O szansach

Cała polska historia to dzieje niewykorzystanych szans. Istnieją narody, którym Fortuna nie ofiarowała wielu szans i są takie, które obdarzyła tylko jedną szansę i narody te zdołały to wykorzystać. Nam bogini losu wielokrotnie okazywała swoją życzliwość, otrzymaliśmy od niej mnóstwo szans i nie potrafiliśmy sensownie wykorzystać prawie żadnej z nich. I dzisiaj znów jesteśmy, niestety, na drodze do tego, by jutro odświeżyć słowa Wyspiańskiego: Miałeś, chamie, złoty róg.

Smutek bez wdzięku

W DSM-5 (Diagnostyczny i Statystyczny Podręcznik Zaburzeń Psychicznych), biblii zdrowia psychicznego, depresja – słowo spopularyzowane przez Adolfa Meyera na początku XX wieku i zastąpione ze względów taktycznych nazwą choroba afektywna, zaproponowaną przez szwajcarskiego psychiatrę, Julesa Angsta – posiada aż kilka oficjalnych diagnoz i jest obecnie powszechnie uznawana za chorobę. Wynikałoby z tego, że depresja ma względnie świeżą proweniencję, pochodzi z zeszłego wieku, i wcześniej, ponieważ nie figurowała w DSM-5, nie występowała wcale. Nic bardziej błędnego. W poprzednich stuleciach określano ten fenomen arcypoetyckim zwrotem smutek bez wdzięku i uważano, że nie tyle jest to choroba, co raczej światopogląd.

Ostatni Rzymianin

Julian Apostata Dmitrija Mereżkowskiego. Jedna z moich pierwszych książek. Zawierając z nią przyjaźń mogłem mieć dziesięć, najwyżej jedenaście lat. Egzemplarz był pożółkły, stary, postrzępiony, nadpalony na brzegach, bez obwolut i karty tytułowej, bez kilku stron w środku, prawdziwy weteran, który – choć mocno okaleczony i zdewastowany – jakimś cudem uszedł z życiem z pożogi dziejów. Zdobyłem tę książkę metodą stosowaną od tysięcy lat, przez barter, czyli wymianę dóbr – koledze, który dyskretnie usunął ją z biblioteczki swego ojca, oddałem szpadę, mocno przerdzewiałą, ale ze świetnie zachowaną tarczką ochronną. Gdzieś, ale nie pamiętam już gdzie, znalazłem potem informację, że została wydana w roku 1928 we Lwowie, nakładem księgarni Maksymiliana Bodeka. Nie był to więc starodruk, mogła liczyć zaledwie trzydzieści parę lat, a jej stan był jedynie świadectwem jej trudnych przejść. Żadnej innej powieści nie przeczytałem tak wiele razy, że nawet w przybliżeniu nie jestem w stanie podać żadnej cyfry, żadnej nie czytałem z taką pasją i takim zaangażowaniem. Żadna inna też, chociaż poznałem potem najlepsze powieści minionego stulecia, nie wywarła na mnie takiego wrażenia jak powieść Mereżkowskiego. Julian Apostata jest absolutnym rekordzistą w moim czytelniczym życiorysie. Czytałem ją, kończyłem i już po kilku dniach zaczynałem na nowo, znałem ją niemal na pamięć, wiedziałem, co przyniesie nowy akapit, co zdarzy się na kolejnej stronie i wciąż do niej powracałem, z takim samym zapałem jakbym czytał ją po raz pierwszy. Pewnego dnia spostrzegłem, że jej mocno przez los nadwyrężone zszycia pękają. Wtedy posklejałem ją i oprawiłem w zdobytą gdzieś z trudem czarną dermę i byłem z tego bardzo dumny. Nie znam, niestety, jej dalszych losów. Minęły lata, pewnego dnia opuściłem dom, jak czynią to wszyscy młodzi ludzie w baśniach, a niektórzy i w życiu, i nigdy już do niego nie wróciłem. O książce zapomniałem, ale Flawiusz Julian, prawdziwy Ultimus Romanorum, długo jeszcze był moim idolem. Tak, to brzmi niewiarygodne, ale sześćdziesiąt lat temu można było mieć takich idoli.   

O pogodzie

Pod datą 21 stycznia 1661 Samuel Pepys notuje w swoim „Dzienniku”: Dziwne, jaką pogodę mamy przez całą zimę; nie było wcale mrozu, na drogach kurz, muchy latają i krzaki róż puściły liście; o takiej pogodzie o tej porze roku nigdy nikt na świecie nie słyszał. Tego dnia powieszono znów dużo ludzi.

T. Bendikowski w pracy „Przeżyj rok w średniowieczu”twierdzi, że kapryśność aury była stałym elementem życia ludzi w poprzednich wiekach, a zwłaszcza w średniowieczu. W całej Europie wciąż występują niesamowite zjawiska pogodowe. Zimą na przełomie 1010 i 1011 roku zamarza Bosfor, a nurtem Nilu płyną lodowe tafle, zimą 1118 roku widywano lód dryfujący z Islandii, w Saksonii mrozy trwają do czerwca, w dalekiej Wenecji zamarza laguna, po lodzie można wjechać do samego centrum miasta. Innym znów razem panują wyjątkowe upały: w 1022 roku ludzie w Norymberdze „usychają i duszą się po ulicach od wielkiego gorąca”, a lato 1130 jest tak suche, że można brodzić po Renie. Podobnie zresztą jak pięć lat później po Dunaju.

