- Nasze kłamstwa różniły się znacznie. Ja kłamałem, by ukryć to, co czułem. Ty natomiast, aby okazać coś, czego nie czułaś.
- Brak tradycji sprawia, że milczą nasze instynkty. Wtedy zaczynamy naśladować innych.
- X. to człowiek, który ma ograniczoną ilość słów, a więc i ograniczoną ilość myśli.
- Jeżeli kobieta twierdzi, że niczego nie żałuje mamy prawo domyślać się, że jest albo boginią albo kamieniem.
- Antygona, córka króla Troi, siostra Priama, była podobno piękna. Najwyraźniej zabrakło jej jednak inteligencji, bo stanęła do konkursu piękności mając za rywalkę Herę, żonę Zeusa. Nie znamy werdyktu, znamy finał tej sprawy. Hera przemieniła piękną Antygonę w … bociana. Dlaczego, na boga, w bociana?!
- Grupa islandzkich i brytyjskich geologów zakończyła misję badawczą mającą na celu ustalenie ilości gazów emitowanych przez wulkan Katla. Badania wykazały, że w ostatnim okresie Katla emituje ogromne ilości dwutlenku węgla – co najmniej 20 tysięcy ton dziennie, licząc skromnie. Myślę, że ekolodzy powinni przeciwko temu bardzo stanowczo zaprotestować.
Miesiąc: wrzesień 2018
Graviera
Po raz pierwszy zachwyciłem się tym serem w Naxos. Wracaliśmy z Apollonas, niewielka wieś na trasie, przytulna restauracja pod olbrzymim platanem. Tam zaserwowano nam talerz z serami, między nimi graviera. Byłem przekonany, że jest to „etnicznie” grecki ser i nawet jego nazwa, choć przywołująca na myśl słowo gruyère, nie zdołała rozbudzić moich podejrzeń. W rok później na Krecie, w Chanii, gdzie kupowałem go dość często w halach targowych, sprzedawcy zawsze podkreślali z dumą jego greckie pochodzenie. Ser ten zdaje się tak bardzo wrósł w grecką tradycję, że wielu Greków jest przekonanych o jego wielowiekowej historii. Tymczasem został on przeszczepiony na teren Grecji w początkach dwudziestego wieku przez wykształconego w Szwajcarii greckiego serowara Nikosa Zigourisa. Co nie zmienia faktu, że jest znakomitym serem i świetnie smakuje z kuflem lodowato zimnego Mythosa.
Co wiemy
Nic nie wiemy o innych ludziach. O tych, których kochamy, wiemy jeszcze mniej.
Prawidłowość
Dawno zauważyłem tę prawidłowość. Mianowicie, że zawsze, gdy mam do rozwiązania trudny problem, siedzę ze skrzyżowanymi ramionami. Podobno ma to nawet jakieś naukowe uzasadnienie, jak niemal wszystko obecnie. W tej pozycji mamy lepiej radzić sobie z trudnymi zadaniami, rośnie nasza wytrwałość, a w efekcie szansa rozwiązania dylematu. Całkiem tak, jakby postawa ta była sygnałem dla mózgu, by maksymalnie przyłożył się do pracy nad skomplikowanym problemem. W moim przypadku tak jest. Siedząc ze skrzyżowanymi ramionami, myślę sprawniej.
Strzępy 5
Dzisiejszy wiosenny poranek przypomina mi inny. Dochodziła godzina dziewiąta, szeroka esplanada prowadziła nas wtedy ku Wzgórzu Izoldy. Szron leżał jeszcze na trawnikach, ławkach i jezdniach, ale słońce świeciło już silnie i w tych miejscach, gdzie nie docierał chłodnawy podmuch wiatru, w zaciszu, promienie grzały prawie jak latem. Wszystko było wyraźne i kontrastowe – granica słońca, granica cienia. Lekka, sinawa mgiełka unosiła się w powietrzu, nasycając je wilgocią i nostalgią, przeczuciem lata, południa, które zatrze kontrasty, połączy światło i cień, miłość i nienawiść. Jaskrawość ścian budynków, rozbłyski szyb samochodów i okien, rażąca biel okiennic po słonecznej stronie ulic. Tutaj ludzie szli wolniej, nieśpiesznie, sennie, w rozpiętych płaszczach. Przeciwnie po cienistej stronie. Tam ruch był mniejszy i szybszy, oddech zastygał jeszcze w obłokach pary. Niebo było wysokie, bladoniebieskie, tylko gdzieniegdzie wątłe, postrzępione kłębki zabłąkanych chmurek. Taki poranek jesienią różni się od wiosennego głównie zapachami. Są wówczas ostrzejsze i silniejsze. Butwiejące liście, jesienne kwiaty, wszystkie przyprawy lata. Wiosna ma mniej zapachów, powietrze jest czystsze, mniej nasycone, dziewicze.
