Ikonoklaści

Zaczynam wierzyć, że dawni ikonoklaści, z pasją i wściekłością niszczący ikony, być może przeczuwali wszechwładzę pozorów, być może rozumieli, że obrazy te niczego nie kryją, że nie są nawet obrazami powtarzającymi jakiś pierwotny model, lecz pustym, powielającym się znakiem bez jakiegokolwiek odpowiednika w rzeczywistości, że jest to cześć oddawana totalnej pustce. Nasz czas, wypełniony milionami pustych znaków i pozbawionych znaczenia obrazów, obrazów w żaden sposób nie nawiązujących do rzeczywistości, czeka na swoich ikonoklastów. Ciekawe, kim będą, jeżeli pojawią się pewnego dnia …

Ad astra

Chętnie spoglądamy w niebo, wierzymy nawet, że kiedyś polecimy do odległych gwiazd, ale tymczasem nawet stosunkowo krótki okres przybywania na orbicie nie odbywa się bez szwanku dla naszego zdrowia fizycznego i psychicznego. A już najwyraźniej nie zostaliśmy zaprogramowani na uprawianie seksu w Kosmosie. Choćby banalna sprawa wydzielin. W stanie nieważkości ludzie pocą się bardziej niż na Ziemi, a podczas stosunku perspiracja jest jeszcze intensywniejsza. Na domiar złego pot, ślina i inne płyny fizjologiczne nie spływają po skórze, lecz szybują wokół kosmicznych kochanków. Kolejny problem to nieważkość ciał: bez grawitacji trudno jest choćby pocałować partnera i trzeba dokładać sporo starań, by nie odfrunął. Eksperci twierdzą także, że penis w stanie nieważkości z powodu obniżonego ciśnienia krwi będzie mniejszy niż na Ziemi. Poza tym na orbicie występuje coś w rodzaju kosmicznej odmiany choroby morskiej. Podobno wielu astronautów cierpi z jej powodu paskudne mdłości. Kochankowie orbitalni musieliby więc być bardzo powściągliwi w akrobacjach, by do otaczających ich płynów fizjologicznych nie dołączyły także obłoki wymiocin.

Media

Media mają wiele zbrodni na sumieniu, ale największą z nich jest to, że stworzyły celebrytom wszelkiej maści możliwość wypowiadania się o wszystkim, na każdy temat, tym samym dając im złudne przekonanie, że są mądrzy, wszechwiedzący i wyjątkowi. Spójrzmy na programy telewizyjne, Facebook, Instagram. Jest to istny taniec św. Wita, konwulsywny, żałosny bełkot uzależnionych od bycia w mediach czy na portalach plotkarskich ludzi, którzy za fakt utrzymania się tam sprzedadzą wszystko: siebie, swoje wrzody, swoich najbliższych, swoje flaki, swoje dzieci i waginy, piersi, szafy i sypialnie. Niewiele więcej zresztą mają do sprzedania. Kiedyś się to leczyło. Dzisiaj się na tym zarabia – ekshibicjonizm.

Autor

Słowo autor wywodzi się od łacińskiego augeō („powiększać”, „ zwiększać”, „mnożyć”). A więc auctor to ten, kto powiększa. Starożytni Rzymianie nadawali ten tytuł wodzom, którzy zdobywali dla ojczyzny nowe terytoria. To trafne słowo na określenie pisarza; zadaniem artysty jest poszerzać świat dodając do istniejącej rzeczywistości nowe kontynenty wyobraźni. Uprawianie sztuki mija się z celem, gdy ma się ograniczać do kopiowania rzeczywistości. Sensem sztuki jest powoływanie do życia nowych światów. Pisarz musi być auctor. I jeszcze jedna konsekwencja: jeżeli pisarz to ktoś, kto wymyśla światy, to powinien on rozumieć lepiej niż wszyscy inni, gdzie przebiega granica między rzeczywistym a urojonym, między prawdą a kłamstwem, między fantazją a realnym światem, bowiem dobre pisarstwo to zachowanie prawdopodobieństwa nawet w nieprawdopodobnym.

