Dobra, cicha metoda

W roku 1571 flota turecka złożona z 360 okrętów zbliżyła się do Cypru i dokonała desantu koło miasta Limassol. Co ironiczne, ludność grecka, licząc na poprawę sytuacji gospodarczej, sprzyjała Turkom i sama poddała Pafos, Limassol i Larnakę. Wojna trwała jednak jeszcze ponad rok i rozstrzygnęła się dopiero po upadku oblężonej przez 50 dni Nikozji 9 września 1570 r. Najdłużej broniła się Famagusta – aż do 6 sierpnia 1571 r.

Pierwszy turecki spis przeprowadzony właśnie w 1571 r. wykazał, że na Cyprze mieszkało wówczas około 180 tys. osób, z czego 150 tys. to ludność miejscowa (w większości Grecy), a 30 tys. osób stanowili … wojskowi tureccy.  To oni zostali pierwszymi osadnikami, otrzymując nadania ziemi w uznaniu za zasługi wojenne. Ta skromna początkowo grupa osób poza rolą kolonizacyjną miała także za zadanie zbrojną ochronę wyspy, ale już w kolejnych latach tureckiego panowania przymusowo przesiedlono z biednych obszarów Anatolii i Rumelii kolejne 30 tys. ludzi, by zagospodarować włości porzucone przez łacinników. Wraz z garnizonem wojsk tureckich populacja Turków stała się w ten sposób drugą po Grekach grupą etniczną na Cyprze.

To stara, wypróbowana metoda muzułmanów – korzystali z niej wielokrotnie na przestrzeni wieków. Zwykle nie pamiętamy albo też po prostu nie wiemy, że na przykład jeszcze w wieku XI Anatolia była grecka i arcychrześcijańska, ale już dwa wieki później zaczynają w niej  przeważać muzułmanie. Dzisiaj chrześcijanie nie stanowią tam nawet promila populacji.

Metoda podmiany populacji to okrutna, ale cicha metoda. Dzisiaj obserwujemy ją w Belgii. W samej Brukseli 73% dzieci i nastolatków do 17 roku życia ma już pochodzenie spoza EU. Dzieci belgijskie to jedynie 10%. Etniczni Belgowie w regionie stołecznym stanowią jedynie 22%. Łączna populacja Belgii to 11,8 mln, z czego niemal 3 mln to obywatele pochodzenia niebelgijskiego i ponad 2 mln to migranci bez obywatelstwa. W ramach programu łączenia rodzin każdego roku przybywa 60 tys. osób, głównie Arabów. W Belgii podmiana populacji nie jest więc już teorią, lecz faktem dokonanym. Może to już najwyższy czas, by pomyśleć o przeniesieniu głównej siedziby NATO na przykład do Warszawy lub Wilna?

Co wiedzą dzieci

Głodujące dzieci w Gazie nie wiedzą, co to jest Hamas – powiedział niedawno aktualny szef polskiej dyplomacji, p. Sikorski. Niestety, p. Sikorski zdaje się szybciej pisze niż myśli, co w pewnych sytuacjach może być nawet zaletą, aczkolwiek niekoniecznie, gdy jest się ministrem spraw zagranicznych. Prawdą jest bowiem, że głodujące dzieci w Gazie doskonale wiedzą, co to jest Hamas. Zostały świetnie wyszkolone i kiedy tę nieludzką indoktrynację stosowano na nich, p. Sikorski jakoś nie stawał w ich obronie.

Niefortunna wypowiedź polskiego ministra spotkała się z wyważoną i mądrą ripostą Toma Rose, ambasadora USA w Polsce: „Jak Pan dobrze wie, historia nie zna precedensu, w którym grupa terrorystyczna prowadzi wojnę w celu jawnego unicestwienia suwerennego państwa, osadza się wśród ludności cywilnej, a następnie polega na tym państwie w kwestii zaopatrzenia w żywność, wodę i paliwo.”

Warto w tym miejscu zauważyć, Tom Rose, z właściwym mu taktem, raczył nie wspomnieć o tym, że kraje europejskie, w tym i Polska, zaopatrują hamasowskich terrorystów w środki na zakup najnowocześniejszej broni. Konsekwentnie, co roku, od wielu lat.

