Obce sny

Łatwość z jaką zaplątujemy się i gubimy w cudzych snach. I łatwość z jaką zaczynamy wierzyć, że to nasze własne sny. Niektórzy bardzo długo śnią te nieswoje sny, czasem za długo. Ci już nigdy nie znajdują drogi powrotnej do swoich snów, a nawet jeżeli budzą się w końcu, to jedynie po to, by odkryć ze zdumieniem, że już od dawna ich nie ma.

Pochwała

Zawsze, gdy ktoś mnie chwali czuję się tak, jakbym zdradził samego siebie. Niesmak i niechęć. I myślę, że nie jest to przesadna reakcja. Pochwała niezmiernie rzadko bywa niewinna lub bezinteresowna. To jedna z technik manipulacji. Każdy chwalący zmierza – czasem mniej, czasem bardziej świadomie – ku temu, abyśmy postępowali zgodnie z jego przekonaniem i interesem, chce, abyśmy myśleli i żyli jak on. Akceptując pochwałę bez zastrzeżeń, rezygnujemy z siebie. Zdradzamy nas samych.

Zasada

Wiek przytępia i zaciera wyczucie tego, co wydarzyło się najpierw, a co potem, unieważnia i podważa wszelką chronologię i zwodniczą linearność czasu. Dotyczy to każdej starości, bez wyjątku – różnicą jest tylko stopień tego zjawiska.

Być psem

Bycie psem w naszych rozkosznych czasach jest zdecydowanie udanym pomysłem, a już zwłaszcza, gdy jest się psem zamieszkałym w Europie. Europejskie psy posiadają swoje magazyny mody, zakłady kosmetologiczne, swoje spa, fryzjerów, psychologów, terapeutów, swoje hotele, przynajmniej raz w roku wyjeżdżają na zagraniczne wakacje do egzotycznych krajów i są obsługiwane przez całe stada ludzi, którzy mienią się być ich posiadaczami podczas, gdy ich rzeczywista rola sprowadza się do tego, by dbali o to, żeby ich psy były dobrze i dietetycznie karmione, hołubione i rozpieszczane na wszelkie należne im sposoby oraz by miały kogoś, kto wyjdzie z nimi na spacer o każdej porze dnia i nocy tudzież ochoczo zbierze ich odchody i podetrze im tyłki najdelikatniejszym papierem toaletowym. Standard życia psów generalnie poprawił się w naszej epoce. Każdy niezakłamany europejski pies to przyzna. Pozostaje tylko nieco żenujące pytanie, czy jest to wynik zwyżkującej inteligencji psów czy też stopniowego zaniku inteligencji wśród ludzi.

Prawda

Nie chciałbym być adwokatem Prawdy. Wbrew pozorom i obiegowym baśniom żadna prawda nie jest w stanie obronić się sama. Prawdy są żenująco naiwne, nagie i bezbronne. Żeby dowieść prawdy, trzeba niesłychanie mądrze kłamać. A to jest ciężka i niewdzięczna praca.

Sen

Wczorajszej nocy śniłem kobietę, która umierała. Była to obca mi, nieznajoma kobieta o twarzy gładkiej i anonimowej. Leżała na wielkim i masywnym łożu z baldachimem, a w jej szeroko rozwartych, niewidzących już oczach malowała się przepastna niepamięć. I umarła, a ja w tym samym momencie przebudziłem się z pytaniem, skąd przybyła ta kobieta, by umrzeć w moim śnie i dlaczego wybrała właśnie mój sen?

Zwykły los

Nie był dziwakiem. Żył jak inni, wyznawał poglądy, które wyznaje większość, uprawiał gesty, które wszyscy uprawiamy, przestrzegał reguł, które wszyscy przestrzegamy, nie buntował się i nigdy nie narzekał na swój los. Tylko nieliczni wiedzieli, że nie wynikało to z jego charakteru czy natury, lecz przeświadczenia, że całe jego życie, od pierwszego po ostatni dzień, zostało zapisane w jakiejś tajemnej Księdze Istnienia i układa się według scenariusza przewidzianego tylko dla jego egzystencji. Żaden bunt nie miał sensu, żaden bunt nie był nawet możliwy. Musiał żyć, jak żył. Był przekonany, że nie ma żadnej innej alternatywy, bo gdyby postanowił nagle i diametralnie odmienić swoje dotychczasowe życie, to i tak odbyłoby się to w sposób już przewidziany i zapisany w księdze jego losu. Nie miał więc najmniejszego wpływu na swoje życie, ale i nie ponosił za nie jakiejkolwiek odpowiedzialności – dzięki temu nie dręczyły go ani nadmierne ambicje ani wyrzuty sumienia.  

