Spośród wszystkich naszych cech najmniej wybredna jest odwaga. Odwaga nie czyni żadnych rozróżnień, zadaje się z byle kim, obdarza swoim towarzystwem nie tylko ludzi szlachetnych i prawych, ale również morderców, wszelkiej maści rzezimieszków, oprawców i zboczeńców. Zapewne stąd pochodzi to dyskretne zalecenie, które podpowiada, by nie chełpić się odwagą. Nie ma czym – odważny może być każdy.
Miesiąc: grudzień 2023
Kiepska literatura
Ktoś w zręcznym sofizmacie zauważa, że jedynym usprawiedliwieniem kiepskiej literatury jest to, że dzięki niej wyraźniej widać dobrą. Czyżby? Dobra literatura nie potrzebuje tła z jeleniem na rykowisku, by ją rozpoznać. Myślę, że znacznie bliższe prawdy jest stwierdzenie, iż dzięki istnieniu dobrej literatury natychmiast i bezbłędnie rozpoznajemy kiepską.
Oczy i my
Mówimy „widziałem na własne oczy”, „oczy nie kłamią”, „naoczny świadek”. Uznajemy, że oczy są wiarygodne. Ale widzimy nie oczami, lecz mózgiem. To mózg generuje nasze oczekiwania odnośnie tego, co jest „na zewnątrz”. Oczy przekazują obraz nadjeżdżającego samochodu, ale to mózg ocenia, czy zdążymy uniknąć zderzenia z nim, gdy przebiegamy przez ulicę; oczy przekazują nam obraz jakiejś osoby, ale to mózg rozstrzyga, jak ją ocenimy, oczy rejestrują jakieś zdarzenie, ale to mózg dokonuje jego interpretacji, etc. Nie widzimy oczami. Musimy wierzyć w to, co widzimy, ale nie wolno nam wierzyć w nieomylność naszego „widzenia”. Oczy są tylko instrumentem, czymś jak lornetka lub pinceta. To mózg decyduje o tym, co widzimy, a mózg uwielbia konfabulacje. Próbował to powiedzieć Kurosawa w filmie Rashōmon.
Piekło
Piekło to tylko inna nazwa krainy spełnionych marzeń.
Gnōthi seauton
Wszystko, co wiemy o innych ludziach bierze się z tego, co wiemy o sobie. Odczytujemy ich działania, rozumiemy ich reakcje i motywacje, potrafimy śledzić ich uczucia głównie dzięki temu, że rozpoznajemy je w nas samych. O tym mówi starogreckie zalecenie gnōthi seauton, poznaj samego siebie – poznając siebie zdobywamy również wiedzę o innym człowieku i jest to wiedza bezcenna. Gnōthi seauton nie jest postawą eskapistyczną, nie proponuje próżnych i bezużytecznych medytacji o niezmierzonym i nieodgadnionym. Przeciwnie, mówi, że tylko poznając siebie, czyli usiłując rozumieć swoje działania, możesz rozumieć działania innych, bowiem są one zawsze odbiciem twoich.
Herezja
Przypisywać Bogu dzieło stworzenia świata to skrajna herezja. Bogowie nie odwalają takiej fuszerki.
Przepraszam
Według emersonowskiej definicji dżentelmen to ktoś, kto nigdy nie używa słowa przepraszam – nigdy bowiem nie powoduje sytuacji, by użycie tego słowa było konieczne. Nie cierpię, gdy ludzie zachowują się bezmyślnie, a następnie próbują to skwitować słowem „przepraszam”. Czy szklanka, którą stłukłeś sklei się ponownie, gdy ją przeprosisz? Każde przepraszam jest zaproszeniem do następnego przepraszam, do kolejnej bezmyślności, kolejnej nonszalancji i każde natychmiast domaga się rozgrzeszenia, obrażając się, jeśli go nie otrzyma. Zdarzenia są jednak nieodwracalne, savoir vivre nie zastępuje drugiej zasady termodynamiki.
Dobro i zło
Constantin Noica: Człowiek zły czyni o wiele więcej dobra niż dobry. I niemal identyczna myśl u Goethego w „Fauście”: Jam jest tej siły cząstką drobną, co zawsze złego chce i zawsze sprawia dobro.
