Terror inaczej

Nigdy jeszcze terror medyczny czyli obarczanie chorego winą za chorobę nie był tak powszechny jak obecnie, a ponieważ uważamy się za bardzo oświeconych, więc tym łatwiej trafiają do nas wszystkie pseudonaukowe ”argumenty”. Masz raka? Bo palisz. Cierpisz na marskość wątroby? Bo pijesz. Masz miażdżycę? Bo odżywiasz się zbyt tłusto. Masz zawał? Bo żyjesz w ciągłym stressie, bo pracujesz za dużo, etcetera. To prymitywne rozumowanie wynika z błędnego założenia lekarzy i z ochrony ich własnych interesów. Błąd lekarzy polega na tym, że chętnie utożsamiają czynniki ryzyka (nikotyna, alkohol, itp.) z przyczynami choroby. Jeżeli prawdą jest bowiem, że 30 osób ze 100 tys. umiera co roku na raka płuc, to jest również prawdą, że nawet prawdopodobieństwo statystyczne nie daje pewności w żadnym wypadku indywidualnym. Lekarz nie jest w stanie wskazać z góry owych 30 osób, które umrą, a każdy zewnętrzny czynnik ryzyka, jak nikotyna czy alkohol, może przynieść zgubne skutki tylko wówczas, gdy w konkretnym wypadku zadziała również indywidualny czynnik wewnętrzny, często natury genetycznej.

Zwyczaje rodem z dreszczowców przyjęły się już na stałe w naszym życiu. Straszy się nas ciągle i wszystkim. Straszy się nas jedzeniem i piciem, zanieczyszczeniem środowiska, wypadkami, seksem, religią, klimatem, czym tylko chcesz. Brakuje natomiast czegoś innego, brakuje informacji o zbawiennych skutkach przyjemności, nie ma ani słowa o kluczowym elemencie naszego zdrowia – radości zmysłów. Nie umieramy bowiem z radości; umieramy ze smutku. Nie umieramy od nadmiaru optymizmu, umieramy z pesymizmu i przygnębienia.

Strach przed śmiercią nie jest niczym dziwnym, ale obecnie łączy się on z lękiem przed radościami życia, powracając do nas jak echo XIX-wiecznych twierdzeń higienistów lub pogańskiego kultu zdrowia w których współcześni adepcji New Age nieświadomie powielają idee Williama Penna, założyciela ruchu kwakrów.

Na pierwszej linii ognia znalazła się ponownie nikotyna. To interesujące, że wszystkie autorytarne reżimy – począwszy od Wielkiego Mongoła, który kazał obcinać palaczom wargi, a skończywszy na Hitlerze, który zamierzał wprowadzić ogólnoeuropejski zakaz palenia – prowadziły ostrą walkę z tytoniem. Jedną z pierwszych ofiar tytoniu był jeden z marynarzy Kolumba, Rodrigo de Jerez, który w Nowym Świecie zasmakował w tytoniu i został potem zatrzymany w Hiszpanii przez siepaczy Inkwizycji za palenie, i skazany na 18 lat więzienia za czary. Ta ”bezpłodna przyjemność życia” porażała także purytańskich kolonizatorów Wirginii, Caroliny i Massachusett. W koloniach Nowej Anglii zakazano palenia w roku 1634. W 1639 w Nowym Yorku zabroniono używania fajki. W Europie dopiero Rewolucja Francuska unieważniła wszystkie ograniczenia prawne dotyczące tytoniu, co odrobinę poprawia jej reputację w moich oczach.

Społeczeństwo w którym żyjemy wielbi Przyjemność, ale jednocześnie uwolniliśmy uprawianie przyjemności od jakichkolwiek ograniczeń. Nic nas nie krępuje, wszystko jest dozwolone. Jesteśmy przerażeni tą wolnością i podświadomie oczekujemy kary. Łatwo więc dajemy się straszyć i bezkrytycznie przyjmujemy tego typu wizje. W efekcie nie potrafimy ani cieszyć się ani przeżywać doświadczanych przyjemności. Każda idea, gdy przybiera skrajną postać, niebezpiecznie zbliża się do tego, od czego chciała uciec. Także idea Przyjemności.

