Wielokrotnie słyszałem, że w odczuciu Chińczyków nasz europejski sposób jedzenia, czyli posługiwanie się nożem i widelcem, jest „niecywilizowany”. Twierdzą że jemy „mieczami”, niczym barbarzyńcy. Są nieświadomi tego, że w ich kulturze wyeliminowanie noża jako narzędzia stołowego związane było z tym, że ich warstwę wyższą, która zwykła kształtować modele obyczajowe, stanowiła nie warstwa wojowników, jak to miało miejsce w Europie, lecz całkowicie poskromiona i „udomowiona” warstwa wykształconych urzędników. Chiński sposób jedzenia jest więc – jak ktoś to trafnie zauważył – dziedzictwem eunuchów.
Miesiąc: sierpień 2024
Droga do Indii
Wielki marsz na wschód wojsk Aleksandra Macedońskiego trwał 8 lat. Pieszo pokonali ponad 20 tys. kilometrów po górach, stepach, równinach, pustyniach i bezdrożach Azji południowej zanim dotarli do Indii. Po drodze walczyli, zdobywali pożywienie, zakładali miasta, zawierali sojusze, produkowali broń i, by pokonać rzeki, budowali statki i mosty. Jesteśmy w stanie to skonstatować, ale czy jesteśmy w stanie wyobrazić to sobie? Żyjemy w czasach, gdy lot z Aten do Bombaju zajmuje tylko nieco ponad siedem godzin, nasza przestrzeń jest inna, nasz czas jest inny. A teraz pomyślmy o tym, że żołnierze Aleksandra wcale nie zdążali do Indii. Indie nie były ich celem. Przez 8 lat, walcząc i ginąc, wędrowali prowadzeni czyimś marzeniem, by dotrzeć do końca znanego świata. Aleksander Macedoński zapowiada Magellana, Vasco da Gamę, Kolumba – jest tyleż wodzem, co odkrywcą.
Widelec bizantyjskich księżniczek
Maria Argyropoulaina, wnuczka cesarza bizantyjskiego Romana II Porfirogenety, poślubiła syna doży Wenecji w 1004 roku. W czasie przyjęcia dla uczczenia przybycia małżonków z Konstantynopola – ku szalonemu zgorszeniu Wenecjan – z wdziękiem używała podwójnego widelca do jedzenia. Zmarła w czasie zarazy, a św. Piotr Damiani w swym dziele De Institutione monialis przypisał jej śmierć nadmiernej delikatności manifestującej się sprzecznymi z naturą zwyczajami zażywania perfum, kąpieli i używania złotego widelca do jedzenia. Powszechnie uważa się więc, że to ona wprowadziła widelec do Europy Zachodniej, choć niektórzy historycy przypisują ten zaszczyt innej księżniczce bizantyjskiej. I być może słusznie, bo księżniczka Theophano Skleraina, siostrzenica cesarza Jana Tzimiskesa, wydana za mąż za niemieckiego króla Ottona II żyła wcześniej, bo w drugiej połowie IX wieku. Przybyła na dwór nad Renem z bogatym wianem, wspaniałym dworem i eskortą, wywołując tym spore poruszenie. Ubierała się w jedwabie, codziennie brała kąpiel, wprowadziła modę na drogie stroje i kosztowną biżuterię, i – co niepomiernie irytowało prymitywnych Germanów – posługiwała się przy stole widelcem. Kronikarze wspominają o zdumieniu i zgorszeniu, jakie wywoływała używając „złotego podwójnego bolca, aby przenieść jedzenie do ust”, zamiast barbarzyńskim zwyczajem używać rąk, co podówczas na dworach europejskich było normą.
Unamuno
Miguel de Unamuno: Powinniśmy z największym wysiłkiem zatroszczyć się o to, byśmy stali się niezastąpieni, by nikt nie mógł wypełnić pustki, jaką umierając, zostawimy po sobie. Odkrycie „estetycznego znaczenia” podeszłego wieku świadczy o prawdziwej dojrzałości.
