Krzyżacy, Braveheart, filmy historyczne. Konie bojowe w tych filmach są zwykle przedstawiane jako silne i wysokie, w typie rasy shire, czyli mierzące od 1,8 do 2 m. W rzeczywistości jednak większość średniowiecznych koni nie osiągała aż takich rozmiarów. Największym koniem, którego szczątki zostały zbadane, jest okaz z okresu normańskiego znaleziony na terenie zamku Trowbridge w Wiltshire. Chociaż był wyraźnie większy od pozostałych, mierzył jedynie ok. 150 cm wysokości – czyli tyle mniej więcej, co współczesne małe konie jeździeckie. Za przodka konia rycerskiego, destriera (dextrarius lub destrier, typ konia kopijniczego), uważa się konie z regionów dzisiejszej Normandii, skrzyżowanych z końmi z półwyspu Iberyjskiego. Były to rumaki o maksymalnym wzroście do 155 cm w kłębie i wadze do 300–450 kg, ale nawet one nie były szczególnie rozpowszechnione i rycerstwo mniej zasobne dosiadało zwykle podjezdków. Nie wyglądało to więc tak imponująco i majestatycznie, jak to nam sugeruje filmowa fikcja.
Miesiąc: maj 2024
Cmentarz w Souda
Cmentarz w Souda, niedaleko Chanii. Położony u stóp łagodnego zbocza, tuż przy brzegu głębokiej zatoki, nieskazitelnie czysty, wypielęgnowany i świetnie utrzymany. Pusto, turyści tutaj nie zaglądają, krząta się jedynie obsługa cmentarza. Jest druga połowa maja 2024 roku, słoneczny i ciepły poranek, zapowiadający upalny dzień, chodzimy między równymi rzędami grobów, między skromnymi mogiłami setek młodych, głównie dwudziestoletnich mężczyzn, którzy w czasie Drugiej Wojny Światowej, walcząc z Hunami Europy, z Niemcami, tutaj oddali swoje życie, by Niemcy mogli dzisiaj wygrać raz jeszcze. Żałosne. Smutne. I upokarzające.
Mors tua
Pochodzące ze średniowiecza wyrażenie mors tua vita mea można tłumaczyć jako twoja śmierć, moje życie czy twoja śmierć jest moim życiem. Używane zwykle, gdy w ramach zawodów lub w próbie osiągnięcia celu może być tylko jeden zwycięzca: powiedzenie dość jednoznacznie sugeruje, że porażka jednego jest nieodzownym warunkiem sukcesu drugiego. W gruncie rzeczy jest to podstawowa zasada zjawiska zwanego życiem – czyjś sukces jest zawsze porażką kogoś innego, a zwycięzca staje się zwycięzcą tylko przez fakt, że istnieje ktoś, kto jest pokonanym. Twoja śmierć jest moim życiem. Zawsze i wszędzie.
Wiedza
Błąd marnych lub początkujących pisarzy polega często na ich przekonaniu, że język może wyrazić wszystko. Tylko wielcy pisarze wiedzą, że nie wszystko może być wyrażone w języku.
Pułapka
Każde życie jest pułapką. Nie tylko życie nieudane, ale każde.
Temistokles
Temistokles. Podobno spomiędzy kandydatów ubiegających się o rękę jego córki wybrał młodzieńca biednego, lecz uczciwego, przedkładając go nad bogacza, bowiem uważał, że woli człowieka bez pieniędzy niż pieniądze bez człowieka.
Co widzimy
Wiemy tyle, co widzimy i widzimy tyle, co wiemy. Zwykle przyjmujemy a priori, że celem percepcji jest obiektywny ogląd świata. Jest to jednak bardziej przejaw naszej megalomanii niż stan faktyczny. Percepcja ma nam zapewnić w miarę sprawne działanie i pomóc w unikaniu niebezpieczeństw, czyli zwiększyć nasze możliwości przeżycia. I to wszystko. Postrzegamy głównie to, co jest dla nas istotne. Postrzeganie innych aspektów świata jest wyposażeniem minorum gentium, a w gruncie rzeczy nawet zbytecznym, bo pochłania zbyt wiele energii. Nasze przekonanie więc, że widzimy i odczuwamy wszystko, jest złudne. Nasza reakcja na to, co dociera do naszych zmysłów nie jest reakcją na to, co istnieje w świecie, lecz na to, co nasz mózg mówi nam o świecie – sposób patrzenia na świat jest dostosowany do potrzeb naszego gatunku. To, że nie widzimy kolorów w nadfiolecie czy podczerwieni nie znaczy wcale, że nasze oczy są gorsze czy słabsze niż oczy reniferów czy pszczół. Znaczy jedynie, że postrzeganie w tym zakresie widma nie jest nam do niczego potrzebne. Organ wzroku innych gatunków nie jest ani lepszy ani gorszy niż nasz – jest dostosowany do ich potrzeb. Ale my kochamy komparatystykę. To nasza wielkość i przekleństwo.