Gdyby

Całe nasze życie jest nieustannym dialogiem między tym, co mogłoby być, a tym, co już jest. My sami jesteśmy rezultatem genetycznej loterii, bo choć jesteśmy, kim jesteśmy, z konkretnym wyposażeniem psychofizycznym, to równie dobrze przecież mogliśmy być kimś innym, mieć inny nos, mniej odstające uszy, pogodniejsze usposobienie, inny kolor oczu, gdyby tylko jakiś inny spośród milionów plemników, wytworzonych przez naszego ojca, zdołałby zapłodnić jajo naszej matki – jajo, które również jest tylko jednym z wielu mogących ulec zapłodnieniu. Tymczasem połączenie tego jednego plemnika i tej jednej komórki jajowej doprowadziło do podziału tej ostatniej, z niej powstały kolejne dwie, a następnie cztery komórki, potem maleńka kuleczka i wreszcie niewielki pęcherzyk. W końcu w tym mikroskopijnym i rosnącym organizmie wyodrębniło się kilka komórek, które rozpleniły się stopniowo, aż utworzyły masę kilkudziesięciu miliardów komórek nerwowych – dzięki nim możliwe stało się czytanie i pisanie, poezja i geometria, muzyka i zbrodnia, fanatyzm i gra na fortepianie …

I to coś nieustannie żyje na granicy tego, co mogłoby być, a tego, co jest jego udziałem, na granicy między tym, co go spotkało, a tym, co mogło go spotkać. A gdyby tylko jeden gest, zmrużenie oczu, kropla deszczu, chwila nieuwagi, jakiś kaprys …

Zamartwianie się

Tak zwane zamartwianie się jest jednym z najbardziej absurdalnych, bezproduktywnych i bezsensownych odczuć, jakim podlegamy. Dotyczy wszystkiego i niczego i niczemu nie służy. Jest to najbardziej statyczna, czysto werbalna forma niepokoju. W rzeczywistym niepokoju kryje się pragnienie dokonania pewnych zmian, które mogą ów stan usunąć. Natomiast zamartwianie się nie prowadzi do żadnego działania.

Mózg żaby

Mózg żaby informuje ją tylko o czterech faktach: o szybkim ściemnianiu się, o zmianie kontrastów, poruszających się wypukłych formach, o prostych krawędziach. Nie są przy tym rejestrowane wszystkie kierunki ruchu, jak to ma miejsce w przypadku naszego organu wzroku. Gdy mucha zbliża się do żaby na taką odległość, że może być schwytana, mózg żaby rejestruje ją. Jeżeli natomiast mucha znajduje się poza zasięgiem żaby, płaz ten nie ma po prostu zmysłu, który mógłby to zarejestrować. Mówiąc inaczej: żaba nie widzi tego, co jej bezpośrednio nie dotyczy. Zupełnie jak niektórzy ludzie.

Noc

Długie, samotne spacery, gdy można oddać się rozmyślaniom, odbywałem zwykle tylko nocą. Dzień kradnie naszą uwagę. Dzień jest niczym kobieta, która objawiając się naszym oczom oczekuje i żąda nieustannego podziwu, chce, abyśmy wodzili za nią oczyma, abyśmy nie spuszczali z niej wzroku, poświęcali jej wszystkie nasze zmysły, chwalili jej kształty i urodę. Dzień jest próżny, pragnie być podziwiany, absorbuje naszą uwagę na wszelkie sposoby, tańczy przed nami mieniąc się tysiącami kolorów. Dzień jest krzykliwy i wyzywający. Noc natomiast jest skromna i cicha, szczelnie otula się czarnym szalem i nigdy nie odbiera nam naszych myśli i zmysłów. Nasze spotkania z własnymi myślami możliwe są tylko w nocy …

Maski

Zarzucamy sobie często, że nosimy maski, że nasze twarze nigdy lub tylko rzadko wyrażają to, co naprawdę czujemy i przeżywamy. Ale czy istotnie chcielibyśmy spotykać ludzi, których twarze wiernie i dokładnie wyrażają całe ich wewnętrzne cierpienie, wszystkie napięcia, całą ich mękę lub całe ich szaleństwo? Czy moglibyśmy ich spotykać? Czy nie uciekalibyśmy od nich niczym od trędowatych? Czy nie krzyczelibyśmy ze strachu na widok takich twarzy, twarzy umęczonych, storturowanych, odbijających całe piekło, które płonie w ich duszy? Maski na naszych twarzach umożliwiają nam dialog.