Praca zdalna

W programie na Youtubie wywiad z burmistrzem jakiegoś milionowego chińskiego miasta. Wyjaśnia, że nie jest przypadkiem, iż w pejzażu chińskich miast w ciągu dnia widzi się na ulicach głównie emerytów, ludzi starszych, a ludzie młodzi pojawiają się na ulicach dopiero wieczorem. Młodzi ludzie w ciągu dnia są zajęci, są zajęci nauką, pracą, interesami. Efekty pracowitości młodych Chińczyków są widoczne gołym okiem w całym kraju.

Na ulicach szwedzkich miast od rana widzi się głównie młodych ludzi. Podobno część z nich w pocie czoła pracuje „zdalnie” – pracują więc zdalnie przechadzając się po sklepach, trudzą się zdalnie w salach fitness, pocą się zdalnie w saunach, pracują zdalnie przy piwie w barach i restauracjach. Efektów zdalnej pracy młodych Szwedów także nie da się ukryć – Szwecja i szwedzka korona z tygodnia na tydzień staczają się na ekonomiczne dno. Niestety, wcale nie zdalnie.   

Paruzja

Te wszystkie proroctwa końca świata, upadku naszej cywilizacji, te ponure i porażające wizje naszej planety, którą zanieczyścimy i zaśmiecimy tak bardzo, że udusimy się pod ciężarem tych śmieci, a powietrze zatrujemy do tego stopnia, że ostatni z nas będą mieli butle tlenowe zamiast płuc. Czyż nie przypominamy w tym pierwszych chrześcijan, którzy z utęsknieniem oczekiwali na nadejście Pana i Sąd Ostateczny lub członków wielu także współczesnych sekt, którzy zabijają się sami lub dają się zabijać, by jak najszybciej i jak najskuteczniej znaleźć się już w Raju? U schyłku pierwszego millenium histeria końca świata, który miał nastąpić dokładnie w roku 1000, była tak powszechna, że kiedy zegar zaczął wybijać ostatnie minuty roku 999, podczas mszy odprawianej w bazylice św. Piotra, dziesiątki przerażonych chrześcijan umarło ze strachu. Nie, nie w przenośni, umarli naprawdę. Nie żyli już, gdy nadeszła pierwsza minuta roku 1000. Jeszcze przed końcem roku 999 tysiące chrześcijan, przekonanych, że nadszedł czas i mają ostatnią szansę, by załapać się na wieczne niebiańskie bytowanie, oddawali swoje majątki biednym, pozbywali się pieniędzy i ziemi. To nie legendy. To prawda. Potem minął rok 999, zaczął się rok 1000, paruzja została odwołana i oszołomieni tą zdradą wierni na nowo zaczęli kombinować, jak odzyskać to, czego pozbyli się pod wpływem strachu. Rok 999 minął, minął również rok 2000, ale nasza ciekawość końca świata wcale nie zniknęła. Koniec świata nie przestaje nas fascynować. Wszyscy zapewne chcieliby brać w nim udział. Problem w tym jednak, że religijne proroctwa końca świata, szczególnie przez nas faworyzowane, są jednak nieprzewidywalne, zawodne, kapryśne i bez pokrycia. Zostaje po nich tylko moralny kac. Pewnie dlatego wzięliśmy tę sprawę we własne ręce i teraz nie musimy już zdawać się na boskie obiecanki-cacanki. Dziś koniec świata możemy sobie zorganizować sami i teraz, po raz pierwszy w dziejach, mamy realne powody do strachu, bo znakomicie znamy samych siebie i naszą absolutnie niezdrową ciekawość. Czyż nie dlatego tak panicznie boimy się obecnie każdej zmiany, choćby najdrobniejszej i najbardziej banalnej? Czyż nie dlatego przeraża nas teraz każdy znikający omułek Marshalla, każda wytępiona ropucha złota i każdy topniejący lodowiec?

Chiński Odys

Mieczysław Künstler w pracy „Sprawa Konfucjusza”:  Tak więc w czasach najdawniejszych najbardziej na wschód wysunięte ośrodki cywilizacji chińskiej dzieliło od morza bez mała pięćset kilometrów w linii prostej. Ten fakt stanowi – jak się zdaje – dość istotną cechę cywilizacji chińskiej, dla której morze było czymś odległym, nieznanym, obcym, a żeglowanie oznaczało przez długi czas odbywanie podróży śródlądowych po wodach i rozlewiskach rzecznych. Jest to więc  cywilizacja, która nie mogła stworzyć bohatera typu Odysa miotanego latami po bezkresnym morzu w wędrówce do ziemi ojczystej. Jego miejsce w kulturze chińskiej zajmuje myśliciel zagubiony w maleńkiej łódeczce wśród bezmiaru spokojnych wód spowitych poranną mgłą, ponad którą unoszą się nierealnie w powietrzu niejako zawieszone masywy odległych gór.