Szwedzka ulica

Szwedzka ulica jest niezróżnicowana. Jest to ulica niewymownie nudna. Mężczyzni i kobiety wyglądają niemal identycznie i ubierają się niemal identycznie. Dominują ciemne, szare kolory, bezstylowe, nieforemne kurtki, dżinsowe spodnie, niekształtne i wulgarne sportowe obuwie. Poruszają się również w podobny sposób. Ciężki, wydłużony krok, stopa stawiana całym ciężarem, żadnego przejścia z palców na piętę, a więc i żadnej lekkości, żadnego wdzięku. Kobieta w czółenkach jest tu zjawiskiem rzadszym niż widmo Brockenu. Króluje tak zwane obuwie wygodne, a to oznacza chód chłopa od gnoju, marsz szturmowych oddziałów, elegancję walców drogowych. Można to jakoś znieść, gdy chodzi o mężczyzn – większość to i tak przebrane pawiany. Ale gdy kobiety poruszają się równie odrażająco, jest to jeszcze bardziej odrażające. Granica między tym, co męskie, a tym, co damskie właściwie nie istnieje już od dawna. Ludzie przestali być uprzejmi. Coco Chanel powiedziała kiedyś, że „być dobrze ubranym to piękna forma bycia uprzejmym”. Na szwedzkiej ulicy prawie nie spotka się już ludzi uprzejmych. A jeśli tak, to rzadko, bardzo rzadko. Szwedzka ulica jest monotonna i szara jak wycieraczka. Stała się jeszcze bardziej monotonna od kiedy w jej pejzażu pojawiły się kobiety z krajów muzułmańskich, przypominające stada posępnych, brzydkich Morloków z powieści Wellsa. Zawinięte w ciemne hidżaby o kroju pustynnych namiotów, łopoczących na wietrze, w sukniach przypominających pokrowce na pokraczne fotele, „zachuszczone” w kwefy, układane zawsze na jedną modłę, czynią tę ulicę jeszcze bardziej ponurą. Ulica szwedzka, która nigdy nie była spektaklem ani zbyt interesującym ani zbyt barwnym, obecnie stała się przeżyciem przykrym i nieestetycznym.

Cel

Rozpoczynając podróż myślimy zazwyczaj o stacji docelowej i cała nasza podróż jest tym przesycona. Wszystko, co dzieje się między momentem jej rozpoczęcia i zakończeniem wydaje nam się drugorzędne, podporządkowane temu ostatecznemu celowi, jakim jest dotarcie do miejsca przeznaczenia. Jeśli nawet sama podróż jest ciekawa i zdarza się w niej wiele, nie przywiązujemy do tego wagi i ledwo raczymy to postrzegać. Zwykle nawet irytują nas te „zakłócenia” w podróży, odbieramy je jako przeszkody, bowiem ważny jest dla nas jedynie jej cel. Podobnie jest z życiem wielu z nas. Zamiast żyć pragniemy jak najszybciej i bez zakłóceń dotrzeć do celu … Do jakiego celu? Do śmierci?

Ale życie

… ale życie jest sztuką i powinno być wielkoduszne jak arcydzieło. Nie powinno nosić śladów wysiłku i bólu, bowiem żyć trzeba tak jak ptak leci w powietrzu albo jak ryba pływa w wodzie. Z chwilą, gdy pojawiają się oznaki wysiłku, tracimy wolność i nasz los jest przesądzony.

Obraz świata

Żyjemy i chcemy wierzyć, że nasz myślowy obraz świata, jego ładu i porządku, jest prawdziwy, chcemy wierzyć, że w zimie pada śnieg, że dobro jest nagradzane, że po zmierzchu następuje noc … Ale ku naszemu rozczarowaniu nigdy nie udaje nam się osiągnąć pełnego spokoju ducha, pełnego szczęścia i zrozumienia życia i świata. Ta wiedza o życiu, w którą wyposaża nas życie, pozwala nam jedynie przeżyć. Woda płynie, po zmierzchu następuje noc … i to wszystko? Ale my czujemy, że to nie jest wszystko.