Pornografia

Chętnie przeczytałbym powieść pornograficzną, napisaną przez inteligentną kobietę, jakąś Wirginię Woolf, Margaret Atwood, Ericę Jong czy Marguerite Yourcenar. Ciekawe mogłoby być to, czego by w niej nie było i dlaczego.

Samarytanie

Szwedzi chętnie zajmują się ludźmi biednymi, ludźmi w potrzebie. Lubią żebraków, prześladowanych, nędzarzy, tych, którzy potrzebują pomocy i wsparcia, i lubią ich tak długo, jak długo ci potrzebują tej pomocy czy wsparcia. Gdy ofiary ich troskliwości stają na własnych nogach, zaczynają radzić sobie same lub, nie daj boże, odniosą sukces, wtedy przestają ich lubić. Wtedy odwracają się od nich z niechęcią i urazą. Ale … kto z nas lubi popsuj-zabawy?

Podziw i pogarda

Wchodzimy w życie z podziwem dla człowieka. Zapewne w znacznej mierze z powodu bezrozumnego zachwytu nad sobą. Kończymy życie z pogardą dla człowieka. Również głównie z powodów osobistych, bo wtedy znamy już samych siebie, a przez to równie dobrze znamy innych. Teraz dopiero rozumiem, co wyraża orientalne przysłowie, że „Gardzi tylko ten, kto rozumie”.

Rewiry

Wyzywająco hałaśliwe, demonstracyjne, wrzaskliwe zachowywania ludzi w przestrzeni publicznej są tym samym, co psi rytuał zaznaczania swoich rewirów i znaczą dokładnie to samo: ten rewir jest mój, ja jestem tu panem, ja tu rządzę. Psy nieustannie zaznaczają „swoje terytorium”. Interesujące w tym jest to, że im mniejsze psy, tym częściej to robią. Potwierdzają to wszyscy właściciele psów miniaturowych czy małych, takich jak yorki, shih tzu, sznaucery miniaturowe lub westi. W świecie ludzi panuje obecnie dokładnie ta sama zasada – im mniejsza mysz, tym głośniej piszczy.

Zdaniem Niemców

Szymon Piegza, Anioły życia w obozie śmierci : ” Z innych dokumentów wynika, że w ciągu 1778 koszmarnych dni istnienia oświęcimskiego obozu dziennie ginęło ich przeciętnie 190, a to przecież nie wszystko. Na śmierć w komorach gazowych kierowano również całe transporty Żydów np. z Czechosłowacji czy Węgier, bez zbędnej rejestracji. W ten sposób uśmiercano nieraz 20 000 osób na dobę. Potwierdzają to więźniowie: „Piece nie nadążały palić. Przez dzień i noc nad obozem unosił się słodki i mdły zapach ludzkiego tłuszczu. Pchał się wszędzie, do oczu i ust, od razu robiło się niedobrze”. Prawdopodobnie łączna liczba w ten sposób zgładzonych sięga nawet 3,5 – 4 milionów. 

Według sondażu tygodnika „Stern” 21 proc. ankietowanych młodych obywateli Niemiec nie potrafiło wyjaśnić, czym był Auschwitz. Aż 31 proc. wszystkich ankietowanych nie umiało odpowiedzieć na pytanie, gdzie leży były hitlerowski obóz zagłady. Zdaniem 65% ankietowanych Niemcy nie ponoszą odpowiedzialności wobec innych narodów przez wzgląd na swoją historię.