Refleksja
Życie jest piękne. Szkoda tylko, że zaczyna się tak późno.
Sabotaż psychopaty okulisty
Od wielu lat kupujemy wodę mineralną o nazwie Loka. To szwedzka woda ze źródła położonego w miejscowości Bergslagen. Odpowiada nam jej delikatnie słonawy smak, a nawet opakowanie, małe, zgrabne butelki o pojemności 330 ml. Ostatnio jednak budzą moją irytację. Nakrętek nie da się bowiem zdjąć całkowicie, trzymają się butelki niczym przyspawane, trzeba je zdzierać, odrywać od butelki siłą, co niemal w każdym przypadku kończy się małą katastrofą – wylaniem sobie wody na ubranie, czasem na jego newralgiczne partie, na elegancko zastawiony stół czy, w najlepszym razie, na podłogę. Prawie nie sposób pozbyć się tych mocno przyspawanych nakrętek nie używając jakichś ostrych, militarnych narzędzi. A jest to konieczność, bowiem picie wody z butelki, z korkiem o ostrych brzegach, pląsającym w dzikim tańcu św. Wita gdzieś w okolicy naszych nozdrzy czy gałek ocznych, może skończyć się poważnym uszkodzeniem tych organów. Przez pewien czas byłem przekonany, że Loka ma jakieś problemy z taśmą produkcyjną, na przykład popsute maszyny spawające korek z szyjką butelki, takie tam rzeczy. Jednak od kilku tygodni jestem w Polsce i ze zdumieniem konstatuję, że również polskie firmy, zajmujące się produkcją wód mineralnych, mają identyczne problemy. Nakrętki trzymają się butelki niczym topielec brzytwy, oddzielenie ich jest za każdym razem równoznaczne z gwałtem, a kiedy już jakimś cudem tego dokonamy, z takim trudem zdobyta woda przestaje gasić pragnienie. Co wyżej może jedynie przygasić nieco naszą złość.
Wczoraj dowiedziałem się, że nie jest to powodem ogólnoeuropejskiej awarii maszyn u producentów wód. Jest to efekt kolejnej decyzji etatowych szaleńców z Unii Europejskiej, którzy, by udowodnić, że uczciwie zarabiają ogromne pensje, wpadli na pomysł zmodyfikowania przepisów dotyczących przyczepiania nakrętek do butelek. Nowe przepisy nakazują, by nakrętki pozostawały przy butelkach, co ma skutecznie zmniejszyć ilość plastiku w oceanach, morzach i w glebie. Znaczy to, że ludzie w całym cywilizowanym świecie, czyli na pozostałych kontynentach, będą odkręcali korki i zanieczyszczali nimi nasze „europejskie oceany”, a my, stosując milionowe nakłady, by zmodernizować lub całkowicie wymienić maszyny, będziemy ranić sobie ostrymi nakrętkami nasze spojówki, rogówki i tęczówki. Poważnie zastanawiam się, czy nie był to przypadkiem pomysł jakiegoś, zasiadającego w europejskim parlamencie, psychopaty okulisty.
Thamugadi
Było takie miasto w którym ktoś przed 2 tysiącami lat napisał słowa: Venari, lavari, ludere, ridere. Hoc est vivere (Polować, odwiedzać łaźnie, bawić się, śmiać się. Oto jest życie). To rzymskie Thamugadi, obecnie Timgad, starożytne miasto na terenie dzisiejszej Algerii. Założył je, w miejscu wcześniejszej osady kartagińskiej, cesarz Trajan. W czasach swojej świetności było kulturalnym centrum prowincji, z imponującym amfiteatrem oraz biblioteką, której księgozbiór liczył ponad 25 tysięcy tomów. Odnaleziony zapis informuje, że koszt budowy gmachu wynosił 400 tysięcy sestercji, a fundatorem był Marcus Ilulius Quintanus. Po upadku Rzymu miasto przeszło pod władzę Bizancjum, a niedługo potem znaczna jego część została zniszczona przez trzęsienie ziemi. Był to początek jego agonii. Zmienił się klimat, stając się suchszy, źródła, z których miasto czerpało wodę, zaczęły wysychać, zmalał też eksport pszenicy, który stanowił podstawę gospodarki tego regionu. Utrzymywanie trzydziestokilometrowego systemu inżynieryjnego, który za pomocą akweduktów zaopatrywał w wodę miejskie baseny i fontanny, utraciło sens. Miasto porzucono, wkrótce zapomniano o nim, a ponieważ w pobliżu zabrakło wody, nikt nie osiedlał się w jego ruinach. Pył, piasek Sahary i postępujące zdziczenie świata przykryły miasto płaszczem zapomnienia aż do naszych czasów. Venari, lavari, ludere, ridere. Hoc est vivere – Polować, odwiedzać łaźnie, bawić się, śmiać się. Oto jest życie.
