Czy islam stworzył Europę

Oriana Fallaci wspominała gdzieś, że palestyński terrorysta Jasir Arafat, próbował w czasie wywiadu pouczać ją i przekonać o starożytności i przewagach arabskiej kultury nad europejską. Podkreślał podobno, że to oni, Arabowie, byli rzeczywistymi spadkobiercami kultury greckiej i że to oni odkryli dzieła greckiej starożytności, dając tym samym początek „oświeceniu islamskiemu”. Zapewniał ją, że tylko dzięki tłumaczeniu tych dzieł z arabskiego na łacinę, wiedza grecka powróciła następnie do chrześcijańskiej Europy. Sugerował innymi słowy, że Zachód wydobył się ze swojej ciemnoty dzięki „islamskiego oświeceniu” i z tego to powodu jest kulturowo zobowiązany wobec świata islamskiego. 

Jest to niestety dość powszechne, bo dzielone nawet przez wielu Europejczyków, ale błędne przekonanie. Myśl grecka nigdy tak naprawdę nie przeniknęła do świata islamskiego, bowiem świat ten starannie przepuścił całą „obcą” wiedzę przez islamski filtr, służący do określenia jej zgodności i spójności z wierzeniami muzułmańskimi. To więc, co uczeni islamscy zachowali z Grecji, ograniczało się „do tego, co nie przeczyło naukom Koranu”. Islamskie dzieła, które odważyły się powoływać na wpływy greckie nie tylko nie były dobrze widziane, ale niszczone i zakazywane. Książki Awerroesa zostały spalone (przetrwały jedynie łacińskie tłumaczenia jego komentarzy do Arystotelesa, podczas gdy komentarze w języku arabskim zaginęły lub zostały zniszczone), a jego uczniowie byli niemal bez wyjątku Żydami lub chrześcijanami. Muzułmański racjonalizm ma bardzo niewiele wspólnego z zachodnim racjonalizmem. Pojęcie kalâm, czyli pierwotna forma arabskiej myśli filozoficznej, rodzaj arabskiej scholastyki, było rozumiane przez słynnego muzułmańskiego teologa Al-Ghazaliego jako środek „ ochrony wiary przed zakłóceniami ze strony innowatorów ” i było tak obce greckiej koncepcji filozofii jak tylko można to sobie wyobrazić. Uczeni muzułmańscy szybko pojęli, że teorie polityczne Greków nie mogą mieć żadnego zastosowania w państwie muzułmańskim, gdzie polityka, prawo i religia są ściśle ze sobą powiązane. Również grecko-rzymski system prawny nigdy nie był nigdy brany pod uwagę jako źródło myślenia prawniczego w świecie islamskim.

I, co może ważniejsze, wiedza grecka nigdy nie stałaby się dostępna dla świata islamskiego, gdyby nie ogrom pracy włożonej przez wschodnich uczonych chrześcijańskich, tłumaczących greckie dzieła wpierw na swój język syryjski, a następnie z języka syryjskiego na arabski. Islam stworzyli Beduini, a oni byli analfabetami. Jeśli więc już mówić o jakiejś zależności to raczej o tym, że islam jest kulturowo zadłużony u wczesnych uczonych chrześcijańskich. Dobrym przykładem może być choćby fakt, że tłumaczenie greckich dokumentów na arabski stwarzało poważne problemy spowodowane całkowitym brakiem terminów naukowych w tym języku – to chrześcijańscy tłumacze melkiccy musieli opracować gros arabskiego słownictwa naukowego. Byli oni odpowiedzialni w szczególności za przetłumaczenie na arabski 139 ksiąg medycznych Galena i Hipokratesa oraz 43 ksiąg Rufusa z Efezu. Nawiasem mówiąc, pismo kufickie, najstarsza forma kaligrafii arabskiej, też zostało opracowane przez chrześcijańskich misjonarzy w VI wieku.

