Hazdrubal, wódz kartagiński, w przemowie do Rzymian: Wszystko, co schlebia tłumowi, zawsze u niego znajduje posłuch. C. Goldoni mówiąc, że pochlebstwo to potrawa, która smakuje wszystkim dzieli to samo przekonanie, ale ma zdecydowanie mniej złudzeń.
Miesiąc: sierpień 2021
Tęcza
Tęcza. Od pewnego czasu to spektakularne zjawisko atmosferyczne wydaje mi się być nieznośnie kiczowate.
Tsunami w Aleksandrii
Ammianus Marcellinus opisuje tsunami, które spustoszyło Aleksandrię. Według niego miało to miejsce 21 lipca 365 roku, podczas pierwszego konsulatu Walentyniana I i Walensa. Morze najpierw cofnęło się, aby następnie olbrzymią i wysoką falą zalać ląd. Doprowadziło to do zniszczenia wielu budowli w mieście, śmierć poniosło tysiące ludzi. Po opadnięciu wezbranej wody ulice Aleksandrii przedstawiały przerażający widok: stosy ciał utopionych ludzi, zniszczone statki, niektóre osiadłe nawet na dachach budowli. Wiele z nich znajdowano nawet w głębi lądu, w odległości 2 mil od brzegu.
Podobny opis daje też Sozomenos, choć on datuje to wydarzenie na okres panowania Juliana Apostaty. Także i w jego relacji morze najpierw cofnęło się, a następnie gwałtownie wezbrało, zmieniając swoje granice i wdzierając się głęboko w głąb lądu. Wspomina również o statkach, które morze „zacumowało” na dachach nawet wysokich domów. Opis z całą pewnością dotyczy tego samego wydarzenia, choć Sozomenos – dla efektu retorycznego, a może głównie apologetycznego – przeniósł je na okres panowania cesarza Juliana, znienawidzonego przez chrześcijan. Niektórzy badacze uważają, że w czasie tego kataklizmu musiało też dojść do zniszczenia grobowca Aleksandra Wielkiego. W żadnym z tych opisów nie ma natomiast najmniejszej wzmianki o zniszczeniach w Bibliotece Aleksandryjskiej, choć – uwzględniając jej położenie – wydaje się to bardziej niż prawdopodobne. Nie ulega wątpliwości wszakże, że Bibliotekę nadgryzały nie tylko liczne wojny i zamieszki religijne, ale również żywioły naturalne i że one także mają spory udział w jej ostatecznym upadku.
Terror
Ponad sto szesnaście lat temu, bo w lutym 1905 roku, Kalajew, półkrwi Polak, terrorysta z Organizacji Bojowej PPS rzucił na placu Senackim w Moskwie bombę na karetę wielkiego księcia Sergiusza. Pierwsza, wcześniejsza próba nie powiodła się, gdyż Kalajew, już gotując się do rzutu, dojrzał w karecie żonę i dzieci księcia – sumienie nie pozwalało mu zabijać kobiet, a tym bardziej dzieci. Poczekał na drugi przejazd, gdy książę był sam, i dopiero wówczas dokonał zamachu.
1 września 2004 roku, w Osetii, w miejscowości Biesłan, czeczeńscy terroryści świadomie wybrali za cel ataku szkołę i dzień rozpoczęcia roku szkolnego. Zginęły setki dzieci, setki innych zostały okaleczone. Sto lat temu sumienie nie pozwalało terrorystom zabijać dzieci. Terrorysta starał się unikać przemocy wobec ludzi niewinnych. W przekonaniu tamtych terrorystów pozbawienie życia ludzi niewinnych unicestwiało i podważało sam akt terroru. „Sumienie” czeczeńskich czy islamskich terrorystów ma zdecydowanie inną proweniencję, czego my, niestety, wciąż nie bierzemy pod uwagę, uznając ich za … ludzi.
