Dobre rady dajemy innym wtedy, gdy nie starcza nam sił, by dawać zły przykład. Znak, że staliśmy się już starzy.
Miesiąc: marzec 2020
Estetyka
Donald Keene, „Estetyka japońska”: Rycerz europejski nosił rękawiczkę swojej damy przy hełmie, ale nigdy nie przyszłoby mu do głowy, by poddać ją wpierw oględzinom w celu sprawdzenia, czy spełnia ona jego standardy estetyczne, a tym samym potwierdza, że dama jest warta tego, by za nią umrzeć; wystarczała mu myśl, że owa rękawiczka zdobiła niegdyś jej dłoń, a zbyt skrupulatne sprawdzanie materiału, koloru, wzoru, itd. nie zaskarbiłoby mu względów ukochanej. Natomiast japoński dworzanin z jedenastego wieku był nieugięty w oczekiwaniu estetycznej ogłady u kobiety, której miał ofiarować swoją miłość. Liścik od niej, pisany kaligrafią mniej doskonałą lub rozczarowanie widokiem jej rękawa, sugerującym, że damie brak doskonałej wrażliwości na dobór kolorów, mógłby z łatwością stłumić jego żarliwość.
Estetyczna ogłada u kobiety, której ofiarujemy naszą miłość … Europejskie Dulcynee w porównaniu z ich japońskimi odpowiednikami mogłyby w najlepszym razie uchodzić za w miarę czyste garkotłuki.
Szczepionka piłkarzy
Znakomity mem krążący obecnie w Internecie. Dotyczy powszechnego dzisiaj żądania skutecznej szczepionki na korona wirusa: Przez ostatnie dekady płaciliście milionowe pensje piłkarzom, uczonym rzucając jałmużnę w postaci marnych groszy. Poproście więc teraz piłkarzy, by wynaleźli wam szczepionkę.
Àngel Rosenblat
Àngel Rosenblat, filolog i hispanista : Brak szacunku wobec słów jest brakiem uczciwości moralnej i intelektualnej.
Psychiatria represyjna
Przeglądam notatkę informującą, że sąd francuski skierował na badania psychiatryczne Marine Le Pen, liderkę francuskiej prawicy. Powodem było dochodzenie w sprawie zdjęć, zamieszczonych przez nią na Twitterze. Jedno z tych zdjęć przedstawiało ścięcie głowy amerykańskiego dziennikarza Jamesa Foleya przez morderców z Państwa Islamskiego. Le Pen opublikowała je wkrótce po zamachach w Paryżu w których zginęło ponad 130 osób. Dokument sądowy, wzywający Le Pen na badania psychiatryczne informował, że sędzia chce poprzez badania sprawdzić, czy cierpi ona na jakąś chorobę psychiczną, a w przypadku odpowiedzi pozytywnej, czy mogło to wpłynąć na ocenę przez nią sytuacji, gdy zamieszczała te fotografie. Lekarze mieli też ocenić, czy Le Pen stanowi zagrożenie dla społeczeństwa (sic!).
Marine Le Pen jest Francuzką. Francja podobno wciąż jeszcze znajduje się w Europie, należy do Unii Europejskiej, i nie ma tam gułagów. Podobno nie ma tam też psychiatrii represyjnej, ale tego nie powinniśmy już być tak pewni. W tym miejscu przychodzi mi na myśl postać Władimira Bukowskiego, rosyjskiego pisarza i obrońcy praw człowieka, który spędził ponad dwanaście lat w sowieckich obozach i zakładach psychiatrycznych z identycznego powodu – odmawiał udawania, że żyje w najlepszym i najbardziej sprawiedliwym ze światów. Alternatywa: możemy przyjąć, że Francja nie jest jeszcze sowiecką Rosją, ale panująca poprawność polityczna także i tam najwyraźniej zwalnia z obowiązku używania rozumu albo, że Francja stała się już sowiecka, i to w ramach Unii Europejskiej, a my albo tego nie postrzegamy albo nie chcemy postrzegać. I nie wiadomo, która opcja jest gorsza. Ale może też być i tak, że już od dawna wszyscy jesteśmy zamknięci na oddziale w klinice jakiejś ogólnoeuropejskiej psychiatrii represyjnej, a w chwili obecnej ma właśnie miejsce powszechna wymiana zamków w drzwiach.