Dobro jest statyczne, nie odkształca rzeczywistości. Zło jest dynamiczne, prowokuje działanie i przemiany, które – choć często powodują zło – czynią też dobro. Dobro i zło mają wspólne korzenie. Doświadczenie ludowe, wyrażane w paremii „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”, ilustruje dokładnie tę samą myśl.
Czerwona nić
Michał K. Pawlikowski „Wojna i sezon”: A jednak nie mogę oprzeć się myśli, że jest jakaś nić – straszna i czerwona – która łączy traktat ryski z naszą dzisiejszą tragedią. Biegnie ta nić, wijąc się fantastycznie, niemal kapryśnie, od mogił pomordowanych, a za życia odartych ze skóry ułanów pod Rohaczewem i Niemirowem do miejsca kaźni pułkownika Mościckiego w borach poleskich, gdzie w trzy lata później wytknięto granicę ryską. Później biegnie ta nić do sali sejmowej, gdzie zagrzmiały z galerii słowa „Kainie Grabski”. Gubi się ta nić na lat dwadzieścia, by później zabłysnąć krwawo nad Katyniem. Później – nad Wilnem, gdy „sprzymierzeńcy” likwidowali Armię Krajową. I wreszcie zatrzymuje się ta nić czerwona wśród wystygłych rumowisk Warszawy. Zatrzymuje się – na jak długo?
Słuchaj uważnie
Ten, kto opowiada, może to zrobić wiele razy, ale ten kto słucha, słucha tylko wtedy, gdy mu się opowiada. Słuchamy tylko raz, a więc powinniśmy to czynić wyjątkowo uważnie.
Demokracja
Nicolás Gómez Dávila, pisarz, filozof, indywidualista, człowiek, który nigdy nie przyjął propozycji obejmowania jakichkolwiek stanowisk związanych z polityką (proszono go o przyjęcie stanowiska ambasadora w Londynie) określił demokrację jako wybór garstki nieudolnych przez masę niekompetentnych. Jestem coraz bardziej przekonany, że jest to najtrafniejsza definicja demokracji, jaką kiedykolwiek zaproponowano.
Luksus
Trudno przyzwyczaić się do biedy i nędzy, natomiast do luksusu przyzwyczajamy się nad wyraz szybko i bezboleśnie. Luksus, gdy zaczynamy go doświadczać, niemal niezauważalnie przeobraża się w stały element naszej egzystencji, stając się czymś absolutnie oczywistym i zwyczajnym. I tu czyha na nas pułapka. To, co kiedyś było dla nas luksusem, teraz wydaje się być artykułem pierwszej potrzeby, czymś bez czego nie możemy się już obyć, czego brak zubaża naszą egzystencję, a to z kolei zmusza nas do różnych, przeważnie niechcianych zabiegów i nakłada na nas nowe obowiązki. Posiadanie jest kosztowne w każdym sensie.
O wybaczaniu
D. Mereżkowski w swoich osobistych notatkach zwierza się tonem skargi, że „łatwiej jest wybaczać innym niż sobie”. Już nieaktualne. Dzisiaj ludzie łatwiej wybaczają sobie niż innym. Innym nie wybacza się niczego.
Rosyjski wirus
Któż znał lepiej psychikę swoich rodaków niż Dostojewski? Choćby taka uwaga na ten temat, tyleż banalna co prawdziwa, pochodząca z jego „Dziennika pisarza”: Myślę, że najpoważniejszą, najbardziej rdzenną potrzebą duchową ludu rosyjskiego jest potrzeba cierpienia – stałego, nieukojonego cierpienia zawsze i we wszystkim. Tą żądzą cierpienia lud zarażony jest chyba od wieków. To trafne spostrzeżenie, ale przekłamaniem w niej jest to, że ogranicza się jedynie do „ludu rosyjskiego”. Tą chorobą wydają się być zarażeni w Rosji wszyscy i w równym stopniu dotyczy ona również rosyjskich intelektualistów jak Achmatowa, Mandelsztam, Bunin, Cwietajewa, Jesienin, Bułhakow, Babel, Majakowski, Pasternak i dziesiątki, dziesiątki innych. Jedynym rosyjskim pisarzem całkowicie uodpornionym na tego szczególnie złośliwego wirusa był Nabokov.