Islam nie przekazał więc swojego dziedzictwa intelektualnego Zachodowi. Wiedza nabyta przez Zachód jest wynikiem jego własnych odkryć. Zachód korzystał z tłumaczeń, których dokonali duchowni znający język grecki, takich jak Jakub z Wenecji, który po kilkuletnich studiach w Bizancjum spędził resztę życia na tłumaczeniu Arystotelesa i innych greckich filozofów w klasztorze Mont Saint-Michel w Bretanii. Cywilizacja Zachodnia zbudowana została na wspólnym dziedzictwie Aten, Rzymu i Jerozolimy. Islam nie mógł wykorzystać niczego z grecko-rzymskiej tradycji. Został stworzony przez Beduinów i pozostał systemem dla beduinów.

Oczy kobiet

Czytam pracę J. Molendy „Podboje Boya”. Mężczyźni tamtej epoki widzą i zachwycają się oczami kobiet: „niebieskofiołkowe”, „chłodne i tajemnicze jak fiordy”, „uwodzicielskie”  „przenikliwie i wyzywające”, „fascynująco odważne”, „łagodne i mądre”, „ciekawie patrzące na rzeczy poza czasem”, „oczy figlarne i prowokujące”, etc. W żadnym  ówczesnym opisie kobiety nie mogło zabraknąć epitetów dotyczących jej oczu. Oczy kobiet były ważne, kobieta była zjawiskiem, wobec zjawisk nie przechodzimy obojętnie, a epitet jest najstosowniejszym sposobem ich opisywania. Epitet jest naładowany emocjami, określa stosunek patrzącego do tego zjawiska, zdarzały się więc nawet epitety superlatywne, oczy „najpiękniejsze na świecie”, oczy „boskie”. W tamtych czasach kobiety posiadały oczy. Dziś kobiety nie posiadają już oczu. Nikt nie zachwyca się nimi, ale nie da się zachwycać tym, co nie istnieje. Kobiety utraciły oczy. A może to mężczyźni utracili wzrok? Jakkolwiek by jednak nie było, z naszej rzeczywistości znikło coś bardzo ważnego. 

Ironia

Anna Iwaszkiewicz „Dzienniki i wspomnienia”. Pod datą 28 czerwca 1923 roku wspomina o wizycie w Warszawie rumuńskiej pary królewskiej, Ferdynanda I z małżonką. Pisząc o szczegółach tej wizyty, absurdalnym przepychu, kosztach tej imprezy i infantylnych reakcjach polskiej arystokracji konkluduje: Nie jestem socjalistką, ale kiedy słyszę takie rzeczy, mam chwile rozpaczy, że nic na to poradzić nie można i że gdyby wprowadzono ustrój socjalistyczny, to z drugiej strony doszłoby do takiej szarzyzny, do takiej miernoty, że naprawdę wtedy życie nie miałoby już żadnej wartości. Nie chciałabym za nic żyć w tym nierównym świecie.

Życie jest jak zwykle ironiczne. Przeżyła w tym „nierównym świecie”, w jego „szarzyźnie i miernocie” całe 34 lata.