Umiejętność
W przewidywaniu rozmaitych nieszczęść, które mogą nas spotkać i dotknąć, potrafimy zadziwiająco dobrze wykorzystywać nasz umysł. Bez trudu tworzymy setki scenariuszy. Gdybyśmy jeszcze potrafili równie sprawnie używać naszego umysłu do znoszenia tych nieszczęść, gdy już nas dotkną …
Natura
Jakże śmieszni i żałośni jesteśmy w naszych buńczucznych pokrzykiwaniach o tym, że możemy zniszczyć naturę. W dzisiejszej prasie informacja i kilka fotografii z Wenecji, wolnej od turystów. Woda w kanale jest czysta, pojawiły się ławice ryb, zaobserwowano także kilka delfinów, powróciły łabędzie, niespodziewaną wizytę złożyła para dzików. To wszystko ma miejsce tylko po paru dniach kwarantanny … Natura nie potrzebuje więcej niż kilku sekund z jej wieczności, by zatrzeć i wymazać większość śladów po nas. Nie, nie zniszczymy natury. Kiedyś, gdy jeszcze nie czuliśmy się wszechmocni i wszechwładni, wiedzieliśmy o tym. Wiedzieliśmy, że natura jest niszczycielska i staraliśmy się nad nią, mniej czy bardziej nieporadnie, zapanować. Teraz czujemy się tak silni i niezwyciężeni, że postulujemy, by ratować naturę, objąć ją programem opieki, uchronić ją przed nami, wpisać na listę „gatunków” zagrożonych. Co za monstrualna próżność! Tym bardziej, że nieuzasadniona. Nie zniszczymy natury. Powinniśmy raczej poświęcić wszystkie nasze siły, naszą niemal boską przebiegłość, by ją ujarzmić, nauczyć się nią sterować i nagiąć do naszych celów i potrzeb. Jeżeli oznacza to niszczenie natury, niszczmy ją, bowiem w przeciwnym wypadku ona nas – prędzej czy później – zniszczy. Przyroda niszczy swoje twory. Zawsze. Dzisiaj właśnie demonstruje nam, jak dziecinnie łatwo może to uczynić.
Być
Jako ludzie młodzi nie mamy zielonego pojęcia o tym, jak być młodym. Nie potrafimy też być dorośli, gdy wreszcie stajemy się dorośli. Ale najbardziej tragiczne w naszej kondycji jest to, że nawet jako ludzie starzy nie umiemy być starzy. Nikt już nawet nie pamięta, co to może znaczyć.
W czasach
W czasach, gdy prawdy nie są dostatecznie prawdziwe chciałoby się, żeby przynajmniej kłamstwa były wystarczająco kłamliwe. Zbyt wygórowane wymaganie?
Koturny
Koturny. Buty na bardzo wysokich obcasach, których podeszwy robiono z kilku warstw twardej, wyprawionej skóry, używane w starożytnym teatrze greckim. Posiadały bardzo praktyczną funkcję – dzięki temu „podwyższeniu” aktorzy stawali się lepiej widoczni nawet z ostatnich rzędów amfiteatru. Charakterystyczne dla tego buta jest to, że nadawał się na obie nogi. Stąd już w starożytności określenie „koturn” często było przydomkiem ludzi niezdecydowanych i chwiejnych, ale przede wszystkim dwulicowych.
Laureolus
Eksperymenty w sztuce nie są niczym nowym, uprawiano je od niepamiętnych czasów, a ich granice wyznacza nie tylko kreatywność artystów, ale i – a może przede wszystkim – konwencje epoki. W jednej ze sztuk Gaiusa Valeriusa Catullusa, znanego też z wyjątkowo obscenicznych wierszy, w sztuce „Laureolus”, z powodzeniem wielokrotnie wystawianej w starożytnym Rzymie, po raz pierwszy urzeczywistniono marzenie wielu twórców, by dokonać symbiozy fikcji teatralnej z rzeczywistością. Utwór Gaiusa Catullusa kończy się ukrzyżowaniem bohatera; zanim umrze, pojawia się na scenie niedźwiedź, który wyjada mu wnętrzności. W inscenizacjach główną rolę grał aktor zawodowy. Natomiast w scenie ukrzyżowania zastępował go przestępca skazany na śmierć i oczekujący w więzieniu na egzekucję. W ten sposób w każdym przedstawieniu uśmiercano jednego człowieka. Teatr stał się miejscem kaźni, a przedstawienie teatralne publiczną egzekucją.