Dzisiejszy poranek przypomina mi tamten, ale wówczas słyszałam odległe bicie dzwonów i jego głos, niski, pieszczotliwy, gdy opowiadał mi o naszej kruchej wieczności, a teraz słyszę docierające gdzieś znad zatoki jęki okrętowych syren i wiem, że tam, gdzieś daleko, wciąż jeszcze wisi w powietrzu gęsta, skłębiona mgła …
Toca
Kościół to instytucja, która zbudowała swoją potęgę na donosicielstwie, zwłaszcza na donosicielstwie spowiedzi, ale nie unikała też innych, bardziej radykalnych rozwiązań. Jednym z nich była Toca, zwana również torturą wodną. Stosowana ją Inkwizycja m.in. we Francji, Hiszpanii i Niemczech. Jej zasady, pieczołowicie opracowane przez samego Torquemadę, przewidywały, że podczas jednej sesji można użyć nie więcej niż osiem litrów wody. Najpierw przywiązywano torturowanego do deski, rozciągając go zarazem. Następnie wpychano mu do ust lniane płótno. Gdy szło to opornie, wlewano wodę. Dusił się, co zmuszało go do połykania wody wraz z kawałkiem materiału. Wreszcie, gdy wystawał już tylko kilkucentymetrowy fragment materiału, kat gwałtownym ruchem wyrywał go z żołądka ofiary. Łatwo sobie wyobrazić, jaki ból musiało to sprawiać. Miłosierne jest królestwo boże.
Moralność
Według taoistów każda ocena moralna jest narzędziem podporządkowania jednych ludzi innym. Oceny moralne należą do arsenału środków sprawowania władzy.
Apotheca
Słowem apotheca oznaczano w domu starorzymskim miejsce, gdzie przechowywano amfory z winem.
Aladàr Schöpflin
S. Màrai o Schöpflingu: Wiedział, że w obłędnym chaosie życia poza dobrze zbudowanym zdaniem nie ma innej ucieczki: reszta to blaga lub bełkot.
Strzępy 4
Jeśli dobrze zrozumiałem chciałby pan uczynić tej dziewczynie zarzut z tego, że przedkłada przyjemność nad rozsądek. Proszę mi wybaczyć, ale pański zarzut jest bezsensowny. Ani jednostki bowiem ani społeczeństwa nie kierują się zasadami tak wysoce abstrakcyjnymi jak rozsądek, pożytek czy sprawiedliwość. Niech pan nawet nie próbuje zaprzeczać. Czyż wszystkie wyniszczające wojny, jakie wypełniają naszą historię, są rozsądne, pożyteczne lub sprawiedliwe? Naszym istnieniem rządzą namiętne prawa życia. Jestem biologiem, jak pan wie, i mogę pana zapewnić, że nawet społeczności zwierząt i owadów podlegają tym samym prawom. Mrówki z gatunku formica sanguinea, tylko dla samej przyjemności narkotyzowania się wonnymi wydzielinami pewnego gatunku pasożytów, otwierają przed nimi swoje mrowiska, następnie żywią je i tak dalece wydają na ich pastwę jajeczka i młode larwy, że prędzej czy później cała kolonia ulega zagładzie. Nawet w skali społecznej prawo użyteczności jest niewolnikiem, a nie panem. Imperatyw uniesień narzuca nam samo życie …
Gnuśność
Istnieje stare, rzadko już obecnie używane słowo, które znakomicie ilustruje stan ducha dzisiejszych Europejczyków. To już prawie zapomniane słowo gnuśność. Dzisiejszy Europejczyk jest gnuśny. Jesteśmy gnuśni. Słowa najbliższe temu określeniu to martwota, paraliż, bezczynność, potulność, beznadziejność, posłuszeństwo, lenistwo, odrętwienie, opieszałość.
