EMCDDA to Europejskie Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii. W zeszłym roku agencja zebrała analizy ścieków ze 104 miast w 21 krajach europejskich w celu zbadania i porównania nawyków narkotykowych ich mieszkańców. Już po raz trzeci z rzędu – mówiąc ironicznie – z dużym powodzeniem, uczestniczyły w tym szwedzkie miasta Gävle, Sandviken i Söderhamn. I najwyższe poziomy amfetaminy w stosunku do populacji stwierdzono właśnie w Gävle i Sandviken. Następne w kolejności były miasta Belgii i Niemiec. Szwedzi nie po raz pierwszy zajmują te mało zaszczytne pozycje: także w latach 2020 i 2021 poziom amfetamin w szwedzkich miastach należał do najwyższych. Co ciekawe, absolutnie najwyższe stężenie ketaminy, silnej substancji znieczulającej, stwierdzono natomiast w miastach duńskich, które szczycą się przecież słynnym hygge, słowem, które oznacza komfort, wygodę, przytulność, wewnętrzną równowagę, bezpieczeństwo i szczęście. Może więc to, co sprytni Duńczycy rozsławili jako fenomen hygge, mający świadczyć o wysokim poziomie ich szczęśliwości, jest po prostu efektem nadużywania fluoksetyny, bardziej znanej pod nazwą Prozac?
Miesiąc: marzec 2023
Kurtuazja
Z biegiem lat coraz bardziej upewniam się w tym, że słowo wyrafinowanie jest kurtuazyjnym określeniem stanu duchowej niemocy.
Salman Rushdi
Irańska Fundacja Wdrażania Fatw Imama Chomeiniego wyraziła uznanie dla człowieka, który w zeszłym roku zaatakował pisarza Salmana Rushdiego. Napastnikiem był 24-letni szyicki muzułmanin z New Jersey, który w trakcie imprezy literackiej w Nowym Jorku wbiegł na scenę i zadał pisarzowi kilka ciosów nożem. Salman Rushdie w wyniku ataku stracił wzrok w jednym oku i władzę w lewej ręce. Irańska Fundacja Wdrażania Fatw przyznała napastnikowi nagrodę w postaci 1000 metrów kwadratowych ziemi rolnej, a Mohammad Esmail Zarei, sekretarz Fundacji, złożył mu gratulacje: „Szczerze dziękujemy za odważny czyn młodego człowieka, który uszczęśliwił wszystkich muzułmanów.
Dla tych, którzy nie wiedzą, kim jest Salman Rushdie: nie jest tyranem z jakiejś bananowej republiki, nie jest poszukiwanym przez Interpol mordercą, nie jest zbrodniarzem jak Putin, Kim Dzong Un czy któryś ze zboczonych irańskich ajatollahów, nie jest terrorystą, liderem apokaliptycznej sekty, szefem mafii czy gangu handlującego narkotykami. Salman Rushdie jest świetnym pisarzem, autorem znakomitej powieści „Szatańskie wersety”, używa mózgu i rozumu i to wystarcza, by skazać go na śmierć. Gdy opętany islamski mnich Chomeini wydał na niego wyrok śmierci, na ulicach europejskich miast, z wyrazami poparcia dla tej decyzji, pojawiły się tłumy zdziczałych muzułmanów, nominalnych obywateli Europy. Głosów sprzeciwu i oburzenia tym barbarzyństwem prawie nie było. Żyjemy w światłych czasach.
Zdrowy brud
Mniej więcej od renesansu aż po koniec XVIII wieku lęk przed wodą był powszechny wśród arystokratycznych warstw europejskiego społeczeństwa. „Dobrze urodzeni” myli się rzadko, prawdopodobnie rzadziej nawet niż biedota miejska. Król francuski Henryk IV słynął z tego, że roztaczał wokół siebie koszmarny fetor, a gdy w roku 1601 urodził się jego syn, przyszły monarcha Ludwik XIII, też nie przesadzano z ablucjami – dopiero po sześciu tygodniach lekko umyto mu głowę, do dziewiątego miesiąca życia nie czesano wcale, nogi obmyto mu w letniej wodzie, gdy skończył pięć lat, a pierwszej kąpieli, z zachowaniem wszelkich środków ostrożności, doświadczył dopiero w wieku siedmiu lat; został wykąpany „po raz pierwszy w wannie, pospołu z Madame”, czyli swoją siostrą, jak odnotowały to kroniki dworskie. Angielska królowa Elżbieta I, szesnasty wiek, mogła więc w tej sytuacji uchodzić za wyjątkową czyścioszkę, bo zażywała szybkich kąpieli raz w miesiącu, a do tego, jak sama zastrzegała „niezależnie od tego czy było to konieczne czy nie”. Wiek następny obnosił się już brudem ostentacyjnie: król Jakub I mył jedynie palce, i też ani przesadnie często ani zbyt dokładnie, a Ludwik XIV przez całe swoje życie naraził się jedynie na dwie kąpiele.
Przekonanie, że biedni są znacznie brudniejsi niż bogaci jest więc stosunkowo nowe, pojawia się dopiero na początku wieku dziewiętnastego. Można śmiało założyć, że w poprzednich epokach panował w tej kwestii swoisty egalitaryzm – warstwy zamożne musiały być równie brudne, a być może brudniejsze niż ich biedni poddani. Wiązało się to z rozpowszechnionym wówczas poglądem, że woda posiada groźne właściwości przenoszenia wszelkich chorób, czyli biorąc logicznie, zachowanie zdrowia polegało na unikaniu kontaktu z tą substancją. Brud był więc wymogiem higienicznym, który dawał pewną szansę na ucieczkę od roznoszonych przez wodę chorób, a ludzie bogaci, co zrozumiałe, dysponowali znacznie większymi możliwości, by skutecznie przestrzegać tak pojętej „higieny”. A w sytuacji szczególnie uprzywilejowanej byli władcy – ich doczesne członki miały przecież żywotne znaczenie dla państwa, a tym samym były najskuteczniej chronione od straszliwej zarazy zwanej wodą. Szczęśliwie dla nich mogli być brudniejsi od swoich poddanych.
Pytanie
Emil Cioran, „Zły demiurg”: Przeżywane w nieskończoność pytanie podkopuje nas tak samo jak głuchy ból.