Renald de Chatillon
Renald de Chatillon. Prawdopodobnie pochodził z burgundzkiego rodu Donzych, panów m.in. Semur-en-Brionnais, Gien-sur-Loire oraz Châtillon-sur-Loing. Pojawił się w Palestynie wraz z drugą wyprawą krzyżową, mając zapewne około 20 lat. Bez większych perspektyw na karierę w ojczyźnie, postanowił pozostać na Bliskim Wschodzie. W 1151 roku zaciągnął się na służbę u Baldwina III, króla jerozolimskiego. Wraz ze świtą monarchy udał się do Antiochii, gdzie poznał właśnie owdowiałą księżną Konstancję, matkę czworga dzieci, wdowę po Rajmondzie z Poitiers, który poległ w 1149 roku w beznadziejnej rzezi pod Inab. Renald spodobał się jej. W roku 1153 poślubił Konstancję, co nie zachwyciło ani baronów ani cesarza bizantyjskiego Manuela I Komnena. Ostatecznie jego awanturnicze rządy w Antiochii zakończyły się w listopadzie 1160 roku, kiedy to w czasie jednej z łupieskich wypraw został wzięty do niewoli przez Nur ad-Dina, władcę Aleppo. Konstancja zmarła trzy lata później, a jej syn, Boemund III, który przyjął władzę w Antiochii, zdecydowanie nie był zainteresowany wykupieniem Renalda z niewoli. Król Baldwin i cesarz Manuel również nie wykazali w tej sprawie jakiejkolwiek aktywności. Niestety, nie bardzo wiadomo na wskutek czego odzyskał wolność, ale stało się to dopiero w 1175 roku, czyli po pełnych 15 latach niewoli.
Historycy mają o Renaldzie de Chatillon bardzo rozbieżne opinie. Jedni widzą w nim pospolitego rabusia i awanturnika, inni walecznego krzyżowca, który doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że zjednoczenie islamu pod sztandarem Saladyna oznacza koniec Królestwa Jerozolimskiego i starał się – na swój sposób – proces ten opóźnić. Istnieje również teza, że Renald de Chatillon mógł być zdrajcą, że przeszedł na stronę muzułmanów. Pytanie o to, jak się to stało, że nagle, po piętnastu latach w muzułmańskiej niewoli, w 1175 roku Renald odzyskuje wolność, budzi spore kontrowersje. I chyba nic dziwnego. 15 lat w niewoli to dużo. 15 lat w muzułmańskiej niewoli to wieczność. Nie upominano się o niego, nie zapłacono żadnego okupu, a jednak Saladyn wypuścił z rąk jednego ze swoich największych wrogów. Jak to mogło być możliwe? Czy w ogóle było to możliwe? Przypuszczenie, że doszło wówczas do porozumienia Renalda z Saladynem, i to być może była rzeczywista cena jego wolności, wcale nie wydaje się być przesadzone lub bezzasadne. Czy mamy wierzyć, że nie złamało go 15 lat muzułmańskiej niewoli? Lub że wyszedł z niej dzięki wielkoduszności Saladyna? Mamy wierzyć, że zdarzają się i takie cuda, a zwłaszcza, że to on, Renald de Chatillon, bandyta, rabuś i wichrzyciel miał stać się przedmiotem tego cudu? Trudno mi w to uwierzyć. Tym bardziej, że wszystkie jego późniejsze działania, samowolne i podejmowane wbrew rozkazom króla jerozolimskiego, jego machinacje na dworze jerozolimskim, podpowiadają całkiem inny scenariusz. Kroplą, która przelała kielich była akcja wynajętych przez niego korsarzy, którzy nie tylko spalili statki w kilku arabskich portach, ale i zatopili okręt przewożący pielgrzymów do Dżiddy. Wywołało to gwałtowną reakcję całego muzułmańskiego świata, nastawiło wrogo do Franków wszystkich władców islamskich, nawet dotychczasowych ich sojuszników, co jeszcze bardziej pogorszyło sytuację Królestwa Jerozolimskiego.