Jesteśmy dobrzy …

Jesteśmy okrutni. Zawsze byliśmy. Nic się nie zmieniło. Jeżeli niekiedy bywamy dobrzy, to nie dlatego, że jesteśmy dobrzy z natury – dobrzy bywamy tylko i wyłącznie dzięki sprzyjającym okolicznościom, okolicznościom, które uniemożliwiają nam bycie złymi.  Zwykle wykonujemy jedynie pozorne gesty, jak parę groszy wrzucane do miski żebraka, co ma przekonać wszystkich, a zwłaszcza nas samych, jacy to jesteśmy dobrzy i ludzccy. Koloseum i średniowieczne publiczne egzekucje żyją w nas nadal – i nie zawsze w innej formie.

Przeczytałem wczoraj, że setki osób zebrały się na dziedzińcu meczetu w indonezyjskim Aceh, by obserwować wykonanie kary publicznej chłosty. Dwaj mężczyźni, w wieku 20 i 23 lat, zostali skazani za kontakty homoseksualne. Był to pierwsze tego typu wydarzenie w Aceh, jedynej indonezyjskiej prowincji praktykującej prawo szariatu. Według prawa tej prowincji, prawa wprowadzonego w 2014 roku, każda osoba przyłapana na stosunku homoseksualnym może być ukarana 100 batami, 100 miesiącami więzienia lub grzywną. Publiczność, tłumnie zgromadzona na dziedzińcu, entuzjastycznie nagrywała „spektakl” komórkami i głośno biła brawo.

Chusteczki do nosa

Ralph Emerson, amerykański myśliciel i pisarz, radził, by nigdy nie czytać książki, która nie ma przynajmniej roku. Mądra rada, bowiem 99 procent wszystkich „wspaniałych, epokowych, wielkich, znakomitych”, krzykliwie reklamowanych bestsellerów nawet nie w ciągu roku, ale w ciągu kilku tygodni czy miesięcy popada w totalne zapomnienie. Czy jest to dziwne? Nie. Książki stały się produktami jednorazowego użytku, jak chusteczki higieniczne do nosa. Atrybutem naszych czasów nie jest jednak arcydzieło, lecz przebój.

Charles Nodier „Biblioman” : „Jaka dziś nędza! Natrafiasz tylko na tę pozbawioną sensu i wartości literaturę nowożytną, która nigdy nie będzie starożytną i z której życie uchodzi w dwadzieścia cztery godziny, jak życie z much na rzece Hypanis: literatura prawdziwie godna podłej farby drukarskiej i papieru ze szmacianej papki, które przeznaczają dla niej niechętnie pokątni wydawcy, bez mała równie głupi jak ich książki. To profanacja nazywać książkami czarno popstrzone łachmany.

 

Los człowieka

Sandor Márai starannie przygotował swój koniec. Zawczasu kupił rewolwer, ukończył kurs obchodzenia się z bronią, od znajomego lekarza, sugerując scenę samobójstwa nad którą pracuje w powieści, wydobył zasady skuteczności w użyciu broni. Ostatnie zdanie jego Dzienników, z 15 stycznia 1989 roku, brzmi: „Czekam na wezwanie, nie ponaglam, ale i nie ociągam się. Już pora”. Popełnił samobójstwo strzałem z pistoletu 22 lutego 1989 w San Diego, gdzie spędził swoje ostatnie lata. Wcześniej zapisał w „Dzienniku”: Widziałem ziemię, niebo, pory roku. Poznałem miłość, ułamki prawdy, żądze i rozczarowania. Żyłem na ziemi i powoli nabierałem wewnętrznej pogody. Pewnego dnia umrę; i to także jest cudownie zwyczajne i proste! Czy mogło zdarzyć się ze mną coś innego, lepszego, doskonalszego? Nie mogło. Przeżyłem coś największego i najwspanialszego, los człowieka. Nie mogło mi się przydarzyć nic innego i nic lepszego.

