100 drachmom. Stawka za dniówkę robotnika przy pracach budowlanych nie przekraczała wówczas 1 drachmy. Rocznie dawałoby to więc najwyżej 300 drachm. Innymi słowy, robotnik musiałby przepracować co najmniej 20 lat, by zarobić 1 talent.

 

Marzenie wirusów

Patogen bakteria dżumowa Yersinia pestis, która skutecznie zdziesiątkowała populację Bizancjum, rozprzestrzenia się lepiej w chłodne dni, więc zimne lata w tamtym okresie stwarzały idealne warunki do zakażenia. Prokopiusz z Cezarei pisze, że blask słońca w roku 535 był tak słaby, jak podczas zaćmienia. Także kroniki irlandzkie mówią o „braku chleba od 535 do 539”. W Chinach notowano opady śniegu jeszcze w sierpniu i opóźnione zbiory. W Europie i na Bliskim Wschodzie pojawiały się „gęste suche mgły”. Przyczyna tej klimatycznej aberracji nie jest znana, ale przypuszcza się, że była ona efektem wybuchu wulkanu – Tavuryur lub Krakatau, tego samego, który z równie wielką mocą odezwie się ponownie w roku 1883. Innym czynnikiem była globalizacja – czasy Justyniana I to okres prosperity, budowano wiele nowych dróg, ludziom było łatwiej i wygodniej podróżować, handel kwitł, ale i patogeny rozprzestrzeniały się szybciej i skuteczniej. Globalizacja jest prastarym marzeniem wszystkich wirusów i bakterii.

Polskie gry miłosne

Barbara Stanisławczyk „Miłosne gry Marka Hłaski”: „Sekretarzem redakcji „Nowej Kultury” był Wilhelm Mach. Redaktorem naczelnym „Przeglądu Kulturalnego” Jerzy Andrzejewski. „Nowiny Literackie” w latach czterdziestych założył Jarosław Iwaszkiewicz, o którym Leopold Tyrmand napisał w „Dzienniku 1954”: globtroter, pederasta, dyplomata, smakosz, poeta i pionek. W późniejszym okresie, po „Nowinach”, Iwaszkiewicz wywalczył sobie możność wydawania „Twórczości”. Kierownikiem najważniejszego działu – prozy – był Julian Stryjkowski, który nie robił tajemnicy z faktu, że jest homoseksualistą. Następcą Stryjkowskiego został Henryk Bereza, który przyznał się do swoich „komplikacji uczuciowych”.

Jan Lechoń, Jarosław Iwaszkiewicz, Karol Szymanowski, Witold Gombrowicz, Julian Stryjkowski, Jerzy Andrzejewski, Maria Dąbrowska, Miron Białoszewski, Wilhelm Mach, Michał Głowiński, Jerzy Waldorff, Henryk Bereza, Edward Stachuradługa jest lista znanych i „straszliwie prześladowanych” homoseksualistów polskich. Michał Witkowski, również zdeklarowany homo, autor powieści „Lubiewo”, potwierdza istnienie lobby homoseksualnego w polskich instytucjach kulturalnych. Według niego bardzo to ułatwia funkcjonowanie w świecie artystycznym: Lobby gejowskie istnieje. To jest tak, że na przykład w instytucjach kulturalnych masz łatwiej. Wszędzie są cioty, gdzie nie spojrzeć. Może nie w górnictwie, nie wiem. Ale już w teatrach, czy wszędzie, gdzie chcesz coś wystawić, w telewizjach, no wszędzie są cioty. Do mnie się odnoszą bardzo dobrze i jest mi łatwiej. Homoseksualista Oskar Wilde żył w cywilizowanym społeczeństwie, gdzie nie prześladuje się ludzi o odmiennych preferencjach seksualnych, ponieważ jednak był pedałem, musiał umrzeć jak clochard i ostatni śmieć. Homoseksualista Iwaszkiewicz żył w barbarzyńskim świecie, gdzie prześladuje się wszystkich Biedroniów i Śmiszków, i umarł jak król. Porozmawiajmy o logice.

