Według legendy św. Metody postanowił pewnego dnia obdarować jednego ze swoich uczniów pięknie zdobioną laską. Spodziewano się, że przypadnie ona najzdolniejszemu, a tymczasem Metody ofiarował ją najgorszemu. Wyjaśniając swoją decyzję powiedział: Nauczyciel najkrócej uczy swoich najlepszych uczniów, najdłużej pozostaje z najgorszymi. Najlepsi szybko wychodzą. I dokładnie tak jest z naszymi dziećmi – najzdolniejsi szybko wychodzą. Cieszymy się nimi najkrócej.
Miesiąc: kwiecień 2023
Wybór
Młodych mężczyzn wychowuje się dzisiaj z myślą, by byli dumą ich ojców i jednocześnie pozostali kochanymi synkami mamusi. Jest to pomysł równie poroniony jak Fit for 55, triumf ideologii nad rozumem – wychowanie ku byciu dumą ojca to szkoła buntu i apostazji, bycie kochanym synkiem jest w tej sytuacji prawie za darmo. Wybór, podyktowany zasadą zachowania energii, jest oczywisty. W ten sposób wchodzące dziś w życie młode kobiety, które mają nadzieję spotkać mężczyzn, spotykają głównie kochanych synków mamusi – w skali od jeden do dziesięciu najgorszych rzeczy, jakie mogą przytrafić się młodej kobiecie, ten przypadek plasuje się na pewnej dziewiątce.
Jak po niemiecku zabija się dzieci
Niemiecka likwidacja żydowskiego getta w Krakowie rozpoczęła się o godzinie 6 nad ranem 13 marca 1943 roku. Niemcy dokonywali selekcji ludzi według płci, wieku, stanu zdrowia i zdolności do pracy. Dzieci poniżej 14 roku życia, osoby stare i chore rozstrzeliwano na miejscu. Taki sam los spotkał niemowlęta z ochronki. Świadkiem tych scen była Irena Droździkowska, farmaceutka pracująca w Aptece „Pod Orłem”: „Przynoszono dzieci na Plac Zgody, pod okna apteki, leżących w wiklinowych koszach od prania z poduszkami. I te dzieci były układane jakby w takie stosiki pionowe, po 5, 6, 7, jak im tam wypadło, dla oszczędności jak się później okazało kul. I tych stosików było bardzo dużo, ile to nie potrafię powiedzieć. No i jak wynieśli z tego sierocińca wszystkie te maleństwa, bo później te większe dzieci brali, wywozili na autach albo zabijali, różnie bywało, to przyszedł taki jeden z SS i jednym strzałem przez każdy stosik, z góry w dół tak, by pocisk przeszedł przez wszystkie poduszki i dzieci. Z tym, że nie każde pozostawało martwe, potem drgało.”
Wyposażenie
Problem z nami polega na tym, że jesteśmy wyposażeni w najbardziej prymitywne funkcje pnia mózgowego i jednocześnie w najbardziej wyrafinowane działania kory mózgowej. Jest to więc trochę tak, jakby gorylom wszczepić mikroprocesory AMD Ryzen Threadripper 3990X – nieobliczalność gwarantowana.
Snob
Snob. Etymonem tego słowa jest pospolity skrót, który stosowano w XVIII i XIX wieku na angielskich uczelniach. Otóż, przy nazwiskach studentów „dobrze urodzonych” pisano zwykle nobilitas (szlachectwo), natomiast przy pozostałych sine nobilitate, czyli bez szlachectwa, a więc w skrócie s.nob. Odnosiło się to więc początkowo do studenta, który nie był szlachcicem, do osoby spoza arystokracji, i w sumie nic ponadto. Obecne, zdecydowanie pejoratywne znaczenie tego słowa, jest stosunkowo młode, bo pojawia się dopiero na początku XX wieku. Nie jest to przypadek. Nie znaczy to, że wcześniej zjawisko takie nie występowało. „Właścicieli złotych kranów” nie brakowało nigdy, chwalenie się jest formą snobizmu, ale snobizm w formie jaką znamy ją obecnie pojawia się dopiero ze zmianą struktury społeczeństwa, czyli w sytuacji, gdy klasy niższe zdobywają możliwość naśladowania klas wyższych. W poprzednich wiekach ani chłop ani mieszczanin, nawet jeżeli byli stosunkowo zamożni, nie mogli marzyć o tym, by przez imitowanie gustów i mody elity pretendować do miana elity. Było to nie do pomyślenia, nie mówiąc o tym, że mogłoby to mieć tragiczne konsekwencje – średniowieczna arystokracja brała na serio swoje przywileje i strzegła ich zazdrośnie. Snobizm jest więc pośrednio niechcianym dzieckiem mocno rozluźnionych obyczajów.