Ochlokracja

Arystoteles uważał, że w demokracji zawarty jest pewien właściwy arystokracji elitaryzm (w najlepszym tego słowa znaczeniu), który przejawia się etyką i transparentnością w życiu publicznym. Warunkiem jest oparcie demokracji o silną klasę średnią. Nie był jednak zwolennikiem prawa głosu dla każdego obywatela. Uważał, że o prawie posiadania głosu powinien decydować pewien, choćby niewielki nawet cenzus majątkowy. W przeciwnym wypadku, jego zdaniem, demokracja mogła bardzo łatwo przerodzić się w tzw. ochlokrację, w rządy plebsu i motłochu, kierowanego najniższymi pobudkami, a więc dokładnie w to, co obecnie obserwujemy w Polsce.   

Czarni łowcy niewolników

Ostatnio Unia Afrykańska coraz głośniej domaga się reparacji za dawny handel niewolnikami i wszystkie kolonialne krzywdyKomisja Reparacyjna wyliczyła straty na astronomiczną sumę 1,37 biliarda dolarów. Ich żądania dotyczą głównie rekompensaty finansowej, ale też formalnego uznania nadużyć i reformy w międzynarodowych instytucjach, przez co należy rozumieć znacznie większej ilości miejsc dla przedstawicieli Afryki w ONZ. Czy słusznie?

Wbrew temu, co sądzą i głoszą zacietrzewieni hunwejbini europejskiego prezentyzmu niewolnictwo u swoich początków nie posiadało żadnych konotacji rasowych czy etnicznych. Niewolnikiem mógł stać się każdy, kto popadł w niewolę. Konotacje rasowe związane z tym zjawiskiem pojawiają się dopiero w epoce nowożytnej, prawdopodobnie wraz z rozwojem transatlantyckiego handlu ludźmi, a więc mniej więcej od XVI wieku. Wiemy również, że niewolnictwo afrykańskie nigdy nie zdołałoby przybrać tak olbrzymich rozmiarów, gdyby nie entuzjastyczny wręcz współudział niektórych afrykańskich plemion, zwłaszcza ludu Ashanti z dzisiejszej Ghany czy Yoruba z Nigerii. Plemiona Imbangala z Angoli i Nyamwezi z Tanzanii specjalizowały się w wywoływaniu lokalnych wojen i konfliktów, bo to dostarczało im okazji do chwytania ludzi i sprzedawania ich jako niewolników. Brytyjscy historycy John Thornton i Linda Heywood udowodnili, że 90 procent ludzi wysłanych przez Atlantyk do Ameryki zostało schwytanych przez ich czarnoskórych pobratymców. Wyprawy łowców niewolników były organizowane również przez afrykańskie królestwa Kongo, Futa Toro, Koya, Khasso, Kaabu, konfederacje Fante i wyżej wspomnianych Ashanti – bez ich kolaboracji z arabskimi i europejskimi handlarzami chwytanie i wysyłanie niewolników do Nowego Świata byłoby prawie niemożliwe.

W zachodniej Afryce już w średniowieczu funkcjonowały wielkie targowiska niewolników w Aodaghost, Dżenne, Gao i Timbuktu. Karawany z żywym towarem wędrowały stamtąd przez Saharę w kierunku Marrakeszu, Algieru, Tunisu i Kairu. Jeden ze szlaków kończył się w Sawakin nad Morzem Czerwonym i w Zeili w sułtanacie Adal, skąd niewolnicy byli transportowani do Dżuddy i Adenu na Półwyspie Arabskim oraz do Zatoki Perskiej. Porty ze wschodniego wybrzeża, Mogadiszu, Malindi, Kilwa czy Zanzibar, zajmowały się wysyłaniem niewolników m.in. do Indii. Wśród handlarzy niewolnikami wyjątkowo ponurą sławę zyskał czarnoskóry Hamad bin Muhammad, wśród rdzennych mieszkańców Afryki Wschodniej znany lepiej jako Tippu Tib, który w szczytowym okresie jego kariery był właścicielem 10 tys. niewolników. Jego matka, Bint Habib bin Bushir, była Arabką z Maskatu, natomiast jego ojciec i dziadek ze strony ojca byli nadmorskimi Suahili.

