Zamach na fundamenty

M. powiedziała dzisiaj rano, że nareszcie cichnie nieco cała ta bardzo niedorzeczna wrzawa związana z incydentem w Gdańsku. Otóż, wcale nie cichnie, przeniosła się jedynie piętro wyżej. Polska prasa podała właśnie informację, że żona byłego prezydenta Gdańska,  jego córka, a nawet szwagier, pojawili się w Brukseli. Zdjęcie z tego spotkania osobiście wrzucił do sieci przewodniczący Parlamentu Europejskiego, Antonio Tajani. Z polskiej strony wzięli w nim udział Magdalena Adamowicz, jej córka Antonina, brat byłego prezydenta Gdańska, Piotr Adamowicz, oraz europoseł Platformy Obywatelskiej, Janusz Lewandowski. „Najbliższa rodzina Pawła Adamowicza jest dzisiaj z nami, w samym sercu Europy” – poinformował po polsku na Twitterze Tajani – „My Europejczycy nie możemy pozwolić na tak tragiczne w skutkach akty agresji i przemocy. Musimy być zjednoczeni i konsekwentni w walce przeciwko zamachom na fundamenty europejskiego społeczeństwa”.

Stefan W., zabójca Adamowicza, awansował więc tym samym na polskiego bin Ladena, który dokonał zamachu na „fundamenty europejskiego społeczeństwa”. Dziwne, że Tajani nie używa takich określeń w stosunku do islamskich terrorystów i nie słyszałem jeszcze, by zaprosił do Brukseli rodziny ich ofiar. Ale może czegoś nie wiem? Może Parlament Europejski od dzisiaj będzie przyjmował i honorował wszystkie rodziny, które w wyniku pospolitych morderstw czy zabójstw utraciły swoich najbliższych? Jeżeli tak, to brawo, nareszcie będą mieli jakieś adekwatne do ich pensji zajęcia.

Język

Język szwedzki słyszę uszami. Przekaz, czasem wyraźny, czasem zniekształcony, dociera do moich uszu przynosząc suchą, konkretną informację. Szwedzki jest dla mnie językiem bez wspomnień. Język polski słyszę natomiast całym ciałem. Jest pełen wspomnień. Ma więc inną akustykę. Ma też echo.

Prawa obywatela smrodnika

Niekiedy chciałbyś przeżyć coś estetycznego. Ubrać się elegancko, udać się do eleganckiej restauracji, zjeść coś wykwintnego, być dyskretnie i sprawnie obsłużonym, znaleźć się wśród ludzi, którzy przyszli tu z takim samym zamiarem jak ty, powodowani tym samym pragnieniem. I nagle przy stoliku obok ciebie zasiada jakiś typowy smrodnik, śmierdzący piwniczną wilgocią, w rozdeptanych, brudnych, sportowych butach, tłustych od brudu dżinsach i cuchnącej, flanelowej koszuli, rozchełstanej na piersiach po pępek. Po chwili smrodnik wydobywa z kieszeni telefon komórkowy i rechotliwym, bełkoczącym głosem zaczyna podawać swoje współrzędne geograficzne jakiemuś innemu smrodnikowi. I już wiesz, że nie przeżyjesz niczego estetycznego. I wiesz też, co gorsza, że nie ma takiego miejsca, takiego klubu czy restauracji, które mogłyby zakazać smrodnikowi wstępu lub odważyłaby się go wyprosić. I wiesz też, że on także o tym wie.

Wczoraj i dziś

„Sapiens” Y. N. Harari. Bardzo plastyczne i obrazowe porównania, które warto zamieścić w całości: W 1500 roku na Ziemi mieszkało 500 milionów homo sapiens. Dziś jest ich siedem miliardów. Łączną wartość towarów i usług wytworzonych przez ludzi w owym roku szacuje się na 250 miliardów dolarów (według obecnej wartości tej waluty). Dziś w skali globalnej roczna produkcja zbliża się do 60 trylionów dolarów. W 1500 oku ludzkość spożywała około 13 trylionów kalorii dziennie, dziś konsumuje 1500 trylionów. (Spójrzmy na te liczny z jeszcze innej strony – liczba ludności świata wzrosła czternastokrotnie, światowa produkcją – 240-krotnie, a konsumpcja energii – 115- krotnie).

Załóżmy, że współczesny okręt wojenny zostaje przeniesiony do czasów Kolumba. Dosłownie w kilka sekund potrafiłby rozbić w drzazgi Ninę, Pintę i Santa Marię albo zatopić floty wojenne wszystkich ówczesnych mocarstw, nie doznając najmniejszego zadraśnięcia. Pięć współczesnych frachtowców mogłoby zabrać na pokład cały ładunek przewożony przez wszystkie marynarki handlowe tamtego świata. Współczesny komputer bez problemu pomieściłby w swojej pamięci wszystkie słowa i cyfry z wszystkich kodeksów i zwojów wszystkich średniowiecznych bibliotek (mając jeszcze wolne miejsca na parę filmów, kilkadziesiąt albumów z muzyką rap i wszystkie zdjęcia z rodzinnych podróży). Każdy duży bank ma dziś w swoim skarbcu więcej pieniędzy niż wszystkie przednowoczesne królestwa w historii razem wzięte.

W 1500 roku niewiele miast liczyło więcej niż 100 tysięcy mieszkańców. Większość budynków stawiano z mułu, drewna i słomy, a trzypiętrowa budowla była drapaczem chmur. Ulice były nieutwardzonymi, zrytymi koleinami drożynami, latem tonącymi w kurzu i pyle, a zimą w błocie, po których przechadzali się ludzie, przemieszczały konie, kozy, kury i kołatało kilka furmanek. Najczęściej spotykanymi dźwiękami miasta były głosy ludzi i zwierząt, sporadycznie przeplatające się młotkiem i piłą. O zachodzie słońca miasto pogrążało się w mrokach, pośród których gdzieniegdzie migotały świeczka czy kaganek.  

Przepis na bestseller

Przepis na bestseller: weź w miarę sprawnego rzemieślnika literackiego, może to być autor jakichś w miarę dowcipnych felietonów lub sprawy dziennikarz sportowy, dodaj do niego wydawnictwo zorientowane w potrzebach rynku, dopilnuj, by powstająca książka w żadnym razie nie stawiała czytelnikowi większych wymagań, by broń boże nie była trudna w lekturze, by nie nudziła i w żadnym razie nie skłaniała do głębszych refleksji, zasugeruj natomiast, że może do woli prowokować, szokować, rozśmieszać i upieraj się przy tym, że musi to być książka, której lekturę można bez odrobiny żalu przerwać w dowolnym momencie, a kartkowanie i przerzucanie stron w poszukiwaniu zakończenia jakieś sceny czy co bardziej pikantnych kawałków nie tylko może, ale nawet powinno należeć do rutynowych, zalecanych zabiegów. I masz bestseller.