Granice

Jest taka strofka z Verlaine`a, która uleciała mi z pamięci,

Jest taka ulica w pobliżu, niedostępna dla moich kroków,

Jest takie lustro, które widziało mnie ostatni raz,

Jest taka brama, którą zamknąłem aż do końca świata.

Pomiędzy książkami mojej biblioteki (patrzę na nie)

Jest taka jedna, której już nie otworzę.

Tego lata zamknę pół wieku;

Śmierć mnie rozkrada, natarczywa.

 

(Jorge Luis Borges ”Granice”)

Prawda

Przeznaczeniem tego, co nazywamy Prawdą, nie jest wskazywanie nam słuszności tej czy tamtej strony, potępianiem jednego i wynoszeniem drugiego – żadna Prawda nie jest zaleceniem. Prawda żyje ponad wszelką moralnością. Prawda jest absolutem, a nie zbiorem moralnych reguł czy wskazówek. Prawda nie jest z naszego świata.

Indie

W autobiografii Gandhiego ”The Story of my Experiments with Truth” nie ma opisu Londynu, nie znajdziemy opisu jakiejkolwiek budowli, opisu ulicy, na której mieszkał, opisu pokoju lub wnętrz. W autobiografi Gandhiego nie ma Londynu wcale. A Londyn w roku 1890 był stolicą świata. Gandhi nie opisuje także ludzi, wymienia ich rzadko. W jego relacji z pobytu w Południowej Afryce podobnie: Afrykanie nie pojawiają się w jego polu widzenia. Nie ma tam nawet opisów natury. Kakar twierdzi, że Hindusi posługują się zewnętrzną rzeczywistością, by zachować i ochronić swoje ja, jego integralność w ciągle zmieniającym się potoku zdarzeń i rzeczy. Taka postawa nie sprzyja aktywnemu badaniu świata, odkrywaniu go. To nie oni opisują czy definiują świat. Dzieje się raczej odwrotnie –  to oni są przez ten świat definiowani i opisywani. Nie tyle więc może są nieciekawi świata, co bez reszty zajęci sobą, swoim wnętrzem, swoim ja. Europejczycy często oskarżają się o egoizm, ale prawdziwy egoizm można znaleźć tam właśnie.

V.S Naipaul w ”Indie: zraniona cywilizacja” – nie ma żadnej tradycji reportażu w dziennikarstwie indyjskim. Najczęściej opisują swój własny kraj z taką obojętnością i zdawkowością, jakby opisywali obcy. Kastowe spojrzenie na rzeczywistość: co mnie nie dotyczy, nie obchodzi mnie wcale.

Używaj właściwych słów

Używaj właściwych słów, nazywaj rzeczy po imieniu. To ważne. Dawny, pospolity żarłok nazywany jest obecnie bulimikiem. Nic takiego? Wbrew pozorom różnica jest olbrzymia. Żarłok objada się bowiem, a bulimik jest „ofiarą choroby psychicznej o podłożu biologicznym”. Zwykle obżarstwo przedstawia się więc jako fizjologiczny i biochemiczny stan organizmu, w którym pojawia się nieodparte łaknienie złożonych węglowodanów. Należy przez to rozumieć, że żarłok wymaga raczej leczenia niż potępienia. To samo dotyczy innej naszej przypadłości – pożądliwość. Pożądliwych określa się dzisiaj mianem „uzależnionych od seksu”, przez co dawny, powszechny i skądinąd zacny grzech przeobraził się w zaburzenie w zachowaniu, co również podpowiada raczej potrzebę leczenia niż potępienia. Ale w istocie bulimik jest obżartuchem, a „uzależniony od seksu” nie znaczy nic innego niż właśnie pożądliwy. Także gniew, chciwość i zazdrość sprowadzono do krainy eufemizmów. Tłumaczy się je „zaburzeniami nad kontrolą odruchów”, a więc zaburzeniami emocjonalnymi. Interpretowane są jako nieuniknione wytwory nowoczesnego społeczeństwa konsumpcyjnego. Znów leczenie zamiast potępienia. Już nie są to wady, grzechy czy przykre cechy charakteru – to dolegliwości, którymi zajmuje się, a przynajmniej powinna zajmować się, medycyna.