Jawein Mecula, żydowska kronika

W czasie walk z hordami zdrajcy Bohdana Chmielnickiego książę Jeremi Wiśniowiecki zasłynął zdecydowaniem i bezwzględnością, zyskując tym, zwłaszcza wśród historyków ukraińskich, miano kresowego Draculi. Niestety, polska historiografia nie jest mu o wiele bardziej przychylna, zarzucając krótkowzroczność, prywatę i nieuzasadnione okrucieństwo. Zdecydowanie inaczej widzieli go ówcześni Żydzi. Po klęsce wojsk koronnych pod Korsuniem Wiśniowiecki wyprowadził z Zadnieprza nie tylko swoje prywatne chorągwie i sporą liczbę cywilnej ludności, ale i Żydów, których Kozacy szczególnie bezlitośnie prześladowali i mordowali. Wiśniowiecki uratował tysiące z nich. Żydowski kronikarz Natan Hannower z Zasławia w kronice Jawein Mecula, kronice zdarzeń z lat 1648-1652, przedstawia Jeremiego jako zbawcę: niósł ich [uchodźców], jak na skrzydłach orlich, aż ich przeprowadził dokąd chcieli. Gdy im groziło niebezpieczeństwo z tyłu kazał im iść przed sobą, a gdy im groziło z przodu wówczas on maszerował przed nimi, jako tarcza i puklerz, a oni za nim kładli się obozem. Dla Natana Hannowera Jeremi Wiśniowiecki jest wzorem rycerza i zesłanym przez niebo wybawicielem. Czy był okrutny? Bez wątpienia, czasy był okrutne, a książę Jeremi nie miał litości dla gwałcicieli i morderców. Tak było w między innymi w Pohrebyszczach, gdzie Maksym Krzywonos dokonał rzezi Polaków i Żydów. Wójt miasta, rajcowie i popi, sprzyjający rebelianckiej bandzie, zostali wbici na pal. Czymże jednak było okrucieństwo księcia Jeremy w porównaniu z okrucieństwami, których dopuszczali się „powstańcy” Chmielnickiego i ich tatarscy sojusznicy? Natan Hannower w swojej kronice pisze: Wiele gmin, leżących na Zadnieprzu, a bliskich pola walki jak np. Perejasław, Baryszówka, Praton, Barjuplin, Łubin, Lachowice , a nie mogących uciec, zostało wymordowane za Imię święte i poległo wśród mąk straszliwych i gorzkich. Z jednych zdarto skórę, a ciało rzucono psom na żer, innym odcięto ręce i nogi, a tułów rzucono na drogę; przez ich ciała przejeżdżały wozy i tratowały ich konie. Innym zadano tyle ran, że byli bliscy śmierci i rzucano ich na ulicę; nie mogąc rychło umrzeć, tarzali się we krwi, aż uszła ich dusza; innych grzebano żywcem. Dzieci zarzynano na łonie matek; wiele dzieci pocięto na kawałki jak ryby. Kobietom ciężarnym rozpruwano brzuchy, a wydobyty płód zabijano w ich obliczu. Innym rozpruwano brzuchy i wsadzano żywego kota do wnętrza i tak zostawiano przy życiu, zaszywając brzuchy. Następnie obcinano im ręce, by nie mogli wyjąć tego kota. I wieszali niemowlęta na piersiach matek, inne dzieci nabijano na rożen, pieczono przy ogniu i przynoszono matkom, by jadły ich mięso. Częstokroć brali dzieci żydowskie i robili z nich mosty, by przechodzić przez nie. I nie było żadnej możliwej męczarni, którejby Kozacy tutaj nie stosowali; wszystkie cztery rodzaje śmierci: ukamieniowanie, spalenie, zabicie i uduszenie. Wszystko to czynili, wszędzie dokąd dotarli, nie inaczej też postępowali z Polakami, a szczególnie z księżmi.

Szczególnie negatywnie opisywany był i wciąż jest książę Wiśniowiecki przez Ukraińców. W ich tradycji jest on nie tylko bezprzykładnym okrutnikiem, ale i głównym odpowiedzialnym za brak jakiegokolwiek polsko-ukraińskiego pojednania. Część polskich historyków bezmyślnie powtarza te opinie, jakoś nigdy nie cytując tego, co Chmielnicki, upojony sukcesami, mówił w lutym 1649 roku: Jużem dokazał, o czemem nie myślał zrazu, i dalej com umyślił. Wybiję z lackiej niewoli naród ruski wszystek; a com pierwej o szkodę moją i krzywdę wojował, teraz wojował będę o wiarę prawosławną naszą. Pomoże mi tego Czerń wszystka, po Lublin, po Kraków, której ja nie odstąpię, bo to prawa ręka nasza. Żebyście zaś chłopstwa nie zniósłszy w Kozaków nie uderzyli, będę miał dwakroć, trzykroć sto tysięcy swoich […]. Za granicę na wojnę nie pójdę, szabli na Turki i Tatary nie podniosę; dosyć mam na Ukrainie i Podolu a Wołyniu teraz; dosyć wczasu, dostatku i pożytku w ziemi i xięstwie mojem po Lwów, Chełm i Halicz. A stanąwszy nad Wisłą, powiem dalszym Lachom «sedijte mołcijte Lachy». I duków, i kniaziów tam zahonię, a będąli i z Zawiśla krzykać, znajdę ja ich tam pewnie. Nie postoi mi noga żadnego kniazia i szlachetki w Ukrainie.

O jakim pojednaniu można tu było mówić?

Stara prawda

Wielka to szkoda, że współcześni politycy są w większości kiepsko wykształceni, a co jeszcze gorsze, nie czytają i nie szukają wiedzy. Nie jednemu bardzo przydałaby się stara prawda wyrażona niegdyś ustami de Lamartine: Siłą opozycji są prawa, których się jej odmawia, nie zaś te, które się jej przyznaje.