Solivaganci

Frèdèric Gros „Filozofia chodzenia”. Krótkie, interesujące eseje o przypadłości bardzo pospolitej wśród twórców – samotne spacery, wędrówki.  Nietzsche był piechurem niezmordowanym, Rimbaud to „człowiek o podeszwach z wiatru”, jak określał go Verlaine, Rousseau twierdził, że chodzić, wędrować znaczy żyć, że najsprawniej myśli, gdy chodzi, Thoreau, autor „Sztuki chodzenia”, człowiek, który przemierzył Stany, Genet, Nerval, Màrai, Ginsberg, Burroughs, Nabokov, dziesiątki innych. W esejach Grosa nie ma co prawda ani słowa o Cioranie, ale jego „Zeszyty” też wypełniają wzmianki o samotnych spacerach po Paryżu i długich wędrówkach, często wielodniowych, po Francji. Czynność chodzenia jest fascynująca, chodzenie bowiem zawiesza naszą egzystencję, niweluje pytania, troski, zmartwienia, zwraca nam wolność, ciszę, sny na jawie, inicjuje rozmowy, których nigdy nie odbyliśmy i projektuje zdarzenia, które – z takich czy innych powodów – nigdy nie mogły się nam przydarzyć.

Zastanawiałem się często, jak najtrafniej nazwać tę „przypadłość”. Pierwszym słowem, które przychodzi na myśl jest popularne poriomania, ale drugi człon tego słowa, mania, dyskwalifikuje je przez natrętne odniesienie do patologii. Homo viator (łac. podróżny, pielgrzym) brzmi bombastycznie, napuszenie i średniowiecznie. Bliższe wydaje się być słowo flaner (fr.  flaneur – włóczęga, spacerowicz), ktoś, kto rozkoszuje się chodzeniem po mieście, kontemplacją miejskiego życia, obserwacją ulicznych zdarzeń i ludzi. Flaner nie jest jednak wędrowcą par exellence. To raczej typ spacerowicza, samotnika w tłumie ludzi, bywalca bulwarów, to przechodzień, który czerpie przyjemność z obserwowania strumienia ludzi i kolorowych świateł wystaw. Charles Baudelaire definiował flaneura jako poetę, widza miejskiego spektaklu, poszukiwacza nowoczesnosci, obserwatora.

Najtrafniejszym wydaje mi się angielskie słowo solivagant, z łac. solivagus, wędrować samotnie. Solivagant to ktoś, kto wędruje samotnie. W słowie tym mieści się nie tylko silna potrzeba bycia ze sobą samym, ze swoimi myślami, ale i wyraźny, choć bardzo dyskretny odcień eskapizmu, chwilowej ucieczki od świata i jego absurdów. Twórcy to solivaganci.

Wciąż Cioran

Wciąż Cioran i jego „Zeszyty”. Trudno mi rozstać się z nim, czytam go powoli, smakując każde zdanie i niemal z lękiem obserwuję jak bezlitośnie i nieubłagalnie zbliżamy się do końca naszego spotkania. Ilość kartek, a może chwil, po prawej stronie książki maleje z minuty na minutę, choć cofam się, kluczę i oszukuję.

Bezkompromisowość jego myśli, ich celność i zwięzłość – żadnego gadulstwa, żadnych próżnych popisów, żadnego słowolejstwa. Jeżeli coś można wyrazić jednym zdaniem, poprzestaje na tym. Ironia jest nieprzetłumaczalna. Gdy ktoś mówi mi o elitach, wiem, że mam przed sobą kretyna. Człowiek wolny nie przejmuje się niczym, nawet honorem … Niczego nie interpretuje, niczego nie wyjaśnia, nie usprawiedliwia swoich myśli, nie dba o to, by każdy kretyn go zrozumiał. Dogoń mnie, jeśli potrafisz. Zasada najlepszych.

Będę do niego wracał często.

 

Obietnice snu

Sen obiecuje więcej niż spełnia. W zeszłym tygodniu śniłem myśl, która wydawała mi się we śnie ważna i trafna, warta tego, by ją zapisać. Przebudziłem się. Zapisałem. Nie była warta przebudzenia. Na jawie była płaska i banalna.

Mail-carrier

Pewien krab z rodziny Ovalipidae nazywany jest pospolicie mail-carrier lub transmitter. Davinovie z wyspy Peleng utrzymują, że jego dziwną specjalność obserwuje się już od około trzydziestu lat – krab ten odnosi na brzeg drobne przedmioty, obrączki, zegarki, spinki do włosów, okulary, nawet guziki, które turyści, podczas kąpieli, zgubili w morzu.