Celne spostrzeżenie i wiele wyjaśnia. „Nasza” mapa Chin, współczesna, ta, którą znamy, jest inna, tymczasem cywilizacja chińska narodziła się w środkowym biegu Żółtej Rzeki, w regionie, gdzie uchodzi do niej, płynąca z zachodu na wschód, rzeka Wei. Na północ od niej i rzeki Huangho rozciąga się ogromny płaskowyż lessowy. Od średniego biegu Rzeki Żółtej biegną ponadto liczne łańcuchy górskie, a od wschodu płaskowyż ten oddziela pasmo gór T`aihang, opadające ku Równinie Północnochińskiej. Dawne Chiny są równinne i tam znajdowało się ich centrum. Chiński Odys miałby daleko do morza. Mógł żeglować co wyżej po rozległych moczarach i rozlewiskach wodnych Żółtej Rzeki – wizerunek myśliciela zagubionego w maleńkiej łódeczce wśród bezmiaru spokojnych wód spowitych poranną mgłą lepiej pasuje do tego krajobrazu.

O urodzie

Nasze wybory. Kobiety najchętniej wybierają przystojnych mężczyzn. Mężczyźni z zapałem polują głównie na piękne kobiety. Nasze wybory partnerów są więc w dużej mierze wyborami estetycznymi. Wybieramy to, co przyjemne dla oka. Pragniemy, by podziwiano nas za dobry gust. Nasz partner – czytaj: jego uroda – świadczy o nas. Na dnie wszystkich wyborów estetycznych, od obrazów, które powiesimy na ścianie w naszym mieszkaniu po gesty, którymi spotykamy innych ludzi, zawsze kryje się pewna próżność. Tym jest to zabawniejsze, że na co dzień nie żyjemy jednak z czyjąś urodą – żyjemy z czyimś charakterem, a ten rzadko bywa do urody przypisany.

Rozsądek

W walce fanatyzmu ze zdrowym rozsądkiem niemal zawsze górę bierze fanatyzm. Dlaczego? To proste. Jest bardziej spektakularny. Zdrowy rozsądek nie jest. Ciekawe, że w widowiskowej, ale mało rozsądnej mitologii greckiej trudno jest znaleźć ścisły odpowiednik tego słowa. Najbliższym wydaje się być termin fronesis, czyli mądrość praktyczna, w szerszym znaczeniu zbliżony do pojęć episteme i gnosis, a w węższym występujący jako cnota związana z praktycznym działaniem. W greckiej mitologii próżno by jednak szukać postaci rozsądnych. Nie, Odys nie jest rozsądny.

Jeszcze o demokracji

John Stuart Mill uważał, że miarą miernocenia społeczeństwa czy cywilizacji jest fakt, iż za masy myślą nie prawdziwe elity, czyli arystokracja (uwaga: rządy arystokracji nie jest równoznaczne z rządami bogatych, arystokracja to rządy najlepszych, greckie słowo áristos znaczy najlepszy, a nie najbogatszy), lecz podobni im ludzie, mediocris. Jest to proces charakterystyczny dla demokracji. Polega on na tym, że najpierw miernota wyborców wyłania miernotę władzy, a potem ta druga upewnia tę pierwszą, że dokonała absolutnie najlepszego wyboru, obsadzając na właściwych stanowiskach właściwych ludzi. Fenomen miernotokracji nosi pewne cechy czarnych dziur. Miernotokracja, mianowicie, zapada się w sobie dokładnie tak samo jak czarna dziura. Z fizyki czarnych dziur wiemy, że jeśli jakieś ciało przekroczy tzw. horyzont zdarzeń, czyli – innymi słowy – zostanie  uwięzione w czarnej dziurze, to od tego momentu nie sposób już o nim nic powiedzieć, bowiem przestaje mieć jakiekolwiek właściwości. Z miernotokracją jest identycznie. Przekraczając horyzont zdarzeń traci wszelkie właściwości.

O zezwierzęceniu

Pozornie podstawowe zasady savoir vivre są łatwe i zna je każdy. Osoba idąca jako pierwsza pozdrawia osobę stojącą, wchodzący po schodach schodzącego, a jeżeli wchodzisz do pokoju czy pomieszczenia w którym znajdują się ludzie, ty powinieneś ich pozdrowić. Tak proste, że nie tylko szprotka, ale nawet euglena zielona byłaby w stanie to zapamiętać i przyswoić sobie. Natomiast nie Szwedzi. Od wielu lat ćwiczę w tym samym klubie fitness i zawsze wchodząc do wspólnej szatni pozdrawiam tych, których tam zastaję. I to samo czynię wychodząc. Jeszcze przed pięciu, a bardziej przed dziesięciu laty funkcjonowało to całkiem znośnie; co prawda zawsze był ktoś, kto szybko zaczynał poprawiać słuchawki w uszach, ktoś inny popadał w nagły stupor, ale byli też i tacy, zwłaszcza wśród osób nieco starszych, który odwzajemniali pozdrowienie. Ostatnio uświadomiłem sobie, że już od dawna witam się i żegnam jedynie ze ścianami. Nikt nie odpowiada, nikt nie reaguje – ani uśmiechem ani chociażby grymasem, który świadczyłby o tym, że mnie w ogóle zauważył. Nic. Cisza. Żadnej reakcji. Szwedzi nadzwyczaj chętnie „rozmawiają” i witaj się z każdym kotem czy psem napotkanym na spacerze, szczebiocząc do nich w najczulszy sposób, niemal śliniąc się w okazywaniu im swojej sympatii i podlizując się na wszelkie sposoby, ale pozdrowienie innego człowieka wydaje się obecnie stanowczo przerastać ich siły i możliwości. Zastanawiam się, co może być tego przyczyną. Zezwierzęcenie?  