Konrad Lorenz
Gdy w 1964 roku grupa esesmanów staje przed sądem krajowym w Dűsseldorfie z powodu mordów popełnionych w Treblince, wśród ekspertów powołanych przez sąd w celu rozstrzygnięcia pewnych kwestii moralnych, znalazł się Konrad Lorenz, który od 1961 roku kierował Instytutem Fizjologii zachowań im. Maxa Plancka w Seeweisen w Górnej Bawarii. Jest to ten sam Lorenz, austriacki zoolog, przyszły laureat nagrody Nobla w dziedzinie fizjologii i medycyny, który w roku 1938, wstępując do NSDAP, chwalił się, że nawrócił na ideologię nazistowską wielu studentów, a od roku 1939 szybko dostosował swoje pisma naukowe do doktryny nazistowskiej. Ten sam Konrad Lorenz, który w roku 1940 twierdził, że aby stworzyć zdrowy naród potrzebna jest „jeszcze bardziej rygorystyczna eliminacja etycznie gorszych, niż ma to miejsce teraz.” Ten sam Lorenz, który po wojnie zaprzeczał, że był członkiem partii nazistowskiej, dopóki nie upubliczniono jego wniosku o członkostwo. Ten sam Lorenz, który zaprzeczał, że wiedział o rozmiarach ludobójstwa, chociaż zajmował w tym czasie stanowisko psychologa w hitlerowskim Biurze Polityki Rasowej.
Impresja
Cóż może być piękniejszego niż boska harmonia gestów pary tańczącej tango lub walca? Jaka forma muzyki może równać się z muzyką symfoniczną, gdzie dziesiątki instrumentów mówią jednym głosem, w tej samej chwili, z niewiarygodnym pięknem, precyzją i dyscypliną? Jaka rzeźba może równać się z dziełem Giuseppe Sanmartino, które zamienia marmur w muślinową tkaninę?
Koine
Niewiarygodna kariera językowego Kopciuszka. Pewna skromna wersja dialektu attyckiego, koine, wprowadzona przez władcę macedońskiego Filipa II na jego dwór, i rozpowszechniona potem przez armię Aleksandra, stała się oficjalnym językiem okresu hellenistycznego w całym ówczesnym świecie. Koine nie było językiem ani wyszukanym ani bogatym. Przeciwnie, był to język zwykłych ludzi, chłopa, sprzedawcy, żołnierza, przekupki, język wernakularny, ludowy, pospolity. Jest to również język Nowego Testamentu i dzięki temu był on zrozumiały dla mas. Wielkie dzieła literatury greckiej były pisane greką klasyczną.
Przed krucjatą
Michael Haag, „Tragedia templariuszy”. Pod koniec drugiej połowy X i od początku XI wieku Palestyna znajdowała się pod panowaniem tureckich Seldżuków. Pielgrzymi po drodze do Ziemi Świętej padali ofiarą grabieży, napadów i publicznych prześladowań. Często przez długie tygodnie wzbraniano im dostępu do Grobu Pańskiego, głodowali, wielu umierało z powodu wycieńczenia i chorób. Ci z nich, którym udało się pokonać wszystkie przeciwności i mieli tyle szczęścia, by powrócić cało do domu, rozpowszechniali wieści o straszliwej sytuacji na Wschodzie. Wyznawca islamu, syryjski kronikarz Al-Azimi, szczegółowo opisał ostatnią pielgrzymkę przed epoką krucjat. Według jego relacji chrześcijańscy pielgrzymi, zarówno Bizantyjczycy, jak i al-Franj, czyli mieszkańcy Europy Zachodniej, zostali – jak to dyplomatycznie wyraził – „powstrzymani” w ich podróży do Jerozolimy, a ci, którzy przeżyli – co w oczywisty sposób wskazuje na masakrę – rozpuścili wieści o tym w rodzinnych krajach. Al-Azimi jako jedyny muzułmański kronikarz dostrzegał związek przyczynowo-skutkowy i zauważył, że to z powodu rzezi chrześcijanie przystąpili do przygotowań do kampanii, która stała się pierwszą krucjatą, zauważa Haag.
Ostatnie zachowane relacje dotyczące Palestyny sprzed epoki wypraw krzyżowych pochodzą od Ibn al-Arabiego, uczonego muzułmańskiego, który w latach 1093-1096 przebywał w Jerozolimie. Uczony nie ukrywał, że nawet po czterystu pięćdziesięciu latach od podboju muzułmańskiego Jerozolima nadal była miastem głównie chrześcijańskim i w równym stopniu dotyczyło to całej Palestyny. Pisał: Kraj jest ich, ponieważ to oni uprawiają ziemię, utrzymują klasztory i dbają o kościoły.
Scold’s bridle
Scold’s bridle, czyli uzda skarcenia, niekiedy nazywana też uzdą czarownicy lub „The Gossip’s Bridle”, uzdą plotkarza, używana w Szkocji i Anglii, a następnie w niemal całej Europie Północnej w 16 i 17 wieku. Koszmarne narzędzie nie tylko kary, ale i publicznego upokorzenia osób niepokornych, hardych lub po prostu posiadających swoje zdanie i chętnych, by wyrażać je głośno. Była to otaczająca głowę żelazna rama, wyposażona w wędzidło, często z kolcem, które wkładano do ust ofiary i dociskano do wierzchu języka, aby go unieruchomić, a tym samym skazać taką osobę na całkowite milczenie. Scold’s bridle stosowano przeważnie na kobietach, niejednokrotnie nawet na prośbę ich mężów lub innych członków rodziny. Uzda nie tylko uniemożliwiała mowę, ale i powodowała jednocześnie mocny ślinotok i zapewne też szalony ból całej jamy ustnej. Niektóre z nich „wyposażano” ponadto w dzwonek, a osoba nosząca taką uzdę była prowadzona po mieście na smyczy. Zwykle karano tą metodą kobiety z niższych klas, zwłaszcza te, które uznano za zbyt pyskate, zadziorne, „buntownicze” lub „kłopotliwe”, i których mowa, zwłaszcza w stosunku do mężów, była uznawana za agresywną lub destrukcyjną. Używano ich również do karania bluźnierców i dysydentów religijnych, aczkolwiek były to raczej rzadkie przypadki.
Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać perwersyjna pomysłowość człowieka w zadawaniu bólu innym ludziom.