Kara

Podobno zdarzają się przypadki „samobójstw” wśród zwierząt, choć sądzę, że określenie to jest tylko wyrazem naszej niewiedzy, a mechanizm takich zachowań wśród zwierząt nie ma nic wspólnego ze świadomym wyborem. W gruncie rzeczy jesteśmy jedynym gatunkiem, który odbiera, niszczy, zatruwa, marnotrawi czy rujnuje życie nie tylko innym, ale i sobie, jedynym gatunkiem, który wyraża otwartą pogardę wobec życia i jedynym, który ceniąc sobie życie i jego przyjemności, zdumiewająco często lekceważy je i ma za nic. Jeśli pominąć te wielkie, ostateczne gesty, mors voluntaria, jest jeszcze gorzej – niemal każdego dnia każdy z nas manifestuje na setki sposobów (przez niezadowolenie, grymaszenie, narzekanie, nudę, melancholię, depresję, frustrację, ustawiczne żale, fochy, malkontenctwo, przygnębienie, skargi, użalanie się, utyskiwanie, smutek i złość, zamartwianie się, zniechęcenie i żałobę, tudzież dziesiątki, dziesiątki innych), jakim przekleństwem i utrapieniem jest dla niego życie. Gdy uważniej przyjrzeć się naszym codziennym gestom, nie można nie uznać, że skazano nas na życie, że żyjemy za karę.

Niewinna Ewa

Absurdy Biblii. Bóg stwarza Raj, stwarza parę ludzi, stwarza drzewo poznania i stwarza węża. Wąż, podstępny, ale przecież boski produkt, sugeruje Ewie, że może zjeść owoc z drzewa poznania. Owoc wygląda smakowicie, załóżmy, że było to jabłko, choć może był to granat lub figa. Ewa jest wystraszona, słyszała o przykrych konsekwencjach takiego czynu, lecz wąż umiejętnie rozprasza jej obawy: ależ skąd, nie spotka ją nic przykrego, nie będzie miała nawet niestrawności, przeciwnie, stanie się mądra, zdobędzie wiedzę, która pozwoli jej odróżniać dobro od zła. Ewa nie wie jeszcze co to dobro i zło, ale chce być mądra i trudno ją za to winić. Zjada więc jabłko, granat lub figę.

Jeżeli założymy, że biblijny Bóg jest wszechmocny i nieomylny, to nie mógł nie wiedzieć, że Ewa zje owoc z drzewa poznania, zwłaszcza, że specjalnie w tym celu stwarza węża, który ma to spowodować. Ewa nie ma żadnej opcji w tej sytuacji. Nie ma żadnych szans, nie może dokonać żadnego świadomego wyboru, przed zjedzeniem jabłka jeszcze nie potrafi przecież odróżnić dobra od zła. Bóg karze ją za przekroczenie zakazu, ale niezasłużona to kara. Kara miałaby sens, gdyby Ewa rozumiała swój czyn, gdyby była świadoma istnienia dobra i zła. To jednak przychodzi dopiero post factum. Bóg więc zaplanował, że Ewa zje jabłko, Bóg życzył sobie, by tak się stało, Bóg zaaranżował to zdarzenie. Nie oskarżajmy węża. Był on jedynie narzędziem – w Raju nic nie dzieje się bez wiedzy i zgody Boga. l’etat c’est moi.

Trzeci rozbiór

Dokładnie 229 lat temu, 24 października 1795 roku, Rosja, Austria i Prusy ogłosiły trzeci rozbiór Polski. Rosja zagarnęła wszystkie ziemie na wschód od Niemna i Bugu, łącznie 120 tysięcy kilometrów kwadratowych. Austria dostała Lubelszczyznę, Małopolskę z Krakowem oraz część Mazowsza i Podlasia. Prusy przyłączyły do swego terytorium część Mazowsza z Warszawą, część Podlasia oraz część Litwy i fragment ziemi krakowskiej. Podział został ostatecznie potwierdzony dwa lata później, 26 stycznia 1797 roku, w Petersburgu: „Gdy przez obydwa dwory cesarskie, jak również przez Jego Królewską Mość Króla Pruskiego, uznana została konieczność uchylenia wszystkiego, co może nasuwać wspomnienie istnienia Królestwa Polskiego, skoro uskutecznione zostało unicestwienie tego ciała politycznego, przeto wysokie strony, zawierające umowę, postanowiły i zobowiązują się odnośnie do trzech dworów, nie zamieszczać w tytule miana i nazwy łącznej Królestwa Polskiego, która zostanie odtąd na zawsze skasowana.” Na zawsze skasowana