Przypadek Curry`ego
Jeżeli przyjąć, że tak zwane życiowe doświadczenie jest głównie pamięcią popełnionych błędów, to największe życiowe doświadczenie powinien posiadać ten, kto popełnił najwięcej błędów. Pod warunkiem, że zdołał je uświadomić sobie i przemyśleć. Człowiek, który nie popełnia błędów – zakładając, że takie kuriozum jest możliwe – byłby więc istotą o zerowym poziomie życiowych doświadczeń. Zerowy poziom życiowych doświadczeń występuje tylko w dwóch przypadkach: nieistnienia lub skrajnego debilizmu. Człowiek, który utrzymuje, że nie popełnia błędów jest więc albo trupem albo debilem.
Teza
Popularna obecnie teza głosząca, że każdy jest wyjątkowy oznacza w praktyce, że nikt nie jest wyjątkowy.
Czy istnieje
Emil Cioran „Zarys rozkładu”: Widziałem, jak ludzie gonią za różnymi celami: ten za tym, inny za tamtym; jak różnorodne i sprzeczne są ich fascynacje, jak bezwartościowe są mgliste projekty i marzenia, którym się oddają. Chcąc zrozumieć przyczyny tak niefrasobliwego trwonienia energii, przyglądałem się każdemu przypadkowi z osobna, i wtedy zrozumiałem bezsens jakiegokolwiek działania i jakiegokolwiek wysiłku. Czy istnieje choć jedno życie pozbawione błędów, które właśnie czynią je życiem? Choć jedno życie jasne i przezroczyste, nieupokorzone poszukiwaniem korzeni, niezaciemnione zmyślonymi motywacjami, nieznające mitów, które snuje pożądanie?
Lōtophágoi
Nie łudźmy się – od dawna już żyjemy w gnuśnym świecie Lotofagów. Kto z nas pamięta jeszcze o Itace? Kto z nas pamięta do czego zdążał?
Replikanci
Żyją wśród nas osobnicy, którzy wydają się całą swoją wiedzę o innych ludziach czerpać tylko z kiczowatych filmów. Każdy prawdziwy, ludzki odruch, każda szczera reakcja wprawia ich w bezdenne zdumienie. Patrzą nic nierozumiejącym, otępiałym wzrokiem, gorączkowo szukając w pamięci filmu, który mógłby im cokolwiek podpowiedzieć lub wyjaśnić i, niczego takiego nie znajdując, starają się albo niezdarnie ukryć swoje zdumienie albo stają się agresywni.
Dieta
Stare polskie przysłowie przekonuje nas, że kradzione nie tuczy. Obawiam się, że w czasach, gdy ideałem jest dieta niskokaloryczna, niektórzy mogą uznać, że wszystko co kradzione jest dietetyczne.
Książki
Nie cierpię dziewiczo czystych książek, książek bez podkreśleń, bez uwag, śladów obecności kogoś innego, książek bez czyichś przeżyć, zamyśleń i wzruszeń. Czyste książki przypominają mi ludzi bez osobowości, w najlepszym razie dzieci. Księgarnie powinny zatrudniać zawodowych „odczytywaczy” książek lub przynajmniej inteligentnych czytelników, abyśmy – otwierając książkę i zanurzając się w niej – mogli spotykać świat, który stawił już czoła innym światom, starł się z innym istnieniem.
Adrien Baillet
W roku 1685 francuski uczony Adrien Baillet napisał: „Mamy powody obawiać się, że mnogość książek, których codziennie przybywa w kolosalny sposób, sprawi, że przyszłe stulecia pogrążą się w stanie barbarzyństwa jak w wiekach po upadku cesarstwa rzymskiego”
Zapach starości
Nie ukrywajmy. Starość nie pachnie najlepiej. Specyficzna woń, bardzo często spowijająca ciała osób starych, jest raczej mało przyjemna dla naszych nozdrzy, ale okazuje się, że higiena wcale nie jest jedyną przyczyną tego stanu rzeczy. Głównym winowajcą są pewne substancje chemiczne, a dokładnie związek o paskudnie futurystycznej nazwie 2-Nonenal, czyli aldehyd powstający w efekcie utleniania nienasyconych kwasów tłuszczowych omega-7. Współwinną jest także nasza skóra, która z wiekiem staje się coraz słabsza, a to powoduje, że naturalne olejki utleniają się znacznie szybciej i wytwarzają większą ilość nonenalu. Wszystko razem sprawia, że nawet jeżeli ludzie starsi bardzo sumiennie dbają o swoją czystość i często biorą kąpiele, starcza woń i tak nie całkiem ulega zneutralizowaniu – wspomniany nonenal nie jest bowiem rozpuszczalny w wodzie. Nie da się go „wymyć”. Starzeje się jednak nie tylko nasza skóra. Starzeją się nasze zęby i włosy, nasze oczy i kości. Starzeje się również nasz głos, traci dźwięczność i czystość, zaczyna brzmieć jak rozstrojony instrument, jakby i na jego strunach odkładał się lepki i ciężki pył czasu.