Nod
Nod to biblijny kraj położony na wschód od Edenu. U Flawiusza zwany ziemią Nais. Hebrajskie słowo nod znaczy błądzić, a w religijnym znaczeniu sugeruje pójście drogą inną niż drogą prawa danego przez Boga. Do kraju Nod, za zabicie swego brata Abla, wygnany został Kain. Osiedlił się tam wraz ze swoją żoną i tam przyszedł na świat jego syn, Henoch. Tam również wybudował pierwsze wzmiankowane w Biblii miasto, które nazwał imieniem swego syna. Ogólnie słowo nod oznacza kraj zamieszkiwany przez ludzi, którzy błądzą. Kraj błądzących. Tytułu bodaj najlepszej powieści Steinbecka, Na wschód od Edenu, nawiązuje właśnie do tego słowa.
św. Greta
Wiadomość w szwedzkiej prasie, że nawiedzone zielonkawe dziecko szwedzkich ekologów, Greta Thunberg, zostanie doktorem honoris causa Uniwersytetu Helsińskiego. Uczelnia ogłosiła w poniedziałek listę osób, które otrzymają to najwyższe odznaczenie akademickie. Co ciekawe i znamienne – Greta zostanie nagrodzona przez Wydział Teologii fińskiej uczelni i muszę przyznać, że jest to decyzja z wszech miar słuszna i logiczna. Ekologia nie jest nauką. Jest religią. Wydział Teologiczny jest więc absolutnie właściwym organem dla przyznawania honoris causa za zasługi w krzewieniu wiary.
Smutek prezentyzmu
Francuski antropolog Claude Lévi-Strauss, autor słynnej pracy „Smutek tropików”, napisał kiedyś, że przyjmowanie zachodniego modelu życia przez inne społeczeństwa nie było skutkiem spontanicznego wyboru, lecz braku wyboru. Opinia ta zawiera sugestię, że „zły biały człowiek” i jego przewaga technologiczna nie dały innym kulturom żadnych szans, by mogły rozpowszechnić się na świecie, stanowiąc jakąś lepszą i godniejszą alternatywę dla jakiegoś lepszego i godniejszego życia, choć nikt nigdy nie pokusił się o to, by sprecyzować na czym to godniejsze życie miałoby polegać.
Lévi-Strauss, skądinąd wybitny antropolog, miał zdaje się żałośnie ograniczoną wiedzę na temat powstawania i rozwoju społeczeństw, bowiem nie ma w naszych dziejach przypadku społeczeństwa, które „spontanicznie” dokonało wyboru modelu swego życia. Ten proces ma znacznie bardziej skomplikowany przebieg, ale opinia wyrażona przez Lévi-Straussa, jak każdy zręczny i efektowny bon mot, jest chętnie i często powtarzana przez wielu bezmyślnych entuzjastów prezentyzmu. Tymczasem prawdziwą przyczyną dominacji kultury zachodniej w świecie jest to, że żaden inny model żadnej innej kultury nie okazał się być tak uniwersalny, by mógł stanowić jakąkolwiek alternatywę. Co mogły oferować totalitarne i okrutne imperia mezoamerykańskie, hermetyczna i zrytualizowana kultura chińska czy japońska, koczownicy z głębi azjatyckich stepów, Indianie obu Ameryk, społeczność Aborygenów czy Beduinów? Nic z tego nie mogło pretendować do miana modelu wystarczająco uniwersalnego, by mogli to zasymilować ludzie różnych ras i różnych kontynentów. Zachód przewyższa inne kultury pod każdym względem i w każdej dziedzinie – powiedzmy to głośno i wyraźnie. Zwolennicy prezentyzmu sugerują czasem, że na przykład przeciętna wiedza botaniczna czy zoologiczna Europejczyka jest wręcz żenująco niska w porównaniu z tą, jaką mają choćby pewne plemiona „pierwotne” i fakt ten powinien być dla nas lekcją pokory. Niestety, jest to argument dziecka z piaskownicy, które zapewnia, że jego łopatka i jego wiaderko są lepsze, bo są koloru zielonego. Plemiona pierwotne muszą orientować się w tym, co mogą zjeść i jakie zwierzę jest dla nich niebezpieczne, gdy bezmyślnie pętają się po dżungli. Mieszkańcy zachodniego świata szczęśliwie dawno już uwolnili się od tego typu prymarnych „potrzeb”, a znajomość właściwości różnych kwiatków, roślin i zwierzątek, grzecznie skatalogowana w podręcznikach do biologii i botaniki, nie jest im potrzebna do sensownego funkcjonowania na co dzień w ich własnym środowisku. Nie żyją przecież w dżungli, gdzie taka wiedza może być przydatna czy niezbędna w każdej chwili. W papuaskim języku tewa morfologiczny opis liści zawiera 40 terminów, sadzonki kukurydzy określa się 15 różnymi słowami, Eskimosi mają dziesiątki słów na określenie śniegu, co według prezentystów ma być dowodem na wyższość tych kultur nad europejską, ale w takich wywodach zwykle dyskretnie przemilczają, że w języku papuaskim czy eskimoskim nie ma bodaj jednego słowa na określenie rakiety kosmicznej, biblioteki, opery, zapisu fonograficznego, dzieła literackiego, neurochirurgii, teleskopu czy setek tysięcy innych słów i pojęć. Nie wybieramy modelu naszego życia, jak to optymistycznie sugerował Claude Lévi-Strauss, nie w skali społecznej. W skali społecznej zwykle akceptujemy ten, który jest najbardziej skuteczny i efektywny. Tylko Europa stworzyła taki model. Może nie jest on najlepszy, ale na pewno jest najlepszym z tych, które znamy.
Lew i brud
Zofia Tołstoj w ”Pamiętnikach” o swoim mężu, Lwie Tołstoju: Z początku był na dole i długo mył się, myślałam już nawet, że zachorował. Mycie – to dla niego całe wydarzenie. Jak mówił, do tego stopnia stwardniały mu podeszwy, że pod skórą zaczęło boleć. Aż mnie skręcało ze wstrętu. Potem się położył i długo czytał. Jestem dla niego zawadzającym przedmiotem, kiedy nie potrzebuje mnie do swego zadowolenia. Strasznie mi ciążą te dni odrazy do fizycznej strony mego męża, ale nie mogę się przyzwyczaić – nigdy nie przyzwyczaję się do brudu, do odoru. Staram się wszelkimi siłami widzieć tylko jego stronę duchową i udaje mi się wtedy, gdy jest dobry.