Niepolityczne zaimki

Lista przywar polskich polityków przypomina katalog telefoniczny sporego miasteczka. Na czołowym miejscu figuruje oczywiście zaimek osobowy „ja”, następnie nadchodzą zaimki dzierżawcze jak „mój” czy „moje”, a na trzeciej pozycji plasują się zaimki zwrotne typu „sobie”, czy „siebie”. Jednak przywarą zdecydowanie najgorszą, tą, która powoduje większość perturbacji w życiu politycznym kraju, jest nieokiełznana, bezczelna, tudzież bezwstydna megalomania, występująca zresztą u polityków niemal każdego szczebla, od powiatowych poczynając. Polski polityk, pytany o jakiś aktualny problem czy rzeczową ocenę sytuację, nieodmiennie zaczyna wypowiedź od następujących fraz: moim zdaniem, osobiście uważam, zgodnie z moim przekonaniem, prywatnie sądzę, w mojej opinii, według mnie, w moim odczuciu. Nie jest zapewne w stanie nawet wyobrazić sobie, że postawione pytanie wcale nie jest skierowane do niego, do niego jako Nowaka lub Kowalskiego, czyli osoby prywatnej, lecz do reprezentanta pewnego stronnictwa, partii politycznej czy frakcji. Nie, polski polityk jest święcie przekonany, że cały kraj oczekuje tylko na jego najbardziej osobiste, subiektywne, intymne dywagacje na ten czy inny temat i tylko one są ważne i istotne. Polski polityk nigdy nie wypowiada się w imieniu stronnictwa, które reprezentuje. Wypowiada się zawsze we własnym imieniu, podkreśla swoje prywatne zdanie, swoje prywatne poglądy czy prognozy rozwoju takiej czy innej sytuacji. Każdy polski polityk jest zawsze premierem rządu, a przynajmniej przywódcą partii, do której należy. I my wszyscy powinniśmy o tym wiedzieć. Jeżeli nie wiemy, natychmiast nas o tym poinformuje jego zdaniem, odczuciem, poglądem w tej sprawie, przekonaniem, opinią.

Polski polityk prawdopodobnie nie potrafi sobie wyobrazić, że jego osobiste zdanie może wygłaszać jedynie w domowym zaciszu, do żony, do kochanki, do dzieci, ewentualnie do znajomych, i też nie do wszystkich. Polski polityk nie rozumie najwyraźniej, że nikogo nie interesuje jego prywatne zdanie, bowiem prywatne zdanie nie jest w gruncie rzeczy niczym innym jak zwykłą, pospolitą plotką.

W ten oto prosty sposób polska polityka stała się rodzajem zinstytucjonalizowanego plotkarstwa, którego już nawet nikt nie kwestionuje, ba, nikt nie postrzega, chociaż to odrażające plotkarstwo z każdym dniem coraz bardziej dzieli ten kraj i zabija jego społeczeństwo.

Elegia na śmierć umiaru

Jak wszyscy Polacy od wielu lat żyjący na Zachodzie (w moim przypadku raczej na Północy, bo w Szwecji Zachód znaczy coś całkiem innego niż dajmy na to we Francji), muszę niekiedy uchodzić od eksperta od spraw polskich. Nie jest to wdzięczne zajęcie ani łatwe. Gatunek homo sapiens, zamieszkujący zachodnie tereny Europy, ma zdaje się, mimo podobieństw do nas, sporo innych genów, których nam ewolucja jakimś dziwnym trafem poskąpiła. Spróbuję to wyjaśnić tylko na jednym przykładzie. Niech nim będzie ostatnie wydarzenie medialne nr 1, czyli śmierć prezydenta Gdańska, Adamowicza.

Paweł Adamowicz, niemal etatowy już prezydent Gdańska, panował w tym mieście bodaj od 1998 roku i został zamordowany w ostatnich dniach przez pospolitego, drobnego przestępcę chorego na schizofrenię. Wydarzenie tragiczne, jak każda śmierć. Jak śmierć policjanta, który uczestniczy w akcji przeciwko bandytom czy gangsterom, jak śmierć strażaka, który ginie w płomieniach niosąc pomoc. Ofiarą tego chorego człowieka mógł stać się każdy z nas, gdybyśmy tylko spełniali odpowiednie warunki medialne. Ale ani ty, ani ja nie jesteśmy medialni. Nasza śmierć zaowocowałaby być może jedynie skromnym nekrologiem, gdzieś na ostatniej stronie jakiegoś lokalnego dziennika. W najlepszym razie. Medialna natomiast jest WOŚP i medialny był Adamowicz. Dlatego musiał zginąć on, a nie ty, czy ja. Syndrom Davida Chapmana i jemu podobnych, których nigdy, niestety, nie brakowało i raczej nigdy nie zabraknie. To wszyscy rozumieją i nikt nie ma dodatkowych pytań.

Tor z przeszkodami zaczyna się dopiero wtedy, gdy trzeba wyjaśnić, dlaczego śmierć  Adamowicza nabrała nieproporcjonalnych, zwyrodniałych wymiarów. Manifestacje, wiece, protesty, deklaracje polityczne, minuty ciszy, ogólnopolska żałoba narodowa, stosy kwiatów, wieńców, tysiące zniczy nie tylko na placach i ulicach Gdańska, lecz w całej Polsce, pogrzeb w katedrze, jakby zabrakło miejsca na cmentarzu, i stada wystrojonych biskupów i arcybiskupów w kondukcie. Paweł Adamowicz już w dzień po zgonie zaczął urastać do rangi herosa, bohatera narodowego, ostatniego Mohikanina demokracji, zaczął być porównywany do Narutowicza i nie brakowało w prasie tekstów podobnych do tego, który z powodu śmierci prezydenta Narutowicza pojawił się kiedyś w Kurierze Polskim: „płomień do pochodni Niewiadomskiego wyszedł z tej atmosfery nienawiści i gwałtu, którą wytworzyły złe duchy Polski w dniach ostatnich”. Prasa zresztą chętnie podchwyciła ten wątek. W nagłówkach gazet widniało jedynie słowo „prezydent”, „śmierć prezydenta”, „pożegnanie prezydenta”, przy czym dyskretnie pomijano słowo „gdańskiego”. Moi tutejsi znajomi raz po raz pytali mnie, ilu w Polsce mamy prezydentów i od kiedy prezydent Polski, Duda, przestał być prezydentem. Wyjaśniałem, że w Polsce każdy jest prezydentem zgodnie ze starą tradycją, że „szlachcic na zagrodzie jest równy wojewodzie”. Niektórzy uwierzyli. Trudniej było wyjśnić, dlaczego nikt nigdy nie słyszał o żadnym Prezydencie Adamowiczu i czym się ów prezydent wykazał, skoro ogłoszono żałobę narodową. Zachodni gatunek homo sapiens jest przekonany (zapewne z powodu wad genetycznych), że tylko za jakieś szczególne zasługi powinny przysługiwać aż takie honory.