Życie
Życie jest tak paskudnie absorbujące, że właściwie nie ma w nim czasu na nic innego.
Czarna śmierć
Zaraza Antoninów, zwaną także zarazą Galena, która pojawiła się w II wieku, pochłonęła prawdopodobnie ponad 5 milionów ludzkich istnień, ale spustoszeń w ludzkiej populacji na skalę niemal niewyobrażalną dokonała dżuma, zwana czarną śmiercią, która zaatakowała świat w okresie panowania cesarza Justyniana. Przyjmuje się, że pochłonęła ponad 200 milionów ofiar, zmarło wówczas od 30 do 60 proc. mieszkańców Europy (prawie 24 mln ludzi, podczas gdy Europę zamieszkiwało wówczas ok. 75 mln.), ale nie była ona fenomenem wyłącznie europejskim. Miała charakter pandemiczny, uśmierciła również około 30 proc. ludności Bliskiego Wschodu i mniej więcej 40 proc. mieszkańców Egiptu. Znakomity uczony arabski Ibn Chaldun w pracy „Muqaddimah” napisał: „Ludy Zachodu i Wschodu nawiedziła niszczycielska plaga. Przetrzebiła całe narody, niektóre zaś z nich wytraciła ze szczętem. Unicestwiła wiele dobrych stron cywilizacji i starła ją z powierzchni ziemi. Przeobraził się cały świat zamieszkany”. To trafny opis – oblicza się, że populacja świata potrzebowała aż 150 lat, by powrócić do stanu sprzed wybuchu epidemii.
Czarna śmierć pochodziła, jak większość epidemii, i tak samo jak dziś, z Azji Środkowej, z Kirgistanu lub Chin. Stamtąd, przyniesiona przez handlarzy, podróżujących jedwabnym szlakiem, trafiła na Krym. W 1347 roku na Krymie Mongołowie oblegali genueńską faktorię Kaffa, miasto znane w starożytności jako Teodozja, założone jeszcze w VI w. p.n.e. przez osadników greckich z Miletu. W czasie oblężenia mongolscy barbarzyńcy użyli czegoś, co można byłoby nazwać średniowieczną wersją broni biologicznej – ładowali swoje katapulty ciałami zmarłych na dżumę i wystrzeliwali je przez mury obronne. Ta nieludzka taktyka okazała się bardzo skuteczna, miasto szybko padło, ale w konsekwencji doprowadziło to do straszliwej i globalnej katastrofy. Uciekinierzy z ogarniętego epidemią miasta przenieśli dżumę do Konstantynopola, Sycylii, Marsylii i na Cypr, skąd miała już otwartą drogę do pozostałej części Europy, łącznie ze Skandynawią i Polską.
Tempora mutantur
Tempora mutantur et nos mutamur in illis ? Czyżby ? Cypriana, biskupa Kartaginy z II wieku, oburzała do żywego pewna nabożna chrześcijanka, która często uczestniczyła w mieszanych kąpielach w miejskich termach, co w tamtej epoce najwyraźniej wciąż jeszcze było czymś zwykłym i praktykowanym. Kobieta, która wcześniej złożyła śluby czystości, broniła się twierdząc słusznie, że nie ponosi odpowiedzialności za reakcje ludzi, którzy spoglądają na jej nagość. Mnie zależy jedynie na odświeżeniu i obmyciu umęczonego ciała, argumentowała. Taka kąpiel kala – grzmiał biskup – Nie oczyszcza i nie obmywa członków, a je brudzi. Ty sama nie patrzysz na nikogo nieskromnie, ale na ciebie tak patrzą, nie kalasz swych oczu plugawym zachwytem, ale zachwycając innych, sama się kalasz. Innymi słowy, biskup uważał, że to kobieta ponosi pełną odpowiedzialność za pożądanie, jakie może wzbudzać u prymitywnych osobników jego płci, a najpewniej i w nim samym. Czym współcześni stróże obyczajności, którzy chętnie winią kobiety za popełniane na nich gwałty, bo odważyły się wyjść na ulicę w „nieskromnym” stroju, różnią się od tego kołtuna z II wieku? Czasy może i zmieniają się, ale czy i my zmieniamy się wraz z nimi?