Nawet jedna z naszych najstarszych i najbardziej przykrych wad, pycha, awansowała dzisiaj do miana cnoty. Obecnie za przyczynę niemal każdego problemu psychicznego czy społecznego uważa się niską samoocenę – jako środek zaradczy na marne wyniki w szkole czy pracy, anoreksję lub bulimię, przestępczość czy lenistwo zaleca sią podniesienie samooceny osób dotkniętych tymi przypadłościami. Pycha jest dobra na wszystko.

Terapeutyczne definicje naszych nałogów podnoszą znaczenie naszej bezsilności niemal do poziomu … samozagłady. Nic nie możemy, na nic nie mamy wpływu, nic od nas nie zależy, niczego nie możemy zmienić – z punktu widzenia współczesnej kultury bezsilność jest podstawowym stanem naszego życia. Ta fatalistyczna perspektywa sprawia, że nawet leczenie jest bezzasadne i pozbawione sensu. Nałogowcom wmawia się, że nigdy nie zostaną całkowicie wyleczeni. A więc ludzie, którzy leczą się z „uzależnień” od seksu, alkoholu czy religii leczą się tylko dla formy, bo naprawdę nikt z nich się nie zmienia i wcale tego nie pragnie.

Psychologia

Raz jeszcze – psychologia nie jest nauką. Nie istnieje żadna skodyfikowana wiedza na temat naszej psychiki, żaden niepodważalny zbior kanonów, który wyjaśniałby złożoność struktur naszego życia duchowego. Zjawisk psychicznych nie uczymy się – przeżywamy je i doświadczamy ich. Psychologia w jej obecnej postaci to wróżenie z fusów. To samo dotyczy psychiatrii.

Cezonia

Cezonia była czwartą żoną cesarza Kaliguli. Zginęła razem z nim przebita mieczami spiskowców 24 stycznia 41 roku. Miało to miejsce w przejściu na widownię cyrkową. Razem z nimi zabita została także ich kilkuletnia córka, Julia Druzylla – uśmiercono ją uderzając jej główką o ścianę.

Czas

Nie, nie, moja miła. Nie jesteśmy zbieraczami Czasu. Czas osiada na nas. Osiada na naszej skórze, w naszych oczach i włosach, w naszych myślach i wspomnieniach, i na naszych uczuciach. Nie zbieramy Czasu; pokrywamy się nim, obrastamy, przysypuje nas, dusi jak gęsty, szorstki kurz.

Gro Dahle

Gro Dahle. To dość znana norweska autorka pisząca dla dzieci. Jej ostatnia książka, pod wymownym tytułem „Sezamie, sezamie”, jest również książką dla dzieci, ale jest to książka o …  pornografii. Wypełniają ją stosownie wulgarne rysunki przedstawiające pozycje seksualne, nagie ciała i mnóstwo komiksowych wokalizacji typu „jaaaa!” lub „aaah!”, których autorką, nawiasem mówiąc, jest 27-letnia córka pisarki Kai Dahle Nyhus. Krytycy wydają się być zgodni co do tego, że rodzinny duet zajął się otwartym propagowaniem pornografii, ale Gro Dahle utrzymuje, że dzieci „potrzebują wiedzy na temat pornografii”. Niestety, w wywiadzie z nią, jedynym, jaki znalazłem, nie udaje się jej wyjaśnić do czego niby potrzebna jest dzieciom taka wiedza. Chociaż, z drugiej strony, myślę, że wyjaśnienie to i tak jest całkowicie zbyteczne.