W XIX wieku brytyjska dyplomacja podjęła w Afryce Wschodniej działania, by stopniowo znieść handel niewolnikami. W wyniku nacisków na islamskich władców tego regionu udało się zawrzeć trzy traktaty. Były to: porozumienie Moresby’ego z 1822 r., porozumienie Hamertona z 1845 r. i wreszcie porozumienie z 5 czerwca 1873 r., podpisane przez brytyjskiego konsula w Zanzibarze Johna Kirka i sułtana Zanzibaru Bargasza, które uczyniło handel niewolnikami nielegalnym. Do 1889 r. wszyscy byli niewolnicy stali się ludźmi wolnymi, a w 1907 r. status niewolnika został całkowicie zniesiony w Brytyjskiej Afryce Wschodniej. Nie wszyscy europejscy koloniści postępowali w ten sposób. Niechlubny wyjątek stanowili, jak zwykle, Niemcy. W rządzonej przez nich Tanganice niewolnictwo zostało oficjalnie zniesione dopiero w 1922 r. wraz z objęciem tego kraju protektoratem brytyjskim.

Warto tu przypomnieć, że niewolnictwo nie było zjawiskiem, które obejmowało wyłącznie czarnych. Mieliśmy w historii bardzo długie okresy, kiedy to Afrykanie porywali ludzi z Europy i handlowali nimi jako niewolnikami. Tak postępowali, i to przez wiele stuleci, czyli mniej więcej od XI do początków XIX wieku, berberyjscy piraci. Z baz w portach Maroka, Algieru, Tunisu czy Trypolisu niemal regularnie dokonywali napadów na nadmorskie miejscowości na północno-zachodnim wybrzeżu Atlantyku i południowo-zachodnim wybrzeżu Morza Śródziemnego. Celem była grabież i, przede wszystkim, pojmanie jak największej liczby chrześcijańskich niewolników, którymi handlowano następnie na licznych targowiskach północnej Afryki, głównie w Marrakesz, Fez Trypolis i Salè. Bandyci z Afryki Północnej atakowali również, i to przez setki lat, wybrzeże południowo-zachodniej Anglii, portowe miasteczka Irlandii, Szkocji, Devonu i Kornwalii. Istnieją poszlaki, że docierali aż do Islandii. Nie istnieją żadne udokumentowane statystyki, ale wylicza się, że między XVI a XIX wiekiem Berberowie uprowadzili i sprzedali na targowiskach Afryki Północnej i w innych regionach imperium osmańskiego około półtora miliona Europejczyków.

Komisja Reparacyjna Unii Afrykańskiej domaga się więc niemal kosmicznego odszkodowania za doznane krzywdy, ale czy cała ta kwestia jest rzeczywiście tak oczywista, jak próbują to przedstawić?

Wielki mały świat

Dzisiaj mamy sławnych pisarzy, ale nie ma pisarzy wielkich. Są znakomici wykonawcy, ale nie ma już wielkich kompozytorów. Są świetni aktorzy, nie ma jednak wielkich dramaturgów. Jest malarstwo, ale nie ma wielkich malarzy. Powód? W świecie, gdzie wszystko jest względne, nie może powstać nic wielkiego. W świecie, gdzie wszystko jest względne wielkie są tylko stadiony piłkarskie.  

Teza Bouldinga

Kenneth Ewart Boulding, amerykański ekonomista, edukator, działacz pokojowy i filozof uważał, że każdy, kto wierzy w nieograniczony rozwój czegokolwiek fizycznego na fizycznie skończonej planecie, jest albo szaleńcem albo ekonomistą”. Ta myśl mnie przekonuje.

Polski sen o Noblu

Przypadkiem Józef Hen, polski pisarz z żydowskim rodowodem, fragmenty jego dzienników. Zaskakuje mnie z jaką nadzieją co roku wyczekuje na decyzje Komisji Noblowskiej, jaki jest podniecony i zdenerwowany. Pisze o tym niby lekko, ale wyczuwa się, jak ciężkie to dla niego przeżycie. I ten zawód, którego nie potrafi ukryć, że i tym razem też został pominięty. Wiele bardzo źle przespanych nocy, jeszcze więcej nerwów i rozczarowań. Facet ma już ponad sto lat, sprawdziłem, uważam, że zanim odejdzie absolutnie powinien dostać jakiegoś Nobla, choćby honorowego, choćby za wytrwałość, za tzw. całokształt twórczości, za wysługę lat, za cokolwiek zresztą. Gdyby członkowie Komisji Noblowskiej mieli serca, na pewno skróciliby jego męki. Obawiam się jednak, że nie mają.