Czy sztuka powinna być piękna
Szukamy piękna. Ludzie instynktownie szukają piękna. Wszyscy chcemy być piękni, ubierać się piękniej, mieszkać w pięknych wnętrzach, otaczać się pięknymi rzeczami, tęsknimy do pięknych przeżyć i pięknych pejzaży – słynne zachody słońca na Santorini gromadzą na brzegu kaldery niewiarygodne tłumy ludzi. Kaldera na moment przed zachodem słońca przypomina olbrzymi okręt, którego wszyscy pasażerowie zgromadzili się tylko na tej jednej, zachodniej burcie, obciążając ją tak bardzo, iż ma się wrażenie, że okręt, nie wytrzymując tego balastu, lada chwila pochyli się i pogrąży w morzu. Wschody słońca na Santorini są jeszcze piękniejsze, ale – ze zrozumiałych powodów – mają znacznie mniej entuzjastów. Podobny spektakl oglądałem też niegdyś w Naxos. Na niewielkiej wysepce, połączonej z miastem kamienną groblą, znajduje się ogromny portal nieukończonej świątyni, prawdopodobnie Apollina. Skierowany jest w stronę Delos, mitologicznego miejsca urodzin Apolla. Dotarliśmy tam późno, gdy słońce łączyło się już z linią horyzontu. Zanotowałem później, że wokół nas rozpościerała się niezwykła cisza, cała przyroda zdawała się wstrzymywać oddech, wszystkie dźwięki zgasły, a gdy słońce skryło się za horyzontem zebrany w tym miejscu tłum ludzi zaczął oklaskiwać ten widok, całkiem tak, jakby oklaskiwali pokaz sztucznych ogni kończący jakąś sztukę. Nie ma w tym nic dziwnego. Człowiek jest istotą, która jest zdolna do bezinteresownej kontemplacji piękna. Każdy z nas jest do tego zdolny. Zachwyt nad pięknem i umiłowanie piękna to ludzkie cechy – tylko człowiek wśród innych stworzeń jest zainteresowany pięknem. Starożytni Grecy w zasadzie wcale nie odróżniali tego, co piękne, od tego, co dobre, być może – jak to słusznie ktoś zauważył – skutecznie wymuszając na pięknie, by utożsamiało się z dobrem.
Czym jest piękno? Zamiast dziesiątków uczonych i naukowych definicji wybierzmy tylko takie cechy, które nieodmiennie łączą się z pojęciem piękna: ład, porządek, symetria, pełnia. Piękno więc zdaje się być takim układem w którym wszystkie elementy idealnie plasują się we właściwych, przeznaczonych sobie miejscach. Każdy z nas mniej czy bardziej świadomie czuje, że życie ma tendencję do wytracania porządku i burzenia ładu, podupadamy na zdrowiu, starzejemy się, wyczerpują się nasze siły, chaos w nas i dookoła nas wzrasta i coraz trudniej nam temu zapobiegać i coraz trudniej ten proces powstrzymywać. To samo obserwujemy również w naszym otoczeniu. Staramy się ścierać kurze, oczyszczać ogrody z chwastów, pielęgnować trawniki, przystrzygać żywopłoty, sprzątać mieszkania, czyścić nasze ulice, staramy się stworzyć stabilność, prostotę i strukturę, chociaż wiemy, że czas unicestwia wszystko, energia dąży zawsze do rozproszenia i nie wygramy tej walki. Ale walczymy i tylko walcząc jesteśmy w stanie utrzymywać pewien chwiejny balans.