Defrutum
Defrutum (lub carenum lub sapa) to sok z winogron, moszcz, który gotowano, zwykle z przyprawami, aż zgęstniał i nabrał słodkiego smaku. Substancja ta służyła w antycznym Rzymie za słodzik, bowiem Rzymianie dosładzali wina – normalne wino było dla nich zbyt gorzkie i cierpkie. Moszcz gotowano do chwili, aż płyn w naczyniu zmniejszył swoją objętość do 2/3 pojemności (carenum), do połowy (defrutum), lub do 1/3 (sapa). Słodzik dodawano także do owoców oraz mięsa, tym samym konserwując je na wypadek dłuższej podróży. Na zimę z pomocą defrutum i miodu konserwowano pigwy i melony. Mieszano je także z garum, w ten sposób otrzymując niezwykle popularną przyprawę oenogarum.
Niestety, wszystko to miało przykre skutki uboczne. Sok gotowano bowiem w naczyniach z ołowiu, uwalniając w ten sposób cukier ołowiany, substancję silnie toksyczną i trującą. Na dodatek ten rodzaj zatrucia ma podstępny, bo przewlekły przebieg. Ołów gromadzi się w kościach i krwi, wędrując z nią do pozostałych narządów, i jest usuwany z organizmu bardzo wolno. Skutkami jego długotrwałego przyjmowania może być wiele różnych chorób: arytmia serca, choroby nerek, anemia oraz niewydolność krążenia, która prawie zawsze prowadzi do śmierci. Ołów wpływa również bardzo negatywnie na układ nerwowy, może potęgować, a nawet wywołać choroby psychiczne. Tego typu problemy musiały być dość powszechne, bo bardzo wysokie stężenie ołowiu stwierdza się niemal we wszystkich badanych szczątkach dawnych mieszkańców Imperium.
Różnica
Według Fustela de Coulange, francuskiego historyka, autora znakomitej pracy pt. „La Cité antique” (Starożytne miasto) różnica między indoeuropejczykami a semitami jest totalna: „Wszystko jest zupełnie inne: niezależnie od tego, z jakiej perspektywy patrzysz na sprawę, nie ma żadnych podobieństw, to świat zupełnie inny niż nasz.”
Niemiecka Europa
Zastanawiałem się ostatnio z jakiegoż to ważnego powodu nowy, wodewilowy król angielski, czyli Karol III, ten od infantylnej księżniczki Diany, w pierwszą swoją podróż zagraniczną wybrał się do Niemiec. Wydawało mi się to co najmniej dziwne, ale to tylko i wyłącznie z powodu mojej ignorancji w kwestiach dynastycznych. Karol III pojechał w odwiedziny do kraju swoich przodków.
Monarchiczna Europa jest germańska – od dawien dawna i w zasadzie bez wyjątku. Europa Parlamentarna, pieszczotliwie i dla niepoznaki zwana EU, też staje się już niemiecka, ale tymczasem jeszcze woli, z różnych powodów, by nie nazywano jej po imieniu. Przyjrzyjmy się tej królewsko-germańskiej Europie.
W Anglii mamy więc Windsorów, co brzmi bardzo imperialnie i angielsko, ale jest to tylko przechrzczona, niemiecka dynasta Wettynów, rodem z dzisiejszej Saksonii-Anhaltu. Ta sama, która panowała w Miśni, Saksonii oraz księstwach Turyngii i której przedstawiciele zasiadali także jako elektorowie na tronie w Warszawie – mam na myśli Augusta II Mocnego, Augusta III Sasa oraz Fryderyka Augusta, jako księcia warszawskiego. Jeden z Wettynów, Albert, ożenił się z brytyjską królową Wiktorią, a ponieważ ich nazwisko kojarzyło się Brytyjczykom z III Rzeszą, zmieniono je na angielsko brzmiące Windsor. Nie łudźmy się jednak. To tylko nazwy. Nawet niedawno zmarły książę Filip, małżonek angielskiej królowej Elżbiety II, miał właściwe, czyli germańskie korzenie. Był on synem Alicji Battenberg, córki księcia Ludwika Battenberga i księżniczki Heskiej, prawnuczki królowej angielskiej Wiktorii, która była żoną – zgadnijcie kogo? Ależ oczywiście, żoną księcia Alberta z Saksoni—Coburga-Gothy. Co za niesłychany zbieg okoliczności, czyż nie?Boczną linią dzisiejszych Windsorów, a raczej Wettynów, jest rodzina Koburgów, znana jako dynastia sasko-koburska. Koburgowie rządzili w Wielkiej Brytanii, Belgii, Bułgarii, a nawet w Portugalii (choć pod nazwiskiem poprzedniej dynastii – Braganca). Karol III wybrał się więc w odwiedziny do krewnych.
