Jakże gęsta i fascynująca

Jakże gęsta i fascynująca była rzeczywistość … Wnętrzności zwierząt i ptaków, skrywające tajemnice ludzkich losów, złowrogie proroctwa stłuczonych luster, spadające gwiazdy, wypisujące na niebie niezwykłość nadciągających zdarzeń, niedoceniana życzliwość czarnych kotów, przecinających nasze drogi do zguby, słowo, które było ciałem, cyfra, która przemieniała wszechświat w kosmiczną harfę w dźwiękach której zapisane było twoje imię i uśmiech Giocondy, poranki, gdy zamiast bełkotu gazet odczytywano jeszcze hermetyczne pismo nocnych marzeń, wytrwale rozsupłując splątane nitki ich metafor i obrazów. Każde zjawisko mogło być znakiem lub wróżbą, każde odmieniało się przez niesłychaną ilość koniugacji, tworząc język, który wiązał ogień i włócznię, rybę i zbawienie, kwiat i symetrię, widzialne i niewidzialne, żywe i martwe.

Moja babka, ilokroć wychodziła z domu w jakiejś ważnej sprawie i zdarzyło się jej potknąć na progu albo zapomnieć czegoś, zawracała natychmiast i przez resztę tego dnia zakładała włosiennicę wymuszonej bezczynności. Jej życie, mimo iż pozbawione nadzwyczajnych wydarzeń i przygód, wolne od przekleństwa dramatów i rozkoszy wielkich uniesień, było jednak niewiarygodnie pełne i bogate. Czytała świat jak cudowną i bajeczną opowieść, wsłuchiwała się w jego szmery i podszepty, i w jej oczach wszystko – niespodziewany smutek kwiatów i pogoda, lot ptaka oraz czyjeś spojrzenie, nagły cień niepokoju i list, który wyśliznął się z książki, spadając jej pod stopy, najzwyklejsze spotkania i sny –  wszystko to miało zachwycającą ciągłość, która wypływając z tysiąca różnych źródeł zawsze zdąża ku wspólnemu morzu. Zdawała się być przekonana, podobnie jak Lezama Lima, że to, co zbieżne jest w marszu, zbiega się potem we wspólnym celu. Przypadek, to próżne „dziecko nierozwikłanej lektury”, w jej świecie jeszcze nie władał, będąc raczej skromnym laufrem niż bezlitosnym królem. Rzeczywistość stanowiła dla niej teatr nieustających epifanii, a najlżejsze poruszenie liścia na tym drzewie pęczniało od przepowiedni i symboli – świat był księgą boskich objawień, tajemnym językiem, którego uczyła się pokornie i cierpliwie, wierząc, że w chwili, gdy złoży swoje pierwsze zdanie w tym języku, wtedy otworzy oczy i może przebudzi się ze snu. Poruszała się w przestrzeni gęstej i ożywionej, wśród miliardów ledwo postrzegalnych bytów i subtelnych znaków, i dzięki temu jej zmysły, wyostrzone czytaniem między wierszami rzeczywistości, rzadko dawały się zwodzić pozorom, z równą łatwością wykrywając prawdziwy sens drobnych zdarzeń jak czyjeś cierpienie czy smutek, choćby najstaranniej skrywane za beztroskim uśmiechem. Nie można było jej oszukać i w spotkaniu z jej intuicją najlepsze aktorstwo okazywało się żałośnie nagie i bezradne. Widziała więcej i czuła silniej. Jej istnienie było nieskończenie bogate, bogate wyjątkowym rodzajem bogactwa; bogactwa,  które otrzymuje się w zamina za podziw nad wieczną metaforą życia.

Nasza rzeczywistość jest pusta i zimna. Nie wsłuchujemy się w nią, od dawna już nie prowadzimy z nią dialogu, nie słyszymy jej szeptów, nie rozumiemy jej języka i nie przerażają nas złowrogie proroctwa stłuczonych luster, a spadające gwiazdy nie zapowiadają jutrzejszych wydarzeń. Poruszamy się w przestrzeni doskonale obojętnej, gdzie zjawiska nie zachodzą na siebie, nie nakładają się i nic nie znaczą. Stępiała również nasza wrażliwość i prędzej wyczujemy wadliwą pracę silnika samochodu niż odcień rozpaczy w ludzkim głosie. Kiedy nie uznajemy ciągłości, napisał Lima, przypadek w zawstydzający sposób góruje nad więzami przyczynowymi, deformując nie do poznania oblicza bogów.