Sokrates

E. Cioran: Wobec przyjaciół proponujących mu ucieczkę i przed, i po ogłoszeniu wyroku, Sokrates argumentuje, że umieranie będzie dlań najlepsze teraz właśnie, na progu starości i degrengolady, że to najlepsza okazja do zniknięcia. Wszystko wydawało mu się lepsze od upokorzeń sędziwego wieku. Jakaż to lekcja dla ludzi nowoczesnych, zabiegających wyłącznie o opóźnienie własnej śmierci. Trzeba by wynaleźć nową hańbę: starzenie się. Dzisiaj Sokrates przystałby na snute przez jego przyjaciół plany ucieczki i co najmniej nieco by się ugiął, jeśli nie całkiem poniżył, przed swoimi sędziami. Ciągle ta sama historia: oduczyliśmy się sztuki odchodzenia we właściwej chwili. Będziemy aż do końca przeżywać hańbę starzenia się. Pławienie się w zgrzybiałości – oto co już od dobrych paru stuleci najlepiej charakteryzuje nasze społeczeństwo.

Każde życie

Każde życie jest wtórne, każdy nasz gest jest wtórny; każde słowo, które wypowiadamy, zostało już kiedyś wypowiedziane, każdy czyn jest powtórzeniem jakiegoś innego czynu, nawet każda myśl, którą myślimy, została już kiedyś pomyślana, każde uczucie jest tylko echem innego uczucia, każda radość, każdy smutek, każda rozpacz … Życie jest jedynie naśladownictwem, ale czy przez to jest nieautentyczne?

Adam i Ewa

Nigdy do końca nie rozumiałem w jaki sposób Adam i Ewa byli nieśmiertelni zanim Ewa sprowokowała swego partnera-idiotę, by wreszcie włączył świadomość. Teraz rozumiem. Umierają tylko ci, którzy wiedzą, że muszą umrzeć. Adam i Ewa w Raju nic nie wiedzieli o śmierci i w tym sensie byli wieczni, byli nieśmiertelni. Umierali tam, lecz nie wiedzieli, że umierają, co znaczy, że nie umierali. Wieczność jest więc przywilejem niewiedzy. Nieśmiertelne są zwierzęta. Dla nas wieczność jest stracona – możemy o niej tylko rozmyślać. I to jest warte wieczności.

Boskie przywileje są pogardliwe.

Władza

Problem władzy jest problemem wertykalnym. W przestrzeni władcy nie może być nikogo poza nim samym. Tylko on i samotność. To, nad czym ma władzę, nad czym góruje, czym włada praktycznie nie istnieje, bo jest niżej. Jest ujarzmione, pokonane, bez znaczenia. Nienawidzi tego nad czym nie panuje, czego nie może kontrolować, bo to samym swym istnieniem podważa jego władzę, zagraża mu. Musi dążyć do podporządkowania tego, do sprowadzenia tego w dół, do zniszczenia tego. Ale niszcząc to i podporządkowując traci szansę znalezienia towarzystwa w samotności, zachowania zdrowej równowagi. Władca w swojej samotności marzy o potrzebie „równego” i niszczy to marzenie, bo zagraża ono jego samotności, która jest atrybutem władzy. Gabinet władcy zbudowany jest z cegieł samotności. Władza jest kwiatem paproci. Zapewnia wszystko, ale nie pozwala dzielić się niczym – nawet lękiem, strachem, przerażeniem. Im większa władza, tym wyżej. Im wyżej, tym większy strach przed upadkiem. Im większy strach, tym więcej potworów. Im więcej potworów, tym więcej szaleństwa – gdzieś tutaj rodzi się marzenie o nieśmiertelności, bowiem nawet śmierć wydaje się być upadkiem …