I tu pojawia się tytułowe pytanie o sztukę. Czy sztuka powinna być piękna, a jeżeli tak, to dlaczego powinna być piękna? Gdzieś na początku XX w. artyści arbitralnie zadecydowali, że piękno nie jest dla sztuki nie tylko cechą wyróżniającą, ale nawet cechą niezbędną. Uznali, że sztuka wcale nie musi być piękna, że nie musi gonić za doskonałością, bo i tak nigdy jej nie osiągnie, a więc ma prawo być zwyczajna, prozaiczna, nuda, brzydka, a nawet może być ordynarna. Uznali tym samym, że nie mają ani dość talentu ani sił, by zmierzyć się z życiem, by przeciwstawiać się rozpadowi i destrukcji. I w tym momencie przegrali i artyści i sztuka. Nie ma przybytków bardziej nudnych, zbytecznych, pustych, odartych z wszelkiego sensu niż dzisiejsze galerie sztuki. Osobiście od wielu już lat nie tylko ich nie odwiedzam, ale nawet myślę o nich z niechęcią, pogardą i lekceważeniem. Te niejednokrotnie imponujące gmachy są dziś siedliskami kompletnej przypadkowości, brzydoty, bylejakości, pozorów, dyletanctwa i zwyczajnego kiczu. Generują jedynie chaos.
Sztuka powinna być piękna. Sztuka powinna być piękna z wielu powodów. Choćby z powodu naszego największego wyzwania, z powodu entropii, której podlegamy i my i wszystko dookoła nas. Wiemy, że dla każdego zjawiska istnieje tylko jeden możliwy stan, w którym każdy element układu może znaleźć się na właściwym miejscu, podczas gdy istnieje niemal nieskończona liczba stanów w których elementy znajdują się w nieładzie. Innymi słowy, chaos, brzydota, nieporządek są powszechne, ład i piękno natomiast rzadkie i niezwykłe. Każdy uporządkowany wzór jest czymś nieprawdopodobnie przypadkowym, a liczba pięknych kombinacji jest nieporównywalnie mniejsza niż liczba wszystkich możliwych kombinacji. Weźcie do rąk jakiś banalny puzzel, który nie składa się z tysiąca elementów, ale jedynie ze stu, wymieszajcie je i wyrzućcie w górę – ile miliardów rzutów trzeba byłoby wykonać, by same ułożyły się w obrazek, który przedstawiają? Matematycznie, choć i to trudno sobie wyobrazić, jest to możliwe – praktycznie nie. Pełnia, piękno, symetria, porządek, ład są czymś wyjątkowym, unikalnym i mało prawdopodobnym w świecie nieporządku, a w takim właśnie świecie żyjemy.
Artysta przez całe wieki miał niemal boską misję. Stwarzając taką formą symetrii i porządku, która nie wygeneruje się sama z sobie, bo jest za rzadka w niemal nieskończonym schemacie możliwości, stawał się demiurgiem. Tworzył ład, podtrzymywał życie. Dziś tworzy tylko to, co przypadkowość, chaos i nieporządek tworzą znacznie skuteczniej i lepiej niż on.
Dokumentacja
Żaden gatunek na tej planecie nie stworzył tak obfitej i wyczerpującej dokumentacji własnych błędów jak my, ludzie. Opisaliśmy wszystkie nasze zbrodnie, szaleństwa, aberracje, ekscesy, patologie, przejawy naszej furii i nienawiści, naszą głupotę i wynaturzenia, poświadczyliśmy sumiennie i naukowo całe nasze zło. Po co? Po nic.
Media i my
Nassim Nicholas Taleb: Nie jesteśmy wystarczająco racjonalni, by mieć kontakt z mediami. Nie, nie jesteśmy i, co gorsza, media o tym wiedzą.
Kantemir
To znamienne. John Locke, G. W. Leibniz,de Fontenelle, Blaise Pascal, Samuel Pepys, Baruch Spinoza, każdy wykształcony Europejczyk jest w stanie wymienić przynajmniej kilka ważniejszych postaci z przełomu XVII i XVIII wieku – i będą to niemal wyłącznie nazwiska francuskie, niemieckie, angielskie, może włoskie. Ilu z nas potrafiłoby powiedzieć, kim był Dymitr Kantemir, urodzony w drugiej połowie XVII wieku hospodar Mołdawii, ale przede wszystkim wybitny naukowiec, humanista i pisarz, człowiek, który odegrał znaczną rolę nie tylko w dziejach swego kraju i który w niczym nie ustępuje wymienionym wyżej. Kto słyszał o jego wnikliwej pracy Historia świetności i upadku Imperium Osmańskiego czy o Historii hieroglificznej, powieści alegorycznejz roku 1705, pierwszej powieści napisanej w języku mołdawskim i rumuńskim, a więc powstałej na długo przed „Pamelą” Samuela Richardsona, uważaną za pierwszą powieść angielską? Richardson istnieje w naszej świadomości, Kantemir nie.