Kto wygrał II wojnę światową
Zawsze zastanawiałem się, dlaczego Niemcy, którzy przegrali II wojnę światową … wygrali tę wojnę. Dzisiaj myślę, że złożyło się na to kilka istotnych czynników. Jednym z nich, ważnym, ale wcale nie najważniejszym, był na pewno potencjał gospodarczy, a wbrew powszechnemu przekonaniu o zniszczeniach wojennych Niemiec, był on wcale niemały – na niemieckie potrzeby wojenne przez wiele lat harowała przecież cała Europa. Rabunki, praca przymusowa, rekwizycje, konfiskaty i wszelkiego rodzaju kradzieże, dokonywane w czasie wojny nie tylko przez państwo, ale i osoby prywatne, bardzo wzbogaciły ich majątek. Innym aspektem była wyjątkowo bezczelna i sprytna polityka historyczna – już w latach 50-tych zainicjowali oni program zastępowania terminów „Niemcy” i „niemieckie” na „nazistów” i „nazistowskie”. Było to realizowane konsekwentnie i bez względu na przynależność do stronnictw politycznych. Nie miało żadnego znaczenia, kto w danym momencie steruje krajem. Polityka historyczna pozostawała bez zmian. Bez odstępstw i bez skrupułów. W konsekwencji jeszcze i dzisiaj większość Europejczyków i świata nie ma wątpliwości, że Niemcy są dobrzy, źli byli tylko naziści, ale ich już nie ma, natomiast obozy koncentracyjne i zagłada Żydów jest dziełem Polaków. Innym, równie ważnym elementem tej szarady sukcesu, były media. Niemieckie media, jak w większości normalnych krajów, reprezentują przede wszystkim interesy państwa. Ani dla ich właścicieli ani dla pracowników nie było żadną tajemnicą, że kształtowanie opinii zarówno ich własnych obywateli, jak i opinii na zewnątrz, jest niezbędne dla formowania pozycji ich kraju na zewnątrz i właściwej postawy ich własnych obywateli wobec państwa. W przeciwieństwie do zidiocenia, które obserwujemy w Polsce, w Niemczech zawsze doskonale rozumiano, że sytuacja, gdy większość rynku medialnego znajduje się w rękach kapitału zagranicznego jest czynnikiem destabilizującym państwo, czynnikiem chaosu politycznego, strukturalnym wynaturzeniem, które niczego dobrego nie rokuje. Sądzę, że obserwując to, co obecnie dzieje się w tej kwestii w Polsce, której poprzednie rządy bezmyślnie zaszczepiły tego wyjątkowo złośliwego wirusa, muszą mieć dużo satysfakcji. Dla polityków niemieckich, bez względu na przynależność partyjną, naczelnym interesem był i wciąż jest interes i dobro Niemiec. Ich służbom wpojono, że niezależnie od tego, jaka partia w danym momencie rządzi, oni zawsze pracują dla Niemiec. Dotyczyło to również niemieckich przedsiębiorców, którzy rozumieli, że prowadzone przez nich interesy mają nie tylko pomnażać ich prywatne majątki, ale i wzmacniać siłę gospodarczą ich kraju. Gospodarka jest przecież jednym z narzędzi ekspansji każdego państwa, czyż nie?
Chersonez Taurydzki
Krym. W chorych rojeniach Hitlera o germańskim imperium, Krym odgrywał poważną rolę. Planował osiedlić tam południowych Tyrolczyków, by w ten sposób kontynuować „tradycję germańską”, zapoczątkowaną według jego mniemania przez plemię Gotów krymskich, które dotarło do tych terenów w III wieku ne. Dla Krymu w wersji niemieckiej przewidziana była nazwa Gau Gotenland (Okręg Kraj Gotów), a miasto Sewastopol miało zostać przechrzczone na Theoderichshafen, od imienia Teodoryka, króla Gotów.
Sewastopol także zresztą nie jest pierwotną nazwą tego miasta. W VI wieku p.n.e. na tym terenie kwitła grecka kolonia Chersonez Taurydzki, założona przez greckich kolonistów z Miletu. Miasto przetrwało przez prawie dwa tysiące lat, najpierw jako niezależna demokracja, a później jako część Królestwa Bosporańskiego. Upadek Chersonezu spowodowały dopiero hordy mongolskie, niszcząc miasto najpierw w 1223 roku, a następnie w roku 1299.
Sokrates i przyroda
Sokrates mawiał, że nie czuje żadnej wspólnoty z drzewami rosnącymi na zewnątrz murów miejskich. Kultura antyczna nie odnosiła się z szacunkiem do dzikiej przyrody. W jej systemie wartości przyroda w swoim prymitywnym kształcie była przeciwieństwem cywilizacji (civitas) i miasta (urbs), czyli porządku stworzonego przez człowieka, a człowiek ówczesny niczego nie pragnął tak bardzo jak tego, by jak najskuteczniej oddzielić się od natury, bo ta zawsze była nieprzewidywalna, okrutna, wroga i niszczycielska. Zaorane pole (ager) i ogród (hortus), świat nad którym człowiek panował, przeciwstawiano pojęciu saltus (lesiste miejsce), które znajdowało się po niepewnej, groźnej stronie życia. W dziełach starożytnych nie znajdziemy zachwytów nad przyrodą – przyroda jest w nich totalnie nieobecna. Zachwycano się człowiekiem, zachwycano się jego dziełami. Podziw dla przyrody nie wchodził w rachubę – człowiek dopiero z niej wyszedł i jak każdy parweniusz nie życzył sobie, by przypominano mu o jego pochodzeniu.
Baśnie
Alf Laylah wa-Laylah czyli Baśnie tysiąca i jednej nocy. Baśnie dla dorosłych. Depresyjny sułtan, inteligentna Szeherezada. Postawiona przez nią diagnoza jest trafna, wybór terapii bezbłędny – baśnie leczą znacznie skuteczniej niż mirtazapina.
W ośmiotomowym wydaniu Baśni, które udało mi się zdobyć, w tomie pierwszym brakuje kilkudziesięciu stron, tłumaczenie jest bardzo kanciaste i chropowate, szorstkie, kadencja zdania koszmarna, chwilami trudno złapać oddech, a w innych partiach jest to rytm ostrego springu. Daje się to czytać, ale cicho. Głośne czytanie jest męczarnią, a baśnie powinno się czytać tylko głośno. Czytanie baśni po cichu jest jak spowiedź za pomocą alfabetu Morse’a.