Chciałbym wierzyć
Chciałbym wierzyć, że istniało kiedyś uczciwe, rzetelne, niezależne dziennikarstwo. Dziennikarstwo, które zajmowało się ujawnianiem sprzeczności, niekonsekwencji i ewidentnych kłamstw, dziennikarstwo, które dbało o jakość sporu i jego język, które tworzyło i uwiarygodniało społecznie ważne definicje. Chciałbym wierzyć, że takie dziennikarstwo istniało. Chciałbym, chociaż w mojej – bez mała półwiecznej – historii życia w miarę świadomego niczego takiego nie przeżyłem i nie doświadczyłem. Jednak chciałbym w to wierzyć, bo przyjemna jest sama myśl o tym. Chciałbym w to wierzyć również i dlatego, że dzisiaj dziennikarstwo takie już nie istnieje. Obecnie dziennikarze pracują dla ugrupowań, stronnictw, frakcji, klubów, syndykatów, rozmaitych klik, koalicji i orientacji politycznych. Mamy prasę liberalną, prawicową, lewicową, czerwoną, zieloną, w kolorach tęczy, całkiem bezbarwną, plotkarską, prasę polującą na sensacje, skandalizującą. Problem w tym, że właściwie nie jest to dziennikarstwo, lecz natrętna i wulgarna propaganda, a dziennikarze przeobrazili się w rzeczników, propagatorów, akolitów, agitatorów, stronników, lobbystów i popleczników. Nie zmieniło się tylko jedno: odpowiedzialnością za ten stan rzeczy obarcza się jak zawsze zwykłych ludzi, pomstując na ich niekompetencję, bezdenną głupotę, niedojrzałość lub bierność.
Kamuflaż
Suknie, choćby najpiękniejsze, są dla młodych kobiet właściwie jedynie dodatkami do ich ciał, dodatkami drugorzędnymi w gruncie rzeczy, czymś w rodzaju – niekiedy być może i atrakcyjnych – lecz zbytecznych ozdób. Wszystko zmienia się po przekroczeniu pewnego wieku. Wtedy zdarza się często, że to ciało kobiety staje się kłopotliwym dodatkiem do sukni, która o tyle tylko może być piękna, i ile potrafi skutecznie zamaskować rozliczne już niedoskonałości. Nic dziwnego więc, że wśród świadomych siebie, dojrzałych kobiet spotyka się prawdziwe mistrzynie kamuflażu.
Szczęście
Czy może być szczęściem to, co nigdy nie przemija?
Przedmieście
Istnieją ludzie, którzy egzystują na takim marginesie życia intelektualnego, że cały ich świat przypomina najbrzydsze i najodleglejsze dzielnice zaniedbanego miasta, peryferie, gdzie nie ma już ani chodników, ani ulicznych lamp, gdzie straszy tylko brzydota ścian, oszpeconych krzywym zgryzem wybitych szyb w zmurszałych okiennicach, wulgarnymi graffiti, stosami śmieci, przepędzanymi przez wiatr z kąta w kąt, i dziurami w spękanym, zapadającym się asfalcie. I czynią to przez całe, niekiedy długie, życie.
Strzępy 27
Moja matka nigdy nie żyła, w pełnym tego słowa znaczeniu. Ona znosiła życie. Znosiła je jak dopust boży, jak klęskę żywiołową, jak ciężką chorobę, jak niezasłużoną karę za jakieś urojone grzechy. Znosiła życie w poczuciu beznadziei, cierpliwie i pokornie. Starała się żyć bezszelestnie, poruszała się na palcach stóp, uważnie i ostrożnie. Żyła tak, jakby życie było czymś, co trzeba przecierpieć, bo nie ma innego wyjścia i żadnej szansy, by to odmienić, żadnej innej możliwości. Kiedy, starym zwyczajem wszystkich młodych ludzi, wyrażałem obrazoburcze poglądy i myśli, była przerażona. Bała się, że zostanę za to ukarany, że życie zemści się na mnie za moje zuchwalstwo. Nikt jej nigdy nie nauczył, jak wychodzić życiu naprzeciw, jak formować je, jak cieszyć się nim, jak je cenić albo chociaż brać takim, jakie ono jest lub może być.