Można śmiało przypuszcza, że taka była jego umowa z Saladynem i ich wspólny plan, taka była cena jego wolności. Przedziwne jest również to, co wydarzyło się po bitwie pod Hattinem. Dlaczego Renald, niby zaciekły wróg muzułmanów, świadomy, że nie może liczyć na ich łaskę i ma szansę umrzeć godnie, nie walczył do końca, lecz poddał się? A może po prostu wiedział, że Saladyn go oszczędzi, że taka była ich umowa?
Renald de Chatillon przeliczył się. Saladyn ściął go osobiście. I jest to logiczne. Francuski rycerz stał się już zbędny, wykonał swoją pracę, wiedział jednak zbyt dużo i trzeba go było uciszyć. Czy właśnie w ten prymitywny, acz skuteczny sposób Saladyn pokonał krzyżowców? Gdyby potakująco odpowiedzieć na to pytanie, to Renald okazał się tym, kim był – pospolitym zdrajcą i awanturnikiem, a Saladyn genialnym politykiem. Taki scenariusz wydaje mi się być wielce prawdopodobnym.
Tęsknica
Wbrew pozorom język staropolski był całkiem przyzwoicie wyposażony w terminy z zakresu schorzeń psychicznych. Melancholię określano słowem smutnodur lub zaduma. Histeria to napuszenie, lunatyzm to nocobłąd, nimfomanię zastępowano słowem chłopodur, a nostalgię bardzo adekwatnym słowem domarad. Słowo posępnica oznaczało depresję, śledziennictwo hipochondrię, a trwoga przysercowa to ataki paniki. Moim faworytem są określenia tęsknica, melancholia, której podłożem jest tęsknota nie wiadomo za czym, i domarad – tęsknota za domem, ojczyzną czy w ogóle nostalgia, którą jeszcze w poprzednim wieku nie tylko alieniści traktowali jako chorobę.
Aktorzy
Zasadniczo prawo starożytnego Egiptu traktowało jednakowo zarówno kobiety jak i mężczyzn. Jedyną grupą społeczną, która miała zdecydowanie niższe prawa niż wszyscy pozostali, byli… aktorzy, bowiem uznawano ich za zawodowych i patologicznych kłamców – na przykład nie wolno im było zeznawać przed sądem, a wypowiadane przez nich słowa uważano za niewiarygodne.
Religia i inne
Religia usiłuje tłumaczyć świat stwarzając inne światy. Jest to również podstawowy zabieg filozofii – wyjaśnianie świata przez świat wyobrażony. I religia i filozofia to różne formy twórczości. Pierwsza jest rodzajem happeningu, druga rodzajem publicystyki.
The Lady or the Tiger
Pewien król wpadł na perfidny pomysł karania przestępców. Umieszczał nieszczęśników w pustym pokoju, w którym było tylko dwoje zamkniętych drzwi. Dowiadywali się wówczas, że za jednymi z nich czeka głodny tygrys, a za drugimi – piękna dziewczyna. Skazaniec musiał dokonać wyboru i od tej decyzji zależało, czy skończy w brzuchu drapieżnika czy jako szczęśliwy mąż pięknej panny.
Któregoś dnia król przyłapuje pewnego młodzieńca na amorach ze swoją córką. Nie waha się postawić pechowca przed zwykłą próbą. Jednak tym razem finał będzie inny, bo król ma za przeciwnika zakochaną kobietę – królewnie udaje się dowiedzieć, za którymi drzwiami kryje się tygrys. Wie, że może ocalić ukochanego, ale…. Wcale nie musi to przecież oznaczać, że ich miłość znajdzie spełnienie! W duszy królewny walczą więc sprzeczne emocje: z jednej strony współczucie dla młodego człowieka, z drugiej – zazdrość o dziewczynę, którą będzie zmuszony poślubić zamiast niej.
Nadchodzi dzień próby. Młodzieniec staje przed zamkniętymi drzwiami i w ostatniej chwili zerka na królewnę. Widzi nieznaczny ruch jej głowy – tak królewna wskazuje mu drzwi! Otwiera je bez wahania i jego oczom ukazuje się… No właśnie, co? Dziewczyna czy tygrys?