O islamie

F. A. Ossendowski „Gasnące ognie”: Jednak Koran zawiera w sobie tyle pesymizmu, że jeszcze założyciel islamicznych klasztorów i derwiszyzmu, Hassan z Basry, mawiał: „Kto czyta Koran i wierzy w niego, ten będzie żył w ciągłym strachu i często w łzach”.

O ateńskiej demokracji

Przewrotność ateńskiej demokracji. Ateńczycy dumnie podkreślali, że są ludźmi wolnymi, że nie mają nad sobą żadnej władzy, a przynajmniej takiej, którą można byłoby określić słowem „państwo”. Skromnie przemilczali jednak, że sami byli „państwem” i przychodziło im płacić za to wysoką cenę. Sytuacja w której wszyscy i każdy z osobna bierze na siebie rolę „państwa” sprawia, że państwo staje się priorytetem absolutnym, bożkiem, który nie dopuszcza żadnego innego kultu. W praktyce oznaczało to więc kolektywizm w stężeniu tak wysokim, że dzisiaj bez wahania uznalibyśmy go za toksyczny czy wręcz zabójczy.

Ateńska demokracja pętała obywatela setkami obowiązków, totalnie podporządkowując sobie jego życie: musiał brać udział w zgromadzeniach w demosie, w fyle czy fratrii; podejmować decyzje w sprawach religijnych, politycznych, inwestycyjnych, handlowych, budowlanych i dziesiątkach innych; uczestniczyć w dyskusjach i pertraktacjach dotyczących różnych traktatów i sojuszy; partycypować w sprawach dotyczących kontroli wydatków i podatków, wprowadzaniu nowych lub zmiany starych ustaw, praw i przepisów; angażować się w wybory zwierzchników politycznych i wojskowych i niekończące się spory w kwestiach wojny lub pokoju; udzielać się na zgromadzeniach ludowych, które odbywały się trzy razy w tygodniu, trwały od rana do późnych godzin wieczornych, z obowiązkową obecnością i przymusem wysłuchiwania wszystkich, nawet najgłupszych przemówień; każdy obywatel też, gdy przyszła jego kolej, zobowiązany był spełniać funkcje urzędnika w swej fratrii lub demosie i każdy, przeciętnie co drugi rok, bywał też sędzią i co najmniej dwa razy w życiu zostawał senatorem, a wtedy już uczestniczył w zebraniach dzień w dzień, słuchając raportów urzędów, uchwalając kolejne odprawy, instrukcje, badając i przygotowując wnioski na zgromadzenie ludowe; mógł też zostać wybrany archontem i strategiem, i wówczas do zwykłych obowiązków dochodziła również odpowiedzialność. W takiej sytuacji niewiele pozostawało miejsca na życie prywatne i osobiste zajęcia. Już Arystoteles nie bez ironii zauważył, że człowiek który musiał zarabiać na życie, nie ma żadnych możliwości, by być obywatelem. Po prostu nie było go stać na to.

Nic dziwnego, że wielu ludzi odmawiało świadczenia usług dla demokracji. Określano ich terminem idiotai, w opozycji do „szlachetniej” brzmiącego słowa polites, czyli poprawnego, politycznie zaangażowanego członka społeczeństwa. Za zdeklarowanych idiotai uważano w tamtym okresie cyników oraz epikurejczyków – Epikur otwarcie głosił, że życie publiczne jest największą przeszkodą w osiągnięciu wewnętrznego spokoju, co w ówczesnej rzeczywistości było szalenie niepoprawne politycznie, jeśli wyrazić to współczesnym określeniem. Jego wystąpienia w Mytilenie, w jego rodzinnym Lesbos, spowodowały nawet zamieszki, przez co musiał opuścić i miasto i wyspę.  

Ideałem Greków była wolność, ale pojmowali ją zdecydowanie inaczej niż my. My dzisiaj uważamy się za wolnych tym bardziej, im bardziej możemy ignorować państwo czy aparat państwowy i spokojnie uprawiać nasze prywatne życie. Scedowaliśmy naszą wolność na państwo, by w sposób niczym nie ograniczony zajmować się naszym życiem – buntujemy się dopiero wtedy, gdy czujemy, że przywilej ten jest zagrożony. Żyjemy więc życiem o którym obywatel klasycznej greckiej polis nie mógł nawet marzyć, bowiem jego egzystencja była bez mała we wszystkich przejawach podporządkowana państwu i współobywatelom. Wychwalając i podziwiając grecką demokrację, co często czynimy, dobrze byłoby pamiętać, że Sokratesa nie zamordowała tyrania – zamordowała go demokracja. Cykuta dla nieprawomyślnych jest jej wynalazkiem.