Wesele w Suzie

W roku 324 p.n.e. odbyło się w Suzie zbiorowe wesele ukoronowane ucztą, która trwała pięć dni –  to Aleksander Macedoński wymusił na swoich hetairoi, czyli towarzyszach, poślubienie perskich arystokratek. Sam dał przykład poślubiając, jak przystało na króla, aż dwie córki królów perskich – Parysatis II, córkę Artakserksesa III i Statejrę II, córkę Dariusza III. Jego najbliższy przyjaciel, Hefajstion, ożenił się z Drypetis, młodszą siostrą Statejry II, stając się tym samym szwagrem macedońskiego władcy. Żoną Kraterosa została Amastris, córka Oksartesa, brata Dariusza III. Ptolemeusz, przyszły władca Egiptu, poślubił Artakame, córkę Artabazosa, satrapy Frygii. Eumenes z Kardii dostał kolejną córkę Artabazosa, Artonis. Seleukos, już wkrótce twórca dynastii Seleukidów, poślubił Apame, córkę buntownika z Baktrii, Spitamenesa. Osiemdziesięciu innych, mniej znacznych towarzyszy, także stanęło na ślubnym kobiercu żeniąc się z córkami wybitnych Persów i Medów. Aleksander opłacił pannom młodym posag, a ponadto kazał sporządzić listę tych wszystkich, którzy wcześniej związali się z Azjatkami. Było ich, jak zapewnia Flawiusz Arrian, ponad dziesięć tysięcy. Wszyscy otrzymali hojne prezenty weselne.

Aleksander, dążąc do stworzenia euroazjatyckiej federacji, pierwszego w dziejach EU, był zapewne prekursorem inżynierii społecznej na taką skalę. Utopia ta miała jednak krótki termin ważności. Po śmierci Aleksandra prawie wszyscy Grecy i Macedończycy oddalili swoje azjatyckie żony. Nie uczynił tego Seleukos. Jego małżeństwo z Apame przetrwało całe życie, chociaż w roku 300 p.n.e. poślubił Stratonikę, córkę Demetriusza Poliorketesa. Drugim przykładem takiego trwałego małżeństwa był związek Eumenesa i Artonis. Pozostali „najwierniejsi z wiernych” Aleksandra bez skrupułów wycofali się z tych małżeńskich transakcji. Azjatyckie żony przeszkadzały im w poślubieniu Greczynek, które nigdy nie zaakceptowały poligamii, a dla Greka czy Macedończyka prawdziwą żoną mogła być tylko rodaczka. Idea Aleksandra umarła razem z nim, nie kontynuował jej żaden z jego diadochów.

Marzenia

Nie potrafimy cenić marzeń, które spełniają się bez naszego udziału. Nie czujemy wtedy, że należą do nas i nie bardzo wiemy, co z nimi zrobić. Zwykle więc, gdy jest to możliwe, pozbywamy się ich szybko, rozrzutnie i dopiero wtedy oddychamy z ulgą.

Wygoda osłów

Król Filip II Macedoński słysząc, że rozbicie obozu armii w miejscu, które wybrał będzie niemożliwe, bo nie ma tam wystarczająco paszy dla bydła, miał powiedzieć: Cóż za życie! Musimy żyć zgodnie z wygodą osłów! Doskonała replika. I aktualna.

Fustel de Coulange

Fustel de Coulange, historyk francuski, o obowiązkach nakładanych przez demokrację ateńską na obywatela: Albowiem niewiele zdarzy się dni bez jakiegoś zgromadzenia w demosie, w fyle czy fratrii; trzeba radzić około interesów religijnych czy politycznych, choćby o urządzeniu biesiady religijnej, o kontroli wydatków itp. Nadto trzy razy na miesiąc ogólne zgromadzenie ludowe, na którym nie ma prawa być nieobecnym, a trwają od rana do późnej godziny i trzeba koniecznie wysłuchać wszystkich przemówień. Chodzi o doroczny wybór zwierzchników politycznych, wojskowych, o nałożenie podatku, o jakąś zmianę ustawy, o kwestię wojny i pokoju. A gdy przyszła kolej na niego musiał sam zostać urzędnikiem w swej fratrii lub demosie. Przeciętnie co drugi rok bywał sędzią helistą; przynajmniej dwa razy w życiu bywał senatorem, a wtedy zasiadał na zebraniach dzień w dzień, słuchając raportów urzędów, uchwalając kolejne odprawy, instrukcje, badając i przygotowując wszelkie wnioski na zgromadzenie ludowe. Wreszcie mógł zostać urzędnikiem państwa, archontem, strategiem itd. z wyboru czy też przez losowanie. Było czym się zająć niemal całe życie i pozostawało niewiele czasu na zajęcia osobiste i na życie domowe. Wobec tego Arystoteles bardzo słusznie się wyraził, że człowiek który musiał zarabiać na życie, nie mógł być obywatelem.