Pavić

Milord Pavić, „Słownik Chazarski”: Dotychczas wielkie narody uciskały małe. Teraz jest odwrotnie. Teraz w imię demokracji małe narody terroryzują wielkie. Popatrz na świat wokół nas: biała Ameryka boi się czarnych, czarni boją się Portorykańczyków, Żydzi – Palestyńczyków, Żydów – Arabowie, Serbowie – Albańczyków, Chińczycy boją się Wietnamczyków, Anglicy – Irlandczyków. Małe rybki odgryzają uszy dużym rybom. Zamiast terroryzowania mniejszości demokracja wprowadziła nową modę i teraz ucisk cierpi większość mieszkańców tej planety … Wasza demokracja to śmierdzące oszustwo.

Dawni bogowie

Przyjemne z antycznymi bogami było to, że w każdym sporze, w wojnie, a nawet zwykłych rodzinnych nieporozumieniach zawsze wyraźnie brali czyjąś stronę, że boginie zakochiwały się w przystojnych śmiertelnikach i bogowie chętnie płodzili dzieci z pięknymi kobietami. Przyjemne było również i to, że byli zazdrośni, zawistni, egoistyczni, intryganccy, stronniczy, próżni, hojni, kapryśni, a czasem nawet pomocni. Lubię to. Lubię bogów, którymi – jak nami – rządzą uczucia. To prawdziwi bogowie, bowiem trzeba być bogiem, by mieć odwagę żyć jak człowiek. Dawni bogowie rozumieli to dobrze. W porównaniu z nimi cherlawi i bezpłciowi bogowie monoteistycznych religii to zwykłe dupki w szponach nieuzasadnionej megalomanii. 

Fiscus barbaricus

Kazimierz Morawski w pracy „Rzymianie i Germanie z epoki schyłku państwa rzymskiego” wspomina o tym, że już cesarz Marek Aureliusz uzupełniał legiony przez zaciągi wśród plemion germańskich. I wystarczyły dwa wieki, by proces ten dokonał się w pełni – w wieku czwartym, za panowania cesarza Teodozjusza, rzymskie wojsko jest już zbarbaryzowane do tego stopnia, że nawet skarb wojskowy nosi nazwę fiscus barbaricus.