Wielkie misterium obrazów pokryło się kurzem niczym od wieków nie czytana księga i tylko czasem, gdy wiatr niezdarnie tasuje jej karty, wpadają nam w oczy i we włosy mikroskopijne okruchy zapomnianego alfabetu. Rzeczywistość utraciła tożsamość, oblicza naszych bogów wykrzywia kubistyczne szaleństwo, strzała z łuku egipskiego faraona i inna, wprawiona w ruch silnym ramieniem Odyseusza, mimo iż podążają ku wspólnemu celowi, nie spotkają się już nigdy, nigdy też nie staną się tą samą strzałą, identycznym pytaniem, które raz postawione przemierza niestrudzenie czas, poszukując tarcz na których wypisane jest prawdziwe imię łucznika …

(Frag. powieści URBS)

Filozofia

Filozofia powinna być sztuką korzystania z życia. Filozofia jako sztuka kompromisu ze śmiercią jest nieporozumieniem – śmierć nie zna kompromisu. Filozofia powinna więc dostarczać teoretycznych środków pozyskiwania przyjemności i unikania sytuacji stwarzających nieprzyjemności. Whitehead powiedział, że być mądrym znaczy, po pierwsze: żyć, po drugie: żyć dobrze, po trzecie: żyć jeszcze lepiej. Co znaczy „żyć dobrze”? Niezależnie od nawoływań religijnych czy politycznych komiwojażerów, usiłujących sprzedać nam takie towary jak bohaterstwo, ascetyzm, wyrzeczenie czy patriotyzm, znaczy to zawsze: żyć bez cierpień, żyć w dostatku, żyć przyjemnie, żyć wygodnie.

Mamy tylko jedną własność i jedną pewność: nasze własne ciało rozpięte między dwoma nicościami; między tą, z której przychodzimy i tą do której zdążamy. Mamy jedynie ciało i jego zmysły – wypada żałować, że nie posiadamy więcej zmysłów, by móc cieszyć się życiem jeszcze intensywniej.

Powieść

Jose Ortega y Gasset: Powieść może być tylko powieścią, wnętrze jej nie może wyjść poza siebie i znaleźć się na zewnątrz, podobnie jak sen przestałby być snem, jeślibyśmy mogli we śnie wyciągnąć rękę w stronę jawy, uchwycić jakiś przedmiot rzeczywisty i wraz z nim cofnąć rękę wracając w magiczną krainę snu. Ręka osoby śniącej jest tylko bezcielesnym widmem, niezdolnym udźwignąć nawet płatka róży. Oba te światy są nieprzenikalne, i najlżejsze ich zetknięcie kończy się uniecestwieniem jednego lub drugiego. Kiedy byliśmy dziećmi, próbowaliśmy daremnie włożyć palec do wnętrza mieniącej się kolorami bańki mydlanej. Unoszący się w powietrzu delikatny kosmos rozpryskiwał się nagle spadając na podłogę mydlaną łzą.

Peryfraza

Peryfraza i metonimia wydają się być ulubionymi figurami stylistycznymi naszej przewrotnej współczesności. Moda zapoczątkowana przez prasę, złotego cielca tego wieku, weszła w powszechne użycie i zgodnie z nią kanibal rzadko obecnie bywa nazywany ludożercą (podkreśla się jedynie jego odmienne obyczaje kulinarne),  pedofilia jest tylko kwestią preferencji seksualnych, alkoholizm uznaje się za jednostkę chorobową i powinien wzbudzać nasze współczucie na równi z przypadkami raka, terrorysta nie jest pospolitym mordercą, lecz nieszczęśliwym bojownikiem o tę czy inną (zwykle przemilcza się, jak bardzo brudną) sprawę, a pospolity morderca jest ofiarą społecznych lub genetycznych uwarunkowań.

Do złudzenia przypomina to z jednej strony pantang, tabu językowe, przekonanie, że słowo jest ciałem i należy obchodzić się z nim równie ostrożnie jak z buteleczką nitrogliceryny – zwłaszcza jeżeli dotyczy podobnie wybuchowych desygnatów – a z drugiej strony, i to wydaje się bardziej prawdopodobne, zwykłą ucieczkę od zawsze trudnych i zawsze ryzykownych „oznakowań” moralnych, bowiem w konsekwencji takiej postawy zmuszeni bylibyśmy zamanifestować określone przekonania, dokonać wyboru i przyjąć odpowiedzialność za ten wybór.

Widzę wszystko – nie oceniam niczego”, dewiza prasy brukowej, posłużyła za matrycę dla współczesnej pseudomoralności. Tak jest wygodniej, tak jest łatwiej, ale przede wszystkim tak jest bezpieczniej. Jak zwykle najszybciej przyswoiła ją sobie masa, ale prasa od dawna już jest nie tylko jej jedyną rozrywką, lecz i sumieniem. Myślę, że gdyby w psychice przeciętnego osobnika można było dokonać jakichkolwiek spustoszeń, gdyby to w ogóle było możliwe, to należałoby uznać to za już dokonane.