Attalos III

Pełna, zaokrąglona twarz, wydatny, wąski podbródek, usta małe, pełne, prawie dziecięce, z nieco kapryśną dolną wargą, lekko wypukłe, duże oczy, prosty, klasyczny nos – Attalos III Filometor Euergetes, król Pergamonu, ostatni władca z dynastii Attalidów. Zmarł młodo, mając zaledwie trzydzieści kilka lat. Fascynująca postać. Historia nie ma o nim pochlebnego zdania. Uważa się, że był niezrównoważony psychicznie, wręcz szalony, próżny i okrutny, prawdopodobnie osobowość autystyczna, mizantrop, możliwe, że – jak określilibyśmy to współcześnie – dotknięty ostrym zespołem Aspergera. Attalos stronił od ludzi, nie przepadał ani za zabawami ani ucztami i niechętnie pokazywał się publicznie. Nigdy nie golił brody, nie obcinał włosów, ubierał się bardzo skromnie. Egzystując jak samotnik, w cichym i opustoszałym pałacu, jedyne, czemu poświęcał się z pasją była praca naukowa. Wiadomo, że napisał traktat o rolnictwie. Uprawiał zioła lecznicze, ale i trujące, sporządzał z nich wyciągi; legenda głosi, że podobnie jak później miała to czynić Kleopatra, badał ich skuteczność na skazanych na śmierć przestępcach. Podobno wynalazł bardzo skuteczny plaster na rany i owrzodzenia oraz dietę na zaburzenia w trawieniu. Interesowała go również entomologia. Typ naukowca-dziwaka raczej niż władcy. Czas wolny od obowiązków i zajęć naukowych najchętniej spędzał modelując w wosku i odlewając rzeźby w brązie. I właśnie w trakcie sporządzania pomnika matki doznał porażenia słonecznego i zmarł po kilku dniach choroby. Być może podzieliłby anonimowy los wielu ówczesnych władców, z istnienia których przetrwały jedynie niepewne daty urodzin i śmierci, gdyby nie to, że pozostawił po sobie zaskakujący testament. Na mocy tego testamentu całe swoje państwo z jego skarbami, kopalniami i ziemią zapisał w spadku Rzymowi, a miasta greckie z Pergamonem na czele obdarzył wolnością (w identyczny sposób jak wyzwala się wiernych niewolników). Posunięcie to zaskoczyło wszystkich, łącznie z spadkobiercami, czyli Rzymianami, którzy dość długo wahali się, co począć z tym nieoczekiwanym darem.

Historycy do dziś próbują odgadnąć motywy tej kontrowersyjnej decyzji. Część sugeruje, że powodem mogła być jego niechęć, a może wręcz nienawiść, do przyrodniego brata, Aristonikosa, który był synem hetery efeskiej. Ponieważ Attalos III nie miał męskiego potomka, naturalnym pretendentem do tronu był właśnie Aristonikos. Ta teza wydaje się jednak być dość wątła. Jeżeli założyć, że jego niechęć do przyrodniego brata była tak wielka, powstaje pytanie, co powstrzymywało go od skorzystania z metod, którymi posługiwano się wówczas, a już zwłaszcza w podobnych sytuacjach, nagminnie – czyli pozbycia się brata, choćby za pomocą trucizny. Druga teza także nie przekonywuje. Część historyków sugeruje, że zapis na korzyść Rzymu mógł wynikać z lęku Attalosa przed wybuchem rewolty społecznej w królestwie (uważa się, że tylko Rzymianie byliby w stanie opanować sytuację w obliczu narastającego buntu niewolników i biedoty). Bunt mógł wydarzyć się lub nie, tego Attalos nie mógł przewidzieć z bezwzględną pewnością. Najbardziej prawdopodobna wydaje się więc trzecia teza: zapis był spowodowany świadomością faktycznej zależności od Rzymu i pragnieniem uchronienia poddanych od nieuniknionej wojny z ekspansywnym protektorem, który po śmierci Attalosa sięgnąłby po Pergamon tak czy inaczej. Gdyby przyjąć za prawdziwą tezę trzecią, trzeba byłoby także uznać, że ten niezrównoważony psychicznie człowiek, odludek i szaleniec musiał być bardzo wnikliwym i inteligentnym obserwatorem, świetnie zorientowanym w politycznych realiach swojej epoki. Może chciał raz na zawsze skończyć z pozorami, zmęczony walką o ich utrzymanie w świecie, którego faktycznymi władcami i tak byli już Rzymianie? Może nie miał złudzeń? Może już doskonale rozumiał, że Rzym będzie rzeczywistym władcą nie tylko Pergamonu, ale i całego świata hellenistycznego? Może pamiętał, że kiedy jego ojciec, Attalos II, po zdobyciu przez Rzymian Koryntu zaoferował astronomiczną jak na one czasy sumę stu talentów za obraz przedstawiający boga wina Dionizosa, rzymski wódz, Lucjusz Mummiusz, pozbawił go tego nabytku z dziecinną łatwością? Niczego nie można wykluczyć, prawdy nie poznamy nigdy, testament Attalosa, przesłanki, którymi się kierował, budziły i będą budzić pytania, a nie brakuje także opinii, że testament nigdy nie istniał lub był sfałszowany. Nikt jednak nie zdołał wskazać ewentualnych „autorów” takiego fałszerstwa ani ich motywów, tym bardziej, że główni podejrzani, czyli Rzymianie, sądząc z ich reakcji, wcale nie byli na ten prezent przygotowani.