Pyrrus
Według Plutarcha Pyrrus zginął w czasie walk na ulicach Argos. Miało to miejsce w pobliżu świątyni Demeter. Został zraniony włócznią przez jakiegoś młodego Argejczyka, a kiedy wściekły skierował w jego stronę swego konia, wtedy matka tego młodego człowieka, stojąc na dachu i widząc, że jej syn mierzy się z Pyrrusem, wyrwała ciężką dachówkę i z całej siły cisnęła w króla Molossów. Dachówka trafiła Pyrrusa w głowę poniżej hełmu, potłukła mu kręgi stosu pacierzowego u nasady szyi, oczy zaszły mu mgłą, z rąk wysunęły się lejce. Wreszcie stoczył się z konia koło grobowca Likymniosa i padł, nie rozpoznany przez większą część (Plut. 34). Także według Justinusa epirocki monarcha „walcząc mężnie wśród najgęstszych szeregów, poległ trafiony kamieniem wyrzuconym z murów”. Tak zakończył życie Pyrrus, człowiek uznawany za wybitnego stratega i mistrza taktyki wojennej. Spróbujcie mnie przekonać, że bogowie nie są sarkastyczni.
Quod nomen tibi est
Nazwisko i imię, prenomen i nomen gentile. Ten system podwójnej nazwy osobistej, tak charakterystyczny dla cywilizacji rzymskiej i kontynuowany następnie przez cywilizację łacińską, przyjęli Rzymianie od Etrusków. To im zawdzięczamy nasze imiona i nazwiska. Rzadko uświadamiamy sobie wyjątkowość tego fenomenu, ale prawdą jest, że nazwy podwójne nie występowały nigdzie poza cywilizacją rzymską. I dotychczas nie ma ich nigdzie tam, gdzie wpływy tej cywilizacji nie sięgały. Niekiedy, gdy wytworzą się odrębne gałęzie rodu, pojawia się także cognomen, czyli przydomek, nie zawsze jednak bywa dziedziczony. I to również jest tradycją rzymską. Rzym nie umarł. Rzym wciąż żyje.
Czarownica
Czarownica jest potrzebna. Jej marne kopie, terapeuta czy psychoanalityk, nigdy nie dorosną do jej wielkości. Psychoanalityk mówi: „powiedz, jaki masz problem, spróbujemy rozwiązać go razem”. Czarownica mówiła: „powiedz, jaki masz problem, a ja go rozwiążę”. Psychoanalityk jest lokajem, chce pomagać. Czarownica jest władczynią, ma siłę i moc. Psychoanalityk wyraża gotowość, by uczestniczyć w twoim problemie. Czarownica bierze ten problem na siebie. Oddajesz go jej, nie potrzebujesz już zmagać się z nim, nie potrzebujesz myśleć o nim, przestaje być twoim problemem. Czarownica była potężniejsza niż ksiądz. Ksiądz miał moc rozgrzeszania, ale wymagał pokuty. Transakcja z czarownicą była prostsza i uczciwsza – opłata i usługa.
Rycerz i kowal
”Kingdom of Heaven” Ridleya Scotta. Rycerz Balian, syn Godfryda z Ibelinu, główny bohater filmu. W ostatniej scenie tego filmu Balian, ukrywając swoją tożsamość, mieszka w drewnianej chacie i zajmuje się kowalstwem. Czytam w jakieś recenzji, że Scott popisał się w tym miejscu niekompetencją i naiwnością, bowiem rycerz nigdy nie zajmowałby się czymś tak niegodnym jego pozycji jak kowalstwo. Otóż, jest dokładnie przeciwnie. Ridley Scott wykazał się w tym miejscu wielką znajomością tematu – prawie każdy średniowieczny rycerz czy szlachcic nie tylko znał się na kowalstwie, ale i w razie potrzeby z dumą je uprawiał. Kowalstwo było sztuką, którą rycerze, z oczywistych względów, bardzo cenili.
Hüzün
Hüzün, uczucie smutku i wycofania, wyrażenie to ma pierwotnie pochodzić z Koranu, oznaczając stratę i ból związane z każdą ludzką egzystencją. Według Orhana Pamuka w słowie tym najpełniej wyraża się charakter Stambułu, stanowiąc niemal jego esencję.
Polewka
Zapomniana już dzisiaj polewka piwna to piwo zagrzane z żółtkiem. W dawnej Polsce, w czasach, gdy picie wody było pomysłem dość niebezpiecznym, zastępowała dzisiejszą herbatę czy kawę. Guillaume de Beauplan, francuski kartograf, który przybył do Polski za panowania Zygmunta III Wazy, pisał: „Polacy w czasie obiadu piją tylko piwo, w ogromnych szklanicach, kładąc w nie grzanki chleba polane oliwą.” Według przepisu z lat osiemdziesiątych XVII wieku do piwa należało wbić cztery żółtka, wlać mleka trochę słodkiego i dodać masła kawalec.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.