Ivo Andrić
Ivo Andrić, pisarz jugosłowiański? serbski? chorwacki? opisał swoich rodaków słowami, które znakomicie pasują także do Polaków : U nas często spotyka się typ człowieka, który sądzi, że kłótnia jest akcją, a grubiaństwo tym samym, co energia, że obrażanie wroga równa się zadaniu mu ciosu, że każda powściągliwość w mowie jest słabością, a każda próba przewidywania – stratą czasu; słowem: że tzw. walka życiowa polega na zmieniającym się kolejno szczekaniu i warczeniu.
Pan tak
Podobno na dworze sułtanów zatrudniany był specjalny urzędnik z tytułem evet-efendi (pan tak). Stanowisko to nie wymagało żadnych szczególnych uzdolnień czy kompetencji. Jedynym obowiązkiem evet-efendi było bezustanne przytakiwanie słowom swego władcy. Zdaje się, że i dziś ta sama funkcja jest szalenie popularna na niektórych „dworach”.
Powtarzalność
Przewrotna powtarzalność życia. Po osiągnięciu pewnego wieku nabywamy złudnego przeświadczenia, że już niewiele rzeczy jest w stanie nas zaskoczyć, że niemal wszystko, co nam się przytrafia, zdarzyło się też wcześniej, że przeżyliśmy to wiele razy i jeszcze wiele razy przeżyjemy. Zaczynamy wierzyć, że życie wyczerpało swój repertuar nowości, że nie zaskoczy nas już niczym, że nie nauczymy się niczego więcej, niczego nowego nie poznamy, że o życiu wiemy wszystko, że znamy je równie dobrze jak nasze własne grzechy. Wyjedź gdzieś, kiedy zaczynasz tak czuć, wyjedź do innego miasta, a najlepiej do innego kraju, wędruj ulicami po których nigdy nie chodziłeś, wypij lampkę wina w restauracji, o której istnieniu nie miałeś pojęcia, spotkaj ludzi, których nie spotykasz na twojej ulicy, w twoim mieście … I wtedy odkryjesz, jak mało wiesz, jak wiele musisz się jeszcze nauczyć, jak wiele poznać, i jak bardzo wciąż jesteś ślepy i bezradny w banalnym spotkaniu z najzwyczajniejszą rzeczywistością.
Życie
Życie jako zjawisko jest fascynująco bogate, różnorodne i nieograniczone, ale każde życie jednostkowe, twoje czy moje, wcale nie posiada aż tak epickich wymiarów – nasze życie jest ograniczone i warunkowe. Bez względu na to, jak bogate będzie twoje życie, to i tak nie przeżyjesz wszystkiego, co chciałbyś przeżyć, nie doświadczysz wszystkiego, czego pragnąłbyś doświadczyć, nie zobaczysz wszystkiego, nie zrozumiesz, nie spróbujesz, nie będziesz każdym, kim chciałbyś być, nie poznasz wszystkiego i nie dotrzesz wszędzie tam, gdzie marzyłeś, by dotrzeć. Masz w najlepszym razie kilkadziesiąt lat, dwie nogi i ręce, twoje mniej czy bardziej sprawne ciało, pięć zmysłów, poszarpaną psychikę, przypadkową mozaikę genów, i podlegasz dziesiątkom różnych ograniczeń i praw, jak starzenie się, przypadkowość, metabolizm czy grawitacja.
Zima
Zima w Konstantynopolu na przełomie lat 1090-1091 w „Aleksjadzie” Anny Komneny: ponadto zima niezwykle surowa zamknęła wszystkie wyjścia, tak że nie można było otworzyć nawet drzwi w domach z powodu zasp śnieżnych (spadła bowiem tak wielka masa śniegu, o jakiej nikt nigdy przedtem nie słyszał).
Raj
Najcięższym przestępstwem, jakie można popełnić w Raju, jest ciekawość.
Analgetyk
Filozofia powinna być zaliczana do analgetyków, jak lizaki z fentanylem czy tramadol. Usiłuje ona całe zło i niegodziwości tego świata, wszystkie jego potworności przekształcić w problem. Problem może być uciążliwy, skomplikowany, może wymagać wysiłku, trudu i zachodów, ale nie boli. Problemy nie bolą. Życie natomiast boli.