Podróże Inflantczyka

Joachim Christoph Friedrich Schulz, w pracy Podróże Inflantczyka, przedstawia obraz Warszawy z okresu końca osiemnastego wieku (1791-93). Nie brakuje tam pikantnych spostrzeżeń o kobietach i dziewczętach płochego życia, których nigdzie może nie ma tyle co w Warszawie”. Jego zdaniem pod tym względem polska stolica bije Paryż, Wiedeń, a nawet i Neapol: „świętość małżeńskich związków jest tu zupełnie lekceważona”. Po uwagach o metresach, utrzymankach, które się zaprzedają za mieszkanie, ubranie, wyżywienie i pensję”, przechodzi Schulz do innej kategorii panien, które „mieszkają o własnym koszcie i rachują na znajomych i odwiedziny”. Te okupują lokale na Krakowskim Przedmieściu, w najbardziej ożywionej jego części, pomiędzy pocztą, a wejściem do pałacu Saskiego. Są tu domy niektóre i piętra całe po domach, które od lat wielu dla tego rodzaju mieszkanek wyłącznie zdają się przeznaczone. Tu się przychodzi jak gdzie indziej do kawiarni. Mężczyźni nie wahają się pokazywać w oknach razem z tymi paniami… Nawet w dzień obchodu konstytucji, gdy Krakowskim Przedmieściem kroczył uroczysty pochód z królem na czele, wszystkie okna tych panien pełne były oficerów i różnych ich znajomych. Trzecia klasa dziewcząt publicznych pozostaje zwykle pod opieką tzw. „gospodyń”. Bez zezwolenia swojej pani nie mogą ani przyjmować ani odwiedzać mężczyzn. Dla zachowania pozoru przyzwoitszego podobna rodzina wywiesza zwykle szyld kapeluszniczy, modniarski, kawiarni lub winiarni. Według Schulza czwarta klasa dziewcząt składa się ze sług w licznych szynkach, szczególnie przy ulicach Trębackiej, Żabiej, Świętojerskiej i Wałowej. „Na parterze przy Trębackiej we wszystkich niemal domach mieszczą się szynki i domy publiczne”, są to gniazda „najobrzydliwszego plugastwa i najstraszniejszych chorób …” Natomiast dla „nieszczęśliwych, uciśnionych kochanków” za miejsce schadzek służyły publiczne łazienki nad Wisłą, gdzie kąpiel kosztowała cztery złote i gdzie „się nikt nie sprzeciwia, jeśli dwie osoby płci różnej do jednego wchodzą gabinetu”. Prawdopodobnie o tym „zamtuzie łaziebnym” mowa też w „Diogenesie w kontuszu” Wacława Berenta. Właścicielem jego, „panem na lupanarze warszawskim”, był kasztelan łukowski Jacek Jezierski, wyjątkowo paskudna figura, krewny publicysty Franciszka Salezego Jezierskiego (który pisywał pod pseudonimem Jarosława Kutasińskiego), głośny mówca sejmowy, który zasłynął także i z tego, że jako pierwszy przekroczył leżącego w drzwiach Rejtana. Ów zamtuz, „założony z rozmachem iście pańskim, a z polska szerokim, zajmował olbrzymi czworobok, w którym mogłoby się i dziś pobudować osiedle całe”, między Dobrą, Bednarską i Wisłą. Satyra nie oszczędzała Jezierskiego. Pisano o nim: „Przy wiślanym moście gospodarz jedyny częstuje francą przybyłe Litwiny”, a Zabłocki wyrażał mu wdzięczność: tę wdzięczność/którą z całym narodem rad dzielę/ ilekroć widzą wielkie twe dzieła: burdele.

Afrykańska misja

Dziwne rzeczy dzieją się na świecie. Delegacja afrykańskich przywódców i przedstawicieli rządów przybyła na Ukrainę w piątek z misją pokojową mającą na celu przekonanie Ukrainy do rozpoczęcia dialogu z Rosją w celu zakończenia 16-miesięcznego konfliktu. Oprócz Ramaphosy w skład misji pokojowej siedmiu krajów wchodzą prezydent Komorów Azali Assoumani, prezydent Zambii Hakainde Hichilema i prezydent Senegalu Macky Sall. Prezydenci Egiptu, Republiki Konga i Ugandy ostrożnie wysłali tylko swoich przedstawicieli. Delegacja po wylądowaniu w Warszawie udała się pociągiem do Kijowa.

I do tego momentu wszystko jest mniej więcej normalnie i tak, jak powinno być. Delegacji towarzyszył jednak osobny samolot, Airbus A340-300, pasażerski samolot czterosilnikowy ultra-dalekiego zasięgu (13 700 km), a w nim 100-osobowa (sic!) ochrona prezydenta, kilku dziennikarzy oraz żołnierze i członkowie oddziałów specjalnych plus ich wyposażenie w postaci kilkunastu kontenerów wypełnionych bronią. Prawdopodobnie to było powodem dla którego władze Włoch nawet nie wpuściły tego samolotu do swej przestrzeni powietrznej. Samolot i ochrona – zakładając, że była to ochrona – zostali również zatrzymani na lotnisku w Warszawie, bowiem okazało się, że ich poważny arsenał zbrojeniowy nie został nawet zadeklarowany. Innymi słowy, przewozili go nielegalnie. Polskie MSZ wyjaśniło, że na pokładzie maszyny znajdowały się „materiały niebezpieczne, na których wwóz przedstawiciele RPA nie mieli pozwolenia”. Ujawniono ponadto, że na pokładzie samolotu znajdowały się osoby, które nie zostały wcześniej notyfikowane stronie polskiej.