Czy to, co wydarzyło się w Gdańsku, było mordem politycznym, aktem terrorystycznym, czy może sprawką fanatycznych islamistów? Nic z tych rzeczy. Był to zwykły wyczyn szaleńca. A mimo tego na transparentach wiecujących Polaków widniały jedynie hasła typu „Precz z nienawiścią”. Dlaczego, pytano? Czy nie byłoby logicznej nieść hasła w rodzaju „Precz ze schizofrenią” albo „Precz z chorobą psychiczną”? Kiedy Chapman zastrzelił Lennona nikt w Stanach Zjednoczonych nie nawoływał do zaprzestania nienawiści, bo wszyscy wiedzieli, że nie o nienawiść w tym wypadku chodziło, lecz o chorobę. Był smutek, był żal, ale nienawiść? I w tym wypadku także nie chodziło o nienawiść. Jak tu więc wyjaśnić kto i dlaczego biegał w ostatnich dniach po polskich ulicach z hasłami o zaprzestaniu nienawiści? I jak tu przemilczeć, że była to dość ohydna rola. I jak przemilczeć równie ohydną rolę, jaką popisały się polskie media, podsycając i prowokując wzajemne niechęci i nieporozumienia, zalewając swoje serwisy i strony nędznymi spekulacjami w rodzaju teorii konspiracyjnych i dywagacjami o przyczynach nieobecności Jarosława Kaczyńskiego na pogrzebie gdańskiego prezydenta. Bardzo przepraszam, ale dlaczego niby J. Kaczyński miałby być na tym pogrzebie? Nie sądzę, by Paweł Adamowicz był jego bliskim krewnym lub należał do grona jego przyjaciół. Wystarczy, że był tam dyżurny Lech Wałęsa i „wszyscy inni prezydenci”, chociaż i ich obecność tam była nie tyle hołdem dla zmarłego, co kpiną z niego. Nie byli tam dla niego przecież. Byli tam dla siebie.

Jak wyjaśnić komuś, zwłaszcza jeśli ma wypaczone geny, jak zachodnia populacja homo sapiens, że Polska zawsze była i jest bez umiaru. Wielka, wynaturzona, ogólnopolska żałoba po urzędniku państwowym, który miał pecha być celem schizofrenika. Jakże niewiele w Polsce trzeba, by zostać bohaterem. Wystarczy, by zamordował cię osobnik psychicznie chory. Woops! I od razu jesteś i bohaterem, i męczennikiem. Bardzo nędzną przysługę oddano p. Adamowiczowi tą wrzawą i, co może jest jeszcze gorsze, w imię partykularnych interesów zamordowano tego człowieka dwa razy.

 

Douglas Murray

Douglas Murray w pracy „Przedziwna śmierć Europy”: W grudniu 2014 roku łódź z ponad pięćdziesięcioma mieszkańcami Czarnej Afryki wyruszyła z okolic Nador w północnym Maroku w stronę południowego wybrzeża Hiszpanii. Po drodze zaskoczył ich sztorm. Kapitan statku, muzułmanin z Kamerunu, obwinił za to chrześcijańskiego pastora z Nigerii, który modlił się na pokładzie. Kapitan i załoga pobili pastora i wyrzucili go za burtę, a następnie tak samo postąpili ze wszystkimi pasażerami, w których rozpoznali chrześcijan.

Imponderabilia

Australijskie termity kompasowe budują wieżowce ustawione zawsze na linii północ-południe. Dzięki temu mogą one służyć za kompas tym, którzy zagubili w buszu drogę. Ich budowle są wieżowcami w pełnym tego słowa znaczeniu. Gdyby wyobrazić sobie te termity wielkości człowieka, to ich najwyższe termitiery sięgałyby na wysokość około półtora kilometra.

Ekolodzy ustalają listę lektur. Zabrania się czytania Hemingwaya, tego piewcy przemocy wobec zwierząt, Londona, zapewne z tych samych powodów, Melville’a, bo morderca wielorybów, Turgieniewa, niepoprawne politycznie „Zapiski myśliwego, itd. Typowy przykład ekologicznego dualizmu – strach przed śmiercią w konwulsyjnym uścisku z lękiem przed zwykłymi radościami życia.

Gdy widzisz coś, co rozpoznajesz jako kolor czerwony, znaczy, że w tej chwili na komórki wzrokowe twojej siatkówki pada 385 bilionów drgań świetlnych na sekundę. Pomyśl, co by było, gdybyś musiał liczyć te drgania, by odgadnąć  kolor.

Troska o jutro

Możliwe, że nasza ustawiczna troska o jutro jest ponurym dziedzictwem pochodzącym z zamierzchłych czasów rewolucji agrarnej. Pierwotny zbieracz-myśliwy nie troszczył się o jutro. Żył w dzisiaj, żył niczym zenistyczny mnich. Jutro mogło przyjść albo nie przyjść, mógł upolować jelenia, mamuta, zająca lub zadowolić się jedynie jagodami czy owocami. Myśliwy-zbieracz żył w naturze, żył z natury, lecz nie inwestował w nią w żaden sposób. Potem przyszła rewolucja agrarna i zenistyczny zbieracz-myśliwy, beztroskie i wolne dziecko natury, przeistoczył się w rolnika. Jako rolnik stał się także inwestorem, czyli kimś, kto wkłada surowiec i swoją ciężką pracę w przyszły plon. Ale plon nigdy nie był pewny, mogło zdarzyć się wiele rzeczy, od ulewnych deszczy, długotrwałych suszy, aż po huragany i powodzie. Inwestycja rolnika jest inwestycją wysokiego ryzyka. To agrarna ruletka. Rolnik zawsze myślał z trwogą o przyszłości, ale też i nigdy nie mógł być pewien, co mu jutro przyniesie. Dzisiaj nie uprawiamy już ziemi, nie inwestujemy w ziarno, wiadomości o pogodzie oglądamy tylko po to, by wiedzieć, co jutro na siebie założyć, ale ciągła troska o jutro przetrwała u większości z nas prawie w pierwotnej formie – wciąż boimy się jutrzejszego dnia, boimy się tego, co przyniesie i wciąż powtarzamy, że jutro jest zawsze niepewne, chociaż owo jutro nigdy jeszcze nie było tak pewne jak dzisiaj.