Epizod z Julią

Opowiem, skoro pani nalega, ale obawiam się, że rozczaruje panią historia mojej wielkiej miłości. Moja wybranka miała sześć lat, była szczuplutka, drobna i eteryczna, i miała szekspirowskie imię Julia. Nasi rodzice nie utrzymywali ze sobą żadnych kontaktów, unikając się starannie, pozdrawiając się z daleka i bezosobowo, choć posesje leżały tuż obok siebie, dzieliła je odległość nie większa niż pięć, osiem metrów i niski żywopłot. Ojciec Julii, kostyczny, wysoki mężczyzna o stężałej twarzy bez uśmiechu, zabrał się nawet kiedyś za postawienie płotu, ale zdołał wznieść jedynie betonowe słupki, a potem, z powodów, których już nie pamiętam albo których nigdy nie poznałem, poniechał tego i pozostały tylko te betonowe cokoły, które kruszały i rozsypywały się z biegiem lat, ale z naszej strony podwórka były prawie niewidoczne, bo mój ojciec zawsze przystrzygał żywopłot powyżej ich wysokości. Rodzice unikali więc kontaktów, ale my, Julia i ja, byliśmy nierozłączni. Jedyną zasługą naszych rodziców, w istocie może wcale nie taką małą, było to, że nie powielali marnych postaw Montekich i Kapulettich. Sami, z im tylko wiadomych powodów, zachowywali dystans, lecz nam nie przeszkadzali spotykać się i przebywać ze sobą. Przynajmniej moi rodzice, bo dziś myślę, że rodzice Julii próbowali z początku nałożyć jakieś sankcje, choć wobec jej oporu i zdecydowania poddali się w końcu i zrezygnowali – Julia była posłuszna we wszystkim, co dotyczyło innych spraw, ale gdy chodziło o nasze spotkania, nic i nigdy nie zdołało jej powstrzymać czy przeszkodzić. W tym drobnym, sześcioletnim ciele mieszkała dusza prawdziwej, wielkiej kobiety. Spotykaliśmy się więc bezustannie, zimą nieco rzadziej, ale latem każdego dnia, spędzając razem czas od rana do wieczora. Mieszkaliśmy przy ulicy Kasztanowej, prawie na skraju miasta, nad rzeką, za którą rozciągał się las. To tam było nasze prywatne królestwo, nasz las Broceliande, zaczarowany las, w którym czas i przestrzeń rządziły się własnymi prawami. Nie robiliśmy nic specjalnego, spacerowaliśmy całymi godzinami trzymając się za ręce, zrywaliśmy kwiaty, podglądaliśmy ptaki, często opowiadałem jej o rycerzach Okrągłego Stołu i przygodach Tomka Sayera, moje ówczesne lektury, uwielbiała tego słuchać, albo po prostu leżeliśmy w wysokich trawach nad rzeką, w milczeniu, godzinami, zawsze trzymając się za ręce. Julia czasem zasypiała i wtedy przytulała się do mnie, ciasno do mnie przyklejony mały embrionik, z głową na moim ramieniu, kurczowo obejmując mnie ręką w pasie. Nie ruszałem się, choć czasem unieruchomione ramię drętwiało i przestawałem je czuć. Nie ruszałem się, bowiem kiedyś zostawiłem ją śpiącą, odszedłem kilka metrów dalej, nad rzekę, a ona obudziła się beze mnie i potem długo nic nie mogło powstrzymać jej łez, a ja czułem się jak przestępca. Od tego czasu nie opuszczałem jej nigdy, gdy spała. To wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, że nigdy nie będę taki, jak inni chłopcy z naszej ulicy, którzy trochę bali się i trochę nienawidzili dziewczyn, traktując je z wyższością i wzgardą, najpospolitsze formy lęku z dzieci, że nigdy nie będę dzielił ich zainteresowań czy pasji i nigdy nie znajdę z nimi prawdziwego porozumienia. Nudzili mnie niewymownie, a ich prymitywne żarty i zaciekłe boje o przewodnictwo w stadzie odstręczały. I do dzisiaj nudzą mnie mężczyzni, a ich prymitywne żarty i boje o przewodnictwo odstręczają dokładnie tak samo. Moim całym światem była Julia, eteryczna, prerafaelicka, delikatna jak orchidea i jednocześnie tak silna wewnętrznie, tak odważna, że gdyby było trzeba przeszłaby bez lęku przez ogień i lawę, przez pole cierni i pustynię. Gdybym tylko szedł razem z nią albo gdyby wiedziała, że jestem po drugiej stronie i tam na nią czekam. Jestem pewien, że nic nie zdołałoby jej powstrzymać …   

