Mylą się ci, którzy uznają sarkazm za postawę – prawdziwy sarkazm jest sztuką. Flawiusz Julian, zwany Apostatą, cesarz rzymski panujący w latach 361–363 i filozof, władał nią zdaje się perfekcyjnie. Był jednym z nielicznych władców, którzy w walce z chrześcijaństwem nie stosowali prześladowań i nie posuwali się do okrucieństwa. Przeciwnie, za wszelką cenę unikał egzekucji wyznawców Chrystusa, chociaż i z tego pewien chrześcijański autor uczynił mu zarzut oskarżając cesarza o to, że „zwalcza zaszczyt męczeństwa”. Wspaniałym przykładem jego sarkazmu jest edykt z Edessy (starożytne miasto w Górnej Mezopotamii, obecnie tureckie miasto Şanlıurfa), gdzie doszło do zamieszek pomiędzy chrześcijańskimi sektami, zaciekle walczącymi o profity i dochody, co w tamtym czasie zdarzało się nader często. Cesarz pogodził skłócone strony iście salomonowym rozwiązaniem: Ponieważ godne najwyższego podziwu przykazanie zaleca chrześcijanom wyrzeczenie się majętności, aby mogli łatwiej podążać do królestwa niebieskiego, przeto my, współdziałając z ich świętymi, rozkazaliśmy przejąć wszystkie pieniądze kościoła edeskiego i rozdać je żołnierzom, wszystkie zaś dobra ziemskie włączyć do naszych dóbr prywatnych, aby żyjąc w ubóstwie, zachowywali spokój i nie utracili królestwa niebieskiego, w które tak ufają.
Miesiąc: listopad 2025
Pojęcia czy obrazy
Ernst Jünger „Promieniowania”: Kto myśli pojęciami, nie zaś obrazami, popełnia wobec języka takie samo okrucieństwo jak ten, kto widzi tylko kategorie społeczne i nie dostrzega ludzi.
Butelki bolońskie
Wyrażenie „butelki bolońskie” odnosiło się do butelek schładzanych w zimnym powietrzu, co powodowało, że ich gruby koniec był odporny nawet na uderzenia młotkiem, choć butelka rozpryskiwała się u niesłychaną łatwością już po wrzuceniu małego kamyczka do jej wnętrza. Wyrażenia tego używano jako metafory kruchości i siły. I była to wyjątkowo trafna metafora losu pewnych ludzi, ludzi tak silnych i odpornych, że nie załamują ich żadne przeciwności, żadne nieszczęścia, żadne ciosy, ale czasem unicestwia ich ów „mały kamyczek”, podarta pończocha Glorii z filmu „Czyż nie dobija się koni” S. Pollacka. Człowieka rzadko niszczą wielkie tragedie – częściej jest to drobiazg, który odsłania pustkę i bezsens. To właśnie czyni nasz los tak przejmującym – każdy z nas nosi w sobie taką „butelkę bolońską”, cienkościenną, kruchą, która może wytrzymać ogromne naciski z zewnątrz, ale pęka i rozsypuje się przy spotkaniu z jakimś niepozornym „małym kamyczkiem”.
Rezystencja
Z powodzeniem uczłowieczyliśmy zwierzęta, ptaki i robaki, ale sami nie staliśmy się ani odrobinę bardziej ludzcy.
Wojna i mundur
Kolorowe, krzykliwe, operetkowe mundury żołnierzy dawnych epok. Przypominały stroje maskaradowe, ubiór na świąteczny korowód, na bal przebierańców. Były niewygodne i sztywne, choć niewątpliwie bardzo wdzięczne dla oczu widzów oraz twórców uprawiających malarstwo batalistyczne, obecnie niemal całkowicie już zapomniane. Takie umundurowanie miało swoje walory estetyczne, było szykowne i finezyjne, ale praktyczne z całą pewnością nie było. Zdecydowanie bardziej nadawało się na parady niż na pole bitwy: akselbanty, hafty, wyłogi, epolety, naramienniki, białe, obcisłe spodnie, noszone z czarnymi kamaszami do kolan albo zapinane pod kolanami, na czapkach girlandy, często biała kokarda, nad nią kulisty pompon, pończochy i trzewiki, trikorny i bikorny, bermyce, czaka i wszystkie kolory tęczy, mundury w czerwieni, żółci, bieli, kolorze niebieskim, a napoleońska piechota nosiła białe pasy skrzyżowane na granatowej bluzie, co upodabniało ją do tarcz strzelniczych – dwie jasne linie przecinały się dokładnie w centrum klatki piersiowej. Przeciwnik nie mógł mieć lepszego celu.