Modlitwa
Jeżeli istniejesz, Boże, i przyjmiesz do Raju jakiegokolwiek wyznawcę jakiejkolwiek religii, to ja pieprzę twój Raj i z radością wybieram Piekło.
Zakazy
Cioran: Naród, a jeszcze bardziej cywilizacja, znika wraz ze zniknięciem w niej zakazów.
Sentencja
Sentencję „wszystko zrozumieć to wszystko wybaczyć” przypisuje się zwykle George Sand albo pani de Staël. Powtarzamy ją bezmyślnie, zapewne dlatego, że brzmi mądrze. Ale to bzdura. Kiedy się wszystko rozumie, nie trzeba już niczego przebaczać. Przebaczanie jest zabiegiem taktycznym. Przebaczamy właśnie dlatego, że czegoś nie rozumiemy albo nie chcemy zrozumieć. W tym sensie przebaczanie jest przejawem lenistwa umysłowego.
Dystans
Nie ma sztuki tam, gdzie nie ma żadnego dystansu między tym, kto patrzy, a tym, na co patrzy.
Historia zegarków
Po Ostatecznym Zwycięstwie całkiem zlikwidowano Czas. Czas był już niepotrzebny. Czas był zbędny. Czas już tylko przeszkadzał. Podpowiadał jakieś jutro, jakieś potem, jakieś tam kiedyś, stwarzał nadzieje, faworyzował oczekiwania, promował bierność podczas gdy po Ostatecznym Zwycięstwie osiągnięto wreszcie idealne Teraz. Aby zrobić z tym porządek wprowadzono więc Plan Odchodzenia od Czasu i chociaż nie bez bólu i nie bez tragedii to w końcu udało się wyeliminować to ponure, bezlitosne i okrutne pojęcie. Pokonaliśmy Czas. Słowo całkowicie znikło nie tylko z codziennej mowy, ale wymazano je także ze słowników i encyklopedii. Ten sam los podzieliły wszystkie inne słowa, związane z czasem lub choćby takie, które sugerowały jego istnienie. Zdarzenia, które rozegrały się przed Ostatecznym Zwycięstwem uporządkowano nie według następstw, lecz według ich hierarchii i zasług dla Ostatecznego Zwycięstwa. Zlikwidowano wszystkie zegary, nawet wodne i słoneczne, a zegarmistrzów przeszkolono w nowych, pożytecznych zawodach.
W mojej rodzinie zegarmistrzostwo było starą i pieczołowicie podtrzymywaną tradycją. Mój ojciec był geologiem, ale mój dziad, pradziad i prapradziad byli świetnymi i cenionymi zegarmistrzami. O tym jednak dowiedziałem się stosunkowo późno, gdy miałem już prawie piętnaście punktów Zwycięstwa. Opowiedział mi o tym w zaufaniu brat mego ojca. Żył on w odosobnieniu, z moim ojcem prawie nie utrzymywał kontaktów i tylko szczęśliwy traf zrządził, że zdołałem go poznać. Okazał się być mądrym człowiekiem, zaprzyjaźniłem się z nim szybko i on też zaczął darzyć mnie sympatią. To od niego dowiedziałem się o historii mojej rodziny, o czasie, sposobach jego mierzenia, o zegarkach i sztuce zegarmistrzowskiej. Potem okazało się, że zdołał przechować jeden egzemplarz zegarka. Nigdy nie zapomnę tej chwili, gdy mi go pokazał. Zegarek był piękniejszy niż wszystko, co dotychczas widziałem, piękniejszy nawet od zachodów słońca nad morzem i rosy na trawie w letni poranek. Nie wiem, jak udało mu się ocalić ten zegarek, nigdy mi o tym nie opowiedział, ale musiało to być heroicznie trudne i niebezpieczne. Brygady tropicieli zegarków pracowały metodycznie, bezlitośnie, dokładnie i bezwzględnie. Podobno składały się głównie z kobiet, one były najzdolniejszymi tropicielami, a ich spostrzegawczości i intuicji niewiele mogło umknąć. Karą za ukrywanie zegarków, choćby najmniejszych, zawsze była śmierć i nie było od tego żadnego odwołania. A jednak wujkowi udała się ta sztuka. Zegarek był złoty, piękny i misterny. Budził mój podziw i zachwyt.