Sukces ewolucyjny

W Australii na 20 milionów ludzi przypada ponad 90 milionów owiec, a Nowa Zelandia to 4,5 miliona przedstawicieli homo sapiens i 50 milionów owiec. Jest to niewątpliwie sukces ewolucyjny … owiec. Ale nic nie odbywa się za darmo. W stanie naturalnym owce żyją powyżej 12 lat, ale w hodowli zwykle nie są trzymane dłużej niż do 6 roku życia. Za sukces ewolucyjny zawsze się płaci, w ten czy inny sposób. Bez względu na to, czy jest się owcą czy człowiekiem.

Dwa ważne cytaty

Yuval Nooah Harari „Sapiens – Od zwierząt do bogów”: Podobnie jak przedstawiciele elit starożytnego Egiptu w większości kultur ludzie poświęcają czas na budowanie piramid. Zmieniają się tylko nazwy, kształty i rozmiary tych piramid. Mogą na przykład przybierać postać podmiejskiej rezydencji z basenem i wiecznie zielonym trawnikiem albo luksusowego penthouse`u z zapierającym dech w piersi widokiem. Niewielu kwestionuje mity, które sprawiają, że w ogóle pragniemy piramidy.

Od czasów rewolucji francuskiej ludzie na całym świecie stopniowo zaczęli uznawać równość i wolność jednostki za wartości fundamentalne. Lecz obie wartości wzajemnie sobie przeczą. Równość można zapewnić tylko przez ograniczenie swobód warstwom uprzywilejowanym. Dążenie do zapewnienia każdej jednostce prawa do postępowania wedle własnej nieskrępowanej woli nieuchronnie uderza w równość. Całą polityczną historię świata po roku 1789 można postrzegać jako kolejne próby pogodzenia tej sprzeczności.

Osy i karaluchy

Przed kilku laty amerykańscy naukowcy znaleźli wreszcie sposób na zdalne sterowanie karaluchem. Spełnili więc tym samym stare marzenie o karaluchach-cyborgach, które będzie można wykorzystać w rozmaitych akcjach ratunkowych, by docierały tam, gdzie nie zdołają przedrzeć się ani ludzie ani psy. Niedawno okazało się, że osy szmaragdowe „opatentowały” ten rewelacyjny wynalazek znacznie wcześniej, bo już przed milionami lat. Nauczyły się kontrolować ruchy karaluchów. Samice z gatunku Ampulex compressa wstrzykują do głowy swoich ofiar (i to dokładnie do określonych zwojów nerwowych) substancję, która zamienia karaluchy w zombie. Stają się posłuszne, osy prowadzą je za czułki, niczym na smyczy, do gniazda, gdzie stają się one żywą karmą dla larw. W tej całej historii najzabawniejsze jest jednak to, że ten genialny wynalazek jest dziełem owadów, których mózg nie przekracza wielkości główki od szpilki.

Błąd logiczny

Y. N. Harari „Od zwierząt do bogów”: Nie wierzmy idealistycznym ekologom twierdzącym, że nasi przodkowie żyli w harmonii z przyrodą. Bo żyli z nią w dysharmonii. Na długo przed rewolucją przemysłową homo sapiens był wśród wszystkich organizmów sprawcą wymarcia największej liczby gatunków i roślin. Mamy wątpliwy zaszczyt bycia najbardziej morderczym gatunkiem w annałach biologii.

W powyższych słowach kryje się pewien, aż nazbyt dzisiaj powszechny, błąd logiczny, błąd o poważnych konsekwencjach zresztą, bo to on powoduje, że coraz częściej i coraz chętniej deprecjonujemy i naszą kulturę i nas samych. Czy z naturą można żyć w jakiejś urojonej harmonii i co to miałoby oznaczać? Czy znaczy to, że Natura, jeżeli będziemy sprawować się dobrze i grzecznie, wygasi wulkany, wyeliminuje niebezpieczne wirusy, powstrzyma tsunami i huragany, że poprawi usterki w naszych genach i zawiesi, choćby warunkowo, niszczycielskie trzęsienia ziemi? Czy natura jest harmonijna? W czymże objawia się jej harmonia? Czy w tym może, że z lubością powołuje do życia najbardziej niewiarygodne przeciwieństwa i skrajności? Nasi przodkowie mieli nikłe szanse, by żyć w symbiozie z dwumetrowymi kangurami, lwami workowatymi, z jaszczurkami podobnymi do smoków, dziesięciometrowymi wężami, z gigantycznymi diprotodonami, dwuipółtonowymi wombatami lub nielotnymi ptakami, dwa razy większymi od strusi, czy setkami tym podobnych maszkaronów. Natura przez miliony lat zabawiała się produkcją  koszmarnych i przerażających potworów, oddając się temu zajęciu z takim samym upodobaniem jak dziś hollywoodzcy producenci horrorów. Jedyną jej udaną kreacją jest człowiek, stworzony przez nią zresztą albo przypadkiem albo w chwili odpoczynku od powielania kolejnych bazyliszków i krakenów. Niestety, to jemu właśnie musiał przypadł w udziale wątpliwy zaszczyt wytępienia tego całego robactwa. I udało mu się to, mimo dziesiątków niesprzyjających okoliczności i prawie zerowych szans. Jesteśmy najsilniejszym i najinteligentniejszym gatunkiem w „annałach biologii”. Czy powinniśmy się tego wstydzić? Przeciwnie, uważam, że powinniśmy być z tego dumni.

Nie ma czegoś takiego jak „świat dla wszystkich”, a wówczas nie było też czegoś takiego jak „Prawa człowieka i wszystkich innych Zwierząt na Całej Ziemi”. A nawet gdyby były, to wątpię, by lwy workowate, gigantyczne węże czy olbrzymie torbacze chciały to podpisać i przestrzegać. Człowiek, słaby i – sensie fizycznym – skąpo przez naturę wyposażony, był zmuszony wyeliminować zagrożenia, jeżeli chciał przeżyć i trwać.  Wyeliminował je i przeżył. Czy jest to morderstwo? Życie w Naturze nie ma nic wspólnego z uprawianiem etyki. Y. N. Harari w innym miejscu swojej pracy słusznie zauważa, że cała nasza otoczka kulturowa – nasze prawa, religie, prawa człowieka, ONZ, korporacje, giełda, Peugeot, ustawodawstwo, pieniądze – są tylko i wyłącznie wytworami naszej bujnej wyobraźni. Etyka jest także wytworem naszej bujnej wyobraźni. Niczym więcej. Szkoda, że o tym Harari całkiem zapomniał.