Polskie łzy
Polki walczyły nie tylko na polach bitew. Jeszcze przed Powstaniem Styczniowym zdołały wyjątkowo skutecznie doprowadzić Rosjan do wściekłości. A pomysł był genialnie prosty: po tzw. „pogrzebie pięciu”, pięciu manifestantów, zabitych przez Rosjan 27 stycznia 1861 r. w Warszawie, kobiety zaczęły powszechnie nosić tylko czarne żałobne suknie i żadnej biżuterii. A jeżeli pojawiała się przy ich strojach biżuteria, to była ona wyłącznie w kolorze czarnym, a jej motywy musiały przypominać kajdany lub łańcuchy. Dziś wydawać się to może nieistotne, ale wtedy było to genialne posunięcie. Zwróciło oczy całej Europy na Polskę. I bardzo szybko już nie tylko Polki ubierały się na czarno – czarne suknie lub chociaż czarne kapelusze, na znak solidarności lub po prostu, bo stało się to modne, zaczęły nosić kobiety w wielu krajach Europy. Ozdoby z czarnych dżetów zyskały nawet w Hiszpanii nazwę „polskie łzy”. Nawiasem mówiąc, taki polski krzyżyk nosiła również córka Karola Marksa.
Głos i starość
Swoją własną starość odkrywamy nie tyle w naszych zmarszczkach, siwych włosach, wiotkiej skórze czy w trudnościach z poruszaniem się – te bowiem z różnych przyczyn mogą pojawiać się i wcześniej – co w naszym głosie. Głos zapowiada starość nieodwołalnie. Teraz, kiedy sam wchodzę w ten okres, nagle zaczynam to postrzegać. Dociera do mnie, że ludzie starzy mówią znacznie wolniej, ciszej, na wydechu, że często, choć nie zawsze, towarzyszy temu osobliwa chrypka. Zaczynam zwracać uwagę na zmiany w skali ich głosu – także i mego głosu – który u mężczyzn staje się wyższy, u kobiet niższy, i słyszę wyraźniej, kiedy czyjaś mowa słabnie, gdy zaczyna pojawiać się w niej bardzo szczególna szorstkość, a głos, szybciej ulegając zmęczeniu, traci barwę i matowieje.
Starzy ludzie milczą chętniej wcale nie z tego powodu, że milczenie jest złotem, ale dlatego, że mówienie wymaga od nich coraz większej energii. Po sześćdziesiątym roku życia obniża się napięcie mięśniowe, traci się elastyczność płuc i spada też ich pojemność – układ oddechowy słabnie, zmniejsza się jego wydolność, a więc i siła wydechu w trakcie mówienia. Aby mówić, trzeba mieć siły. Mówienie jest energochłonne. Starość milczy nie z powodu mądrości, lecz z braku sił.
Gdy spada ciśnienie wewnątrzustne, wówczas zaczynają w naszej mowie zanikać samogłoski. Zmiany hormonalne, pojawiające się w tym okresie, powodują stopniowe sztywnienie krtani. Fałdy głosowe i kierujące nimi mięśnie ulegają atrofii, zanika ich elastyczność, zaczynają być cieńsze, struny głosowe tracą jędrność. Kolagen fałd strun głosowych zastyga, otaczające go włókna zanikają i rozkładają się, a chrząstki krtani zmniejszają swój rozmiar i wagę. Praca oddechem jest inna, gdy stajemy się starzy. Wtedy oszczędzamy każdy oddech, chwytamy go łapczywie i pozbywamy się niechętnie. Głos najskuteczniej demaskuje starość. Instynktownie wyczuwają to ludzie młodzi i dzieci.
Sonderfahndungsbuch Polen
Sonderfahndungsbuch Polen, Specjalna księga Polaków ściganych listem gończym była alfabetycznym wykazem imiennym zawierającym ponad 61 tys. nazwisk Polaków najbardziej zasłużonych dla Polski, przeznaczonych do likwidacji na terenach wcielonych do III Rzeszy w ramach operacji Tannenberg. Operacja ta jest kryptonimem niemieckiej akcji mającej na celu eksterminację polskiej warstwy przywódczej oraz inteligencji (Liquidierung der polnischen Führungsschicht). Hitler, podobnie jak dzisiaj Putin odnośnie Ukrainy, ogłosił ten ludożerczy program otwarcie i oficjalnie na tydzień przed inwazją na Polskę w Obersalzbergu: „(…) celem wojny nie jest osiągnięcie jakiejś linii geograficznej, ale fizyczna eksterminacja wrogów. Obecnie tylko na wschodzie umieściłem oddziały SS Totenkopf, dając im rozkaz nieugiętego i bezlitosnego zabijania wszystkich mężczyzn, kobiet i dzieci polskiej rasy i języka, bo tylko tą drogą zdobyć możemy potrzebną nam przestrzeń życiową.”
Lista ta przygotowana została na polecenie Reinharda Heydricha przez kontrwywiad służby bezpieczeństwa SS przy współpracy z niemiecką mniejszością zamieszkałą na terenie Polski. Wydrukowano ją nawet w formie książki w lipcu 1939 roku w Berlinie. Intelligenzaktion, zwana eufemistycznie również Flurbereinigung („Akcja Oczyszczenia Gruntu”) lub – jeszcze bardziej neutralnie – Direkteaktion, czyli „akcja bezpośrednia”, była jedynie małą częścią wielkiego planu germanizacyjnego przygotowanego m.in. dla terenów okupowanej Polski zwanego przez Niemców Generalplan Ost. W celu łatwiejszego przejęcia kontroli nad podbitym terytorium oraz osłabienia w przyszłości ewentualnej działalności konspiracyjnej opracowano plan zniszczenia i eksterminacji polskiej warstwy przywódczej, inteligencji, elity kulturalnej, politycznej, religijnej oraz warstwy posiadaczy i kapitalistów polskich. Niemcy wytypowali do likwidacji wszystkich, którzy cieszyli się autorytetem w polskim społeczeństwie – nauczycieli, lekarzy, dentystów, oficerów, urzędników, kupców, posiadaczy ziemskich, prawników, pisarzy, dziennikarzy, absolwentów szkół wyższych i średnich, członków organizacji i stowarzyszeń. Do najbardziej krwawych eksterminacji doszło na Pomorzu. Zamordowano wtedy około 40 tysięcy ludzi, a było to możliwe przez masowy udział w tej akcji „niewinnych” Niemców, czyli mniejszości niemieckiej, która entuzjastycznie pomogła w przygotowaniu i dokonaniu ludobójstwa.