Metafora
W starożytnych mitach ludzie, których spotykają ogromne nieszczęścia zamieniają się – albo są zamieniani przez bogów – w kamienie, drzewa, kwiaty, strumienie czy ptaki. Piękna metafora. Ból i rozpacz także mają swoje granice. Po przekroczeniu tych granic człowiek przestaje podlegać zwykłym prawom. Staje się kamieniem, drzewem, kwiatem. Staje się kimś innym, czymś innym. Żyje, ale żyje już innym życiem.
Hojność
Nie powinniśmy używać określenia „królewska hojność”. Królewska hojność to żadna hojność. Królowie zwykle wszystkiego mają za mało i bardzo o to mało są niespokojni, a to, co dają, dają drżącą ręką. Powinno się raczej mówić „boska hojność”. Bogowie mają wszystko i dając nie muszą ani z czymkolwiek liczyć się ani liczyć. Bogowie nie znają algebry.
Współczucie
Nasze chorobliwe zainteresowanie losem tak zwanych niższych form życia ma zapewne tylko jedną przyczynę: zaczynamy przeczuwać, że sami mamy stać się taką niższą formą życia. Współczucie, którym te stworzenia tak hojnie obdarzamy, jest więc niczym innym jak współczuciem dla nas samych, wyrażonym a priori. Po cichu, nie przyznając się do tego nawet przed sobą, liczymy na to, że i my kiedyś zostaniemy potraktowali podobnie. Nie mamy już złudzeń co do tego, że w nadchodzącej uczcie to nie my będziemy zasiadać za stołem, z nożem i widelcem w ręku, i coraz wyraźniej widzimy nas samych w formie dania na czyimś talerzu. Ale – jak zawsze – egoizm we wszystkim, co czynimy.
Sumienie
Religie nie polują na twoją duszę. Rzeczywistym celem każdej religii jest twoje sumienie. Tylko zawładnąwszy twoim sumieniem mogą być spokojne o twoją duszę – sumienie, ów bezlitosny, nieprzejednany strażnik najlepiej dopilnuje, abyś świadczył przeciwko sobie samemu.
Immunologia niestosowana
O epoce Wielkich Odkryć Geograficznych nie mówi się obecnie inaczej niż w kontekście tragicznych skutków naszych spotkań z mieszkańcami nowych światów. Europejczyk, wdzierając się przemocą na nowe kontynenty, samą swoją obecnością, bo tylko za pomocą swoich wirusów, bakterii i rozmaitych chorob zdołał „wymordować” setki tysięcy amerykańskich Indian. Niektórzy dyskutanci nie poprzestają zresztą na takich śmiesznie niskich notowaniach. Słynna „historyk i demograf” Olga Tokarczuk twierdzi w swojej noblowskiej mowie, że śmierć zabrała wówczas 56 milionów z blisko 60 milionów rdzennych Amerykanów. Nie podaje, niestety, źródła tych zgoła fantastycznych cyfr. A szkoda, bo najwybitniejszy znawca tego tematu, Wenezuelczyk Angel Rosenblat (nota bene: urodzony w Węgrowie na Mazowszu), w swej pracy „Rdzenna ludność Ameryki od 1492 do dziś” udowodnił, że przed pojawieniem się Kolumba, liczba autochtonów w obrębie całego kontynentu była nieco wyższa niż 13 milionów, by następnie w okolicach 1570 r. spaść do 11 milionów, a później, po procesach krystalizacji narodów Ameryki Łacińskiej, osiągnąć szacunkowo 8 milionów w 1825 r. Jest pewne, że gruźlica, zapalenie płuc, ospa, grypa, odra nie występowały w odseparowanej niszy ekologicznej Indian, że nie posiadali obrony immunologicznej do walki z nimi, a ich organizmy nie dysponowały odpowiednimi przeciwciałami. Byli nieprzygotowani na patogeny, jakie przywieźli ze sobą Europejczycy. Pech chciał, że nie mieli też najmniejszego pojęcia o immunologii. Cortès i Pizzaro również mieli poważne braki w tej, niezbyt popularnej w ich epoce, dziedzinie wiedzy, ale fakt ten z punktu widzenia płaskiego prezentyzmu wcale nie umniejsza ich winy.