Inna sprawa, że Hen nie jest w tej namiętności do Nobla całkiem odosobniony – podobne cierpienia przeżywali Andrzejewski, Dąbrowska, Orzeszkowa, Konwicki, Gombrowicz, który wcale tego nie ukrywał. Marzenia o Noblu nie opuszczały również  Iwaszkiewicza. Podobno nie mógł darować Jerzemu Andrzejewskiemu udziału w tworzeniu KOR, bowiem doszły go słuchy, iż represje przeciw autorowi „Popiołu i diamentu” bardzo mogą mu pomóc zdobyć Nobla. Nobel był tym czego Iwaszkiewicz pragnął najbardziej i nigdy nie otrzymał. Jak wielkie było to marzenie, potwierdza reakcja odnotowana przez Tadeusza Kwiatkowskiego, gdy władze ZSRR w roku 1969 przyznały Iwaszkiewiczowi Leninowską Nagrodę Pokoju. „Nie mogę odmówić, ale spadło to na mnie jak nieszczęście” – skarżył się autor „Sławy i chwały” przekonany, że ten wysoce nieszczęsny moskiewski zaszczyt znacznie osłabi jego szansę na upragnionego Nobla.

44 lata

Dzisiaj miną 44 lata od dnia wprowadzenia stanu wojennego w Polsce (północ między 12 a 13 grudnia 1981, z soboty na niedzielę). Tej przeraźliwie mroźnej i śnieżnej nocy miałem 30 lat. Moja żona miała 32 lata, a nasz syn 5 lat. Tej nocy, bezprawnie wyrwany z mego życia, znalazłem się w więzieniu. Było to bez mała pół wieku temu, wydawałoby się, że w jakiejś archaicznej epoce, a to zapewne z tego powodu, że od tamtej pory świat zmienił się radykalnie, a kiedy świat zmienia się radykalnie, kiedy rzeczywistość przekształca się tak bardzo, niezależnie od charakteru tych przekształceń, wówczas czas nabiera szalonej głębi i nawet to wszystko, co zdarzyło się przed tygodniem sprawia wrażenie jakiejś dalekiej i zapomnianej przeszłości. Przed kilkuset laty wracając po długiej nieobecności do domu zastawało się mniej więcej to, co opuściliśmy wyjeżdżając z niego – dzisiaj nie można być tego pewnym wracając do domu nawet po dwutygodniowych wakacjach. 44 lata, w których całkowicie zmienił się otaczający nas świat i równie bardzo my sami i nie myślę tu o tym, że przybyło nam zmarszczek i różnych blizn, bo nie ma w tym nic dziwnego – żyjąc zużywamy życie, jak słusznie zauważył Balzac. Myślę o tym, czym musieliśmy się stać, a jeszcze dokładniej o tym, czym stać się nie mogliśmy. I nie wiem, czego bardziej mi żal.