W niemieckich planach nie przewidywano dla Polski żadnej formy ustanowienia protektoratu lub rządu satelickiego złożonego z Polaków, a jedynie niemiecki zarząd. Potwierdzenie tego znajduje się w protokole pierwszej narady szefów głównych urzędów policyjnych i dowódców operacyjnych z dnia 7.09.1939 roku, które odbyło się w Berlinie. „Przywódcza warstwa ludności w Polsce powinna zostać w takim stopniu, jak to jest możliwe, unieszkodliwiona”. Najbardziej jednoznacznie określił to Martin Bormann w swoich tajnych notatkach ze spotkania z Hitlerem, które odbyło się w 1940 roku: „Generalne Gubernatorstwo jest naszym rezerwuarem siły roboczej do prostych prac (cegielnie, budowa dróg, itd., itp.) (…) Należy bezwarunkowo zwrócić uwagę na to, że nie może być żadnych „polskich panów”; gdzie są tacy polscy panowie, mają być oni, choćby nie wiem jak twardo to zabrzmiało, zabici (…) Führer musi podkreślić jeszcze raz, że dla Polaków może być tylko jeden pan i jest nim Niemiec, dwóch panów obok siebie nie może być i nie ma na to zgody, dlatego wszyscy przedstawiciele polskiej inteligencji mają zostać zabici. Albo jak to wyraził jeszcze w roku 1939 Hitler: Tylko naród, którego warstwy kierownicze zostaną zniszczone, da się zepchnąć do roli niewolników.
Po eliminacji elity społeczeństwa polskiego oraz stłumieniu siłą wszelkich przejawów oporu zamierzano sprowadzić resztę populacji do roli niewolników, którzy będą wykonywali proste czynności w służbie dla niemieckiej rasy panów. Niemcy uważali Polaków za rodzaj podludzi, slawische Untermenschen, żywiąc do nas ten sam rodzaj pogardy, który w identyczny sposób przejawia się w postawie Rosjan do Ukraińców, określanych przez nich mianem chachły. Chachły dosłownie oznacza wiązkę słomy. Jest to termin jednoznacznie pejoratywny i obraźliwy. Niemcy i Rosjanie, te dwie bliźniacze nacje naszego kontynentu, żywią to samo zbrodnicze przekonanie – to, mianowicie, że posiadają prawo decydowania o życiu i śmierci innych ludzi.
Po wybuchu wojny listy proskrypcyjne były uzupełniane na bieżąco. Drugie wydanie z roku 1940, zredagowane w wersji dwujęzycznej niemiecko-polskiej, opublikowano w Krakowie po zakończeniu wstępnej akcji eliminacji inteligencji. Była to ostatnia publikacja list pod tą nazwą. Później wychodziły już pod nazwą „Fahndungsnachweis”. Niemcy pracowali solidnie i metodycznie. Bardzo niewiele osób, które znalazły się na tych listach, zdołało przetrwać czas niemieckiej okupacji.
Biedni, otumanieni Niemcy. Ale czy tylko Hitler „omamił” tych biednych Niemców? Niemcy najwidoczniej kochają być „omamiani”. Przez 16 lat rządów Angela Merkel była traktowana przez nich niemalże jak święta i sumienie świata. Zdołali to nawet wmówić innym. W obecnej chwili jej pomnikowy obraz przypomina w najlepszym razie szkaradnie dysmorficzne rzeźby Henry’ego Moore’a. Niemcy zostali więc znów paskudnie „omamieni” przez jakichś złych faszystów, co nie przeszkadza, że nadal obsadzają bez mała wszystkie kluczowe stanowiska w polityce oraz ekonomii na ich odwiecznym poletku doświadczalnym, nazywanym przez naszą naiwność Europą. A polscy wysocy urzędnicy i parlamentarzyści chętnie wypinają piersi pod ordery, przyznawane przez przedstawicieli rasy panów w uznaniu za popieranie ich łajdactw. Życie toczy się dalej.
Sonderfahndungsbuch Polen. Liquidierung der polnischen Führungsschicht. Direkteaktion. Intelligenzaktion. Flurbereinigun. Fahndungsnachweis – proponuję, abyś ty, który czytasz te słowa spróbował wyobrazić sobie, że jesteś rzetelnym urzędnikiem niemieckim, że siedzisz przy solidnym niemieckim biurku i z powagą oraz germańską dumą nanosisz na którąś z tych list nazwiska niewinnych ludzi, których trzeba zamordować, zabić, zagazować albo zamęczyć na śmierć. Założę się, że nie będziesz czuł się winny.
Dwa cytaty
Witold Jurasz „Demony Rosji”: Przy okazji zaś myślę, że nie ma nic gorszego niż idealiści zajmujący się Rosją. Uważam teorię, że Rosja z wyższym poziomem życia mogłaby się stać mniej agresywna i mniej neoimperialna, za pozbawioną podstaw. Nacjonalizm przyjmujący formę skrajnego szowinizmu jest do tego stopnia składową rosyjskiej duszy, że zamożna Rosja, w której udałoby się zbudować efektywne państwo, byłaby tak samo imperialistyczna i agresywna jak ta obecna, z tą różnicą, że byłaby znacznie silniejsza.
Jedno nie ulega wątpliwości. Ktokolwiek twierdzi, że Rosja jest w jakimkolwiek stopniu bardziej moralna od Zachodu, nie myli się ani nie błądzi. Ktokolwiek tak twierdzi, jest po prostu skończonym idiotą.
Idole Bizancjum
Sławni, podziwiani, popularni i bogaci. Herosi hipodromu w Konstantynopolu. Norman Baynes, brytyjski bizantynolog, uważał, iż społeczeństwo bizantyńskie miało tylko dwu bohaterów: zwycięskiego woźnicę i świętego ascetę. Chrześcijaństwo zlikwidowało walki gladiatorów. Od końca IV wieku naszej ery to hipodromy i teatry stały się dostarczycielami masowej rozrywki.