Belgią także włada niemiecka dynastia, dynastia Sachsen-Coburg-Gotha. Ich poprzednikami na belgijskim tronie była wspomniana wyżej dynastia Wettinów.
W Danii panuje miłościwie Małgorzata II, pochodząca z innej, znanej niemieckiej dynastii, dynastii Glückburgów, bocznej linii Oldenburgów, księstwa Holsztynu, przedstawicielem której był również Filip Mountbatten, małżonek angielskiej królowej Elżbiety II.
W Norwegii mamy zacnego podobno Haralda V, oczywiście z dynastii Glückburgów, bocznej linii Oldenburgów.
Na tronie Hiszpanii zasiada francuska, co prawda, dynastia Burbonów, ale i tutaj nie mogło zabraknąć niemieckich akcentów. Juan Carlos I Burbon ożenił się bowiem z księżniczką Zofią, która jest córką Pawła I, byłego króla Grecji, przedstawiciela słynnej niemieckiej familii Glückburgów.
W Szwecji zajmuje tron niby francuska i plebejska dynastia Bernadotte, solidnie jednak spokrewniona z rodziną Coburg przez księżniczkę Sybillę Coburg, która poślubiła Gustava VI Adolfa, a obecny król, wierny tradycji, także wybrał za żonę Niemkę, Sylwię Sommerlath. Sylwia jest córką Walthera Sommerlatha, członka NSDAP, przedsiębiorcy niemieckiego robiącego w czasie II wojny światowej interesy na odbieraniu mienia Żydom, i jego brazylijskiej żony Alice Soares de Toledo.
W Holandii panuje pochodząca z Niemiec dynastia Nassau – wywodząca się od Walrama I, hrabiego Laurenburga, którego tytuł hrabiego Nassau nawiązuje do rodowej siedziby jego przodków, czyli zamku Nassau nad rzeką Lahn.
I tak oto wygląda nasza skonsolidowana rodzinna Europa z zacnymi germańskimi królami na wszystkich europejskich tronach.
Mózg
Mam wrażenie, że postęp i wynalazki ostatnich dziesięcioleci, a zwłaszcza coraz doskonalsze i szybsze komputery, zdają się utwierdzać nas w przekonaniu, że i nasze mózgi są czymś w rodzaju biologicznego cudu o nadzwyczajnej mocy i nieograniczonych możliwościach. W każdym bądź razie nigdy przedtem człowiek nie zachwycał się mózgiem tak otwarcie i tak bałwochwalczo. Pojawiła się nawet zuchwała myśl, obecnie już dość powszechna i niechętnie kwestionowana, że wykorzystujemy jedynie 10 % jego zasobów, że jest on czymś w rodzaju olbrzymiego twardego dysku, który tylko czeka, abyśmy zechcieli go przebudzić, a kiedy to już nastąpi – przy czym zależy to tylko od naszej woli i chęci – wtedy zdołamy wszystko pojąć i wszystko spowodować, łącznie z podróżami międzygalaktycznymi, lekarstwem na raka i formułą na nieśmiertelność. Mówiąc inaczej, nasza pyszałkowatość pozwala nam sądzić, że nasze mózgi wyewoluowały głównie jako instrumenty do jak najdokładniejszego poznania świata i odkrywania obiektywnych prawd, które nim rządzą, że jest to ich prymarne i naczelne zadanie.
Uważam, że jest to jeden z najzabawniejszych mitów, jakie kiedykolwiek zdołaliśmy sobie zafundować w naszej krótkiej i burzliwej historii. Nasz żałośnie prymitywny mózg, którego podstawową funkcją jest buchalteryjne szacowanie stosunku ponoszonych nakładów do korzyści, jakie mogą przynieść, czyli przetrwanie w środowisku i – w najlepszym razie – pozostawienie po sobie potomstwa, urósł nagle do rangi super ostrego skalpela, którym możemy dokonać precyzyjnej wiwisekcji wszystkich tajemnic wszechświata. Cudowne!
A tymczasem ten galaretowaty gigant poci się i krzyczy ze strachu: jeżeli jesteś zmuszony, by koncentrować się na czymś dłużej niż kilka minut; gdy próbujesz znaleźć słowa, które zdołają dokładnie opisać to, co odczuwasz lub choćby to, co widzisz; gdy z jakichś niezrozumiałych powodów, zwykle na wskutek chwilowego szaleństwa, wpadniesz na pomysł, by spłodzić powiedzmy nowelę czy powieść lub pogrążyć się w innej formie twórczości, która wymaga intelektualnego wysiłku; gdy jesteś zmuszony, by korzystać z niego dłużej niż kilka godziny bez przerwy, etc. Wtedy, jeżeli nie jesteś kompletnie zakłamany, musisz przyznać, że mózg nie cierpi myśleć, brzydzi się myśleniem, nienawidzi myślenia, i godzi się na myślenie tylko w takich sytuacjach, gdy nie ma już innego wyjścia, gdy myślenie staje się jedyną deską ratunku. Osobiście nie dziwię się i nie potępiam go za to. Nasz mózg nadaje się do myślenia w takim samym stopniu, jak kleszcze kowalskie do wyrywania zębów – co znaczy, że nie jest to całkiem niemożliwe, ale może być i zwykle jest bardzo, bardzo bolesne.