Miasto 2

Sprzedawca ze sklepiku z tytoniem miał rację. Mój hotel nie zdążył umknąć zbyt daleko. Znalazłem go bez trudu, chociaż teraz, obrócony o jakieś dwadzieścia, może trzydzieści stopni, wyglądał z tego kąta nieco inaczej i niewiele brakowało, a byłbym go przeoczył. Inna sprawa, że hotelowy budynek, poza nieznośnie koślawym neonem na dachu, którego litery wydają się imitować chińskie pismo trawiaste, niewiele różnił się od pozostałych domów na tej ulicy. Ale przyznaję, że ucieszył mnie jego widok, a jego pokraczna bryłowatość prawie mnie rozczuliła. Odczułem coś w rodzaju dumy i ulgi jednocześnie, trochę jak ktoś, kto odważył się dokonać czegoś, o czym już myślał, że jest to niewykonalne i niemożliwe. Było to tym przyjemniejsze, że wcześniej, w momencie, gdy odkryłem, że hotel zniknął, znajdowałem się, co tu ukrywać, na skraju paniki. Pierwsze kroki w hotelu skierowałem więc w stronę baru i zażyczyłem sobie zasłużonej premii w postaci podwójnego Bourbona. Smakował jak nigdy, smakował wyśmienicie. Sącząc go powoli pomyślałem, że w recepcji na pewno znajdę jakąś instrukcję, może jakiś folder opisujący te metamorfozy, coś, co przybyszom z innych stron pomaga w nawigacji po tym dziwnym mieście. Nie myliłem się. Recepcjonista, gibki i sprężysty niczym komandos z Delta Force, pachniał tanią, sportową wodą kolońską, ale był elokwentny i usłużny. Tak, naturalnie, mają, choć pożytek z tego prawie żaden – może jedynie numer telefonu, pod który należy dzwonić w razie kłopotów, by specjalna służba hotelowa mogła do ciebie dotrzeć i bezpiecznie dostarczyć na powrót do hotelu. Oczywiście, pod warunkiem, że zdołają odszukać delikwenta, co nie zawsze jest proste, bowiem niektórzy ludzie, przestraszeni i zdezorientowani, opisują swoje aktualne położenie tak nieprecyzyjnie czy zgoła błędnie, że odnalezienie ich zabiera dosłownie całą wieczność. Poza tym nie ma nic godnego uwagi w tym informatorze i chyba być nie może, bo właściwie nikt do końca nie zna tego fenomenu, nikt nie zdołał sensownie wyjaśnić na czym on polega czy rządzi się jakąś zasadą, czy jest w tym wszystkim jakiś wspólny mianownik, czy jest to zjawisko czysto fizyczne czy może tylko rodzaj naszych rojeń, skoro od dawna już wiadomo, że każdy z nas nieco inaczej postrzega i odbiera te przemiany. Wiemy tylko, że każdy musi nauczyć się żyć z tym na własny sposób, popełniając swoje własne błędy, czyniąc swoje własne odkrycia, padając, potykając się, klucząc i każdego dnia zaczynając wciąż od nowa. Nie, nie ma żadnego vademecum miasta, żadnego bedekera, żadnych map i niewiele pożytecznych wskazówek, chociaż niemal na każdym rogu ulicy można ujrzeć szyld reklamujący usługi jakiegoś znachora od miasta, jakiegoś miejskiego terapeuty czy innego astrologa. I ludzie nabierają się na to i potem jeszcze bardziej nie wiedzą, jak w tym mieście żyć.

Ja, na przykład – powiedział – prawie nigdy nie mam z tym problemu. Natychmiast czuję, co się zmieniło, zaraz wiem, czy to drobna czy wielka zmiana, odbieram rozbieżności ledwo zauważalne gołym okiem, jakieś drzewo, które nie stoi w tym miejscu w którym stało, jakiś pomnik czy rzeźbę, które nieoczekiwanie pojawiają się na innym skwerze, to, co ludzie zwykle mijają obojętnie. Nie wiem, skąd to mam. Intuicja, instynkt, jakkolwiek to nazwać, ale mylę się bardzo rzadko, prawie nigdy, no, może czasem jakiś drobny lapsus, też spowodowany przez chwilowe roztargnienie czy nieuwagę, ale poza tym poruszam się po mieście bez najmniejszych kłopotów, prawie jak po sznurku. Moja dziewczyna twierdzi, że wyczuwam miasto, że mam taki specjalny dar, że jestem jednym z tych, którzy są niczym stworzeni, by tu przebywać, choć ja, w przeciwieństwie do niej, nie jestem miejscowy i trafiłem tu całkiem przypadkiem. Nie wszyscy jednak mają tak lekko jak ja. Są ludzie, którzy urodzili się w mieście albo mieszkają tu od dziesiątków lat, a mimo tego nie czują miasta, nie umieją go czytać, gubią się, popełniają błędy, błądzą każdego dnia, a każdą drobna nawet przemianę traktują jak katastrofę. Miasto, to zmieniające się wciąż, cudowne i kapryśne miasto jest dla nich jak zesłanie, banicja i niczym niezasłużone cierpienie. Wielu, bardzo wielu opuszcza miasto z własnej woli, nie wytrzymują, nie dają rady, rezygnują i poddają się. Inni, mniej odważni, pozostają, ale męczą się przez całe życie, każdego dnia przeklinając swoją niepewną egzystencję i każdego dnia na nowo poszukując drogi do domu …  