Jednym z najbardziej widowiskowych sportów starożytności były wyścigi kwadryg, rydwanów zaprzężonych w cztery konie. Zdarzało się, że rozpędzone zaprzęgi wpadały na siebie w ferworze walki, powodując spektakularne, ale i tragiczne wypadki, bowiem aurigowie, aby nie wypuścić lejców, obwiązywali się nimi kilkakrotnie niczym pasem. Pozwalało im to co prawda lepiej kierować końmi, bo łatwiej mogli wykorzystać masę swego ciała, by zależnie od potrzeby przenosić ciężar ciała w prawo lub w lewo, trochę niczym żeglarz, który balansując, wychyla się za burtę. Miało to jednak i negatywne skutki. W razie wypadku i rozbicia się rydwanu konie wyrywały woźnicę z jego miejsca i wlekły za sobą po torze, chyba że zdołał dostatecznie szybko przeciąć lejce nożem, noszonym zawsze w kamizelce. Co udawało się niekiedy, ale nie było regułą. Zwycięzcą zostawał ten, kto pierwszy dotarł do mety po siedmiu okrążeniach. Nasz współczesny obraz tych wyścigów, serwowany hojnie przez kiepskie malarstwo historyczne i równie kiepskie historyczne filmy, jest z gruntu fałszywy. Alberto Angela, w świetnej pracy Imperium, wyjaśnia to następująco: Wozy, które widzimy na arenie Circus Maximus, bardzo różnią się od wyobrażeń, jakie mamy na ten temat. Rydwany pokazywane w filmie Ben Hur i w wielu innych produkcjach kinowych nigdy nie mogłyby brać udziału w wyścigu. Dlaczego? Ponieważ byłyby zbyt ciężkie. Te filmowe są zawsze masywne, z wysoką platformą, nadają się idealnie do triumfalnych pochodów, ale byłyby bezużyteczne w prawdziwych gonitwach. To błąd Hollywood. To tak, jakby nasi potomkowie, za 2000 lat, wyobrazili sobie, że w wyścigach Formuły 1 jeździły takie same modele Ferrari, jak na ulicach. Są to wprawdzie szybkie samochody, ale nie mają nic wspólnego z bolidami biorącymi udział w Grand Prix: te są bardzo lekkie, o odpowiednio wyprofilowanym, bardzo niskim nadwoziu, projektowane tak, by zaoszczędzić w czasie wyścigu każdą setną sekundy. Platforma znajduje się bardzo nisko, sięga woźnicy do połowy uda. Ma solidną, drewnianą poręcz, do której przywiązywano malowaną i dekorowaną osłonę ze skóry. Koła są zaskakująco małe, mają średnicę tacy, nie większą. I nie umieszczono ich w połowie długości wozu, jak w filmie Ben Hur, ale znacznie przesunięto do tyłu, w taki sposób, że wóz pochyla się do przodu: to sztuczka pozwalająca obniżyć środek ciężkości, by rydwan lepiej trzymał się podłoża na zakrętach. Kolejnym zaskoczeniem są konie – niewysokie, często nie przekraczają półtora metra, nam raczej przypominałyby kuce. Ale starożytne rumaki tak wyglądają; konie są niskie, nawet te używane przez legionistów.
Wyścigi dostarczały takiej porcji emocji, że w przerwach między gonitwami trzeba było zapewnić tłumom chwile wytchnienia – zamiast dzisiejszych mdłych popisów cheerleaderek pojawiali się tancerze na linie, występowali artyści mimiczni, poskramiacze dzikich zwierząt, atleci. Wszystko w tym celu, by choć na chwilę rozładować ogromne napięcie towarzyszące wyścigom. Aurigowie powozili rydwanami różnych stronnictw, z których najpopularniejsze były stronnictwa Niebieskich i Zielonych. Najlepsi z zawodników szybko stawali się idolami i gwiazdorami, zdobywając niejednokrotnie okazałą fortunę i uwielbienie kobiet. Tak było w przypadku woźnicy o imieniu Porfyrios, który okazał się zawodnikiem na tyle wybitnym, że rywalizował w wyścigach jeszcze jako pięćdziesięcioletni mężczyzna. W hipodromie w Konstantynopolu postawiono mu siedem pomników, a pierwszy za triumf w wieku… siedemnastu lat. Miano woźnicy wszechczasów zdobył jednak Gajusz Apulejusz Diokles, żyjący w II wieku. Startował w barwach Białych, potem Zielonych, by w końcu, na ostatnie 15 lat swojej długiej kariery, przenieść się do Czerwonych. Uznaje się go za najbogatszego sportowca wszech czasów – łączna suma jego honorariów wystarczyłaby na to, by przez rok zaopatrywać wszystkich mieszkańców Rzymu w zboże.
Multikulturalizm
Multikulturalizm wzbogaca kultury, głoszą liberałowie. Tymczasem multikulturalizm to w rzeczywistości brak kultury – sprowadza on bogactwo cywilizacyjne i kulturowe do banalnych aranżacji, które w istocie nic o tych kulturach nie mówią i niczego nie przybliżają. W Szwecji nie dyskutuje się kwestii obchodów ramadanu – informuje się o tym. Nikt też nie prowadzi dyskusji o islamie z perspektywy islamu. W Malmö żyje obok siebie ponad 180 narodowości i słyszy się około 150 różnych języków. Mimo tylu kultur, które są na wyciągnięcie ręki, nic o sobie wzajemnie nie wiemy. Jeden z moich znajomych pochodzi z Syrii, drugi z anatolijskiej części Turcji, ale moja wiedza o ich kulturze nie spęczniała z tego powodu. Ani ich wiedza o mojej kulturze. Wiem, że w Syrii jedzą tabbouleh, a w Anatolii króluje keşkek, oni słyszeli coś o polskim bigosie, razem wypadaliśmy w czasie lunchu na falafel, ale mniej więcej na tym kończy się nasza wielka wymiana międzykulturowa. Ja szedłem protestować przeciwko morderczej fatwie na Salmana Rushdiego, oni zbierają się na wiecach potępienia Rushdiego. Wiem, że oni obchodzą ramadan i wiem też, choć nie bezpośrednio od nich, z jakiego powodu, ale oni nie mają pojęcia o mojej religii, moich tradycjach i równie mało wiedzą o tradycjach kraju w którym żyją. Poza żałośnie skromną wymianą kulinarną, nie zdołaliśmy i zapewne nigdy nie zdołamy niczego innego między sobą wymienić, a praktycznie rzecz biorąc i ta cywilizacyjna „zdobycz” jest wątpliwa – sensowniej byłoby gdybym kupił sobie książkę pt. „Sto przepisów na najlepsze dania orientalne”.