Ja optuję za trzecią tezą. Attalos III Filometor był ekscentryczny i szalony, a właśnie w tym szaleństwie jest metoda. I pogarda. „Wielkodusznie” ofiarował Rzymianom to, co i tak już do nich należało.

Niccolo Barbo

Teraz, kiedy Konstantynopol upadł, a ponieważ nie było już nic, na co można było liczyć, nasz lud przygotował się na ocalenie siebie i naszej floty, wszystkich statków, i wydostanie ich z portu. Więc Aluvixe Diedo, oficer dowodzący portem widząc, że cały Konstantynopol został już opanowany przez Turków, natychmiast zszedł na ląd w Pera, udał się do Podesty w Pera i omówił z nim, co należy zrobić z naszą flotą, czy ma uciec, czy przygotować się do bitwy ze wszystkimi swoimi statkami i galerami. A kiedy Aluvixe Diedo zapytał o radę Podesty Pery, Podesta powiedział: „Kapitanie, poczekaj tutaj w Pera, poślę ambasadora do sułtana i przekonamy się, czy my, Genueńczycy i Wenecjanie, będziemy mieć z nim wojnę czy pokój.” Ale gdy trwała ta dyskusja, Podesta zamknął bramy swojego miasta i zamknął w środku kapitana, z Bartolo Fiurianem z galery Tana i Nicoldem Barbaro, chirurgiem. Wtedy zdali sobie sprawę, że jesteśmy w poważnej sytuacji: Genueńczycy zrobili to, aby oddać nasze galery i naszą własność w ręce Turków i nie wysłano żadnego ambasadora.

Pisał o upadku Konstantynopola biskup genueński Leonard z Chios, bizantyjski minister George Sphrantzes, Tursun Bey, oficjalny historyk turecki, Kritovoulos, pisali inni, ale nie miałem pojęcia o tym, że istnieje też bezpośrednia relacja człowieka, który prowadził notatki tylko dla siebie, niczego nie wybielając, niczego nie przemilczając, z takich czy innych powodów, i nie prezentując w nich niczyich interesów. Istnieje i jest fascynująca. Monumenta Hungariae Historica zawiera, między innymi, dziennik prowadzony w oblężonym przez Turków Konstantynopolu, dzień po dniu, przez Niccolo Barbo, chirurga na statku weneckim. Powyższe kilka zdań pochodzi z jego zapisków.