Książka
Książka. Jej format. Sprawa bez znaczenia? Otóż, nie. Są książki niezdarne, nieporęczne, klocowate, nieforemne, toporne, zwaliste i opasłe, pękate i rozdęte i te nie zachęcają do częstych z nimi spotkań. Nawet jeżeli są znakomite, powraca się do nich niechętnie, trochę jakby z przymusu, bardziej z konieczności niż z entuzjazmu, ale myśl o spotkaniu z nimi kojarzy się z wysiłkiem, z niedogodnością, z dyskomfortem. Są książki ciężkie jak nagrobne płyty, wielkie i masywne jak drzwi bankowych sejfów, czytanie ich wymaga specjalnych warunków i sporo zachodów. I są książki w formacie poręcznym i przyjaznym. Dla mnie takim formatem jest 10 x 15, format wspaniałej serii Nike wydawnictwa Czytelnik. Jest to książka, która sama wskakuje w dłoń i mieści się w dłoni, przyjazna i życzliwa. Można ją zabrać ze sobą w podróż, włożyć do kieszeni marynarki, plecaka czy torebki, jest dyskretna i niekłopotliwa, niewiele większa od iPhone. W tej serii zdarzały się powieści świetne, zdarzały się też przeciętne, ale zbierałem je wszystkie, zbierałem je ze względu na ich zewnętrzną przystępność, układność i spolegliwość. Książka. Jej format. Próbuję sobie wyobrazić, jaką męczarnią musiało być czytanie papirusowych książek w formie zwoju. Rozwijało się go trzymając w prawej ręce, lewą zwijając część już przeczytaną. W ten sposób zwój przeczytany do końca był więc niejako wywrócony na lewą stronę. Jego początek znajdował się w środku rulonu, a koniec na wierzchu. Aby przeczytać taką książkę ponownie, trzeba było przewinąć cały zwój z lewej na prawą stronę, co było nie tylko niewygodne, ale i niszczyło papirus. Kolejną trudnością było znalezienie potrzebnego miejsca w takim tekście – strony nie były przecież numerowane, tekst był ciągły i jednolity, bez dzielonych wyrazów, przecinków, kropek i całej interpunkcji. Czytanie takich książek musiało więc być wyczynem niemal heroicznym. Dobrze, że była to epoka herosów.
Sumienie
Bodaj nigdy jeszcze czystego sumienia nie oferowano nam po tak śmiesznie niskiej cenie jak obecnie.
Storytelling
Storytelling. Marketerzy mówią obecnie, że nie kupujemy już sensu stricto towarów, lecz historie, które za nimi stoją. Częściowo jest to prawdę, ale czy powinno nas to dziwić lub zaskakiwać? Ursula Le Guin zauważyła niegdyś, że „były społeczeństwa, które nie używały koła, ale żadnego, które nie opowiadałoby historii”. Bardziej niż homo sapiens jesteśmy homo narrans lub – jak kto woli – Pan narrans. Można podejrzewać, że nasza cywilizacja nie mogłaby zaistnieć, a już na pewno nie w takiej formie, jaką przybrała, gdyby nie to specjalne „wyposażenie”, jakim jest nasza zdolność do opowiadania historii. Świat i wszystko to, co o nim wiemy, znamy głównie z opowieści. Opowiadamy już od momentu, gdy pojawiliśmy się na tej planecie, w naszych prenatalnych czasach, gdy żyliśmy jeszcze w jaskiniach, w Lascaux, w Celebes, w Chauvet, jaskiniach Niaux czy Pindal. Opowiadając porządkujemy świat, interpretujemy rzeczywistość, składamy chaotyczne ciągi przyczyn i skutków, opowiadając przetwarzamy mnogość doznań i łatwiej zapamiętujemy. Ani nagie fakty ani statystyka nie są w stanie pobudzić nas do działania – do działania inspirują i prowokują nas historie. Historie mamy bowiem wręcz zakodowane w naszym DNA. Uwielbiamy historie, uwielbiamy ich słuchać, uwielbiamy je opowiadać. Z najnowszych badań naukowych wynika, że umiejętnie skonstruowana fabuła może diametralnie zmienić funkcjonowanie układu nerwowego człowieka – wręcz przemodelować jego osobowość. Może to spowodować nawet lektura krótkiego opowiadania, jeżeli tylko zdoła nas wciągnąć i pochłonąć. Niektórzy badacze mózgu twierdzą, że w przypadku fikcyjnych historii najważniejsze jest to, do jakiego stopnia potrafią one sprawić, że identyfikujemy się z ich bohaterami. Jeżeli opowieść pochłania nas i fascynuje, zaczyna też wpływać na nasze stany emocjonalne i podświadomość. Dobra historia, a więc zręczna mieszanka emocji i informacji, aktywuje aż osiem obszarów w mózgu, podczas gdy suche fakty jedynie dwa. Jonathan Gottschall, autor książki „The Storytelling Animal. How stories make us human”, twierdzi, że emocjonalne zaangażowanie się w losy bohatera powoduje, że tracimy czujność i nie jesteśmy w stanie wyłapać niekonsekwencji, stajemy się ślepi na wszystkie potknięcia w fabule i najbardziej niewiarygodne zbiegi okoliczności. Ten sam mechanizm odtwarzamy także w realnym życiu – rzadko potrafimy trzeźwo i przytomnie ocenić tych, których kochamy.