Tak przedstawiony problem zgodny jest z duchem liberalnej ewangelii, łaskawie nam dzisiaj panującej, ale nikt nie wspomina o tym, że ten sam mechanizm powinien był oddziaływać także w drugą stronę, to znaczy, że patogeny mieszkańców tamtych krain, na które z kolei Europejczycy nie mieli żadnej odporności, musiały powodować podobne lub identyczne skutki. To byłoby logiczne, chyba że przyjmiemy, jak Szczęśliwy Ptak czy – jak kto woli – Atahualpa, że Europejczycy byli bogami i takie biochemiczne drobiazgi nie miały na nich żadnego wpływu. Niestety, nie byli, ale o tym nikt nie mówi się przy okazji takich dyskusji czy rozważań. Europejczycy, jako agresorzy, są z góry osądzeni i skazani. Tymczasem jest prawdą, że przenosili zarazki do odległych rejonów świata, ale prawdą jest także, że i sami padali ofiarą chorób przywleczonych z innych krajów. Straszliwym, choć niezamierzonym rewanżem miała okazać się kiła (syfilis), którą zarazili się od amerykańskich Indian. Hipoteza ta, długo i wytrwale odrzucana jako rasistowska i pozbawiona podstaw, znalazła ostateczne potwierdzenie w pracach szwedzkiego prof. Folke–Henschena. Już zresztą Hernando Colón wspominał w swojej książce o jakiejś tajemniczej chorobie, na którą chorowali europejscy koloniści – (…) poważna część ludzi, których zostawił na wyspie, zdążyła już była poumierać, zaś pośród ocalałych przeszło 160 chorowało na panią francę. Prawie natychmiast po powrocie do Europy z Ameryki umarł na syfilis jeden z towarzyszy Krzysztofa Kolumba, Martín Pinzón. Kiła rozprzestrzeniła się najpierw na całą Europę, a później, przenoszona przez marynarzy, na cały świat, zabijając miliony ludzi.
Ideologia antyrozwoju
„Degrowth czyli ideologia antyrozwoju”. Znakomity artykuł Mariusza Agnosiewicza w piśmie „Racjonalista”: Amazońskie lasy nie dają nam ani 20% tlenu, ani nawet 1%, lecz +/-0. Shanan Peters, geolog z University of Wisconsin, wyjaśnia to nader obrazowo: Co by się stało z atmosferą, gdybyśmy spalili każdą żywą komórkę na Ziemi? Nie tylko całe lasy amazońskie, ale i każde źdźbło trawy, każdy mech i porost, wszystkie kwiaty, pszczoły, wszystkie storczyki i kolibry, cały fitoplankton, wieloryby, bakterie, żyrafy, grzyby — wszystko poza ludźmi. Otóż po tej niewyobrażalnej zagładzie życia stężenie tlenu w atmosferze spadłoby z 20,9 do 20,4%, zaś stężenie CO2 wzrosłoby z 400 ppm do 900 ppm (a zatem mniej niż w niektórych obecnych scenariuszach zmian klimatycznych do roku 2100). To nie oznacza, że lasy są bezwartościowe, ale nie mamy powodów, uderzać w apokaliptyczne tony. NASA odkryła, że Ziemia coraz bardziej zielenieje, dzięki ludzkiej aktywności oraz większej obecności CO2 w atmosferze. Tylko w ostatnich dwóch dekadach zazieleniania przybyła powierzchnia wielkości całych lasów amazońskich. Także w Polsce powierzchnia lasów systematycznie rośnie. Nawet w ostatnich latach, kiedy większość „zielonych” głosi, że „masowo wycinane są polskie lasy”, powierzchnia polskich lasów wzrosła o 232 tys. ha (w latach 2015-2017). I na to mają zieloni odpowiedź: prawdziwych lasów mamy coraz mniej, gdyż bardzo dużo owej powierzchni to nie żaden las, tylko monokultura sosny i świerka. Czyli wzrost jest nieistotny, bo mamy coraz mniej lasów starych, a coraz więcej młodych. Tyle że wbrew intuicyjnej mądrości, że lasy stare są lepsze, bo są ładniejsze, z punktu widzenia funkcji pochłaniania CO2, to lasy młode są naprawdę istotne, podczas kiedy stare praktycznie przestają ją pełnić.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.