Platon
Zawsze zastanawiał mnie Platon u boku tyrana Sycylii. I to, jak ochoczo przyjął zaproszenie na syrakuzański dwór Dionizjosa. Zapewne to sprawia, że nie jestem w stanie widzieć w nim filozofa, nie myślę o nim jako o filozofie i nie kojarzę go z filozofią. Filozof łaknący sukcesów to logiczna sprzeczność, coś jak anachoreta prenumerujący Playboya.
Szaleństwo
Szaleństwo tych, którzy chcą być bezstronni i obiektywni – to tak, jakby pragnąć, aby stać się ślepcem.
Czas
Ani minuty ani godziny. Mózg nie mierzy czasu. Gdyby mierzył, zegary byłyby zbyteczne. Rzeczywistą miarą czasu są wspomnienia.
Rady
Nasza chorobliwa skłonność do dawania innym ludziom rad, nawet wtedy, gdy nas o to nie proszą. Z nieproszonych rad nikt nigdy nie korzysta. Nikomu do niczego nie służą. I w gruncie rzeczy wiemy o tym wszyscy – no, może poza pedagogami. I politykami.
Dostojewski
Nie cierpię Dostojewskiego. W młodości jakoś przebrnąłem przez „Zbrodnię i karę”, ale już „Braci Karamazow” czy „Idioty” nigdy nie zmogłem mimo woli i dobrych chęci. Po kilku stronach tej lektury dopadały mnie zawsze niemal fizyczne mdłości. Myślę, że powodem tego jest ów specyficzny smród słowiańskiej duszy, której Dostojewski był entuzjastycznym piewcą i którą wszystkie jego powieści żenująco i bezwstydnie ociekają. Te zwierzenia, zwierzenia bez umiaru, zwierzenia bez taktu i litości, zwierzenia, których nikt nie oczekuje, nie chce i które napawają jedynie brzydzeniem. Nadmiar tych wynurzeń, ich ohyda, ich bezwstyd powodują, że czytelnik wstydzi się, że jest zmuszony brać w tym udział i w duchu błaga autora, by skończył, a ten bezlitośnie ciągnie dalej, i dalej, i dalej, jakby chciał wywalić komuś na kolana już nie tylko swoją duszę, ale i swoje flaki. Nie ma w tym żadnego umiaru, żadnej litości dla czytelnika, żadnego wstydu i ani cienia przyzwoitości – Dostojewski zawsze zmierza do tego, by obrzygać czytelnika swoją lepką rosyjsko-słowiańską duszą, która nie toleruje żadnej formy prywatności. Czytać Dostojewskiego z rozkoszą mogą tylko ci, którzy marzą o tym, by jako widzowie uczestniczyć w harakiri i sycić się smrodem parujących jelit.
Noblowskie buraki
Wczoraj tradycyjny wieczór noblowski z bankietem w sztokholmskim Ratuszu. Zaproszono około 1300 gości, obowiązywał ten sam od roku 1901 code dress czyli frak z białą muszką dla mężczyzn, najlepiej ręcznie wiązaną, koszula z guzikami białymi lub z masy perłowej, do pary z białą kamizelką, skórzane, czarne buty z czarnymi sznurówkami bądź kokardą. Dla kobiet przepisy są dość łaskawe: suknia może odsłonić ręce, ramiona czy plecy, choć nie jest to wymagane, dopuszczalny jest szal, torebka, rękawiczki, choć niekoniecznie. Fason, kolor i tkanina sukien dowolne, byleby suknie były długie do ziemi. Naturalnie tiary, ordery oraz kilometrowe girlandy drogiej biżuterii. I futra, najprawdziwsze futra i etole, choć przemysł futrzarski oraz handel futrami dawno tu zbankrutowały, jako że hodowla zwierząt futerkowych jest tu społecznie potępiana, a odpowiednie prawodawstwo celowo i perfidnie uczyniło je nieopłacalnym.