Mylimy się
Mylimy się. Wiersz wcale nie składa się ze słów, melodia nie składa się z dźwięków, a kompozycja obrazu nie składa się z linii.
Wino stołowe
Ciekawa anegdota o tym, skąd wziął się termin „wino stołowe”. Otóż, nazwa ta podobno przylgnęła do białego, lekkiego i łagodnego, wytrawnego wina za Franciszka Józefa. To bowiem on, nawet podczas poufnych obiadów, kazał stawiać przed każdym gościem karafkę z lekkim winem. „Służba do każdego dania serwowała kolejne, starannie dobierane najlepsze gatunki z cesarskich piwnic, osobiście je rozlewała do coraz to nowych kielichów, ale każdy dostojny gość z tej swojej karafki mógł do woli nalewać i popijać w trakcie obiadu, a to pozostając przy nim, a to gustując w podawanym przez służbę, a to według uznania powracając do tego stołowego, jak mu tego podniebienie życzyło. Franc Josef, kiedy ten zwyczaj wprowadził, był młodym władcą i nie znał się jeszcze na winach, ale już wiedział czego ludziom potrzeba. Wina i trzeźwej głowy.” Tak pisze S. Màrai, sam wielki wielbiciel i entuzjasta wina, i dodaje: „Cała mądrość, jaką Węgier nabył z wina i swego wykształcenia sprowadza się w końcu do jednego: trzeba kochać życie i nie przejmować się wyrokami losu. Reszta jest próżnością, a nawet fałszem.”
Rozum
Prawdziwym bogiem starożytnych Greków był rozum. To prawda. Niestety, czczony bałwochwalczo szybko przeobraził się w złotego cielca.
Podróż
Tylko podróż jest życiem. Reszta to oczekiwanie na połączenia.
Szwajcaria i suwerenność
W maju tego roku szwajcarska władza wykonawcza, Rada Federalna, zakończyła negocjacje z UE i fakt ten właściwie, poza nielicznymi wzmiankami, przeszedł prawie niezauważony. Należy żałować, że prasa, „śmiała i odkrywcza” w demaskowaniu przejawów rasizmu, relacjach z życia celebrytów czy zachwytach o burzeniu kolejnych pomników w Europie i za oceanem, nie poświęciła temu wydarzeniu nieco więcej miejsca i uwagi, bo warto. Oznacza to bowiem koniec projektu przygotowywanej umowy handlowej między Szwajcarią i UE, a powód tego jest aż nadto wymowny: tekst tej umowy nigdy nie przeszedłby w powszechnym głosowaniu. IFA, czyli Międzynarodowe Stowarzyszenie Podatkowe, podważyłoby działalność wielu instytucji, które Szwajcarzy uważają za absolutnie kluczowe dla swojej polityki. Choćby tak znamienny fakt, jak to, że Szwajcaria nie posiada odpowiednika Sądu Konstytucyjnego czy Sądu Najwyższego – konstytucja tego kraju została przyjęta w imieniu kantonów, czyli państw członkowskich Konfederacji Szwajcarskiej oraz narodu. Oznacza to, że tylko naród może ocenić, czy ustawa jest zgodna z konstytucją. Tylko naród i nikt inny, co wydaje się zasadą więcej niż rozsądną. Tymczasem projekt tekstu Międzynarodowej Umowy Ramowej dawał Europejskiemu Trybunałowi Sprawiedliwości nie tylko możliwość osądzania szwajcarskich ustaw, ale nawet unieważniania powszechnych głosowań, czyli to mniej więcej z czym mamy w tej chwili do czynienia w Polsce, gdzie UE – z takich czy innych powodów – rości sobie prawo do decydowania o polskiej Konstytucji i praworządności.