Infantylizm

Nic tak skutecznie nie demaskuje infantylizmu Europejczyków, jak ich reakcje na dramatyczne wydarzenia. Nie ma w ich gestach ani cienia słusznego buntu, dumnego sprzeciwu, ani cienia wściekłości czy choćby złości. Jest tylko żałosny, dziecinny, płaski sentamentalizm – skowyt bezradnego szczeniaka.

To, co nie istnieje

Najpiękniejszą i najbardziej twórczą cechą naszego języka nie jest jego zdolność do przekazywania informacji o rzeczach, które istnieją, które są realne, których możemy dotknąć lub zobaczyć. To potrafią także osy szmaragdowe i szympansy. Tą cechą języka, która najdobitniej przyczyniła się do naszego rozwoju jest jego zdolność do dzielenia się informacją o rzeczach, które w ogóle nie istnieją. Tylko my, ludzie, potrafimy opowiadać historie, zmyślać je, fantazjować, tworzyć legendy, mity, snuć marzenia, produkować fikcje, wierzyć w te fikcje i kolportować je. Tylko człowiek potrafi prowadzić dialog o możliwościach hipotetycznych, o rzeczach, które mogą się wydarzyć i o takich, które nie wydarzą się nigdy, ale w które wierzymy. Tylko my zdolni jesteśmy do tego, by wierzyć w zjawiska, które nie mogą się urealnić, które muszą pozostać czystą spekulacją lub tylko marzeniem. Szympansa nie przekonamy, że za dobre sprawowanie albo przestrzeganie pewnych reguł pójdzie do nieba i będzie tam miał zawsze pod dostatkiem bananów. My natomiast, ludzie, wierzymy, że za dobre uczynki zawsze będziemy mieli nasze ulubione banany. Człowiek uwierzy. Ta boska cecha naszego języka, to, że możemy oddawać się marzeniom, kłamstwom, fikcjom i ideom i że możemy czynić to również zbiorowo, wspólnie z innymi ludźmi, spowodowała, że – jak to zgrabnie ujmuje Harari w pracy „Sapiens – od zwierząt do bogów” – homo sapiens panują nad światem, podczas gdy mrówki jedzą resztki z naszych stołów, a szympansy siedzą zamknięte w ogrodach zoologicznych i laboratoriach. Nasza kondycja jako ludzi nie jest więc związana z tym, że potrafimy właściwie postrzegać to, co istnieje, lecz z tym, że potrafimy marzyć i dzielić się naszymi marzeniami, że potrafimy mówić i pisać także i o tym, co nie istnieje.

Teoria plotki

Przekonuje mnie teoria plotki jako jedna z przyczyn rozwoju naszego języka. Ma ona, bez względu na to, czy prawdziwa czy nie, pewien przekorny wdzięk. Według tej teorii nasz język wyewoluował jako rezultat dzielenia się informacjami o świecie, a więc wykształcił się przy okazji … plotkowania. Rzetelne informacje o środowisku, w którym egzystujemy zawsze były ważne, zarówno dla naszych jaskiniowych praprzodków, by wiedzieć, gdzie można upolować mamuta, jak i dla nas, gdzie można dostać lepsze wynagrodzenie za pracę lub taniej kupić markową odzież. Równie ważne było i wciąż jest wiedzieć, kto kogo w danej grupie nienawidzi czy też faworyzuje, kto z kim sypia, kto jest prawdomówny, kto kłamie, kto kradnie, kto jest wielkoduszny, a kto skąpy, kto może pomóc lub zaszkodzić, kogo należy unikać i z kim należy trzymać. Możliwe, że te drobne z pozoru, niby pozbawione znaczenia, plotkarskie przecieki są ważniejsze niż cokolwiek innego.

Teoria plotki, znajdująca obecnie potwierdzenie w wielu badaniach i coraz poważniej traktowana w świecie naukowym, przekonuje mnie również i dlatego, że nawet dzisiaj lwia część naszej wzajemnej komunikacji nosi wszystkie cechy plotki – nasze rozmowy telefoniczne, facebooki, e-maile, instagramy, sms-y służą w głównej mierze dystrybucji plotek i tylko plotek. Plotkują wszyscy, w każdym środowisku, politycy, dziennikarze, specjaliści od mediów, ekspedientki i kucharze, a prasa i pisma ilustrowane nie tylko kolportują plotki, ale i dobrze z nich żyją. Chętnie więc uwierzę, że nasz język rozwinął się dzięki plotce.

Abp Stanisław Gądecki

Abp Stanisław Gądecki w komunikacie przesłanym PAP twierdzi, że laickość nie jest żadną pustą kategorią, równoznaczną z nieobecnością wiary w przestrzeni publicznej, bowiem: „Zakaz dostępu religii do sfery publicznej, usuwanie z niej znaków religijnych jest wyborem światopoglądowym. Ściana, z której usunięto by krucyfiks, nie byłaby ścianą neutralną, ale ścianą pustą, z której celowo usunięto krucyfiks. Również szkoła, z której usunięto by nauczanie religii, nie byłaby neutralna, ale byłaby szkołą, z której celowo usunięto lekcje religii. Decyzja taka byłaby objawem wrogości wobec zjawiska religii, traktowanej na skutek uprzedzeń jako przejaw ludzkiej słabości i źródło alienacji. Byłaby przejawem redukcjonistycznego podejścia do człowieka, postrzeganego jako istota ograniczona do wymiaru horyzontalnego”.