W tym roku gości uraczono przystawką oraz daniem głównym, które bazowały na rybach i skorupiakach. Na przystawkę podano więc buraki zapiekane z wodorostami i solą oraz krem na wodorostach z zachodniego wybrzeża. Danie główne składało się z polędwicy z dorsza, faszerowanej krabem królewskim, podawanej z bułką z kalarepą, smażonym ciastem z nadzieniem z dorsza i kraba królewskiego oraz marynowaną cebulą z grzybami. Natomiast na deser zaserwowano pieczony krem czekoladowy z kompotem z borówek brusznicowych, lekko aromatyzowany syropem smołowym. A więc menu i wytworne i ekologiczne, jak na noblowski obiad przystało, ale jestem przekonany, że po tych wszystkich wspaniałościach w postaci buraków, wodorostów, kalarepy oraz marynowanej cebuli z grzybkami kolejka dostojnych pingwinów w najbliższym punkcie McDonald ‘sa musiała być imponująca. Osobiście powędrowałbym do któregoś z barów szwedzkiej sieci MAX – są lepsi od McDonalda.
Pamiętaj
Jesteś silny, jeżeli potrafisz zapomnieć. Pamiętaj, żeby zapomnieć.
Podróż
Wywiad. Angielski pisarz, który kilkakrotnie z dumą podkreśla, że nigdy nie zaczyna książki dopóki nie zaplanuje wszystkiego, co w niej powie i jak to powie. Chce nam przez to powiedzieć, że panuje nad swoim powieściowym światem niczym demiurg, że jest panem stworzenia. Czytam to i przychodzą mi na myśl słowa Constantina Noica, które kiedyś zapisałem, bo wydawały mi się i prawdziwe i trafne: Ile smutku musi się kryć w sercu kogoś, kto zaczynając pisać książkę, wie z góry wszystko, co w niej powie! Człowiek nieuczący się niczego w trakcie działania jest jak głuchy zadający pytania, na które odpowiedzi już zna; to współczesny turysta, udający się w podróż, by oglądać pejzaże tymi samymi oczyma, którymi w domu oglądał ich fotografie. Trudno byłoby wyrazić to precyzyjniej. Pisanie to podróż najprawdziwsza, podróż w nieznane. Nigdy nie wiesz, jakie będzie następne słowo i nigdy nie masz pewności, gdzie cię zaprowadzi. Podobnie ujął to amerykański pisarz Paul Theroux: „Najlepsza podróż jest skokiem w ciemność. Gdyby cel był znany i przyjazny, jaki byłby sens tam jechać”.
Nihil novi sub sole
Rent a car. Przywłaszczyliśmy sobie ten wynalazek, ale nic zgoła nowego nie ma pod słońcem, jak głosi już Księga Koheleta. To prawda, nic nowego pod słońcem, zmieniają się jedynie formy i dekoracje. To Rzymianie wynaleźli wynajem wozów. Starorzymskie firmy rent a car uplasowane były zwykle na obrzeżach miast, w pobliżu bram miejskich, bo centrum, z wąskimi i ludnymi uliczkami, w ciągu dnia pozostawało zamknięte dla pojazdów. Przed wejściem do wypożyczalni widniała tablica informująca o typie pojazdów, którymi firma dysponuje oraz ceny wynajmu. Oferta nie była aż tak uboga, jak skłonni bylibyśmy sądzić i obejmowała nie tylko różnorakie wozy do transportu towarów, ale i lekkie pojazdy na wycieczki za miasto. Można więc było wypożyczyć mały, dwukołowy birota, który mógł pomieścić co wyżej dwie osoby lub essedum, przypominający poprzedni, lecz bardziej przestronny. Inną alternatywę stanowił covinnus, również dwuosobowy i stosunkowo niewielki, ale za to bardzo wygodny. Starorzymskie rent a car oferowały także znacznie większe, czterokołowe wozy z aż siedmioma miejscami zwane raeda lub podobne do nich o nazwie carruca. Różnica między nimi polegała na tym, że carruca posiadała dach, a niektóre miały nawet miejsca do spania. W raeda natomiast funkcje dachu pełnił zwykły płat materiału, przymocowany nad głowami podróżujących. Pod względem luksusu wszystkie przebijało carpentum, prawdziwy Rolls-Royce antyku, powóz dla elity, oferujący nieporównywalnie wygodniejsze wnętrze. Niestety, prawo do korzystania z tego luksusowego pojazdu mieli jak zawsze wybrańcy, czyli wysocy dostojnicy (pontifeksi), kapłani (flamini), matrony oraz westalki, a od czasów Augusta wykorzystywany był również jako środek transportu dla cesarzowych, głównie podczas wielkich uroczystości publicznych. Carpentum funebre były jeszcze bardziej okazałe, ale jak sama nazwa podpowiada, służyły do przewozu prochów i wizerunków zmarłych kobiet z rodziny cesarskiej. Nic jednak nie stało na przeszkodzie, by w pogodny, letni dzień pożyczyć essedum czy – jeżeli było nas na to stać – covinnus i wybrać się we dwoje na wycieczkę za miasto, choćby do malowniczego Tivoli lub do pobliskiej Ostii, by zjeść coś w tamtejszych tawernach lub podziwiać statki, powracające z odległych krain.