Czas i śmierć

Śmierć jest poza czasem. Seneka, który odszedł ponad dwa tysiące lat temu nie jest starszy niż mój ojciec, który zmarł przed dwudziestu siedmiu laty. Oboje istnieją w tej samej przestrzeni, w przestrzeni bez czasu, spacerując razem po ścieżkach tego samego parku do którego i my zdążamy. 

Pogarda

Zabity przez Izraelczyków Yahya Ibrahim Hassan Sinwar był liderem organizacji terrorystycznej Hamasu i mózgiem stojącym za atakiem 7 października z morderstwami, masakrami, gwałtami i porwaniami – oświadczyła szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. W pełni podzielają jej opinię również Szef Rady Europejskiej Charles Michel i szef polityki zagranicznej Unii Europejskiej Josep Borrell.

I jest to fenomenalne, bo mamy do czynienia z niewiarygodną hipokryzją i jeszcze większą pogardą dla Europejczyków. Czyżby szefowie Unii dopiero teraz, po śmierci szefa Hamasu dowiedzieli się, kim on naprawdę był? Czyżby wcześniej nie mieli o tym najmniejszego pojęcia? A może nawet nie podejrzewali, że był to pospolity psychopata i morderca? Czy to nie dziwne? Tym bardziej, że współpraca UE z agencjami i władzami na terytoriach palestyńskich jest wciąż aktualna i kontynuowana, a pomoc rozwojowa na ten rok budżetowy została już nawet wypłacona. Czy ktoś chce, abyśmy uwierzyli, że pieniądze europejskich podatników idą na coś innego niż broń i rakiety dla Hamasu? Czy mamy uwierzyć, że Ursula von der Leyen, Charles Michel i Josep Borrell są tak bezprzykładnymi głupcami czy też nas za takich głupców uważają? Podejrzewam, że ostatnia część tego pytania jest najbliższa prawdy, niestety.

Termy czy hammam

Wiele rzymskich instytucji budziło pożądanie germańskich najeźdźców, jednak łaźnie do nich z całą pewnością nie należały. Barbarzyńskim ideałem była kąpiel w zimnym strumieniu, nie mająca wiele wspólnego z higieną. Ze wszystkich relacji, które przetrwały z tamtych czasów wynika, że Germanie śmierdzieli, śmierdzieli odrażająco, zwłaszcza, że do fryzowania włosów z upodobaniem używali zjełczałego masła. Po upadku Rzymu termy, lekceważone przez germańskich zdobywców i potępiane przez chrześcijan, szybko więc popadły w ruinę i w końcu – przynajmniej w Europie Zachodniej – zostały całkowicie zapomniane. Przetrwały jedynie we wschodniej części Cesarstwa. Wiemy, że jeszcze w VI wieku Aleksandria wydawała niemal jedną trzecią swego rocznego budżetu na ich ogrzewanie. Natomiast w rejonach ścierania się wpływów chrześcijańskich, rzymskich i islamskich, termy przekształciły się w rzymsko-arabską hybrydę: znikł teren do ćwiczeń, a miejsce frigidarium zajęło pomieszczenie do towarzyskich spotkań, dając miejsce czemuś, co stanowiło skrzyżowanie szatni z salonem. I właśnie ta hybryda, zaadaptowana przez Turków, przybyszy z Azji Środkowej, którzy natrafili na nią w miastach bizantyjskich Azji Mniejszej oraz w Egipcie i Syrii, przekształciła się z wolna w hammam, okaleczoną wersję rzymskich term, z czasem zyskując w Europie dumne miano łaźni tureckiej. W świadomości większości Europejczyków do dzisiaj zresztą pokutuje błędne przekonanie, że to Turcy, najeźdźcy z  terenów położonych gdzieś między Morzem Kaspijskim na zachodzie a Chinami na wschodzie, z regionów suchych i bezleśnych stepów, obdarzyli nas dobrodziejstwem łaźni podczas, gdy jedyną ich zasługą było to, że zawłaszczyli starorzymskie termy. Ale mimo wszystko jest to zasługa, bowiem w ten nieco ironiczny sposób po stuleciach powróciła do Europy stara rzymska tradycja mycia się i higieny.