Media

Współczesna kuchnia medialna serwuje nam rzeczywistość w formie szwedzkiego stołu z ogromną ilością dań, wśród których każdy może wybierać i przebierać do woli, a mimo to dania te, każde z nich, smakuje dokładnie tak samo. Wszystkie informacje są funkcjonalnie wymienne, podział na działy i tematy umowny. Nie ma najmniejszego znaczenia, które z nich dotyczą przyczyn, a które skutków. Nie ma też znaczenia, co w nich jest istotą, a co pozorem. Baza i nadbudowa, tendencje globalne i nieistotne incydenty płyną razem w szerokim korycie tego samego informacyjnego ruczaju, który wszystko wygładza, pochłania i zrównuje do tego samego kwantum banalności. Media zrezygnowały z rozumienia tego, co obserwują i serwują. Teraz mogą serwować wszystko bez potrzeby pojmowania czegokolwiek. Ich ideałem jest apatia luster.

O uczeniu się

Wielu ludzi gotowych jest nobilitować psy, koty czy małpy tylko z tego powodu, że potrafią one uczyć się różnych rzeczy. W większym czy mniejszym zakresie potrafią to zresztą niemal wszystkie żywe istoty. Nie ma w tym nic ani nadzwyczajnego ani godnego podziwu. W gruncie rzeczy ten nasz podziw dla „rozumniejszych” zwierząt jest jedynie wyrazem naszej megalomanii, czy – jak kto woli – naszego rasizmu. Zwierzęta potrafią uczyć się, ale tylko ludzie potrafią nauczać. I jedynie to jest naprawdę godne podziwu i szacunku.

O hinduskim Piekle

Hindusi, w powszechnej opinii ludzie łagodni, pogodni i przyjaźni, wyprodukowali wyjątkowo makabryczną, mroczną i okrutną koncepcję piekła. Hinduskie piekło, Naraka, jest podzielone na sektory, a w każdym stosuje się odrębne formy tortur, stosowne do rodzaju wykroczeń i grzechów. Przy głównym wejściu do piekła, na brzegu Baitarani, rzeki „trzech dróg”, siedzi stara wiedźma, która zdziera z przybyszy szaty i wiesza je na gałęziach rosnącego za nią drzewa. Jej oczy to ogniste, obracające się koła. To ona segreguje dusze potępionych i kieruje na ścieżki prowadzące do określonych wyrokiem Jamy sfer piekła.

Według hinduskiej mitologii istnieje łącznie 136 (sic!) gorących piekieł. Na osiem głównych składają się: Sandziwa, gdzie grzesznicy są rozcinani i rozrywani na strzępy, a następnie składani i regenerowani, by mogli od nowa cierpieć te same męki. Tutaj wysyła się lekarzy, którzy doprowadzili swoich pacjentów do śmierci, samobójców, morderców, despotycznych władców i szalbierzy. Kalasutra to kolejne piekło, gdzie grzeszników przybija się do ziemi, maluje na ich ciałach osiem lub szesnaście linii, wzdłuż których potem przecina się ofiary rozpalonymi do czerwoności piłami. Jest to piekło oszczerców, którzy za życia nie okazywali szacunku rodzicom, Buddzie i kapłanom. Sanghata to trzecie piekło. Potępionych zgniata się w nim między olbrzymimi skałami o zwierzęcych głowach. Miała to być kara dla tych, którzy profanowali święte księgi, fałszywych kapłanów, złodziei i tych, którzy za życia kierowali się nienawiścią, zazdrością lub chciwością. Czwarte piekło to Raurawa, przeznaczone dla tych, którzy złorzeczyli na pogodę lub marnowali żywność – tutaj  skazanych torturowano przez wlewanie im do gardeł roztopionego żelaza. Maharaurawa to piąte piekło, piekło dla heretyków, których gotuje się w olbrzymich kotłach wypełnionych roztopionym żelazem. Szóste to Tapana, miejsce dla tych, którzy za życia piekli i wędzili zwierzęta jako pożywienie. Tu zamykano ich w rozżarzonych komorach. Siódme piekło nosi nazwę Pratapana – piekło dla odstępców od wiary buddyjskiej, gdzie wbija się w nich płonące trójzęby, a następnie obraca na rozżarzonych żelaznych płytach. Ósme piekło to Awiczi – najokrutniejsza strefa piekielna. Winowajcy są wiecznie trzymani w płomieniach, chociaż nigdy nie mogą zostać całkiem spaleni. To piekło dla tych, którzy bluźnili przeciwko Buddzie, przelali krew lub zabili mnicha buddyjskiego.