Same old story
Jakób Gieysztor, uczestnik Powstania Styczniowego, aresztowany przez Moskali 31 lipca 1863 roku, skazany na 12 lat ciężkich robót w Usolu. Dopiero w 1872 roku zezwolono mu na powrót do kraju. Autor obszernych pamiętników z lat 1857-1865. Poniżej fragment z tzw. etapów w drodze do wygnania: „Tłoczyliśmy się literalnie, ciasnota, zaduch, gorąco, drzwi się nie odmykają, pod żadnym pretekstem wyjść nie można. Tak samo z nami mieszczą się dzieci i kobiety… wśród tej hałastry… miotającej obelgi, połajanki, zaczerpnięte ze słownika rosyjskiego, tak obfitego w tej gałęzi. … Niech czytelnik przeniesie się raz tylko na jedna godzinę do takiej etapowej izby, niech słyszy obok śpiewu wrzawę, orgję zbójów, a tu w ścisku, w zabijającym smrodzie, w brudzie, miljonami owadów otoczone, razem z nami te dzieci, te kobiety, a pojmie… I tak podróżowały młode, wykształcone niewiasty, które rzucały rodziny, często wielkopańskie dostatki, by osłodzić życie swym mężom i spełnić obowiązki żon i Polek.”
4,5 miliarda lat
Ziemia ma ponad 4,5 miliarda lat. 4,5 miliarda lat to niewyobrażalny okres czasu i w tym kontekście pytanie, które niekiedy sobie zadajemy, pytanie o to, czy przed nami mogła istnieć na Ziemi jakaś rozwinięta cywilizacja, wcale nie wydaje się być naiwne. Jeżeli założymy, że coś takiego było możliwe, to – jak podpowiada nauka – odpowiedzi powinno się szukać w zapisach paleoklimatycznych, geochemicznych i sedymentologicznych, bo tylko tam mogłyby przetrwać jakieś ślady. Tymczasem naukowcy niczego takiego nie znajdują, chociaż i to też da się wytłumaczyć. Nawet te „niszczycielskie” ślady, które my obecnie pozostawiamy na Ziemi, aczkolwiek przetrwają tysiące lat, za miliony lat przestaną jednak być wykrywalne. W takiej perspektywie może po nas przetrwać zaledwie kilka centymetrów osadów w geologicznym zapisie, może jakieś okruchy plastyku i radioaktywnych pierwiastków. Teoretycznie powinno to wystarczać, ale tylko teoretycznie, bo wiele z tych śladów jest prawie nie do odróżnienia od zjawisk występujących naturalnie. Wiemy już, że im dłuższy czas trwania jakiejś cywilizacji, tym większego sygnału po niej można byłoby oczekiwać w zapisach geologicznych, ale nie jest to, niestety, koniec tego równania, bo im dłużej trwa cywilizacja, tym bardziej zrównoważone stają się jej praktyki, by przetrwać, a takie społeczeństwa zostawiają po sobie mniejszy ślad. To zaś oznacza mniejszy sygnał w zapisie. Koło zamyka się. Nasze szanse, by dowiedzieć się, czy przed nami istniała na Ziemi jakaś rozwinięta cywilizacja, są praktycznie równe zeru. Wydaje się więc, że – jak we wszystkim – jesteśmy skazani na to, by istnieć bez przestrogi i bez pocieszenia.
Zalecenie Apellesa
Koszykarz to osoba zajmująca się wytwarzaniem wyrobów koszykarskich, brzmi słownikowa definicja tego słowa. Obecnie zajęcie to nie należy do szczególnie popularnych i jest możliwe, że w najbliższej przyszłości podzieli los takich zawodów jak bednarz czy kowal. Ale koszykarz to również ktoś, kto z jakichś powodów zajmuje się wrzucaniem piłki do kosza. I to zajęcie jest ogromnie popularne. Na świecie zarejestrowanych jest około 400 milionów koszykarzy. Jeden z nich, czarnoskóry Shaquille O’Neal, uchodził za świetnego koszykarza, czyli często i skutecznie wrzucał piłkę do kosza, a ostatnio postanowił zabłysnąć jako astronom lub geograf i podzielił się ze światem swoimi teoriami na temat kształtu ziemi.