Ta historia jest tematem głośnej noweli autorstwa Franka Stocktona, opublikowanej po raz pierwszy w czasopiśmie The Century w 1882 roku. Tytuł The Lady or the Tiger wszedł potem do języka angielskiego jako alegoryczne wyrażenie nierozwiązywalnego problemu. Nowela kończąca się pytaniem o to, co młody człowiek ujrzał w otwartych drzwiach, zyskała jednak tak ogromną popularność wśród czytelników, że domagano się jej kontynuacji i taki sequel rzeczywiście powstał.
Nosi tytuł „The Discourager of Hesitancy„. Jest to opowieść o tej samej mitycznej krainie, gdzie – zgodnie z wolą króla – o winie lub niewinności przestępców rozstrzyga przypadek. Odwiedza ją pięciu podróżników pragnących dowiedzieć się, co oskarżony mężczyzna z poprzedniej historii znalazł za drzwiami, które wybrał. Nie otrzymują jednak wyjaśnienia. Zamiast tego szambelan dworu opowiada im historię o księciu, który przybył do królestwa, aby znaleźć żonę, ale król nie zezwolił mu na poszukiwania wybranki. Nakazał go natomiast zabrać do kwatery gościnnej i przygotować do ślubu, a ślub miał się odbyć już następnego dnia. I tak się stało. W południe następnego dnia zawiązano księciu oczy i zaprowadzono do miejsca zaślubin. Nie pozwolono mu jednak ujrzeć swojej przyszłej żony – mógł ją jedynie wskazać dotykiem, poczuć i usłyszeć. Po zakończeniu ceremonii opaska została zdjęta z jego oczu i wtedy ujrzał przed sobą szpaler czterdziestu dam, ubranych w bogate stroje, a każda z nich wydawała się piękniejsza od pozostałych. Książę, jak we śnie, szedł powoli wzdłuż szpaleru tych piękności i u żadnej z nich nie postrzegał nic takiego, co wskazywałoby, że była bardziej panną młodą niż inne. Ich suknie były identyczne, wszystkie rumieniły się, gdy na nie patrzył, wszystkie były urocze, żadna nie odezwała się ani słowem i stało się dla księcia oczywistym, że surowo im tego zakazano.
Zrozumiał, że jeżeli nie zidentyfikuje swojej wybranki, zostanie zabity. Ponaglany, idąc raz jeszcze wzdłuż ich szeregu spostrzegł nagle, że jedna z nich uśmiecha się do niego, a druga lekko marszczy brwi. To mu podpowiedziało, że jego wybranką musi być któraś z nich. Zaczął szybko analizować możliwości: Jedna uśmiechnęła się. Czy kobieta nie uśmiecha się, gdy widzi, że jej mąż zbliża się do niej? Z drugiej jednak strony, jaka kobieta nie zmarszczyłaby brwi widząc, że jej mąż zbliża się do niej i nie zwraca na nią uwagi? Czy nie powiedziałaby sama do siebie: „To ja! Nie wiesz o tym? Nie czujesz tego? Chodź!”. Ale gdyby to nie była jego wybranka, czy nie mogłoby być tak, że zmarszczyłaby brwi, gdy zobaczyła mężczyznę, który patrzy na nią tak, jakby ją rozpoznawał? Czy nie powiedziałaby w duchu: „Nie zatrzymuj się przy mnie! To przedostatnia. To dwie panie powyżej. Idź dalej!” Z drugiej strony ta, którą poślubiłem, nie widziała mojej twarzy. Czy nie uśmiechnęłaby się teraz, gdyby uważała mnie za przystojnego? Ale jeżeli poślubiłem tę, która zmarszczyła brwi, czy mogłaby powstrzymać swoją dezaprobatę, jeśli mnie nie lubiła? Uśmiechy zapraszają do prawdziwej miłości. Zmarszczenie brwi zaś jest wyrzutem.