Miasto

W foyer hotelu zauważyłem, że moja paczka papierosów jest już niemal pusta. W recepcji powiedziano mi, że nie prowadzą sprzedaży tytoniu, ale dokładnie naprzeciwko hotelu, po drugiej stronie ulicy, znajduje się doskonale zaopatrzony butik z papierosami. I tak było. Znalazłem tam nawet moje ulubione Morleye. Opuszczając sklep, zastygłem ze zdziwienia. Mój hotel, który znajdował się w odległości nie większej niż kilkadziesiąt metrów, po prostu zniknął. Powinien być przed moimi oczyma, ale go nie było. Wyparował, zniknął bez śladu, rozpłynął się w powietrzu. Przez chwilę rozważałem, czy jestem przy zdrowych zmysłach, czy zostałem przeniesiony w czasie, czy może straciłem wzrok i to, co widzę to fantasmagoria, złudny wytwór mego mózgu, który rozpaczliwie szuka jakiegoś pocieszenia … Hotelu w każdym bądź razie nie było. Stałem przez moment całkiem osłupiały i bezradny, a potem wróciłem nieśmiało do sklepiku. Mężczyzna za ladą nie okazał zdziwienia, nie okazał zdziwienia nawet wtedy, gdy zapytałem go ostrożnie, czy nie wie może przypadkiem, gdzie podział się ten hotel, który jeszcze chwilę temu znajdował się dokładnie naprzeciwko jego lokalu. Uśmiechnął się wyrozumiale.

– Kiedy pan tu wrócił – powiedział – pomyślałem od razu, że jest pan przyjezdny. My zawsze rozpoznajemy przyjezdnych. Najwyraźniej nie powiedziano panu, że nasze miasto jest nieco dziwne, jeśli można to tak określić. Ono, mianowicie, ma tendencję do tego, by nieustannie zmieniać formę. Naturalnie, są takie okresy, choć stosunkowo krótkie, gdy pozostaje takie samo, ale trwa to dwa, trzy dni, czasem kilkanaście godzin. Starzy mieszkańcy twierdzą, że kiedyś potrafiło być stałe nawet przez tydzień, a rekordem, dumnie zapisanym nawet w głównej sali Ratusza, jest okres dokładnie trzech tygodni, gdy miasto nie zmieniło się ani na trochę. Podobno niektórzy uwierzyli wtedy, że to już zawsze tak będzie. Ale to było bardzo, bardzo dawno temu i od tamtego wydarzenia nic podobnego nie powtórzyło się już nigdy. Można nawet powiedzieć, że tempo zmian jest coraz szybsze w ostatnich latach. Teraz miasto zmienia się nawet kilka razy dziennie i, ukończywszy pracę, nie zawsze wiem, ile czasu zabierze mi dotarcie do domu, kiedy zdołam go odszukać, chociaż opanowałem tę sztukę całkiem nieźle i zwykle nie mam większych problemów. Nie mogę jednak powiedzieć, by Miasto nie zaskakiwało mnie czasem. O tak! zaskakuje, wciąż zaskakuje, zdarza się, że muszę nagłowić się porządnie, zanim rozwiążę zagadkę.  A ileż razy zmarnowałem całe noce na daremnych poszukiwaniach ! Pamiętam, że kiedyś przez trzy kolejne noce nie mogłem dotrzeć do domu i byłem już bliski histerii. Pomógł mi, całkiem nieoczekiwanie, jeden z moich sąsiadów, który spotkał mnie nad ranem, gdy wyszedł na spacer ze swoim psem. Okazało się potem, że cały czas byłem tuż, tuż, ale wie pan, w panice wszystko wygląda inaczej. Ten sam problem mamy z dotarciem rano do pracy, na przykład ja do mego sklepu, choć w poranki miasto nie zmienia się tak często. Pewnie nie zdążył pan jeszcze zauważyć, że zlikwidowaliśmy nawet tabliczki z godzinami otwarcia, ale tak jest wygodniej, bo nie zawsze człowiek zdąży na czas. Tyle że my, stali mieszkańcy, radzimy sobie jakoś. Wiemy, że te zmiany, przesunięcia czy odkształcenia mają jednak pewne stałe reguły, prawidłowości, i dzięki temu na przykład w przypadku pańskiego hotelu zgaduję, że musiał przesunąć się kilka, a może nawet kilkanaście ulic na prawo, na pewno nie na lewo, lecz właśnie na prawo, choć nie jest wykluczone, że mógł też przemieścić się nieco w głąb. W obu przypadkach dystans nie powinien być duży i jeśli uda się pan teraz na prawo, co wyżej kilkaset metrów, sądzę, że znajdzie go pan bez większego trudu. Gdybym jednak nie miał racji, niech pan wróci tutaj, w to samo miejsce i stąd uda się następnie w głąb, tylko kilka ulic, nie więcej, choć mógłbym się założyć, że nie będzie to konieczne …