Abp Gądecki studiował zapewne retorykę i obeznany jest doskonale z sofistyką, niestety, zdaje się, że w jej najgorszym słownikowym znaczeniu, bo jako świadome posługiwanie się nieuczciwą argumentacją w celu udowodnienia fałszywej tezy. Trudno o większy sofistyczny bełkot niż zaprezentowany w powyższym cytacie. Przeanalizujmy to razem. Zdanie nr 1: Brak znaków religijnych w przestrzeni publicznej nie jest żadnym wyborem światopoglądowym. Przestrzeń publiczna, czyli przestrzeń wspólna dla nas wszystkich, nigdy nie powinna być miejscem, w którym pojawiają jakiekolwiek symbole religijne. Religia jest sprawą prywatną. Religię powinno się uprawiać jedynie w miejscach do tego przeznaczonych – w świątyniach lub w domu. Religia, która wychodzi poza te miejsca staje się ideologią, dokładnie w takim samym sensie jak marksizm albo faszyzm. Zdanie nr 2: Ściana, na której wisi krucyfiks na pewno nie jest ścianą pustą, ale jeszcze mniej ścianą neutralną. Ściana oznaczona krucyfiksem jest ścianą stygmatyzowaną symbolem religijnym, a tym samym wyłączoną z przestrzeni publicznej. Zdanie nr 3: podstawowym zadaniem szkoły jest upowszechnianie nauki i wiedzy. Religia nie jest nauką. Religia jest wiarą. Propaganda wiary (która nie jest i nie może być naukowa) w szkole podważa sens istnienia szkoły. Szkoła może ewentualnie uczyć o zjawisku wiary i religii, ale nie może „nauczać” religii, bowiem religia jest nienaukowa. Religia podważa naukę. Jak można w tej samej szkole uczyć, że nasza planeta ma 4 i pół miliarda lat i już na następnej lekcji podważać to głosząc, że Bóg stworzył Ziemię 6 tysięcy lat temu? Decyzja o wycofaniu religii ze szkół nie byłaby więc objawem wrogości wobec religii, a jedynie powrotem do właściwych i sensownych zasad nauczania. Zdania 4 i 5 w powyższym cytacie są tak beznadziejnie głupie, bezmyślne i pokrętne, że nie zasługują nawet na komentarz. To przerażające, że elity religijne w polskim Kościele prezentują intelektualny poziom nicieni. Zakładając, naturalnie, że nie jest to wyraz totalnej pogardy dla wiernych i „niewiernych”.

Słoń

W zdecydowanej większości języków słowo „słoń” określa się terminem „elefant”. W języku polskim słowo „słoń” jest ściśle związane z czasownikiem słonić, słaniać się. A. Brückner w Słowniku etymologicznym języka polskiego wskazuje, iż nazwano tak owo przesympatyczne zwierzę w myśl przekonania, iż nie może ono kłaść się (kłonić się), ponieważ nie wstanie. Co najwyżej może słonić się o drzewo.

Rekord

Jak pisze na łamach czasopisma „Science Advances” prof. Levy Stone z uniwersytetu w Tel Awiwie, prawie jedna czwarta z 6 mln Żydów zamordowanych przez Niemców w latach 1939 – 1945 zgładzonych zostało w ciągu stu dni, tylko stu dni: od sierpnia do października 1942 r. I bodaj nikt nigdy nie zdołał pobić tego rekordu okrucieństwa. Nie mówcie mi o Bachu i Beethovenie – ich muzyka jest równie precyzyjna i efektywna.

Człowiek homerycki

Znów wieczory z „Odyseją”. To ciekawe, że człowiek homerycki, pełen przeciwieństw i skrajności, porywczy, gwałtowny i wybuchowy miał nieporównywalnie więcej szacunku dla kobiety niż jego potomek w historycznej Grecji. W jego świecie kobieta była jeszcze pełnoprawną towarzyszką życia, często zresztą zajmując pierwsze miejsce, jak choćby Arete przy Alkinoosie. Mężczyzna homerycki czci swoją matkę i szanuje żonę. Jej głos nigdy nie jest lekceważony: Heleny wysłuchuje się z atencją i respektem, tak w Sparcie jak na wałach obleganej Troi.

Logika

Szwedzki nauczyciel do ucznia: studiowanie historii jest niepotrzebne i bezużyteczne, bo jest stara. Lepiej jest studiować naturę.

Co za pokrętna logika! Gdyby uznać to rozumowanie, to studiowanie natury jest równie niepotrzebne i bezużyteczne – jest niewiarygodnie stara.

Harari i sapiens

Yuval N. Harari w „Sapiens – Od zwierząt do bogów”” wielokrotnie krzywi się grymasem zbrzydzenia na to, że ludzkość nierozważnie porzuciła kondycję myśliwego-zbieracza i przeszła do etapu rolnictwa. Nie sposób nie zgodzić się z nim, gdy pisze, że „od epoki zbieracko-łowieckiej pojemność mózgu przeciętnego homo sapiens w zasadzie uległa tylko zmniejszeniu. W erze łowiectwa i zbieractwa przetrwanie wymagało od każdej jednostki nadzwyczajnej sprawności umysłowej. Nastanie rolnictwa i przemysłu stworzyło parasol ochronny osobnikom o niskiej inteligencji. Pracując w charakterze nosiwody lub przy linii montażowej, można było przetrwać i przekazywać swoje kiepskie geny kolejnym pokoleniom.” Być może twierdzenie to jest prawdziwe, ale czy kiedykolwiek mieliśmy jakiś wybór? Czy na jakimkolwiek etapie rozwoju świadomie kształtowaliśmy naszą rzeczywistość, a tym bardziej naszą przyszłość? Nie czyniliśmy tego kiedyś i nie czynimy tego teraz, choć zdawałoby się, że obecnie mamy ku temu pewne możliwości. Nie można uciec od swoich sukcesów, na dobre i na złe, a rewolucja agrarna takim sukcesem na pewno była. Jest ponadto bardzo wątpliwe, czy cywilizacja mogłaby powstać, gdyby nie wszystkie innowacje dotyczące rolnictwa i ogrodnictwa. Cywilizacja zaś spowodowała, że w wielu aspektach mogliśmy zacząć prowadzić życie zdrowsze pod wieloma względami, a eksplozja ludzkiej populacji chyba najlepiej o tym świadczy. Czy ta eksplozja to fakt pozytywny, to już inna sprawa.