Inną sporną sprawą było to, że Szwajcaria posiada swój własny system opieki społecznej, oparty na zasadach rynkowych, gdzie opieka ta uzależniona jest od indywidualnych składek, podczas gdy większość systemów socjalnych w UE jest finansowana przez państwo i ma odgórnie zdefiniowane świadczenia. Wspomniany projekt tekstu Międzynarodowej Umowy Ramowej przewidywał zastosowanie unijnej Dyrektywy o obywatelstwie także do Szwajcarii, co byłoby równoznaczne z obowiązkiem rozszerzenia świadczeń na innych Europejczyków, bez potrzeby płacenia przez nich składek. Federalizm szwajcarski polega, jak wiadomo, na swobodzie każdego kantonu do regulowania własnej gospodarki, w tym również do tworzenia norm lub organizacji znacznie różniących się od takich samych czy podobnych organizacji z innych kantonów, natomiast projekt tekstu przewidywał znacznie silniejszą harmonizację rynku szwajcarskiego, ograniczając, a pewnie z czasem nawet likwidując szwajcarski federalizm. Identycznie ze sprawą subsydiów i integralności rynku pracy – mimo tego, że Szwajcaria promuje wolną gospodarkę, kantony utrzymują wiele subsydiów, a szwajcarski rynek pracy jest chroniony przed imigracją. Projekt zawierał również sporo innych kwestii, problematycznych w kontekście szwajcarskiej polityki. W sumie jednak ostatecznym i bodaj najważniejszym czynnikiem, który przesądził o zakończeniu tych negocjacji, była kwestia suwerenności. Szwajcarzy najwyraźniej nie mają żadnych złudzeń co do politycznych apetytów UE i w przeciwieństwie do innych krajów, gdzie tej suwerenności nigdy nie było zbyt wiele, znakomicie znają jej cenę.
Wegeterianizm
Wczoraj w saunie. Jakiś szwedzki osioł-entuzjasta wychwalający Hindusów jako wegetarian. Mówi z emfazą, szczególnie podkreślając te słowa, które mają nam podpowiadać, że jest to jego osobiste doświadczenie, że był tam w jakiejś ważnej misji, a przez to należy rozumieć, że i on jest ważną osobą. Ogólna aprobata. Nie wytrzymałem wtrącając, że większość Hindusów to wegetarianie tylko i wyłącznie z powodu nędzy, niestety. Tych ludzi po prostu nie stać na kupno mięsa, wyjaśniłem powołując się na autorytet Martina Caparrósa i jego znakomitą pracę „Głód”. Cisza, żadnej aprobaty, sauna opustoszała, jakby zaatakował ją morowy oddech covida.
W poprzednich stuleciach ludzie zmuszeni byli zadać sobie sporo trudu, by dotrzeć do rzetelnej informacji. Dzisiaj, gdy informacja dosłownie leży na ulicy, gdy dostęp do niej jest łatwy i powszechny, zadajemy sobie niewiarygodnie dużo trudu, by nie dowiedzieć się niczego, nawet przypadkiem.
Rozdarcie
Jesteśmy schizofrenicznie rozdarci – w równym stopniu powinniśmy bać się tego, co w nas zwierzęce, jak i tego, co w nas ludzkie.