Narrenschiff

Nasza kultura stworzyła wiele metaforycznych niezwykłości. W tym miejscu przychodzi mi na myśl słowo Narrenschiff, statek szaleńców, statek głupców, przy czym nie jest to bezpośrednia aluzja do słynnego obrazu Hieronima Boscha lub poematu Sebastiana Branta (wydanego w 1494 roku), który opowiada o podróży głupców ku Naragoni, ich ziemi obiecanej. Jest to motyw wielu dzieł. Ale ja mam na myśli prawdziwe narrenschiff, prawdziwe statki szaleńców, które w średniowieczu pływały rzekami doliny Renu w kierunku Belgii lub żeglowały w górę Renu, w stronę Jury i Bensanon. Wiele miast XV-wiecznych Niemiec izolowało obłąkanych właśnie w więzieniach na statkach rzecznych. Te pływające azyle nazywano Narrenschiffs. Spełniały one podwójną rolę. Po pierwsze, przekazanie szalonego żeglarzom dawało gwarancje, że nie będzie on już grasował w obrębie murów miejskich. Po drugie, uważano wówczas, że obłąkani tracili swoje dusze dosłownie i statki szaleńców stawały się w ten sposób łodziami pielgrzymów, które przewoziły „szaleńców poszukujących swego rozumu”. Te rzeczywiste statki są jednak w jakiś sposób dla naszego umysłu nierealne i bardziej wydają się przynależeć do świata wyobraźni.

Baronowa de Sévigné

„Tak sobie wyobrażam czyściec. Wyobraź sobie strumień wody gorącej nad wszelkie pojęcie, który spada coraz to na którąś to z biednych części twego ciała” – tak opisuje swoją przygodę wzięcia gorącego prysznica w roku 1676 Maria de Rabutin-Chantal, słynna baronowa de Sévigné, zwana markizą de Sévigné, francuska arystokratka, znana w historii literatury jako autorka kilkuset listów adresowanych do córki.

Tintin uniewinniony

Oskarżenie przeciwko komiksowi „Tintin w Kongo” wniósł przed kilku laty Bienvenu Mbutu, kongijczyk zamieszkały w Belgii. Mbutu nauczył się pewnego dnia czytać i ambitnie przystąpił do lektury komiksu (stworzonego zresztą w latach 30-tych zeszłego wieku). Po wyczerpującym zapoznaniu się z tą „powieścią”, pałając oburzeniem, postanowił postawić Tintina przed sądem. Uznał, że komiks jest rasistowski, bowiem jego zdaniem przedstawia Afrykanów jako czarnych przygłupów z grubymi wargami i wyłupiastymi oczami. Dzielny kongijczyk Mbutu. Nie sposób było nie przyznać mu racji: Afrykanie nie są ani głupi ani – przede wszystkim – czarni, wargi mają cieńkie jak ostrza żyletek, a oczy mniejsze od guzików od rozporka i zawsze dyskretnie osadzone w głębi oczodołów.

Nie śledziłem potem tej sprawy będąc niemal przekonany, że Tintin zostanie skazany na wieloletnie więzienie, a w najlepszym wypadku na zapłacenie wielomilionowej grzywny. Wczoraj, przez przypadek, znalazłem informację o uniewinnieniu Tintina od zarzutu rasizmu. Sąd apelacyjny w Brukseli uznał ostatecznie, że Tintin jest niewinny, a Hergè uniknie ekshumacji. Czyżby jednak jakieś resztki zdrowego rozsądku przetrwały w naszej poprawnie sklerotycznej Europie?