The same story

„Wywiady z historią” Oriany Fallaci. Ostatni z nich w tym zbiorze dotyczy Aleksandrosa Panagulisa, greckiego poety i polityka, który po zamachu stanu z 21 kwietnia 1967 sprzeciwił się wojskowemu reżimowi Jeorjosa Papadopulosa i założył organizację Grecki Ruch Oporu. Po niefortunnym zamachu na życie Papadopulosa został aresztowany i początkowo skazany na karę śmierci, którą jednak wstrzymano pod wpływem światowej opinii publicznej. Został jednak przeniesiony do okrytego złą sławą więzienia Boiati. Tam był przez długi czas poddawany okrutnym torturom fizycznym i psychicznym. Dzięki amnestii odzyskuje wolność w sierpniu 1973. Wywiad z nim pochodzi z tego okresu. Nieco później Panagulis zostaje towarzyszem życia Oriany Fallaci. W notatkach do wywiadu Oriana Fallaci wspomina o problemach Alekosa, gdy decydował się on na emigrację i zaczął czynić starania o uzyskanie paszportu. Czas mijał, przeszkody tylko mnożyły się, zawsze czegoś brakowało, wciąż pojawiały się jakieś nowe komplikacje i wydawało się, że szanse na uzyskanie paszportu i zgody na opuszczenie kraju maleją z każdym dniem. W końcu, kiedy był już bliski rezygnacji, nieoczekiwanie dowiaduje się, że przyznano mu paszport. Wreszcie mogli razem wylecieć samolotem Alitalii do Rzymu. W tym miejscu Fallaci pisze: Ale nawet wylot nie był cywilizowany. Po przejściu przez odprawę celną, policję graniczną, rewizję, weszliśmy do poczekalni i natychmiast otoczyła nas prowokatorska chmara policjantów w cywilu. Później zapowiedziano lot i dotarliśmy do bramki numer dwa. Podaliśmy nasze karty pokładowe. Odepchnięto nas do tyłu. „Dlaczego?”, zapytał Alekos. Milczenie. „Mamy ważne paszporty i ważne karty pokładowe i dopełniliśmy wszystkich formalności”. Milczenie. Wszyscy inni pasażerowie przeszli, wsiedli do autobusu, wysiedli z autobusu, weszli na pokład samolotu. Samolot czekał tylko na nas. A my nie mogliśmy nawet zbliżyć się do schodków. Co gorsza, nie podawano nam żadnego wyjaśnienia, nie dawano go również pracownikom Alitalii, którzy eskortowali nas, jak VIP-ów. Dziesięć minut, piętnaście, dwadzieścia, dwadzieścia pięć, trzydzieści … Nie rozumiałam, dlaczego po trzydziestu minutach pozwolono nam wejść na pokład. Może ktoś zadzwonił do szefa Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Może ten powiadomił Papadopulosa i Papadopulos zdecydował, że nie warto było, również na arenie międzynarodowej, popełniać błędu, zakazując mu w ostatniej chwili lotu. Ale nie zrozumiałam też czego innego: nie zrozumiałam, czemu po zamknięciu drzwi samolot stał nieruchomo na pasie startowym przez kolejne czterdzieści minut. Tego dnia nie było problemów z wieżą kontrolną. Było tylko wielkie zakłopotanie na pokładzie.

Czytając te słowa raz jeszcze przeżyłem cały koszmar naszego własnego doświadczenia przy opuszczaniu kraju. Po wielu miesiącach starań o paszport, po dziesiątkach wizyt w Biurze Paszportowym, po przesłuchaniach, beznadziejnie głupich rozmowach z istotami o poziomie intelektualnym kleszczy, po rozmaitych zabiegach i formalnościach, które generowały tylko następne i kolejne, wreszcie pewnego dnia otrzymaliśmy paszporty. Wyjeżdżaliśmy z Polski drogą morską, promem ze Świnoujścia do Ystad. Dotarliśmy do przystani promowej dość wcześnie tamtego dnia. Do odpłynięcia promu, o dwudziestej drugiej, mieliśmy sporo czasu. Był dokładnie 21 marca 1983 roku, pogoda zgniła, zimna i chmurna, o spacerze nie było mowy. Nie bardzo już pamiętam, jak spędziliśmy ten czas, pewnie czekając w jakiejś kawiarni, istniała taka  naprzeciwko dworca kolejowego, w sąsiedztwie terminalu. Prawdziwa zabawa zaczęła się dopiero podczas odprawy celnej. Długo i z zainteresowaniem przyglądano się naszym dziwnie „chudym”, bo zaledwie kilkustronicowym paszportom, ważnym tylko w jedną stronę. Bagaż mieliśmy dość skromny, zaledwie dwie, średniej wielkości walizki. Zostały natychmiast wypatroszone, wszystko wylądowało na stołach, sprawdzano sztuka po sztuce, badając centymetr po centymetrze. Nie znaleziono nic, naturalnie, ale asystujących przeszukaniu milicjantów w cywilu zainteresował plik moich prywatnych listów. Te zostały radośnie i triumfalnie skonfiskowane. Potem przeszliśmy rewizję osobistą. Najpierw K., a potem przyszła kolej na mnie. Naszemu synowi, wówczas sześcioletniemu, ta upokarzająca procedura została oszczędzona, choć przez moment wydawało się, że nie uniknie tego i on. Otóż, jeden z esbeków, nerwowy i spocony, raptem zerwał mu z głowy jego czapkę z pomponem. Mały okazał jednak odwagę lwa. „Oddaj mi natychmiast moją czapkę, tumanie!” krzyknął i skoczył do przodu. Esbek, straciwszy na moment rezon, opuścił dłoń w której trzymał jego czapkę, a nasz mały lew błyskawicznie wyrwał ją i z mocą założył sobie na głowę, wciągając ją niemal aż po wysokość nosa. Przygotowałem się na najgorsze, ale na szczęście nie było to konieczne. Ujęła się za nim jedna z celniczek, tęga, postawna kobieta w średnim wieku. Zdecydowanie odciągnęła esbeków na bok, przez chwilę prowadzili tam ożywioną dyskusję, ale rewizja została zakończona. Tylko rewizja. Nie pozwolono nam bowiem, śladem innych pasażerów, skierować się w stronę życzliwie opuszczonego trapu. Byliśmy zmuszeni upchnąć w pośpiechu w walizkach nasze rzeczy i przejść kilkadziesiąt metrów dalej, do sporego pomieszczenia z oknami wychodzącymi na nadbrzeże, gdzie przy samotnym biurku siedział jakiś smutny kapral. Pozostawiano nas tam bez słowa wyjaśnień. Czas mijał, widzieliśmy kolejnych pasażerów wchodzących po trapie na prom, trwało jakieś gorączkowe ożywienie na źle oświetlonym kaju, burzliwe rozmowy między załogą a esbekami. Dochodziła godzina dwudziesta druga, czas odjazdu promu. Kilka minut później do pokoju weszła spora grupa milicjantów i kilku ponurych typów w cywilu. Jeden z nich poinformował oschle, że K. i „lwiątko” mogą udać się na prom. K. zaprotestowała stanowczo, ani myślała zostawiać mnie samego. Przekonałem ją, jak umiałem w tym momencie najspokojniej, by skorzystała jednak z tej szansy. Pragnąłem, by chociaż oni byli bezpieczni i po drugiej stronie. W końcu, nie bez oporów i wątpliwości, ale dała się przekonać. Wiem, że podjęła tę decyzję tylko i wyłącznie ze względu na naszego syna. Jeden z policjantów pomógł jej zabierając najcięższą z naszych walizek, choć nie bez oznak wyraźnej dezaprobaty ze strony kolegów. Widziałem przez okno, że dalej, już na trapie pomogli jej ludzie z załogi. Dla mnie natomiast zaczęła się najbardziej absurdalna część tej farsy. Nagle pojawił się kostyczny milicjant w randze majora. W ręku trzymał plik skonfiskowanej mi korespondencji. Zajął miejsce kaprala przy sfatygowanym, odrapanym biurku, wskazując mi bez słowa miejsce naprzeciwko. Długo przerzucał poszczególne listy, notował coś w dużym, skórzanym skoroszycie, minuty mijały, prom jeszcze stał, ale było już mocno po wpół do jedenastej. W końcu podsunął mi jeden z listów z pytaniem, czy mogę mu ten list wyjaśnić. Był to list od Zofii Ch., pisarki i tłumaczki, naszej wieloletniej przyjaciółki, która podówczas mieszkała w Londynie. List był recenzją jednego z moich opowiadań, drukowanych zresztą w moim debiutanckim tomie „Ostatni sen”, wydanym jeszcze w roku 1980 przez Czytelnika. Zaczynał się frazą z pierwszego zdania tego opowiadania: „Wysłałem mu lisa. Pocztą. W zwykłej, niebieskiej kopercie … „. Zofia szczególnie lubiła to opowiadanie z jakichś powodów i w liście nie szczędziła mu pochwał. List nie był długi, dwie strony, zapisane jej niezdyscyplinowanym, fantazyjnym pismem, i post scriptum, które zawierało kilka informacji o jej ewentualnym przyjeździe do Warszawy, o paczce wysłanej z Berlina, i lekach dla znajomej, pozdrowienia, takie tam rzeczy. Nic ponadto. Nie było tu nic do wyjaśniania. Major przyglądał mi się szklistym wzrokiem zawodowego inkwizytora. „Ma pan jeszcze szansę, by zdążyć na prom, powiedział w końcu, trzeba tylko, żeby wyjaśnił pan, co znaczy ten kod, że wysłał pan lisa, pocztą, i w zwykłej, niebieskiej kopercie. Niech pan się dobrze zastanowi. Mam silny instynkt samozachowawczy, potrafię realnie ocenić zagrożenie, ale nie byłem w stanie powstrzymać się od śmiechu. Rozdrażniło to majora. Czy pan myśli, że jestem głupi, warknął wściekle zrywając się zza biurka, myśli pan, że jestem kretynem? Kto, do cholery, wysyła lisa pocztą, w zwykłej kopercie?! No? Co to znaczy?! Może pan powie, że nic?! Absurd jest głuchy na zdrowy rozsądek czy rzeczowe argumenty. Po dziesiątkach przesłuchań w czasie internowania wiedziałem o tym aż nadto dobrze. Odparłem jedynie, tak spokojnie jak mnie na to było w tamtym momencie stać, że to dokładnie nic nie znaczy i że nie ma w tym żadnego szyfru, że literatura posługuje się czymś takim jak metaforą i że nie mam nic więcej do dodania. Major z niemaskowaną złością zatrzasnął swój skoroszyt, pozbierał moją korespondencję i wyszedł bez słowa. W jego miejsce powrócił kapral, jeszcze bardziej skulony i jeszcze bardziej byle jaki. Wskazówki zegara minęły godzinę jedenastą, jedenastą dwadzieścia, na promie zaczęto podnosić trap, przy linach na nadbrzeżu zaczęli teraz krzątać się pracownicy – widziałem to dość wyraźnie przez wysokie okna pokoju. Za piętnaście dwunasta trap na promie był już podniesiony, ale prom jeszcze stał. Gdy w myślach zacząłem już żegnać się z moimi najbliższymi, do pokoju wszedł wysoki mężczyzna w cywilu. Nie widziałem go wcześniej. Podszedł do mnie, wręczył mi mój pseudo-paszport i powiedział, że mogę iść. Bez chwili wahania wybiegłem na nadbrzeże, zauważyłem, że luka trapu jest jeszcze otwarta, zacząłem dawać znaki, za moment trap zaczął wolno zjeżdżać w moją stronę. Wskoczyłem na niego, zanim jeszcze dotknął kamiennej płyty nadbrzeża. Po chwili byłem na pokładzie, gdzie czekali na mnie moja żona i mój mały, waleczny syn. W parę chwil później prom ruszył w rejs do Ystad.