cdn.

Gęstość pamięci

Dla młodego człowieka rok jest niemal wiecznością, dla ludzi starych mgnieniem oka. Co powoduje, że czas wydaje się przyśpieszać wraz z upływem lat? Nauka utrzymuje, że złudzenie to wywołane jest „zmniejszeniem gęstości pamięci”, przez co należy rozumieć, że z latami mózg koduje coraz mniej detali dnia codziennego, mapa naszych wspomnień nie jest już tak wypełniona, coraz więcej w niej białych plam i w konsekwencji przeżyty okres sprawia wrażenie znacznie krótszego. Podobno nie ubywa nam wspomnień, są one jednak mniej wypełnione drobnymi szczegółami i detalami, a i ich raster nie jest już tak gęsty.

Możliwe, że tak jest, możliwe, że „gęstość pamięci” nie jest już tak „gęsta”, gdy stajemy się starzy. Ale można to zobaczyć również z innego point of view: gdy masz 10 lat, to jeden rok jest aż 1/10 twego istnienia, a 1/10 część to nieskończenie dużo, jeżeli porównać to z sytuacją, gdy masz 70 lat, bo w tej sytuacji jeden rok stanowi tylko 1/70 część twego życia, czyli nieskończenie mało. 

Pterodaktyl

Ten gołąb nieustannie przylatywał na mój parapet. Gruchotał na nim, zasrywał go, gził się z gołębicami, bezczelnie zwabiając je na mój parapet, całkiem jakby to była jego prywatna garsoniera. Kompletnie ignorował moje protesty, klaskanie w dłonie, pokrzykiwania czy wymachiwanie ramionami – manifestacyjnie odwracał się ogonem do mnie i udawał, że ani mnie nie widzi ani nie słyszy. Zarozumiały pterodaktyl.

Pewnego dnia miałem tego dość. Przypomniałem sobie, że gdzieś na półkach, za książkami, mam pistolet, podarowany mi kiedyś przez znajomego. Nie, żaden prawdziwy pistolet, taki na śrut, Rabbit Magnum kaliber 4,5. Wyciągnąłem go, naładowałem, otworzyłem okno, wycelowałem w paskudnego gołębia, bo ten akurat znów bezczelnie rozpychał się na moim parapecie i zamierzał osrać go po raz tysięczny. Dałem mu jednak szansę. Powiedziałem krótko: „Zjeżdżaj”. Gołąb skrzywił się ironicznie i prowokacyjnie zapytał: „Wiesz, że będzie to morderstwo z zimną krwią?”. „Spieprzaj, Dodo” – odparłem. Bydlak jednak nawet nie wzruszył skrzydłami, zastrzeliłem go więc, mierząc prosto w jego miękki i durny łeb. Nie znam się na mimice gołębi, ale wydaje mi się, że był raczej solidnie zdziwiony.