Jak rozstajemy się

To, jak ludzie spotykają się, niewiele mówi o nich. W spotkaniach jest wiele przypadku, ślepego trafu. Dopiero to, jak rozstajemy się, mówi o nas wszystko. Przypadek rzadko miesza się do rozstań, umywa ręce, nie chce mieć z tym nic wspólnego. W rozstaniach jesteśmy tylko my i nasze decyzje, w rozstaniach jesteśmy nadzy.

Odpady

Ktoś zapytał, dlaczego w tych zapiskach umieszczam najdziwniejsze odpady z historii, rzeczy marginalne, zbyteczne lub zgoła absurdalne. Odpowiedź jest prosta: te odpady mówią o historii znacznie więcej niż wszystkie oficjalne podręczniki czy pseudonaukowe ( bo i jakim cudem historia może być nauką?) traktaty. Banalny opis histerii z powodu wrzodu na dupie Króla Słońce prawdziwiej opowiada o jego dworze niż namaszczone dysertacje o tamtej epoce. Że w ten sposób historia staje się anegdotą? Historia jest anegdotą.

Historia bez cenzury

Gdy Mikołaj II, cesarz Imperium Rosyjskiego, otrzymał telegram, zawiadamiający go o całkowitym zniszczeniu floty rosyjskiej w bitwie pod Cuszimą, przeczytał go, włożył do kieszeni i poszedł grać w tenisa.

Pruski marszałek polny Leberecht von Blucher, człowiek, który walnie przyczynił się do klęski Napoleona pod Waterloo był zwykłym psychopatą. Utrzymywał między innymi, że zaszedł w ciążę z jakimś francuskim żołnierzem i urodzi słoniątko. Twierdził ponadto, że Francuzi specjalnie podgrzewali podłogę pod jego pokojem i to tak mocno, że może chodzić jedynie na czubkach palców.

Generał Hejianestis został wyznaczony na dowódcę armii greckiej do walki z Turkami w 1821. Przez jakiś czas twierdził, że nie może wstać z łóżka, ponieważ ma nogi ze szkła i mogą mu się rozbić lub z cukru i boi się, że się rozsypią. Adiutanci znajdowali go często leżącego nieruchomo na łóżku, a on sam wierzył w to, że jest nieboszczykiem.

W latach 1959 – 61 w Chinach 50 – 60 milionów Chińczyków zmarło z głodu.

Ocenia się, że około 5 000 ludzi zostało stratowanych na śmierć w tłumie po bezpłatne piwo podczas uroczystości koronacyjnych cara Mikołaja II w Moskwie w maju 1896 r.

Za panowania króla Azteków Ahuitzotla w roku 1487 odbyła się uroczystość poświęcenia najważniejszej świątyni Tenochtitlanu. Budowa świątyni trwała cztery lata, a w czasie jej trwania Aztekowie toczyli wojny z sąsiadami, a wziętych do niewoli jeńców więziono do czasu inauguracji świątyni, by złożyć z nich ofiarę. Uroczystości inauguracji Templo Mayor miały olśnić i przerazić tak zaproszonych licznie gości, władców sprzymierzonych miast – państw, jak i władców niechętnych Aztekom. W ofierze złożono około 60 tysięcy ludzi. Pamięć o masakrze i jej sprawcy zachowała się w istniejącym do dziś terminie nahuatl – ahuizote, co oznacza „ strach przed czymś potężnym .”

Przypowieść o światach alternatywnych

Podobno miało to miejsce na przełomie XIX i XX wieku, w Japonii. Zainicjowano wtedy spis powszechny ludności i z japońską dokładnością policzono wszystkich mieszkańców wysp. Spisano również człowieka, który posiadał ważny paszport państwa zwącego się Republiką Tuaregów ze stolicą w Timbuktu. Pomimo długich i wnikliwych badań nie wykryto żadnych śladów fałszerstwa. Paszport spełniał wszystkie wymogi autentycznego dokumentu, a jego właściciel z uporem utrzymywał, że Republika Tuaregów istnieje.

Sprawa została rozwiązana w bardzo racjonalny sposób – delikwenta zamknięto w szpitalu dla wariatów.