Shaq po przylocie do Australii był gościem programu „The Kyle & Jackie O Show”. Ten przyciężkawy center Los Angeles Lakers, ponad dwumetrowy kolos ważący prawie sto pięćdziesiąt kilogramów ogłosił tam, że ziemia jest płaska, bo lecąc na Antypody wcale nie zauważył, aby samolot się przechylał. Podróżując do Australii przez 20 godzin cały czas leciałem w linii prostej. Samolot nie odwrócił się do góry nogami. Wiecie, że mówią, że ziemia się obraca. Mieszkam nad jeziorem od 30 lat i nigdy nie zauważyłem, by jego wody poruszały się w lewo bądź prawo – zapewniał z przekonaniem.
Wygląda na to, że długotrwałe wrzucanie piłek do kosza może powodować nie tylko fizyczne, ale i poważne intelektualne kontuzje. Kontuzjowany Shag w tym „meczu” ani razu nie trafił do kosza, a zdaje się, że nawet nie bardzo wiedział, gdzie go szukać. Ne sutor supra crepidam iudicet. To słynne „zalecenie” Apellesa nigdy nie było tak aktualne jak w naszych czasach.
Paradoks tygrysa
Żeby zrozumieć, czym jest prawdziwa miłość, spróbuj wyobrazić sobie dwoje ludzi, którzy trzymają na arkanach głodnego tygrysa. Są bezpieczni tylko wówczas, gdy stoją naprzeciwko siebie, każde po swojej stronie, i napinają linę z jednakową siłą. Znajdujący się między nimi głodny tygrys dzieli ich, ale i łączy. I nie mogą ani poluźnić ani upuścić liny, bo wtedy tygrys ich zje.
Herodian
Herodian, autor Historii Cesarstwa Rzymskiego, Grek, miejsce urodzin nieznane, a data urodzin niepewna, prawdopodobnie około roku 170 naszej ery, zmarł po roku 240. Lekkie pióro i upodobanie do plotek sprawia, że czyta się go chętnie, ale lepiej nie powoływać się na jego informacje – według Herodiana Aleksander Wielki miał stoczyć ostatnią i największą bitwę z Dariuszem pod Issos (listopad 333 roku). Ostatnim i rozstrzygającym starciem była w istocie bitwa pod Gaugamelą, rozegrana dopiero dwa lata później, 1 października 331 roku. Nie zawsze bliżej znaczy wierniej i dokładniej – Herodiana dzieliło od tamtych wydarzeń tylko 500 lat, nas dzieli prawie 2500. Możliwe jednak, że 500 lat w jego czasach stanowiło wieczność, której my nie jesteśmy już w stanie zrozumieć.
Wiara
Prawdziwa wiara jest ślepa. Wierzymy tylko dlatego, że nigdy do końca nie wiemy w co wierzymy, i wierzymy tym bardziej im bardziej nasza wiara jest transcendentna. Epifanie nie wzmacniają, lecz osłabiają wiarę. W tym sensie islam jest znacznie sprytniejszy – żadnych przedstawień. Allacha nie wolno przedstawiać. Chrystus jest na każdym krzyżu. Na niektórych wygląda dość nędznie.
Smyrna
8 września 1922 roku wojsko greckie, wycofując się pod naporem sił tureckich, opuściło Smyrnę. Następnego dnia Turcy pod dowództwem Nureddina Paszy weszli do Smyrny. Zaczął się pogrom. W pierwszych dniach zginęło od 30 000, jak skromnie podają Turcy, do ponad 100 000 chrześcijan ormiańskich i greckich, według zachodnich świadków masakry. Tragiczną postacią tych dni był prawosławny grecki biskup Chrysostomos. 9 września został wywleczony z katedry przez żołnierzy tureckich. Był bity, opluwany, szarpany, okaleczony, wydłubano mu oczy, obcięto nos i uszy, a na koniec wleczono za samochodem po ulicach miasta. Scenom tym przyglądali się, stacjonujący tam wówczas, francuscy żołnierze. Podobno niektórzy chcieli ratować biskupa, ale zakazano im jakichkolwiek ingerencji. Stało tam więc wojsko tzw. cywilizowanego zachodniego państwa i mogło jedynie przyglądać się bestialskim scenom. Jak to miało miejsce wiele razy wcześniej i jak to dzieje się dzisiaj. Gehenna Smyrny trwała jeszcze dwa tygodnie. 13 września zaczęły płonąć dzielnice chrześcijańskie, grecka i ormiańska oraz nabrzeża. Podpalacze byli liczni i nie kryli się z tym. Byli ubrani w tureckie mundury.