Poza piekłami gorącymi było jeszcze 8 zimnych kręgów piekielnych: Arbuda, Nirarbuda, Atata, Hahawa, Ahaha, Utpala, Padma i Pundarika. Nie koniec na tym. „Zacni i łagodni” Hindusi wierzyli w istnienie 84 tysięcy zewnętrznych piekieł, zwanych Lokantarika, które miały znajdować się na ziemi, w niedostępnych górach, na krańcach pustyń, na dnie gorących źródeł i jezior.

Czytając o tym natychmiast przychodzi na myśl piekło dantejskie i pojawia się pytanie, czy Dante, pisząc swój poemat, mógł znać hinduską koncepcję piekła. Jest tu zaskakująco wiele zbieżności.

O Raju

Jeżeli przyjrzeć się temu dokładniej to rajskie życie Adama i Ewy, pod rządami apodyktycznego Boga, wcale nie przedstawiało się tak atrakcyjnie jak to usiłuje odmalować Biblia i w sumie nie ma najmniejszego powodu, by żałować, że stało się jak się stało. Słynne wygnanie z Raju nastąpiło przecież nie na wskutek jakiejś wołającej o pomstę, wyjątkowo obrzydliwej zbrodni, dokonanej przez parę naszych prarodziców, lecz na wskutek banalnego przekroczenia zakazu  – jak określilibyśmy to dzisiaj – z powodu naruszenia przepisu administracyjno-prawnego, z powodu zerwania z drzewa poznania tylko jednego jabłka. Przestępstwa to działania umyślne, mające charakter kryminalny, a zerwanie jabłka, zwłaszcza, że mogło ono wyglądać smacznie i ponętnie, w żadnym razie nie powinno być jako takie kwalifikowane. Mimo znikomych cech przestępstwa tego czynu nie zastosowano tu ani nagany ani upomnienia ani – w najgorszym razie – jakiejś kary w postaci pracy społecznej na rzecz rajskiej społeczności, na przykład bezpłatnego usuwania nieczystości po zwierzętach czy grabienia liści z rajskich ścieżek przez okres miesiąca. Oskarżonym nie dano żadnej możliwości, by mogli przedstawić motywy swego czynu lub wyjaśnić jego pobudki. Najwyraźniej system sprawiedliwości nigdy nie funkcjonował w Raju i prawem tradycji nie funkcjonuje i dziś – w żadnym Raju. Wszystko odbyło się jak w pierwszym lepszym autorytarnym ustroju – przekroczenie zakazu, decyzja absolutnego władcy, konfiskata mienia i eksmisja z rajskiego kwaterunku. Nie przyznano im nawet prawa do rewizji wyroku. Raj był więc, jeżeli rozważyć wszystkie aspekty tego zjawiska, żałośnie mało rajski. To my żyjemy dzisiaj w najprawdziwszym Raju – przy obecnym systemie sądowniczym i wydatnej pomocy zdolnych adwokatów odroczenia od tej czy podobnej arbitralnej boskiej decyzji mogłyby potrwać co najmniej wieczność, a może i nieco dłużej. Podejrzewam, że przy stosownym honorarium dla adwokatów Adam i Ewa mogliby nawet zażądać i otrzymać olbrzymie odszkodowanie za poniesione cierpienia psychiczne i moralne.

O spektaklach

Samuel Pepys, autor Dzienników zanotował pod datą 13 października 1660: Poszedłem na Charing Cross zobaczyć, jak wieszano, włóczono i ćwiartowano generała-majora Harrisona; podczas egzekucji wyglądał tak wesoło, jak tylko można wyglądać w podobnym położeniu. Jego głowa i serce zostały pokazane ludowi przy wielkich okrzykach radości. Przed śmiercią miał jakoby powiedzieć, że wie pewnie, iż zasiądzie wnet po prawicy Chrystusa, aby sądził tych, którzy go ninie sądzą.                                                                                                                                                                                       

Samuel Pepys jest człowiekiem światłym, oczytanym i dobrze sytuowanym. Należy do elity swego czasu. Chętnie i często chodzi do teatru. Teatr jest widowiskiem. Tak samo chętnie śpieszy również na wszystkie publiczne egzekucje, wytrwale znosząc towarzyszący temu ścisk i tłok. W innym zapisie opowiada, że w dniu egzekucji nijakiego Turnera tłum był tak gęsty i nieprzebrany, że ledwo udało mu się dostać za szylinga miejsce na kole wozu i stałem tak, umęczony, przeszło godzinę, zanim egzekucja się odbyła. Skazany odwlekał czas mowami i modłami, w nadziei, że w ostatniej chwili będzie ułaskawiony, ale nic takiego się nie okazało i powieszono go. Egzekucje również są widowiskiem. W wieku XVI i XVII normy teatralne przenikają do codziennych zachowań. Ocenia się grę aktorów, Pepys wystawia im recenzje po każdej wizycie w teatrze, tak samo ocenia się występ skazańców – ich mowy pożegnalne stają się ich przywilejem, a co ciekawsze z nich wydaje się nawet drukiem. Są czytane i komentowane. Skazaniec wie, że nie ocali życia, ale może dać dobry spektakl. Będzie podziwiany i pamiętany. I większość stara się jak najlepiej zagrać tę rolę. W XVII wieku skazańcy z powodzeniem konkurowali z aktorami.