Pospolita świnia
Pospolita świnia jest w żydowskiej tradycji, jak wiadomo, symbolem nieczystości i wszelkiego obrzydlistwa. Zwykle tłumaczy się to surowymi przepisami sanitarnymi, choć istnieje też inna hipoteza. Mianowicie, przekształcenie świni w symbol nieczystości miałoby być spowodowane tym, że świnia była jakoby emblematem X Legionu Fretensis, jednego z najsłynniejszych rzymskich legionów, który wziął swoją nazwę od Fretum Sicilium (kanał pomiędzy Italią a Sycylią, znany dziś pod nazwą Cieśniny Mesyńskiej). To prawda, że zdobycie i zburzenie Jerozolimy było głównie zasługą X Legionu, pozostającego wtedy pod dowództwem przyszłego cesarza Tytusa, ale emblematem tego legionu była nie świnia, lecz dzik, Sus scrofa, dumny przodek naszej świni domowej. Żydowski zakaz spożywania wieprzowiny jest zresztą znacznie starszy – już w 167 r. p.n.e. cesarz Antioch IV Epifanes (syn Antiocha Wielkiego) nakazał Żydom w Judei wykonywanie praktyk pogańskich oraz „zbezcześcił” Świątynię próbując złożyć w ofierze świnię zamiast barana. Ale jeżeli nawet założymy, że zakaz spożywania wieprzowiny był znacznie wcześniejszy i nie ma to nic wspólnego z emblematem X Legionu, to trzeba przyznać, że koincydencja ta ma dość sardoniczny wydźwięk.

Melancholia
Społeczeństwa bez wizji przyszłości przypominają pustych starych ludzi – nie mają do zaoferowania nic poza rodzajem łagodnie toksycznej melancholii. Opary nad bagnami.
Wielkoduszność
Wielkoduszność naszego gatunku. To imponujące, że homo sapiens chce tak ochoczo dzielić się swoim panowaniem nad światem z innymi gatunkami i bierze pod swoje opiekuńcze skrzydła wszystko, co jego zdaniem jest zagrożone w swoim istnieniu, poczynając od niedźwiedzia polarnego, pingwina magellana, ary hiacyntowej, kapucynki czubatej, pająka ptasznika czerwonokolanowego, aligatora amerykańskiego, lamparta plamistego, skorpiona cesarskiego, piżmowca syberyjskiego i kończąc na setkach innych stworzeń ze świata natury. To doprawdy wielki gest, hojność w historii Ziemi absolutnie niespotykana, zwłaszcza, że nasze panowanie na tej planecie ma wciąż jeszcze dość świeży rodowód. Znamy gatunki, które władały Ziemią nieporównywalnie dłużej, jak choćby dinozaury, które zasmradzały Ziemię wyziewami metanu przez ponad 170 milionów lat, i w czasie swojej długotrwałej regencji ani myślały dzielić swoje niekwestionowane władztwo z byle jakim mizernym skorpionem, krabem pacyficznym, laotańską szczuro-wiewiórką, latimerią czy innymi stworzeniami z tamtej epoki. Mikroskopijne mózgi tych olbrzymów funkcjonowały więc zadziwiająco sprawnie, chyba że przyjmiemy, że to wrodzona gadzia skromność nie pozwalała im na samozwańcze ogłoszenie swojej rasy panami wszelkiego stworzenia.
Kalendarz
Juliusz Cezar wprowadza swój kalendarz, zwany odtąd juliańskim, 1 stycznia 45 roku p. n. e. Czy jest przypadkiem, że czyni to zaraz po dłuższym pobycie w Aleksandrii, gdzie zapewne miał okazję zapoznania się z nie urzeczywistnionym nigdy projektem Ptolemeusza III, a raczej jego akademików?
Antyczny wątek
Życie z upodobaniem kopiuje swoje najbardziej chwytliwe scenariusze. Powtarza je co jakiś czas, dokonując jedynie drobnych retuszy i lekko zmieniając dekoracje. Jeżeli jakieś wątek okaże się wystarczająco atrakcyjny, by zapisać się w naszej pamięci, można być pewnym, że zaistnieje ponownie w identycznej albo bardzo podobnej formie, wcześniej czy później.
W 326 roku cesarz Konstantyn stawia swego syna, Kryspusa, przed prowincjonalnym sądem w Puli na Istrii. Kryspus zostaje osądzony, skazany na śmierć i natychmiast stracony. Cesarz zarządza również damnatio memoriae. Oznacza to, że imię skazańca ma zostać wykreślone z wszelkich oficjalnych dokumentów i napisów na monumentach, a pamięć o nim wytarta na wieki. Reakcja ta może sugerować, że Kryspus popełnił przestępstwo tak straszne, iż sama śmierć wydawała się być karą zbyt małą. Ale to nie wszystko. Niedługo potem Konstantyn nakazuje udusić swoją żonę Faustę, zamykając ją w przegrzanej łaźni parowej. Te dwa zdarzenia dzieli pewien interwał czasu, ale nawet jeżeli zamysłem Konstantyna było, by nikt tych zdarzeń nie łączył ze sobą, to nie ulega wątpliwości, że są one ze sobą ściśle związane.