Przyczyną tej teatralizacji była taktyka wojenna. Wojna była spektaklem. W dawnych wiekach żołnierz szedł do boju dumnie wyprostowany, nie wolno mu było ukrywać się, kłaść się czy czołgać się po ziemi, czworoboki poruszały się miarowym, równym krokiem, strzelając do siebie nawzajem w równych interwałach, a żołnierze umierać mieli elegancko i z galanterią. Wojna była teatrem, ważne były dekoracje, aranżacja, stroje i gesty, spektakl miał zachwycić widza, statyści byli odpowiednio przebrani. Wojna była sztuką, którą przede wszystkim należało ładnie zagrać. Tylko śmierć była jak zawsze prawdziwa, choć nie zdarzała się aż tak często jak to sugerują kiepskie filmy historyczne. Skuteczność pierwszych karabinów, muszkietów i arkebuz była niska, miały ograniczoną celność i zasięg, a proces ładowania był powolny i uciążliwy. Oddanie strzału z klasycznego muszkietu wymagało aż 43 różnych czynności, bitewne napięcie często musiało uniemożliwić prawidłowe załadowanie broni, a do tego dochodziły usterki techniczne. „Nie strzelać dopóki nie będziecie widzieć białek ich oczu”, zalecał Fryderyk Wielki. W XVI wieku M. Forquevaux twierdził, że jeden zabity wróg przypada na każde 10 000 wystrzałów. Jeszcze w połowie XIX wieku szacowano, że w celu zabicia jednego nieprzyjaciela trzeba strzelić od 3000 do 10 000 razy.
Dzisiejsza wojna nie jest już teatrem i taktyka też jest inna. Współczesny żołnierz ukrywa się, maskuje, ma stać się niewidoczny, czołga się, powinien działać z zaskoczenia. Stąd więc i odpowiednie stroje, kamuflujące panterki w kolorze khaki, cała gama szarych, poważnych, niemal groźnych barw. Te barwy nie zapowiadają zabawy. Sugerują coś poważnego, coś na serio, mają odstraszać, budzić lęk. Wojna nie jest już teatrem, a siła i skuteczność dzisiejszych środków rażenia wyklucza wytworność czy elegancję śmierci. Nie da się już z galanterią umierać na polach bitew. Śmierć jest anonimowa, prawie nie pozostawia śladów, działa jak profesjonalny morderca.
Bliscy bogowie
To, co mnie zawsze zdumiewało i urzekało w mitologii greckiej: ich bogowie są zarówno sędziami, jak i stroną sporu. Ta ich podwójna rola i dwuznaczność w ich decyzjach oraz postępowaniu. Ich bogowie są skrojeni na miarę każdego z nas, jak my balansują na skraju własnych przepaści, niedoskonali, ale jakże bliscy nam i sympatyczni.
Niemieckie capriccios
Ernst Jünger, niemiecki pisarz, nacjonalista, w czasie II wojny światowej oficer Wehrmachtu, stacjonował głównie w Paryżu, obracając się wśród paryskich sfer intelektualnych, ale pilnie odnotowywał również relacje swoich przyjaciół z ich przeżyć na froncie wschodnim. W jednej z nich (określa je, a jakże, eleganckim słowem capriccios) opisuje zimę na wschodnim froncie: „Na drogach dowozu widzi się trupy, po których przejechały tysiące czołgów, zgniatając je w końcu na cienką blachę. Maszeruje się po nich jak po kalkomanii albo po sylwetkach, których odbicie widać w lśniącej, lodowatej głębi nawierzchni”.
Nie jest to metafora. Przed wielu laty, czytając zapiski jakiegoś anonimowego niemieckiego żołnierza, wynotowałem zdanie: „zlodowaciałe drogi pokryte gdzieniegdzie lekką warstewką śniegu, spod którego przebijały spłaszczone, zwalcowane przez gąsienice ciężkich pojazdów sylwetki ludzi, niczym pokracznie zdeformowane owady uwięzione w mroźnym bursztynie”.
Kim jesteśmy, jeżeli ujrzawszy takie „capriccios” możemy jeszcze potem żyć, pić wino, wierzyć w Boga, płodzić dzieci? Czy nie ma takiego doświadczenia, które nas unicestwia ostatecznie i nieodwołalnie? Czy nie ma takiej granicy poza którą nie istnieje już nie tylko normalne, ale jakiekolwiek życie?