Grecja. Polska. Jakikolwiek inny kraj na ziemi. Bandyckie reżimy są wszędzie takie same, ludzie, których wykorzystują są podobni, a metody identyczne. Chodzi przecież tylko o nasze uczucia, a te – o czym wiedzą i dobrzy i źli – są zawsze nagie i bezbronne.

Księgarnie

Księgarnie w Polsce totalnie wypełnione produkcją zaimkową. Naturalnie, największym powodzeniem cieszy się zaimek „ja”. Opasłe pamiętniki sportowców, aktorów, kucharek, celebrytów, piosenkarek, gangsterów i ich żon, etc. Plotki, anegdoty, złośliwości, obmowy, niedyskrecje, pomówienia, żale. Ani śladu jakiejkolwiek myśli. Nic do powiedzenia, lecz gadulstwo niewyobrażalne. Literatura iście romantyczna – „ja” pyszni się bezwstydnie i panuje niepodzielnie. Obrazu dopełnia ekologiczno-liberalna, morderczo nudna i pusta proza Olgi Tokarczuk. Między tymi pseudoarcydziełami i bestsellerami, wciśnięte gdzieś w kątach półek, nieliczne perełki w rodzaju Harariego, Dennetta, Pinkera, Lentsa czy Oriany Fallaci. Okno wystawowe jednej z księgarń okupowały sporych rozmiarów lalki, w makijażach tancerek go-go z podmiejskiej knajpy i w kusych kostiumach kąpielowych panienek z serialu Baywatch. Nie byłem ciekaw, co „dają” w środku.

Domestykacja

Długi i bolesny proces udomowiania człowieka przez psa, proces trwający tysiące lat  prawdopodobnie dobiega już końca. Obecnie to psy wyprowadzają człowieka na spacer, czekają mniej czy bardziej niecierpliwie aż pozbiera ich odchody, łaskawie pozwalają obcałowywać się, choć właśnie przed chwilą nurzały pyski w jakiejś padlinie czy kale, niektóre żądają, by nosić je na rękach, podcierać im tyłek bardzo miękkim toaletowym papierem, kupować im ubranka i buciki, regularnie zamawiać czas u manicurzystki i fryzjera, kupować tylko ekologiczne dania i pamiętać o przedłużaniu ich paszportów, bo coraz mniej psów zgadza się na pobyt w jakichś ordynarnych pensjonatach, gdy ich dwunożni podopieczni planują zagraniczne wczasy.