Fałszerze wspomnień

W ubiegłym roku wnuk wybitnego historyka filozofii, Władysława Tatarkiewicza, skierował do sądu sprawę przeciwko wydawnictwu Czarne i Monice Sznajderman-Pasierskiej, autorce wydanej przez to wydawnictwo książce Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna. Monika Sznajderman-Pasierska miała za złe prof. Tatarkiewiczowi, że w opublikowanych przez niego wspomnieniach nie ma ani słowa o Żydach, że Żydzi w nich w ogóle nie istnieją, co – jej zdaniem – jest ewidentnym przejawem obojętności wobec ich losu oraz przejawem „symbolicznego mordu, jeszcze zanim zdążyli zamordować ich naziści”.

We wspomnieniach W. Tatarkiewicza nie ma również najmniejszej wzmianki o Papuasach ani o Aborygenach, ani słowa o Mongołach i Kałmukach, ani o dziesiątkach innych nacji, bo – o ile mi wiadomo – były to jego wspomnienia, a każdy z nas, a więc i prof. Tatarkiewicz, ma prawo wspominać to, co chce wspominać. Zdumiewające jest nie to, że prof. Tatarkiewicz nie nadmienił nic o Żydach w swoich wspomnieniach, lecz to, że istnieje ktoś, kto ma czelność żądać, abyśmy w naszych wspomnieniach pisali o kimś, kto jemu wydaje się być ważny lub o czymś, co on uznaje za ważne – o czym Monika Sznajderman-Pasierska, podobno doktor antropologii kulturowej, powinna zdaje się coś wiedzieć. Choćby ze słyszenia.  

Erynie i wymiar sprawiedliwości

Mitologiczny matkobójca Orestes. Starożytna Grecja nie znała zbrodni bardziej ohydnej i niewybaczalnej niż matkobójstwo. Zgodnie z tradycją Orestes powinien był więc zostać zaszczuty na śmierć przez erynie, boginie zemsty i kary, zwane też z enigmatycznych powodów Eumenidami, czyli Życzliwymi. Ale w tym przypadku nic takiego nie ma jednak miejsca, jak wiemy, bowiem na wskutek ostrej interwencji Apolla, ministra olimpijskiej dyplomacji, Orestes został uniewinniony od tego przerażającego czynu i erynie, pokornie podkuliwszy swoje sucze ogony, posłusznie odstępują od wykonania zwykłych dla nich obowiązków. Jest to typowy przykład ingerencji w wymiar sprawiedliwości w wydaniu starożytnym, erynie zostają tym samym zlekceważone i zmanipulowane, zalecono im zastosowanie taryfy ulgowej wobec zbrodniarza, Apollo groźnie pokiwał wskazującym paluchem i zmarszczył brwi. Posłusznie wypełniły jego wolę, choć – dla zachowania pozorów – podaje się gdzieniegdzie, iż uczyniły to wyjątkowo niechętnie. Precedens został już jednak ustanowiony. Zakres naszej ludzkiej wolności powiększył się o możliwość bezkarnego mordowania własnych matek, gdy tylko wymagają tego względy polityczne. Dowiedzieliśmy się też, że nawet erynie są przekupne. Ot, boskie marionetki. Od tego incydentu zresztą te odziane na czarno staruchy o wężowych splotach na głowach, dzierżące w rękach pochodnie i bat, przestają być straszne, tracą cały autorytet i powoli rozpływają się w mitycznych mrokach.