O wolności słowa

Szwedzka minister kultury Parisa Liljestrand, urodzona w Iranie, w Szwecji od roku 1986, w wywiadzie dla gazety Svenska Dagbladet stwierdziła, że ograniczenia wolności słowa w Szwecji nie mają większego wpływu na wolność słowa, ponieważ wszyscy ludzie mają swobodę wypowiadania się na każdy temat w ramach tego, co jest legalne.

Parisa Liljestrand ma więc w tej sprawie dokładnie to samo zdanie co Putin i ajatollah Ali Chamenei: wszyscy mogą mówić i robić, co tylko chcą, pod warunkiem, że mieści się to w ramach tego, na co państwo przyzwala. Innymi słowy: wolność słowa to swoboda mówienia tego, co nie jest zakazane. Proszę mnie poprawić, jeżeli się mylę, ale wydaje mi się, że nawet słynny niemiecki bandyta o nazwisku Hitler miał identyczny pogląd w tej kwestii.

Dieta

U noworodków, dzieci weganów, wcześnie odstawionych od piersi, karmionych mlekiem sojowym, konstatuje się znaczne niedobory składników odżywczych oraz upośledzenia. To interesujące przez pewną zbieżność – mianowicie, we wszystkich technikach „prania mózgu”, stosowanych chętnie i często przez różne sekty, stałym elementem jest dieta niskobiałkowa. Weganie są najbardziej podatni na propagandę.

O deszczu

Deszcz. Dzień za dniem deszcz. Macondo Márqueza, deszcz przez cztery lata, jedenaście miesięcy i dwa dni. Jedna ze starożytnych teogonii głosi, że deszcze padają wówczas, gdy jakiś bóg spółkuje nie z boginką, lecz ze zwykłą śmiertelniczką lub ze swoją kapłanką. Wnioskując z częstotliwości deszczowych dni w Skandynawii można by sądzić, że lokalni bogowie, wszyscy z objawami  satyryzmu, spółkują wyłącznie ze zwykłymi kobietami, totalnie ignorując boginie.

O liberalizmie w Szwecji

W Szwecji medialnie, politycznie i socjalnie całkowicie zdominowanej przez skandynawską odmianę wokeizmu epitetami faszysta i rasista nazywa się każdego, kto ma odmienną opinię lub własne zdanie. Wyjaśnienia nie są potrzebne i nikt nawet nie fatyguje się, by ich udzielać – wystarczy epitet. Dla pederasty więc faszystą jest ten, kto nie jest pederastą, dla liberała faszystą jest ten, kto nie jest liberałem, dla zbirów i bandytów faszystą jest ten, kto domaga się poszanowania prawa, a wolność jest tu pojmowana jako bezwzględne i bezpardonowe dążenie do zaspakajania swoich żądz. W Szwecji liberalizm sięgnął więc bruku w sensie dosłownym – jeżeli założyć, że kiedykolwiek wznosił się ponad jego poziom.  

O jękotach i pepusiach

Praca „Agresja językowa w polszczyźnie śląskiej (1845-1938)”. Wśród mnóstwa zawartych w niej językowych kuriozów można znaleźć urocze i wyjątkowo adekwatne słowo jękot, odnoszące się do kogoś, kto wiecznie narzeka oraz słowo pepuś, przez swoją miękkość szalenie trafny synonim fajtłapy. Człowiek bezwartościowy nazywany był słowem zwiędłoch, a osobnik niegodny szacunku to żadnik, dumny rzeczownik, który swój rodowód zdaje się wywodzić od zaimka żaden. Ty lącie, paskudniku, żadniku, strzępoku, gidem, pierónem, bestiją, nie jesteś godna stanąć gdzie insza” – to cytat z akt z 1864 roku, którymi ktoś został uraczony, poczuł się dotknięty i wniósł sprawę na sądową wokandę.

Nieco zaskakujące jest użycie słowa motyka na określenie kobiety lekkich obyczajów, jak i intymne miejsca kobiecej anatomii, choć wyzwiskiem częściej używanym w tym kontekście były słowa „wak i waka„, zapewne wywodzące się o łacińskiej vaginy. W roku 1897 pewna pokrzywdzona kobieta skarżyła się przed sądem na mężczyznę, który wyzywał ją słowami: ty waku gizdawy przepukły, bo ci inaczej niepowię, boś mnie 5 razy na siebie wciągała.

Zaskakująco odmienne znaczenie posiadało określenie dama, które dzisiaj kojarzy się z elegancją i wytwornością. Na Śląsku końca XIX wieku uchodziło bowiem za wyzwisko i występowało w połączeniu z innymi negatywnymi określeniami typu: krowa, szlondra, heksa, motyka, darmodaika i waka. Ciekawe, że w tym regionie kraju już wtedy osobę naiwną, którą łatwo jest oszukać, nazywano „jeleniem„, a słowo Jezusek odnosiło się do człowieka składającego fałszywe zeznania.