Istnieje pogląd, że Fausta i Kryspus ponieśli śmierć, bowiem planowali spisek przeciw Konstantynowi. Większość historyków odrzuca go jednak i zapewne słusznie. Kryspus był cezarem, przyszłym następcą tronu, spiskując ryzykował wiele, a niewiele miał do zyskania. Sprawa tej rangi w żadnym wypadku nie byłaby też orzekana przez jakiś prowincjonalny sąd w Puli. Nie brakuje sugestii, że Konstantyn usunął Kryspusa, ponieważ był on jego synem z nieprawego związku, a to mogłoby być w przyszłości powodem kryzysu w sprawie sukcesji tronu. Ten motyw jest jeszcze mniej wiarygodny. Konstantyn posiadał dostateczną władzę, by mianować swoim spadkobiercą kogo chciał. Taka interpretacja nie tłumaczy ponadto śmierci Fausty. Nie brakuje też przypuszczeń, że cesarz obawiał się rosnącej popularności syna i jego sukcesów, ale i to łatwo podważyć. Większość współczesnych historyków uznaje, że Kryspus i Fausta rzeczywiście mieli romans, a kiedy Konstantyn został o tym poinformowany ich los był przesądzony. Nie zginęli równocześnie, to prawda, ale i nie można też wykluczyć, że śmierć Fausty została na jakiś czas odroczona z powodu ciąży. Ten argument ma swoją wagę. Daty urodzin obu córek Konstantyna i Fausty pozostają wciąż nieznane, a więc urodziny jednej z nich mogły być powodem dla którego egzekucja ich matki została chwilowo wstrzymana.
Historycy starożytni, Zosimos i Jan Zonaras, nie mieli wątpliwości, że życie po raz kolejny powieliło swój wcześniej wypróbowany scenariusz, czyli legendę o Hipolicie i Fedrze, rolę Tezeusza przeznaczając tym razem Konstantynowi. Utrzymywali, że Fausta obawiając się, iż Konstantyn, faworyzujący Kryspusa, odsunie jej synów od władzy, użyła podstępu Fedry, by pozbyć się lub zneutralizować pasierba. Wyznała młodemu cezarowi miłość, proponując skryty romans. Dalsze wypadki potoczyły się zgodnie ze starym, mitycznym scenariuszem – Kryspus prawdopodobnie wygłosił replikę Hipolita i opuścił pałac ojca, a wówczas Fausta oskarżyła go przed Konstantynem o gwałt. Konstantyn-Tezeusz także nie dokonał żadnych poprawek w swojej roli, uwierzył żonie i, w przypływie gniewu i zaślepienia, rozkazał zabić syna. Potem, wciąż zgodnie z pierwotną wersją tego scenariusza, musiał dowiedzieć się prawdy i zabić swoją żonę. Tak to przedstawia Zosimos w jego „Nowej historii”: Podejrzewał syna, Kryspusa, podniesionego, jak powiedziałem wcześniej, do godności cezara, o powiązania z jego macochą Faustą; zgładził go nie zważając na żadne prawa natury. Helena, matka Konstantyna, była oburzona z powodu tak wielkiego okrucieństwa i trudno jej było pogodzić się z zamordowaniem młodzieńca. Konstantyn niby mając zamiar ją pocieszyć, uleczyć zło jeszcze większym złem. Rozkazał nagrzać łaźnię do temperatury wyższej niż zwykle, umieścił w niej Faustę i kazał wynieść dopiero po śmierci.