Kto więc jest na pokładzie tego samolotu? 100 osobowa ochrona prezydenta, która nie dopilnowała zwykłych i standardowych formalności koniecznych przy tego typu aranżacjach? Grupa obcych wojsk specjalnych w drodze do Kijowa w misji, która nie wypaliła z powodu ignorancji lub przeoczenia? A może południowoafrykański specnaz, wyszkolony przez wagnerowców na prośbę dawnych przyjaciół z Moskwy? Co miała robić w stolicy Ukrainy setka po zęby uzbrojonych ludzi? I dlaczego samolot leciał przez Warszawę, skoro zasięgu spokojnie wystarczyłoby mu do Kijowa? A jeżeli nie samolotem, to w jaki sposób ta setka uzbrojonych ludzi miała w miarę dyskretnie przedostać się do Kijowa? Wyobrażam sobie, jak niesłychanie czujna ukraińska straż graniczna zareagowałaby na widok tłumu uzbrojonych po zęby ochroniarzy, którzy chcieliby wjechać do ich kraju. Może dobrze dla tych czarnych wojowników z prezydenckiej „ochrony”, że zatrzymano ich w Warszawie, bo nie podejrzewam, że z Ukrainy zdołaliby wrócić żywi. Tymczasem powracający z ukraińskiej stolicy Ramaphosa znalazł się znów w Polsce i dzisiaj ma wylecieć do Petersburga na spotkanie z Putinem. Czy zabierze ze sobą swą „ochronę” i 12 kontenerów jej broni? Pewne jest tylko to, że ci, którzy znajdują się na pokładzie tego „ochraniarskiego” samolotu, nie są w żadnym razie personelem dyplomatycznym. Jeszcze jedna brudna sztuczka Rosjan i ich afrykańskich przyjaciół?

Grecy i Polacy

Grecy, podobnie jak Polacy, mają bogate tradycje kolaboracji ze swoimi wrogami. W wojnach grecko-perskich – Termopile, Maraton, Plateje, inne – greccy najemnicy stanowili znaczne siły w wojsku perskim. W czasie podboju Persji przez Aleksandra Macedońskiego znów pod Granikiem stanęły naprzeciwko wojskom Aleksandra spore siły greckich najemników, walczących po stronie Persów. Ich trzon stanowili przede wszystkim Ateńczycy i to wobec nich, gdy zostali wzięci do niewoli, Aleksander całkiem słusznie był bezlitosny, część z nich skazując na śmierć, a pozostałych, zakutych w kajdany, wysyłając do pracy w macedońskich kopalniach rudy i złota. Mentor z Rodos, strateg i najemnik grecki związany z dworem perskim, zdolny i przewidujący, był nawet – jak uważają niektórzy historycy – bardzo bliski udaremnienia wyprawy Aleksandra. Grecy chętnie sprzedawali się swoim wrogom, a główny ideolog tamtych czasów, Demostenes – którego bezmyślnie podziwiamy za podobno piękne i patriotyczne mowy – w zacietrzewieniu chętniej widziałby jako władców Grecji Persów niż Macedończyków. W polskiej historii również nie brakuje takich złotoustych Demostenesów, nie brakowało ich kiedyś i nie brakuje niestety również i dziś.

Orchidektomia i penektomia

Nasze oprogramowanie, nazywane pospolicie inteligencją, pozwoliło nam osiągnąć szczyty w wielu dziedzinach życia, w sztuce, architekturze, w technice, a również w dziedzinie znęcania się nad naszymi bliźnimi. Wszystkie zwierzęta zabijają, lecz wymyślne okrucieństwo i tortury to wyłącznie ludzka specjalność.