Kirac 27
Pewien prawie siedemdziesięcioletni pisarz, zmagając się ze stanami przygnębienia i depresji, za zgodą swojej żony, decyduje się na udział w filmie pornograficznym. Film ukazuje się i – jak można było przewidzieć – mocno nadwyręża jego reputację. Pisarz usiłuje więc ex post zatrzymać dystrybucję filmu, a kiedy producent odmawia, wnosi sprawę do sądu. I przegrywa proces we wszystkich instancjach. Sąd nie znajduje podstaw prawnych do zakwestionowania umowy zawartej między pisarzem a producentem. Film pod tytułem Kirac 27 swobodnie może być rozpowszechniany. I jest. Nowa powieść Houellebecqa?
Nie. Nie jest to fabuła najnowszej powieści kontrowersyjnego francuskiego pisarza Michela Houellebecqa, uznawanego za niemal etatowego skandalistę francuskiej literatury i często oskarżanego o obsceniczność, pornografię i mizoginię. Houellebecq tę fabułę wymyślił, to prawda, ale opisana sytuacja wydarzyła się w rzeczywistości. Historia zaczyna się podobno w listopadzie 2022 roku, gdy żona Houellebecqa, w rozmowie z reżyserem S. Ruitenbeekiem wspomniała, że jej mąż pragnie „nakręcić film pornograficzny, aby powstrzymać nękające go stany przygnębienia”. Wkrótce potem w Paryżu nakręcono sceny seksu, a w Amsterdamie strony podpisały kontrakt. Debiut w roli aktora filmów pornograficznych nie był jednak dla Houellebecqa tak udany jak powieść Cząstki elementarne, bowiem jego wyczyn sprowokował jedynie oburzenie i drwiny. Myślę, że niesłusznie. Houellebecq wpisał się w starą francuską tradycję literacką, wyrażoną niegdyś przez Flauberta słowami: Madame Bovary c`est moi. Problem polega jedynie na tym, że wielcy pisarze, jak Flaubert właśnie, tworząc swoje światy, nigdy nie zapominają, kim są, a marni próbują w ten sposób dowiedzieć się czegoś o sobie.
Sonderfahndungsbuch G.B
Sonderfahndungsbuch Polen nie była jedyną listą z wyrokami śmierci dla ludzi niewygodnych lub niepożądanych z niemieckiego punktu widzenia. Z właściwym im pedantyzmem przygotowali także Sonderfahndungsbuch G.B. – listę proskrypcyjną obejmującą Brytyjczyków i emigrantów z okupowanej Europy, którzy mieli być aresztowani i zgładzeni w razie udanej inwazji na Wielką Brytanię. Zawierała ona kilka tysięcy nazwisk, głównie Brytyjczyków, ale nie zabrakło w niej także uchodźców z Europy kontynentalnej.
Była „dziełem” szefa wywiadu SS Waltera Schellenberga, skazanego po wojnie, dokładnie w roku 1949 na 6 lat więzienia, które opuścił zdecydowanie przedwcześnie – ze względu na „stan zdrowia” – bo już w czerwcu 1951 roku. Z 20 tys. oryginalnych egzemplarzy tej listy przetrwały dwa. Znajdują się obecnie w Imperial War Museum w Londynie.
Wśród osób wyznaczonych do aresztowania i zgładzenia znajdowały się postacie tak wybitne jak: Norman Angell, laureat Pokojowej Nagrody Nobla, twórca scoutingu Robert Baden-Powell, przebywający na emigracji prezydent Czechosłowacji Edward Benes, premier Wielkiej Brytanii Neville Chamberlain, premier Winston Churchill, minister Duff Cooper, sekretarz ministerstwa wojny Anthony Eden, Zygmunt Freud, Charles de Gaulle, pisarz Philip Gibbs, pisarza Aldous Huxley, minister spraw zagranicznych Czechosłowacji Jan Masaryk, Gilbert Murray, działacz Ligi Narodów, Bertrand Russell, filozof i historyk, ekonomistka Beatrice Webb, działacz syjonistyczny Chaim Weizman, pisarz H. G. Wells, pisarka Virginia Woolf, i tysiące innych.
I na tej liście nie zabrakło, naturalnie, Polaków. Znaleźli się na niej między innymi: wybitny pianista i premier Polski Ignacy Jan Paderewski, dwukrotny minister spraw zagranicznych August Zaleski, Zofia Zaleska, dziennikarka, członek Rady Narodowej Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1939-1945, Lucjan Żeligowski, generał broni, oficer wywiadu wojskowego Jan Żychoń.
Nie sposób przesadzić, gdy mowa o niemieckiej pogardzie dla innych narodów i życia innych ludzi. Jak w ich hymnie: Deutschland, Deutschland über alles, über alles in der Welt.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.