Zawsze w Petersburgu

Zygmunt Mineyko w pamiętniku „Z tajgi na Akropol” opisuje zdarzenie, które miało miejsce w Petersburgu, gdy władze ruskie postanowiły zademonstrować ludności miasta gnanych na Syberię polskich powstańców styczniowych. Z dworca kolei żelaznej, pod nadzorem piechoty i kawalerii ruskiej, zmuszono ich do przemarszu do więzienia wzdłuż ulic miasta: „Ludność stolicy, oświadomiona o mającej dokonać się dzisiejszej paradzie, gromadziła się licznie na ulicach i placach publicznych dla oglądania polskich „miateżników”, mających odwagę targnąć się do obalenia ich niewoli, spotykając nas z przekleństwem i wrzawą. W chwili zaś, gdy orszak nasz zjawił się w pobliżu Kazańskiej cerkwi, nagromadzone tam tłumy częstowały nas gradem kamieni, raniąc wielu z nas, jako też niektórych żołnierzy pieszej i konnej naszej straży. Okoliczność ta ostatnia ocaliła nas od wymordowania, gdyż żołnierze moskiewscy, będąc jednocześnie z polskimi powstańcami narażeni na niebezpieczeństwo postradania życia, odparli napastników. Skończył się ten zamach tylko skropieniem krwią polską Newskiego Prospektu przy świątyni Kazańskiej na najbardziej wytycznym punkcie Petersburga, miejscu zbornym arystokracji i elegantów stolicy, mających nagromadzony obficie materiał do kamieniowania Polaków.

Gesty

Kilka dni temu, w restauracji, bardzo stary człowiek. Jego twarz cała wydawała się składać ze zmarszczek, rozległe cienie pod oczyma, pochylona, zgarbiona sylwetka, ale jego gesty uderzająco kolidowały z jego wiekiem. Jego gesty były młode. Gesty ludzi młodych są rozrzutne, hojne, przesadne, ludzie młodzi nie liczą się z nimi, szafują nimi bez umiaru. Przeciwnie, gdy stajemy się starzy. Wtedy nasze gesty stają się oszczędne, skąpe, wyważone i wyliczone. Gesty tego mężczyzny nie były ani wyliczone ani oszczędne.

Jedna z nielicznych zalet

Jedną z nielicznych zalet bycia emigrantem jest to, że wymykasz się spod praw zwykłego reżimu czasu. Żyjąc na emigracji, z dala od kraju, żyjąc w obcym, indyferentnym środowisku, wśród ludzi z którymi nie wyrastaliśmy, z którymi nie dzieliliśmy ani dzieciństwa ani młodości, nie doświadczamy tego natrętnego poczucia, że ich wiek odbija się w naszym. To nasi przyjaciele z dawnych lat najskuteczniej przypominają nam o przemijaniu, o tym, że starzejemy się, i patrząc na ich poszarzałe, zmęczone twarze, coraz bardziej pochylone sylwetki, obserwując ich dolegliwości i choroby, odnajdujemy w nich samych siebie, naszą własną starość, w ich twarzach widzimy naszą własną twarz, coraz bardziej pooraną bruzdami zmarszczek. Żyjąc z daleka od naszych dawnych przyjaciół i znajomych, żyjemy jakby w osobnej kapsule czasu, rządzącej się własnymi prawami. Starzejemy się mniej nachalnie, mniej zauważalnie – nie mamy z czym porównać naszej starości, nie odnoszą się do niej ani inni ludzie ani drzewa.

Wolność

Walczymy w imię wolności, umieramy za wolność. A w gruncie rzeczy o co właściwie walczymy, za co umieramy? Wolność sama w sobie nie jest przecież i nie może być celem. Wolność jest tylko środkiem do celu. Do jakiego celu? W roku 80-tym walczyliśmy o wolność, w imię wolności siedzieliśmy w więzieniach, niektórzy z nas za wolność oddali życie, inni zmuszeni byli totalnie je odmienić. Byliśmy przekonani, że wolność jest naszym celem. Była? Nie. Była jedynie środkiem. Pozostaje pytanie – środkiem do czego?

Spokój duszy

Jan Lechoń „Dziennik”: Jedna z prostych recept na maksimum możliwego spokoju duszy – to nie poprawiać innych, ciągle pilnując siebie. Nie znaczy to, aby machnąć ręką na wszystko – tylko wszelkie apostolstwo, reformę zaczynać od siebie.