Orchidektomia i penektomia. Pierwszy z tych „zabiegów” polegał na usunięciu ofiarom jąder, drugi zaś na wycięciu zarówno jąder jak i penisa. Tak „obsprawieni” młodzi mężczyźni zasilali potem haremy władców tego świata, których pożądliwość i zachłanność nie znały żadnych granic, jak zawsze i wszędzie. Kastraci byli drogim i poszukiwanym towarem. Najwięcej płacono za osobników z drugiej grupy, ci osiągali rekordowe ceny, ale w zasadzie każdy z nich i tak był wielokrotnie droższy niż zwykły niewolnik – porównywalne ceny osiągały jedynie najpiękniejsze młode kobiety. Podobno jedną z najsłynniejszych „klinik” produkujących eunuchów, a zarazem miejscem, gdzie najskuteczniej praktykowano tego typu zabiegi, był klasztor Zawiejet el-Deir. Mnichów z tego klasztoru uznawano za wybitnych specjalistów w procesie kastracji, dzięki czemu umieralność (utrzymująca się zwykle na poziomie 80 procent) była znacznie niższa. A sam zabieg przebiegał następująco: „Przywiązawszy chłopca do stołu mocno popręgami i postronkami, mnisi zakładali opaskę u podstawy członka, przewiązując silnie razem jądra i członek, i następnie ostrym narzędziem jednym zamachem obcinali wszystko od razu. Ażeby nie dopuścić do skurczenia się i cofnięcia do jamy brzusznej naczyń krwionośnych, co mogłoby spowodować krwawienie wewnątrzoponowe, prawie zawsze śmiertelne, mnisi zakładali ligaturę na powrózki nasienne, po czym polewali ranę wrzącą smołą lub rozpalonym żelazem. Do cewki moczowej wkładano patyczek, żeby nie zarosła. Po tym zabiegu, pełnym okrucieństwa, zakopywano chłopców w piasek do pasa na kilka dni, nie dając im wcale jeść ani pić. Kto przetrzymał, tego odkopywano, po czym zakładano na ranę opatrunek z pakuł zamaczanych w oliwie”. Nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie rozmiarów tego bólu.

Najchłonniejszym rynkiem zbytu dla takich „produktów” był naturalnie – poza Kościołem katolickim, rozkochanym w anielskich chórach kastratów – świat islamu, ale w związku z tym, że Koran zabraniał kastracji, muzułmanie, mistrzowie obłudy, sami nie parali się tym ohydnym procederem, zlecając go łaskawie chrześcijanom i Żydom.

Sztuka egipska

Sztuka egipska nigdy nie budziła mego entuzjazmu – to zaklęte w kamień puste marzenie o wieczności. Natomiast kanon ich rysunku jest fascynujący. Widać w tym olbrzymi wysiłek, aby oddać jak największą ilość istotnych elementów postaci – głowa z profilu, ale oko frontalnie, ramiona frontalnie, ale ciało z profilu. Egipski twórca zmierzał do tego, by  odtworzyć rzeczywistość jak najwierniej, choć jeszcze nie bardzo wiedział, jak tego dokonać. To rysunek pewnych bardzo uzdolnionych dzieci.

Wspólny los

Dom Mądrości to pierwsza arabska akademia. Powstała w Bagdadzie na początku IX wieku, za panowania Abbasydów, gromadząc w zbiorach swojej biblioteki bogatą kolekcją greckich, perskich, a nawet indyjskich rękopisów dotyczących matematyki, astronomii, nauk ścisłych, medycyny i filozofii. Dom Mądrości przyciągał myślicieli z całego Bliskiego Wschodu przez kilkaset lat uchodząc, aż do roku 1258, za intelektualną stolicę islamu. Kres jego działalności położyła inwazja Mongołów, którzy z endogeniczną dla nich nienawiścią do Słowa zniszczyli te bezcenne biblioteczne zbiory … topiąc je w rzece Tygrys. W całych naszych dziejach kara śmierci zarezerwowana była wyłącznie dla człowieka i książki. Wszystko inne niszczono. Jedynie na ludzi i książki wydawano wyroki śmierci i wykonywano je.   

Pacyfizm

Alain Finkielkraut zauważył gdzieś słusznie, że w pacyfizmie niedojrzałość triumfuje na każdym polu. I nie można tego wyrazić trafniej. Sprzeciwiać się wojnom, mając nadzieję, że i bez tego pojawi się jakieś tam rozwiązanie? Sprzeciwiać się ingerencji, jak w przypadku prób obalenia krwawego dyktatora, i ignorować, że ludziom skazanym na jego okrucieństwo dzieje się krzywda? W naszej starej i zgrzybiałej Europie wszystkie szlachetne porywy pacyfizmu kończą się zresztą tym samym: prymitywnym antyamerykanizmem, dzięki czemu mordercy typu Chomeini, Saddam Husajn, Kadafi, Mobutu czy Putin są życzliwiej widziani niż legalne i demokratyczne wybrane władze Stanów Zjednoczonych. W Polsce, zwłaszcza wśród tzw. „oświeconych”, dokładnie to samo. Stajemy się nędzną populacją. To beznadziejne i żałosne.