Najciekawszy w tej historii jest jednak nie tyle ów antyczny wątek, rozegrany dla odmiany w bizantyjskiej scenerii, co jego całkiem nieoczekiwane konsekwencje. Zdaniem Zosimosa był to bowiem punkt zwrotny tamtych czasów. Konstantyn, nie znajdując kapłanów pogańskich gotowych oczyścić go z tej zbrodni, zwraca się wtedy ku chrześcijaństwu: Zdając sobie z tego sprawę, zwłaszcza z lekceważenia przysiąg, udał się do kapłanów prosząc o ofiary oczyszczające za swoje występki. Oni zaś odpowiedzieli, że nie istnieje sposób oczyszczenia, który by zdołał zgładzić tak ciężkie przewinienia. Przybył wtedy jakiś Egipcjanin z Hiszpanii i zawarł znajomość z kobietami z dworu cesarskiego. Spotkał Konstantyna i zapewnił, że wiara chrześcijan gładzi każde przewinienie oraz obiecuje, że jeśli niewierzący nawrócą się na nią, natychmiast zostaną oczyszczeni z każdej winy. To, że Konstantyn rozpaczliwie poszukiwał pokuty oczyszczającej po zamordowaniu Kryspusa, potwierdza wielu ówczesnych historyków i niemal wszyscy oni obarczają go odpowiedzialnością za upadek tradycyjnej religijności i za schyłek rzymskiej kultury, podczas gdy tradycja chrześcijańska od IV wieku uważa go za świętego. Bardzo możliwe więc, że tym, co otworzyło przed raczkującym chrześcijaństwem drzwi do historii nie była wizji krzyża, której Konstantyn doznał podobno przed bitwą przy moście Mulwijskim, lecz zwyczajne zabójstwo. Powód mało zaszczytny, ale przynajmniej nie uwłaczający niczyjej inteligencji. W końcu wiara chrześcijan gładzi każde przewinienie, jak pisze Zosimos.
Intelekt
Aleksander Wat w „Moim wieku” wystawia Dzierżyńskiemu opinię człowieka o „gołębim sercu”, kochającego dzieci, a postawienie go na czele zbrodniczej Czeki przypisuje wyjątkowej perfidii Lenina, chętnie stosującego ten rodzaj komunistycznej przewrotności, bowiem niszczył on skutecznie nawet najszlachetniejsze charaktery. Diametralnie inne zdanie o Dzierżyńskim ma Ferdynand Ossendowski. Twierdził on, że nawet Lenin unikał wizyt w osławionej siedzibie Czeki na Łubiance, bowiem władał tam człowiek ogarnięty żądzą mordu, zły, nieobliczalny i szalony. Czytając „Mój wiek” ponownie znajduję tam tyle naiwności, że po 250 stronach odstawiam tę książkę na półkę, rozważając, czy po prostu nie wyrzucić jej na śmietnik. Jedyną zaletą, wynikającą tej lektury, jest zrozumienie przyczyny, która zawsze pozwalała, i wciąż pozwala, obywać się intelektualistom bez rozumu. Nie potrzebują rozumu. Mają intelekt.
Trzęsienia ziemi
Zygmunt Gloger „Słownik rzeczy starożytnych”: Trzęsienia ziemi w Polsce. Od tych zaburzeń wnętrza kuli ziemskiej nie były wolne krainy polskie, aczkolwiek nawiedzane przez nie rzadko i niezbyt szkodliwie. Kronikarze nasi a zwłaszcza Długosz, który zebrał wiadomości ze źródeł dawniejszych, następujące podają daty o trzęsieniach ziemi w Polsce: 1) „Rok 1000-ny przyniósł z sobą wiele osobliwszych zjawisk, a zwłaszcza trzęsienie ziemi pełne groźby i postrachu“. 2) „D. 5 maja r. 1200 trzęsienie ziemi w Polsce i krajach przyległych, przypadłe w samo południe i w następnych dniach po kilkakroć powtarzające się, wiele powywracało wież, domów i grodów, co iż w polskim kraju rzadko się wydarza, wzięte było za dziw wielki, a niektórych przesadną napełniło trwogą“. 3) Dnia 31 stycznia r. 1257, około godziny zwanej tercyą (hora tertiarum), w Krakowie i we wszystkich miastach i krainach polskich było trzęsienie ziemi, które u Polaków, niezwyczajnych takiego zjawiska, stało się dziwem straszliwym“. 4) „Roku 1258 było trzęsienie ziemi, które się dało uczuć w całej Polsce, a także w Czechach, Rusi i Węgrzech“. 5) „Dnia 5 czerwca r. 1443 było trzęsienie ziemi w Polsce, Węgrzech, Czechach i krajach sąsiednich tak gwałtowne, że wieże i gmachy murowane upadały na ziemię i najtrwalsze waliły się budowy; rzeki powystępowały ze swoich łożysk i wylawszy na obie strony, ukazały dna suche, a wody wszystko zmuliły; ludzie nagłym strachem zdjęci, od zmysłów i rozumu odchodzili. Runęło od tego trzęsienia ziemi w nocy sklepienie św. Katarzyny przy klasztorze braci pustelniczych św. Augustyna na Kazimierzu (w Krakowie) i wiele innych pozwalało się budynków. Mocniejsze jednak było trzęsienie ziemi w Węgrzech, gdzie się nawet zamki niektóre powywracały“. W Polsce mniemano, że od tego trzęsienia ziemia stała się mniej urodzajną i przez wiele lat potem obficie kąkol, chwasty i pszenicę ze śniecią rodziła.
