Nieodwzajemniona miłość

Francuski muzyk Julien Gauthier od dawna marzył o zwiedzeniu Północno-Zachodnich Terytoriów Kanady. Planował wyprawę niemal trzy lata. 44-letni kompozytor zamierzał nagrywać odgłosy dzikiej przyrody i wykorzystać to podczas tworzenia kolejnego dzieła.

Spełnił swoje marzenie, ale rankiem trzynastego dnia wyprawy zaskoczył go niedźwiedź drapieżnik. Gauthier, ledwo obudzony, nie zdołał uciec. Niedźwiedź zaciągnął go w głąb lasu i niedźwiedzim zwyczajem … rozszarpał.

Dyrektor Orchestre Symphonique de Bretagne, w której pracował Gauthier napisał, że muzyk przez swoją twórczość chciał przekazać słuchaczom swoją miłość i szacunek dla natury. Niestety, najwyraźniej nie wiedział albo zapomniał, że wszelka miłość do natury jest miłością nieodwzajemnioną. Natura nic nie wie ani o miłości ani o szacunku.

Prorocy i inni

Kiedyś, dawno temu, w czasie zwiedzania klasztoru na Jasnej Górze w Częstochowie, stojąc na wałach obserwowałem scenę niczym wyjętą z kiepskiego filmu. Jej bohaterem był jakiś wiejski proboszcz i lękliwie wokół niego stłoczone stadko wiernych. Sceneria była dramatyczna. Dzień ponury i ciemny, powietrze ciężkie, ołowiane, nabrzmiałe chmury przesuwały się nad naszymi głowami jak posępne memento mori. Proboszcz, celując palcem w niebo, krzyczał w uniesieniu, że nadchodzi dzień zemsty boskiej, że bóg jest rozgniewany na nas i na nasze grzechy, że jest to ostatnia chwila, by starać się go przebłagać i zostać mimo wszystko zbawionym, bo miłosierdzie boskie jest bez miary. Wierni truchleli ze strachu, żegnali się raz po raz nabożnie, mamrotali coś w strachu i zapamiętaniu, a proboszcz wyraźnie zachłystywał się swoją oracją, jeszcze bardziej podnosił głos, grzmiał jak huragan Dorian i nie ulegało wątpliwości, że gdyby tylko mógł ściągnąłby te ołowiane chmury i zrzuciłby je na grzeszne głowy swoich parafialnych owieczek. Ale to było dawno temu. Jeszcze w czasach, gdy głoszono, że epoka lodowcowa nadejdzie w roku 2000. Prorokiem był jakiś fanatyczny proboszcz jakiejś małej kieleckiej parafii.

Wczoraj przeczytałem kolejne proroctwo. W tym samym duchu. Z podobną retoryką: Natura jest na nas zła. I będzie się na nas mścić z furią. Za nami najcieplejsze lato i druga najcieplejsza zima w historii. Ziemia krzyczy: stop! Jeśli nie zaczniemy działać, może stać się najgorsze. Oceany już kwaśnieją, koralowce wymierają, lodowce topnieją, a lasy płoną. Huragany są coraz silniejsze i niszczą świat. Wyspy na Pacyfiku zaczęły tonąć. To, co wydarzyło się na Bahamach wraz z huraganem Dorian, to była prawdziwa apokalipsa.

Czy sądzisz może, że autorem tych słów jest szaman plemienia Irokezów przemawiający w imieniu Wielkiego Wodza Manitou? A może przywódca kolejnej apokaliptycznej sekty typu Aum Shinri Kyo? Jeszcze jeden nawiedzony kaznodzieja z Pipidówki? Profeta z Zakonu Świątyni Słońca albo młodociany wyznawca Kościoła pod wezwaniem Grety Thunberg, który chciałby urwać się z nudnych piątkowych lekcji? Nie. Nic z tych rzeczy. Te słowa wygłosił wikary Antonio Guterres, Sekretarz generalny ONZ, z ambony tej organizacji.

Karakalla

Cesarz Karakalla decydując o tym, kogo ma uznawać za przyjaciela, a kogo za wroga, kogo może ułaskawić, a kogo powinien zabić, zdawał się na horoskop. Obawiam się, że nasze tak zwane „racjonalne wybory” są mniej więcej tyle samo warte.

Nasz mózg

Nasz mózg nie cierpi dowiadywać się, że się mylił. Reaguje jak obrażona primadonna. Każda, choćby najdrobniejsza pomyłka, zdaje się podważać sens jego istnienia, stawiać pod znakiem zapytania jego kompetencje i kwalifikacje – marginalizuje go i ośmiesza. Nasz mózg zawsze więc wie wszystko i nie myli się nigdy. To my możemy czegoś nie wiedzieć oraz mylić się. My? Czyli kto?

Strzępy z antyku

Cesarz August, budząc się w nocy, a podobno zdarzało mu się to często, wzywał do siebie albo lektora albo – jeszcze chętniej – lectores et fabulatores, czyli opowiadacza. Wszyscy lubimy baśnie.

                                                                          ***

Jedną z cyrkowych zabaw cesarza Kommodusa było ucinanie strusiom głowy, przez rzucanie w nie przedmiotem przypominającym skrzyżowanie bumerangu z sierpem. Trafione w ten sposób ptaki biegły dalej bez głów, wywołując szalony aplauz widowni.

                                                                          ***

Castra lecticariorum, w dawnym Rzymie były to miejsca postoju lektyk do wynajęcia, czyli starożytne postoje taksówek.