Kilka cudów
Na ogólnie przyjętej liście siedmiu cudów świata starożytnego znajdują się: piramida Cheopsa, wiszące ogrody Semiramidy, świątynia Artemidy w Efezie, posąg Zeusa w Olimpii, mauzoleum w Halikarnasie, kolos Rodyjski oraz latarnia morska na Faros. Przetrwała jedynie piramida Cheopsa, z pozostałych najdłużej utrzymywało się mauzoleum w Halikarnasie, wzniesione w 350 roku pne., a zniszczone przez trzęsienie ziemi dopiero w 1494 r. naszej ery, a więc po 1844 latach istnienia. Kiedy przyjrzeć się tej liście uważniej konstatujemy, że aż pięć z tych arcydzieł zostało stworzonych przy udziale starożytnych Greków. Nie przychodzi mi na myśl żaden inny naród, który mógłby pochwalić się podobnym osiągnięciem.
Obwoluta
Przypominamy książki. Żeby nas poznać, trzeba nas otworzyć, ale kto chce zadać sobie tyle trudu? Większość ludzi zna więc tylko naszą obwolutę i na jej podstawie wydają opinie o nas.
Poliorketes
Demetriusz Poliorketes to nie tylko zdolny dowódca wczesnej epoki hellenistycznej, ale i niepoprawny bon vivant. Zimę roku 304/3 spędził w zdobytych nieco wcześniej Atenach, gdzie zasypywano go pochlebstwami i honorami. Na mieszkanie Ateńczycy przyznali mu iście niebiańską siedzibę – opistodom Partenonu na Akropolu. Opistodom to kwadratowa sala z czteroma jońskimi kolumnami, którą początkowo nazywano Partenonem, a od drugiego wieku naszej ery zaczęto tak określać całą świątynię. Demetriusz, który Atenę często nazywał swoją starszą siostrą, nie zważając na bluźnierczość tego gestu, wprowadził się tam nader chętnie ze swoimi kochankami obojga płci. Z jego kochanek największy wpływ na niego zyskała fletnistka o imieniu Lamia, zdobycz wojenna w bitwie pod Salaminą cypryjską. Na życzenie Demetriusza czczono ją w Atenach jako Afrodytę, a on obdarowywał ją jak boginię. Pewnego razu zażądał od Ateńczyków 250 talentów. Sumę tę, niewyobrażalnie wielką, ściągnięto od obywateli z całą bezwzględnością, a Demetriusz beztrosko podarował ją Lamii. Prezent był zawrotny, bowiem – jak zapewne wiesz – 1 talent, czyli 26,12 kg srebra, to 60 min, 6000 drachm i ostatecznie 36 000 oboli, a w tamtym czasie w Atenach uważano, że obywatel i jego rodzina do w miarę wygodnego życia potrzebują 3 oboli, czyli pół drachmy dziennie, a więc rocznie około 180 drachm. Jeżeli kogoś dziwi w powyższym wyliczeniu powtarzająca się cyfra 6: grecki system monetarny był oparty na systemie szóstkowym, to znaczy, że monety dzieliły się przez 6, a nie przez 10, jak znany nam system. Jakkolwiek by to jednak nie liczyć, prezent był boski, ale niewielu zdołało prześcignąć władców tej frenetycznej epoki zarówno w hojności, jak i w okrucieństwie.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.