Rosyjski pisarz

Michaił Piotrowicz Arcybaszew, to rosyjski pisarz, dramaturg i publicysta, urodzony w roku 1878 w chutorze Dobrosławiwka w guberni charkowskiej. Od strony polskiej matki był on prawnukiem naszego bohatera narodowego, Tadeusza Kościuszki. Po przyjęciu władzy w Rosji przez gang Lenina wyemigrował do Polski i mieszkał w Warszawie, gdzie też zmarł 3 marca 1927. Arcybaszew nie zapisał się w Polsce, w przeciwieństwie do swego pradziadka, niczym nadzwyczajnym i znany jest głównie z ataku na Stefana Żeromskiego, który jego zdaniem nie wyraził się o poetyckiej twórczości Puszkina z należytą czołobitnością. Z tego też powodu ogłosił z dzienniku rosyjskim, wychodzącym wówczas w Warszawie, list otwarty w którym zarzucał Żeromskiemu, że w powieści Przedwiośnie, rysując sylwetkę swego bohatera Baryki napisał, iż przechowywał on „nieprzyzwoite wiersze Puszkina i innych pornografów”. Arcybaszew poczuł się tym, jako rosyjski patriota oraz wielbiciel poezji Puszkina, osobiście dotknięty.

Żeromski w odpowiedzi bardzo słusznie podkreślił różnicę między autorem a protagonistą, dla rosyjskiego pisarza najwyraźniej niezauważalną:  Jeżeli mój bohater zostaje komunistą albo nazywa Puszkina w swoich mniemaniach „pornografem” – to nie znaczy, ażebym ja, autor powieści zostawał eo ipso komunistą albo mniemał o Puszkinie, że jest tylko pornografem. Gdyby autorów pism literackich w sposób prosty i niewybredny, a bezapelacyjny utożsamiać z ich bohaterami, to literatura piękna musiałaby szybko ustać, gdyż autorowie pomaszerowaliby do kryminału za złodziejstwo, rozboje, włamania, oszustwa, kazirodztwo oraz rozwiązłość.  

Michaił P. Arcybaszew, prawnuk słynnego Naczelnika, nie był podobno usatysfakcjonowany tą odpowiedzią – zdarza się, niestety, że przysłowiowe jabłko pada jednak bardzo daleko od jabłoni.

O starości

Starość żyje w rutynach nie dlatego, że w nich zastygła i skostniała – rutyny są skutecznym, a w późniejszym wieku niemal jedynym, sposobem administrowania kurczącymi się z dnia na dzień zasobami energii. Starcza potrzeba porządkowania i szeregowania wszystkiego nie jest niczym innym jak ostatnią próbą zapanowania nad chaosem życia, próbą utrzymania się na jego powierzchni. W starości nie ma już rozmachu, rzadko też bywa wielkoduszna. Decyduje o tym ergonomia – wielkie gesty są niezwykle kosztowne. Chaos jest domeną młodości, która – wyposażona w nadmiary energii – pływa w nim swobodnie, bowiem sama jest chaosem.

Taoiści i proch

Nieśmiertelność to nasze prastare marzenie. Z zapałem śnili o niej również taoistyczni mnisi i nie poprzestawali na snach, próbując to osiągnąć na różne sposoby – głównie przez rozliczne praktyki ascetyczne, dietetyczne, oddechowe oraz seksualne, a kiedy i to nie przynosiło pożądanych rezultatów, przez eksperymenty z różnymi eliksirami. Receptura prochu jest właśnie ubocznym produktem ich marzeń o wieczności. Alchemicy taoistyczni dokonali tego prawdopodobnie już w okresie późnej dynastii Tang, ale proch w tej pierwotnej, taoistycznej wersji nie posiadał jeszcze właściwości wybuchowych. „Niedopatrzenie” to szybko zostało naprawione. Pierwszy znany i udokumentowany przypadek użycia artylerii z wykorzystaniem prochu miał miejsce już w 1132 r., gdy generał chiński Han Shizhong oblegał i zdobył miasto w prowincji Fujian.

Wąż wyrusza w pościg za swoim ogonem. Strzała raz wprawiona w ruch nie ustaje nim dosięgnie celu. To, co zaczęło się marzeniem o nieśmiertelności, z chytrością Proteusza zmienia teraz swoją postać przekształcając się w śmiercionośną broń, która przez kolejne wieki, niestrudzenie ścigając sen o nieśmiertelności, wedrze się aż do jądra atomu, przemieniając marzenie o wiecznym trwaniu w sen o totalnej zagładzie. To, co zbieżne jest w marszu, zbiega się potem we wspólnym celu. Ilekroć spotykają się dwaj nieznani jeźdźcy, a siły, które ich niosą, są różne, wówczas jeden z nich, po dotarciu do drzewa figowego, niszczy drugiego, nim sam wedrze się na pustynię – pisał Lezama Lima w Preludium do er wyobraźni. Wszystko, co wyśnimy, prędzej czy później zaczyna żyć swoim własnym życiem i zdąża na spotkanie celów, które zawsze wykraczają poza nasze sny.