Miał tylko dziesięć sekund na decyzję. Kat stanął za jego plecami. Książę nie czekał ani chwili dłużej. Zrobił krok do przodu i szybko ujął za rękę jedną z tych dwóch pięknych kobiet. Wtedy rozdzwoniły się dzwony, wiwatował lud, a król uściskał go i pogratulował trafnej decyzji. Szambelan dworu zaś, zwracając się do delegacji pięciu nieznajomych z dalekiego kraju rzekł: Gdy zdołacie rozstrzygnąć między sobą, którą damę książę wybrał, tę, która się uśmiechnęła, czy też tę, która zmarszczyła brwi, wtedy powiem wam, co wyszło z otwartych drzwi, dama czy tygrys.
Według ostatnich doniesień piątka nieznajomych nie podjęła jeszcze decyzji.
Ludzie i koty
W sztuce staroegipskiej nie ma żadnych przedstawień zabawy człowieka ze zwierzętami, nie znajdziemy w niej najdrobniejszych choćby świadectw takich poufałości. Świat ludzi i świat zwierząt nie spotykają się tu w geście pieszczoty czy zwykłej komitywy. Zwierzęta czczono, zoolatria bodaj nigdzie indziej nie osiągnęła aż takiego natężenia jak w starożytnym Egipcie – bóg Ra jest przedstawiany z głową sokoła, Thot ma postać ibisa, Anubis głowę psa, Sobek to bóg krokodyl, Chnum wyposażony jest w głowę barana, Bastet to bogini kotka, egipscy bogowie mają zwierzęce kreacje. Niektóre ze zwierząt, zwłaszcza koty i psy, balsamowano po ich zgonie, na znak żałoby wszyscy w rodzinie golili sobie głowy, stawiano im pomniki, uwieczniano je na hieroglifach, ale żadne z przedstawień nie nosi śladów czułej przyjaźni czy choćby zażyłości. Religijny status zwierząt wykluczał takie gesty. Zwierzęta były epifanią bóstw. Stąd adoracja i cześć, ale nigdy pieszczota. Nie można uprawiać pieszczot z bogami. Bogowie nie tolerują pieszczot.
Heliogabal
Heliogabal, nastoletni cesarz rzymski, był estetą i chciał wierzyć, że zdoła odejść pięknie. Miał przygotowane purpurowe sznury skręcone ze szkarłatu i jedwabiu, gdyby musiał odebrać sobie życie przez uduszenie, inkrustowane szmaragdami oraz ametystami złote miecze, gdyby przyszło mu zginąć od stali, posiadał też rozmaite trucizny na wypadek, gdyby miał skończyć życie zgodnie z przepowiednią syryjskich kapłanów. Był należycie przygotowany na piękną śmierć. Tymczasem zamordowano go w klozecie, gdzie tchórzliwie skrył się przed ścigającymi go żołnierzami, jego zwłoki wleczono przez brudne ulice Rzymu i ostatecznie zapchnięto do kanału ściekowego, a ponieważ nie utonęły od razu, obciążono je kamieniami i wrzucono do Tybru z mostu Emiljańskiego. Można zaaranżować czyjąś śmierć. To można. Własna śmierć nad wyraz niechętnie poddaje się takim zabiegom.
Totmes
Popiersie ma 47 cm wysokości, waży około 20 kg, liczy sobie 3500 lat, jest polichromowaną rzeźbą wykonaną z wapienia. Przedstawia Nefertiti, piękną małżonkę faraona Echnatona. Twórca tego zachwycającego popiersia nosił imię Totmes. Poza tym nie wiemy o nim nic. Tylko imię. I kto wie, czy nie powinno tak być. Nie potrzebuję wiedzieć, kto stworzył grupę Laokoona, by podziwiać tę rzeźbę, drażni mnie też podkreślanie, że Mona Liza jest pracą Leonarda da Vinci. Prawdziwie wielkie dzieła przerastają swoich twórców, zdają się pojawiać samoistnie, jak kwiaty, jeziora czy drzewa – i zawsze pozostają w pewien sposób anonimowe. Nie przynależą do nikogo. Przynależą do wszystkich. Średniowiecze to przeczuwało Stwórcy przypisując copyright wszystkiego, co piękne.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.