Żelazny ptak

W naszej saunie na Sundzie jest duże, prawie cało ścienne okno, przez które w pogodne dnie widać sylwetkę odległej Kopenhagi. Wczoraj było słonecznie i bezwietrznie, ciepło, większość saunowiczów opalała się na pomostach, więc w saunie było bez tłoku, pięć osób licząc ze mną. W pewnym momencie mężczyzna siedzący na środkowej półce, z najlepszym widokiem na Sund, wykrzyknął prawie z entuzjazmem: titta! titta! (patrzcie! patrzcie!), wskazując coś palcem dramatycznie wyciągniętej ręki. Ton jego głosu, pełen zdumienia i zaskoczenia, sugerował coś tak ważnego, że wszyscy podążyliśmy wzrokiem w tym kierunku. Ale na horyzoncie nie było nic. Nic. To samo spokojne morze, mglisty, nieco postrzępiony kontur Kopenhagi gdzieś tam na drugim brzegu, kilka żagli leniwie kołyszących się na wodzie, spory statek handlowy zmierzający w stronę mostu między Malmö i Kopenhagą. Nic. Wszystko jak zwykle. Spojrzeliśmy na niego pytająco. Wówczas on, potrząsając ręką, prawie z irytacją wykrzyknął: No, nie widzicie?! Samolot! Samolot! Tam. Wysoko! Rzeczywiście. Teraz dojrzeliśmy go wszyscy. Na lotnisko w Kopenhadze podchodził do lądowania duży, pasażerski Boeing, co jeszcze kilka tygodni temu, w epoce przed korona wirusem, było widokiem tak zwyczajnym, że prawie przestawaliśmy je widzieć. Stanowiły jeden z elementów pejzażu, lotnisko w Kopenhadze jest duże, samoloty lądowały tu w odstępach paru minut, jedne po drugich, karnym szeregiem. Nie wytrzymałem. Mimowolnie parsknąłem śmiechem, pozostali natychmiast poszli w moje ślady, śmialiśmy się długo i serdecznie. Przez moment poczułem się jak Indianin z puszczy nad Orinoko, który po raz drugi w swoim życiu ujrzał lecącego żelaznego ptaka. Chyba wszyscy mieliśmy to samo uczucie.

Konstantynopol

Z upadkiem Konstantynopola wiążemy zwykle upadek Bizancjum. To nieporozumienie. Gdy upadł Konstantynopol, Bizancjum już nie istniało. Z dawnego Bizancjum pozostał wówczas tylko niewielki skrawek ziemi, położony na pagórkowatym półwyspie, od południa oblany przez morze, a od północy wodami zatoki Złoty Róg, ściśnięty w obręczy potężnych murów – miasto. I nazwa, silniejsza nawet niż mit. Bizancjum, na długo przed upadkiem Konstantynopola, rozszarpane zostało przez nienawiść i chciwość wschodnich i zachodnich barbarzyńców. Ale Konstantynopol umarł z godnością. Walcząc do końca.

Liberia

Martín Caparrós, „Księżyc od nowiu do nowiu”: Szum – szum – generatora rozlewający się po hotelowym patio. Od prawie piętnastu lat w kraju nie ma prądu ani wody – wyjaśniają mi. A zatem żadne liberyjskie dziecko, młodsze czy starsze, nie wzięło nigdy prysznica, nie wie, co to znaczy nacisnąć pstryczek i zapalić lampę.

Mowa o Liberii, kraju wymyślonego przez białych jako raj dla czarnych, najstarszej republice w Afryce, powstałej w wyniku umowy między Amerykańskim Towarzystwem Kolonizacyjnym, a autochtonami, podpisanej w 1821 roku. Umowa ta gwarantowała wyzwolonym niewolnikom ze Stanów Zjednoczonych prawo do osiedlania się na terenach wykupionych dla nich przez Towarzystwo i spokojną, przyjazną egzystencję z  osiemnastoma tubylczymi plemionami. Rzeczywistość nie przewidywała jednak aż tak optymistycznego scenariusza. To, co miało być rajem stało się piekłem, obietnica stała się przekleństwem. Napływający ze Stanów Zjednoczonych dawni niewolnicy błyskawicznie przekształcili się w panów. Nie tylko przejęli nawyki swoich dawnych prześladowców, ale zaczęli też stylizować się na nich nosząc surduty, kamizelki i cylindry, samych siebie nazywając Amerykanoliberyjczykami, za to tubylców – czarnuchami. Bez trudu zdołali zdominować i podporządkować sobie tubylczą ludność, wykorzystując ją w charakterze niewolniczej siły roboczej, pozbawionej jakichkolwiek praw. Rdzenni Afrykańczycy uzyskali prawo do głosowania (ograniczone cenzusem majątkowym) dopiero w 1947 roku. Ironia historii? Nie. Raczej ponura reguła. Niewolnicy nic nie wiedzą o wolności. Niemal cała Afryka jest tego dowodem.