Pani de Sevigne
Pani de Sevigne, baronowa de Sévigné, nazywana też markizą de Sévign, znana ze swoich błyskotliwych listów do córki, stała bywalczyni kurortów, gdzie leczyła swoje rozliczne przypadłości i pilnie stosowała się do zaleceń ówczesnych autorytetów medycznych. W 1676 roku złożona ostrym reumatyzmem, w osiem męczących dni pokonała trasę do Vichy. Miasto, założone przez Rzymian, nosiło pierwotnie nazwę Aquae Calidae, gorące wody, następnie Vippiacus, od nazwy regionu Vippus, by ostatecznie osiągnąć obecne brzmienie. Kuracja w tym ośrodku, inspirowana włoskimi doświadczeniami i niezmiernie podówczas popularna wśród arystokratów, polegała na piciu wód siarkowych, kąpieli w nich oraz poddawaniu się natryskom i biczom wodnym. Efekt tej kuracji okazał się być pozytywny, reumatyczne problemy pani de Sevigne złagodniały i dama dość często powracała do Vichy. Po jednej z takich wizyt, gdy była już po sześćdziesiątce, pozostawiła poniższą obserwację: „Po wypiciu idzie się na spacer po okolicy. Wytworne damy przechadzają się wsparte na ramieniu sług albo swych galantów, a jako że woda działa szybko i powoduje obfite stolce, powstaje zaiste osobliwa scena, kiedy wszyscy nagle zrywają się niczym oparzeni i wypróżniają na pełnym widoku, bo dokoła nie ma ni krzaczka ni drzewa, by się schronić”.
Niegrecka Grecja
Ilekroć zdarzyło mi się pojechać gdzieś na wakacje, ale nie do Grecji, zawsze żałowałem mojej decyzji już w chwili przybycia na miejsce. Czułem się jak ktoś, kto popełnił niewybaczalny błąd lub zgoła przestępstwo. W zeszłym roku postanowiłem zaprzestać eksperymentów i tradycyjnie wybrałem się do Grecji, ale dla odmiany do Grecji północnej, gdzie jeszcze nie byłem, do Chalkidiki, dzieląc pobyt między dwa półwyspy, Kasandrę i Sithonię. I zacząłem żałować mojej decyzji już w chwili przybycia na miejsce, bo znów poczułem się tak, jakbym znalazł się gdzieś indziej – odkryłem ze zdumieniem, że nie jestem w Grecji.
Nie było tam mojej Grecji, Grecji dumnej i surowej, porosłej ciernistą fryganą, wypalonej nimfoleptycznym słońcem, wysmaganej meltemi i saharyjskim piaskiem, niesionym przez sirocco. Nie była to Grecja Peloponezu i Mani, Grecja attycka, Grecja z Krety czy Grecja z wysp morza Egejskiego, Grecja ruin antycznych teatrów, Grecja skruszałych marmurowych kolumn i porażającej jaskrawości słońca. Północna Grecja okazała się być słowiańsko miałka i sielankowa, akwarelowa, pozbawiona właściwych dla niej ostrych, aż raniących konturów. Kolory północnej Grecji są łagodniejsze i stonowane, zapachy bardziej orientalne. Ta Grecja jest niegrecka.
Scott Kelly
Amerykański astronauta Scott Kelly. Człowiek, który spędził na orbicie prawie rok czasu. Analizę jego zdrowia opublikowano ostatnio w piśmie naukowym Circulation. Konkluzje są jednoznaczne – najbardziej nawet wymagający program ćwiczeń nie jest w stanie zatrzymać wpływu stanu nieważkości na ludzkie serce. Brak grawitacji sprawia, że nasze serce kurczy się. Dotychczas sądzono, że można temu przeciwdziałać między innymi przez odpowiednio dobrane ćwiczenia, ale ich efekt okazuje się być znikomy. Scott Kelly ćwiczył przez sześć dni tygodnia, biegał na bieżni, ćwiczył na rowerku, wykonywał ćwiczenia oporowe, co w tych warunkach musiało być sporym wysiłkiem dla organizmu. I nie pomogło to w niczym. W kosmosie nie ma grawitacji, serce nie musi pracować z tak dużą siłą jak na Ziemi, a to powoduje, że w efekcie zmniejsza się i słabnie.
Scott Kelly to ciekawa postać. Federacja Rosyjska przyznała mu medal „Za zasługi w eksploracji kosmosu„. Po rosyjskiej inwazji na Ukrainę Kelly zwrócił go, wysyłając go do rosyjskiej ambasady w Waszyngtonie z propozycją, by przekazano go „rosyjskiej matce, której syn zginął w tej niesprawiedliwej wojnie”. W jakiś czas potem pospołu z generałem broni Markiem Hertlingiem z armii Stanów Zjednoczonych opublikował na Twitterze instrukcje dla rosyjskich żołnierzy, jak należy sabotować używane przez nich czołgi T-72.
Miłość
Miłość nie dąży do jedności. W miłości jedność nie jest ani pożądana ani możliwa. Kochankowie to przeciwstawne bieguny, nadir i zenit. Miłość jest bardziej polaryzacją niż federacją.
Niedojrzałość
Ciekawa praca „Niedojrzałość. Choroba naszych czasów” Francesco Cataluccio. Catatuccio utrzymuje, że totalitarne ustroje są mechanizmem powodującym zdziecinnienie ludzi dorosłych. Zamiast myśleć o wolności, człowiek staje się posłusznym wyznawcą „wielkiej idei”, otrzymując w zamian materialne bezpieczeństwo.
To słuszna obserwacja, ale kontekstualnie bardzo „zachodnia” i dotyczy głównie Zachodu. Nie można jej odnieść do narodów wschodnich – Rosjanom na przykład zdołano zaszczepić „wielką ideę” nie tylko nie dając materialnego bezpieczeństwa, ale skazując na wegetację i nędzę.
W zastępstwie
Życie bez zębów dla pokolenia erzaców. Słodycz bez cukru, kawa bez kofeiny, tłuszcz bez cholesterolu, hulajnogi zamiast samochodów, papierosy bez nikotyny, seks bez kontaktu, kotlety schabowe bez mięsa, odżywianie się zamiast jedzenia, seks zamiast miłości, przygoda bez ryzyka, wino bez alkoholu, drzwi bez klamek, bezsilna złość zamiast nienawiści. Żadnej fascynacji, żadnego szaleństwa, żadnego hazardu. Życie bez zębów. Przeżuwanie soi, coraz bardziej wyrafinowane metody sortowania śmieci, przewijanie pieluszek, posłuszne noszenie maseczek, mozolne żucie kiełbasek roślinnych, delektowanie się befsztykami z tofu i żałosny fake news zamiast wrednej, złośliwej i porządnej plotki.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.