Elegancja
Kardynalnym warunkiem elegancji jest spokój. Nic, co podryguje, skacze, trzęsie się, dygocze, rzuca się, wygina, szarpie, tarza się, kręci i wije, nie jest i nie może uchodzić za eleganckie. Eleganckie podrygi czy elegancki dygot to oksymoron, jedno zaprzecza drugiemu i wyklucza się wzajemnie. Lubię obserwować sceny z chanoyu, japońskiej ceremonii picia herbaty, gdzie każdy moment, choćby najdrobniejszy, ma swoje miejsce, swoje znaczenie i czas trwania, jest perfekcyjny i perfekcyjnie wyważony. Gesty uczestników chanoyu są nieskończenie pełne i eleganckie, a ich ciszę wypełnia doskonały spokój. W takich chwilach zaczynamy rozumieć, że elegancja nie jest próżną i snobistyczną wirtuozerią we władaniu swoimi gestami, lecz niesłychanie trudną, ale jakże ważną techniką panowania nad chaosem, który przesyca i negatywnie definiuje nasze życie.
Calamarius
Lista przedmiotów, które w ciągu ostatnich dziesięcioleci dyskretnie wypisały się z naszej rzeczywistości, jest długa i powiększa się z każdym miesiącem. Zniknięcie jednych zauważamy, odczuwamy ich brak, wspominamy o nich, i trochę to trwa zanim rozpłyną się na zawsze i zamieszkają na stałe tylko w encyklopediach i słownikach. Inne odchodzą w zapomnienie w szybko i w milczeniu, opuszczając nas tak skutecznie, jakby nigdy nie istniały, jakby były tylko nazwą z naszych snów, nazwą, która opuszcza nas w chwili przebudzenia. Ostatnio uświadomiłem sobie, że wśród wielu przedmiotów, które ulotniły się z naszej rzeczywistości znajduje się również calamarius, czyli kałamarz, naczynie do przechowywania atramentu oraz pisarskich piór. U swoich początków były to małe pojemniki z przykrywkami, zwykle porcelanowe, mosiężne lub szklane, o bardzo zróżnicowanych kształtach, zamykane przy pomocy śruby, co pozwalało je przenosić. W szkołach, by uniknąć rozlewania się atramentu, umieszczano je w otworach wykonanych w ławkach – takie ławki istniały jeszcze w czasach, gdy ja chodziłem do szkoły, tak niedawno, jakby wczoraj …
Dziennikarstwo nunc
Peter Sloterdijk, filozof i eseista, z wyjątkowo trafną oceną dziejszej prasy, która zajmuje się już jedynie rozpowszechnianiem fałszu: Dziennikarstwo dołączyło do cynicznego gremia wszelkiej maści specjalistów od „public relations”, biur reklamowych, sztabów wyborczych rozmaitych partii, komercyjnych sieci telewizji satelitarnej, prywatnych pośredników pracy czy tzw. studiów produkujących pornograficzne obrazki na użytek magazynów dla podekscytowanych samców. Cynizm jako choroba zawodowa czy profesjonalna deformacja wśród tych, których obowiązkiem jest informować nas rzetelnie o naszej wspólnej rzeczywistości. Zawsze istniał pewien niejawny pakt między właściwym opinii publicznej pragnieniem sensacji i krwi, a gotowością dziennikarzy do wykorzystywania nieszczęść przytrafiających się innym ludziom. Ale w tej chwili gotowość dziennikarzy, by dostarczać tego, na czym ich klientom zależy, wyprzedza już oczekiwania klientów. Dziennikarze sami aranżują nieszczęścia według scenariuszy, które – ich zdaniem – najbardziej przypadną do gustu klientom. Przypadek 3-letniego Aylana Kurdi, dziennikarze, którzy do spółki z oprawcami pewnego afrykańskiego reżimu aranżowali fotogeniczne sceny rozstrzeliwania więźniów, inne. Większość gazet żyje obecnie z zaspakajania głodu niskich instynktów, kolportowania plotek … Wartość użytkowa tych informacji nie jest ani o gram większa niż jakiegokolwiek innego środka pobudzającego, jakiejś efedryny, amfetaminy czy heroiny. Każdy „news”, który ma dla prasy jakąś wartość musi spełniać ten warunek. Jeżeli nie zawiera go w wystarczającym stopniu poddaje się go „profesjonalnej obróbce”, co oznacza dramatyzację i zakłamanie.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.