Dla Rzymian ojcobójstwo lub matkobójstwo również było czynem niewiarygodnym i przerażającym, choć ich furie, wzorowane zresztą na greckich eryniach, nigdy nie miały aż takiego znaczenia. Rzymianie za takie czyny mieli inny rodzaj kary. Była to tzw. kara worka, poena cullei. Polegała ona na zaszyciu skazanego w skórzanym worku wraz ze zwierzętami (pies, kogut, małpa i wąż) i wrzuceniu worka do morza. Według Plutarcha w pierwszych sześciu wiekach istnienia Rzymu podobne zdarzenie nigdy jednak nie miało miejsca. Poena cullei było nie tyle może karą, co przede wszystkim aktem oczyszczenia, który miał uwolnić lokalną społeczność od skazy, jaką zabójca ściągnął na wszystkich swą zbrodnią. Nie była stosowana zbyt często i nawet niechętnie o tym mówiono, ale pamięć o tej karze jeszcze długo była żywa. Ciekawe zdarzenie miało miejsce po zamordowaniu przez Nerona swojej matki, Agryppiny. Mieszkańcy Rzymu dali wówczas wyraz swemu oburzeniu: tłum w nocy zarzucił worek na pomnik cesarza. Była to aż wyraźna aluzja do tego, jak powinien być ukarany.

Śmiech

„Fizjologia” śmiechu. Śmiejąc się uruchomiamy mięśnie międzyżebrowe, co powoduje, że wielokrotnie wydmuchujemy powietrze z płuc bez wdychania go. Śmiech jest więc innym sposobem oddychania, może nie mniej skutecznym niż indyjskie techniki pranajamy.

Jerozolima

Elie Wiesel: „Jerozolima jest ponad polityką. Jest wspomniana ponad sześćset razy w Piśmie Świętym – i ani razu w Koranie. Należy do narodu żydowskiego i jest czymś więcej niż miastem”. Słusznie. Żydowska historia Jerozolimy sięga 3 tysiąclecia przed naszą erą, podczas gdy islam zdobył Jerozolimę w roku 638, a meczet Omara wzniesiono dopiero w roku 691. Jerozolima jest islamska mniej więcej w taki sam sposób jak Warszawa jest rosyjska.

Sukces cywilizacyjny

Kiedyś psy służyły człowiekowi. Służyły mu przez tysiące lat. Role odwróciły się – obecnie to człowiek służy psom. Kupuje im ocieplane ubranka i szelki, szampony i dezodoranty, pieluchy i przeciwdeszczowe płaszcze, zamawia dla nich wizyty u fryzjera i pedikiurzystki, karmi smakołykami za grube pieniądze, codziennie wyprowadza na spacer, niekiedy wiele razy, płaci za nie podatki, funduje im zagraniczne wycieczki, wydaje horrendalne sumy za ich wizyty u weterynarzy, a nawet uznaje za członków rodziny i osobiście, własnymi rękoma podciera  miękkim papierem toaletowym ich tyłki i na ulicach zbiera ich kał. Nie brzydzi go nawet psia koprofagia. Nigdy jeszcze w historii ludzkości tak wielu ludzi nie zajmowało się tak troskliwie całodobową obsługą psów. Jeżeli można więc mówić o sukcesie cywilizacyjnym jakiegoś gatunku, to z całą pewnością są to psy.  

Świat

Hermann Weyl: Świat obiektywny nie staje się. On po prostu jest. Jedynie w spojrzeniu mojej świadomości, pełzającej ścieżką, którą podąża przez świat moje ciało, wycinek tego świata rodzi się do życia jako ulotny obraz w przestrzeni bezustannie zmieniającej się w czasie.

Perspektywa kleszcza

Emma Southon „Wszystkie trupy prowadzą do Rzymu”. Ponad czterysta stron śmieciowych faktów z historii starożytnego Rzymu okraszonych nieznośnym, naiwnym, a chwilami wręcz chamskim prezentyzmem. Oto jeden z wielu przykładów od których aż roi się w tej pracy: „Rzymianie tworzyli właśnie imperium i igrzyska gladiatorów okazały się znakomitym narzędziem stałego zwiększania prawa państwa do niewolenia i zabijania ludzi, tak aby lud to dobrowolnie popierał. Znaczna część ludzi żyjących i zabijanych na arenach to wzięci do niewoli w czasie rzymskich działań wojennych. Zabrano ich z domów w Afryce Północnej, dzisiejszej Belgii, Turcji, Austrii czy Chorwacji”. Rozkoszna i typowa dla prezentyzmu dezynwoltura. Celowo podkreśla się tu, że zabierano ich z domów (w następnym wydaniu książki będą to zapewne bloki mieszkalne i wille) w dzisiejszej Belgii, czyli miejscu, które wówczas nie istniało, w Turcji, której wtedy nie było i szczęśliwie jeszcze przez setki lat miało nie być, w Austrii, terenów będących już w I wieku p.n.e. prowincją rzymską czy Chorwacji, która jako państwo zaistniała dopiero w pierwszej połowie IX wieku.

