Dzisiaj miną 44 lata od dnia wprowadzenia stanu wojennego w Polsce (północ między 12 a 13 grudnia 1981, z soboty na niedzielę). Tej przeraźliwie mroźnej i śnieżnej nocy miałem 30 lat. Moja żona miała 32 lata, a nasz syn 5 lat. Tej nocy, bezprawnie wyrwany z mego życia, znalazłem się w więzieniu. Było to bez mała pół wieku temu, wydawałoby się, że w jakiejś archaicznej epoce, a to zapewne z tego powodu, że od tamtej pory świat zmienił się radykalnie, a kiedy świat zmienia się radykalnie, kiedy rzeczywistość przekształca się tak bardzo, niezależnie od charakteru tych przekształceń, wówczas czas nabiera szalonej głębi i nawet to wszystko, co zdarzyło się przed tygodniem sprawia wrażenie jakiejś dalekiej i zapomnianej przeszłości. Przed kilkuset laty wracając po długiej nieobecności do domu zastawało się mniej więcej to, co opuściliśmy wyjeżdżając z niego – dzisiaj nie można być tego pewnym wracając do domu nawet po dwutygodniowych wakacjach. 44 lata, w których całkowicie zmienił się otaczający nas świat i równie bardzo my sami i nie myślę tu o tym, że przybyło nam zmarszczek i różnych blizn, bo nie ma w tym nic dziwnego – żyjąc zużywamy życie, jak słusznie zauważył Balzac. Myślę o tym, czym musieliśmy się stać, a jeszcze dokładniej o tym, czym stać się nie mogliśmy. I nie wiem, czego bardziej mi żal.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.