Szacunek
Jeszcze do niedawna większość naszych społeczeństw starała się wymóc bezwarunkowy szacunek dla ludzi starych. Ludziom starym należało okazywać szacunek tylko i wyłącznie z tego powodu, że są starzy. Szacunek był więc rodzajem szczególnej premii, przyznawanej tym, którzy zdołali dożyć późnych lat. Przekonanie to, w szczątkowej formie, przetrwało nawet do dzisiaj, chociaż dzisiaj nasz wiek nie jest już zasługą wyłącznie naszą i naszych genów. Aborygeni także żywili zawsze szacunek dla ludzi starych, chociaż w ich społeczeństwie szacunek ten nigdy nie był bezwarunkowy. Ludzie starzy mogli cieszyć się nim tylko wówczas i tylko tak długo, jak na to zasługiwali. Ich czyny i postawa decydowały, jak będą odbierani i traktowani przez innych, niezależnie od pozycji czy wieku. U Aborygenów nigdy nie było to wartością stałą. Ich stosunek do innych przeobrażał się w zależności od chwilowych powiązań, a te, jak wiemy, zmieniają się nie tylko wraz z wiekiem, ale i okolicznościami. Mądre.
Powrót do natury
Cywilizacja to żmudne dążenie człowieka do uniezależniania się od Natury – innymi słowy, uwolnienia się od kaprysów klimatu, od przewrotności przyrody, od życia w nieustannym zagrożeniu. Cywilizacja to próba zapanowania nad swoim otoczeniem i światem, próba uczynienia życia dobrym lub przynajmniej znośnym. Czymże więc jest lansowana obecnie idea „powrotu do natury”? Jest to par excellence propozycja demontażu cywilizacji. Nie można bowiem wrócić do natury nie niszcząc cywilizacji. Cywilizować znaczy poskramiać naturę, dostosowywać ją do ludzkich potrzeb i wymagań. Powrót do natury zaś to wygaszanie cywilizacyjnych zdobyczy i udogodnień. Powinniśmy przestać wznosić domy, eksploatować zasoby naturalne, przestać budować drogi i mosty, porzucić naukę, zaniechać produkcji leków, zniszczyć większość naszych ekstensji, wyciemnić miasta, zlikwidować emisję gazów spalinowych, czyli ograniczyć wszelkie środki transportu, zlikwidować produkcję mięsa, skasować elektrownie, etc. Triada głoszona przez domorosłych ekologów, kryptotchórzy i samobójców, czyli powrót do natury, życie zgodne z naturą i ratowanie natury, to doskonale puste frazesy, pseudointelektualne wydmuszki, które tylko idioci mogą brać na poważnie. Nie można zatrzymać naszej wędrówki, nie można jej nawet wyhamować, nie mamy na to wpływu. Żyjąc zużywany życie, dylemat Rafaela de Valentin, nasz cywilizacyjny szagryn kurczy się także, kurczy się z każdym przeżytym dniem, a mimo tego jedyne, co nam pozostało, to iść jeszcze szybciej, sięgać jeszcze dalej, myśleć jeszcze odważniej, nie oglądać się za siebie i zawsze pamiętać, że egzystujemy nie dzięki Naturze, lecz dlatego, że kiedyś zdołaliśmy ją opuścić. Nie ma powrotu do Natury, tak jak nie ma powrotu do dzieciństwa. Można iść do tyłu, ale nigdy wstecz. Natura nas nie ocali – nasza szansa na ocalenie to cywilizacja.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.