Dla prezentyzmu jednak, który usiłuje być czymś w rodzaju religii czasu teraźniejszego, nie ma żadnych „wtedy”, przeszłość nie jest autonomiczna, zamknięta i skończona, wszystko rozpływa się w jakimś mglistym teraz, które – choć nieokreślone i płynne – ma stanowić miarę wszystkiego. Prezentyzm nie zadaje sobie trudu, by analizować fakty przez pryzmat ich historycznej złożoności; jest perspektywą z końskimi blinkerami na oczach, widzeniem tunelowym, patrzy przez słomkę. Apollo ze słuchawkami na uszach przed  ekranem komputera, muskularny Mars czule ściskający super bazookę M3E1, to nie tylko niebezpieczna ekstrapolacja dzisiejszych kategorii, gdzie teraźniejszości niezasłużenie przeznacza się rolę punktu szczytowego w rozwoju naszej cywilizacji, ale również wulgaryzacja i dyskredytacja naszej przeszłości. Ocenianie historii z dzisiejszej perspektywy jest błędem poznawczym, to prawda, ale daleko gorsze jest to, że jest to również tragiczny w skutkach błąd moralny.

W sprawie horoskopów

Futurologia jest, jak sama nazwa wskazuje, nauką. Co prawda termin ten – nobilitując tym  prastarą sztukę stawiania horoskopów – Ossip K. Flechtheim, niemiecki prawnik i politolog żydowskiego pochodzenia, wylansował dopiero w roku 1943, ale przewidywaniem przyszłości zajmowaliśmy się od niepamiętnych czasów. Jest to jedna z naszych najbardziej ulubionych i najstarszych pasji, chyba równie stara jak najstarszy zawód świata, chociaż nieporównywalnie zabawniejsza. Dobrym tego przykładem jest zbiorowa Kassandra czyli Klub Rzymski, który już od pięćdziesięciu lat z uporem i wytrwale wieści zagładę świata, podczas gdy świat ciągle ma się wcale nie najgorzej, a osobiście uważam, że znacznie lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Wczoraj, przeglądając stare notatki, znalazłem w nich jeszcze jedną taką przepowiednię. Jest nią apokaliptyczna wizja francuskiego uczonego, biografa Kartezjusza, Adrien Bailleta, który w roku 1685 (sic!) obawiał się, że mnogość książek, których codziennie przybywa w kolosalny sposób, sprawi, że przyszłe stulecia pogrążą się w stanie barbarzyństwa jak w wiekach po upadku cesarstwa rzymskiego.”

Czas

Czas. Wmawia się nam i sami sobie coraz skuteczniej wmawiamy, że żyjemy w wyjątkowo szczęśliwej epoce. Głównie ze względu na setki cywilizacyjnych udogodnień, które sprawiają, że uwolnieni od uciążliwych i banalnych powinności zyskujemy wolny czas, że mamy coraz więcej wolnego czasu. Czy to nie zabawne? Według najnowszych teorii naukowych czas nie istnieje. Mamy więc coraz więcej czegoś, co nie istnieje. I jesteśmy z tego dumni. Ale czy można mieć więcej czegoś, co nie istnieje? Przydałoby się jakieś rozsądne dziecko, które wreszcie powie głośno, że ten król jest wręcz bezwstydnie nagi.

Zaślepienie

Najgorszy rodzaj zaślepienia to zaślepienie Prawdą. Przypomina to tzw. zespół Antona, rodzaj anozognozji, ślepoty korowej, która pojawia się przy uszkodzeniach płata potylicznego mózgu, co powoduje, że chory przestaje widzieć, ale neguje ten fakt, uparcie wmawiając sobie i otoczeniu, że wszystko jest w porządku.