Arcydzieło

Dzisiaj nie chodzi już o arcydzieło. Symbolem naszych czasów jest przebój, produkt jednorazowego użytku, celulozowa chusteczka higieniczna, którą wyrzucamy natychmiast po wytarciu nosa. W tej sytuacji ideałem musi więc być taki czytelnik, który nie poświęca zbyt wiele czasu na jedną i tę samą książkę. W kolejce czekają wciąż następne i następne, a i ich istnienie również nie powinno być dłuższe niż życie motyla bielinka. Mechanizmy rynkowe i promocyjne nie dopuszczają innych opcji. Książki stały się towarem, towarem jak coca-cola, dezodoranty, prezerwatywy czy tampony i nie przypadkiem sprzedaje się je w supersamach, upchnięte gdzieś między adidasami a homogenizowanym serkiem. Jej dawne sanktuaria, księgarnie, znikają z dnia na dzień i zapewne wkrótce podzielą los budek telefonicznych, portfeli czy pocztowych skrzynek. Chociaż więc w bibliotekach nie brakuje dobrych, a nawet znakomitych powieści, czytelnicy polują głównie na nowości. „Nigdy nie czytaj książki, która nie ma przynajmniej roku” – radził Ralph Emerson, amerykański pisarz i filozof tworzący w XIX wieku. Nieco od niego starszy angielski eseista William Hazlitt pisał, że nie może „pojąć namiętności, z jaką większość ludzi czyta nowe książki. Książka nieprzeczytana jest dla mnie pod każdym względem książką nową, niezależnie od tego, czy wydrukowana została wczoraj, czy też przed trzystu laty”. Można kontynuować te przykłady, gdyby nie to, że w tym miejscu nasuwa się wredne pytanie z gatunku konspiracyjnych: czy rzeczywiście jest to tylko konsekwencją swobodnej gry rynkowej, dostosowanej do obecnych możliwości i preferencji, czy być może czymś całkowicie innym, a mianowicie, perfekcyjnie zaplanowaną manipulacją?

Ona

Tego dnia pisało mi się wyjątkowo sprawnie, może pogoda, dobre ciśnienie, nastrój, tak czy owak chemia była mi życzliwa. Słowa pojawiały się same, bez kaprysów i ociągań, zdania miały przyjemną talię i zgrabne nogi. Tego dnia naprawdę czułem, że mogę zrobić kawał roboty. Siedziałem przy oknie wychodzącym na dachy, słońce, na biurku pootwierane książki, fiszki i notatki, herbata, nawet papierosów miałem pod dostatkiem.

Wtedy pojawiła się Ona. Wyglądała na zwykłą, najpospolitszą muchę, ale coś było wyraźnie nie tak. Najpierw usiadła na maszynie do pisania, by zwrócić moją uwagę, potem natrętnie krążyła dookoła kartki papieru, odwracała moją uwagę i dekoncentrowała, a kiedy już zainteresowałem się nią dostatecznie, zmieniła taktykę. Teraz wyraźnie chciała mi coś powiedzieć. Nagle usiadła na otwartej książce, przebiegała ją szybko, jakby czegoś szukając, aż wreszcie znieruchomiała. Gdy zatrzymałem wzrok na tekście spostrzegłem, że siedzi na słowie „księżniczka”. Odganiałem ją, lecz uparcie powracała w to samo miejsce, jakby chciała mi coś przekazać, coś wyjaśnić albo podpowiedzieć.

Gdy zacząłem udawać, że nie zwracam na nią uwagi, przelatywała mi niemal przed nosem, siadała we włosach, robiła wszystko, abym znów ją zauważył, a gdy dopięła swego ponownie sfrunęła na tę samą stronę i znów precyzyjnie wylądowała na słowie „księżniczka”. Gdy głośno wymówiłem słowo „księżniczka” przeniosła się na inne. Tym razem, wyobraź sobie, wybrała słowo „zaklęcie”. Nie wiem, co ty byś pomyślał. Ja pomyślałem tylko jedno – że zwariowałem …

Zresztą

Słowo „zresztą”. Lubię zawartą w nim nutę szlachetnej nonszalancji, sugestię, że istnieje coś więcej, ale – mimo iż może to być ważne – wcale nie jest konieczne czy niezbędne, by to rozwijać i wystarczy jedynie napomknąć, bez nadawania temu szczególnego znaczenia. Słowo to nie zawiera żadnej alternatywy logicznej, nie rozsądza, nie jest zasadnicze, nie pragnie ani przekonywać ani upierać się przy czymś. Jest dyskretne, przypomina emersonowskiego dżentelmena – nie domaga się ani zaszczytów, ani pierwszeństwa ani specjalnych praw dla siebie. Czasem potrafi być perfidne, ale jest wolne od fanatyzmu i agresji.