Możliwe, że na jego widok ożyła we mnie krew moich przodków. Zakochałem się w nim, w jego cichym tykaniu, w precyzji jego wskazówek, w fosforyzującym blacie z oznaczeniem godzin, w doskonałości jego mechanizmu, zdolnego okiełzać coś tak wszechmocnego i niepojętego jak czas. Odwiedzałem wuja aż do jego śmierci, ale zawsze starannie maskując moje wizyty. Było to konieczne, bo z jakichś powodów wujek znajdował się wciąż na jakimś indeksie i uważano, że stanowi zagrożenie dla szczęśliwości naszego szczęśliwego bezczasu. Dość, że odwiedzałem go, kiedy tylko mogłem i nauczyłem się o zegarkach wszystkiego, co on sam wiedział i co mógł mi przekazać. Po jego śmierci wydobyłem ze skrytki ostatni zegarek świata.
Kosztowało mnie wiele ostrożności, zabiegów i wysiłków, i bardzo wiele pracy, ale pewnego dnia, w pewien piątek o godzinie trzeciej dwadzieścia siedem skonstruowałem mój własny pierwszy zegarek. Nie, nie był jeszcze tak piękny jak zegarek wujka, ale i tak byłem z niego bezgranicznie dumny. Potem przyszły inne, piękniejsze i doskonalsze. Wysyłałem je pocztą do co znaczniejszych postaci i osobistości. I panowała cisza. Nikt nie przyznawał się do niczego, nikt nie wspominał o moich przesyłkach, ale wiedziałem, że ciche jeszcze tykanie zegarków, moich zegarków coraz głośniej, coraz wyraźniej będzie podgryzało i niszczyło nasz zatrzymany świat, jego iluzje i kłamstwa, jego zbrodnie i nierzeczywistość. Już wtedy wiedziałem, że Czas znów zwycięży …
Moda i oryginalność
Dla masowego człowieka stworzono masową produkcję i masową modę. Pewien kłopot sprawiała jedynie, zawsze pożądana, oryginalność. Rozwiązanie znalazło się. Zdołaliśmy umasowić nawet oryginalność. Jak? Jeżeli jesteś oryginalny na własny sposób, to wcale nie jest to oryginalne, bo nie jest modne, a modne jest tylko to, co masowe. Chcesz być oryginalny? Wystarczy, że będziesz modny, bo moda od razu uwzględnia i oryginalność. Gdzie jest jakieś rozumne dziecko, które krzyknie wreszcie, że ten król jest paskudnie nagi?
Podróż do Rosji
Zabawne. Słynna „Rosja w roku 1839” Astolpha de Custine ma pewien bardzo intymny wątek polski, mało znany, acz pikantny. Custine był pederastą, jego kochankiem był Ignacy Gurowski, pochodzący z rodziny kasztelańskiej herbu Wczele, bodaj z tytułem hrabiowskim. Ignacy w Powstaniu Listopadowym dosłużył się stopnia podporucznika, a po jego upadku znalazł się, jak wielu innych młodych ludzi, na emigracji. W 1834 osiadł w Paryżu. Rok później zamieszkał w domu markiza Astolphe de Custine przy rue de La Rochefoucauld i był jego kochankiem przez pięć lat. W 1839 roku towarzyszył markizowi de Custine w podróży do Rosji.
Zastanawiałem się zawsze, co mogło skłonić tego wymuskanego markiza do uciążliwej bądź co bądź podróży do barbarzyńskiego kraju. Nigdy nie znajdowałem sensownego wyjaśnienia. Dziś już wiem, że oficjalnym powodem podróży de Custine do Rosji było wstawiennictwo u cara, by łaskawie zechciał zwrócić skonfiskowany majątek Ignacego Gurowskiego. Dzięki swojemu pochodzeniu Custine został przyjęty na dworze rosyjskim z życzliwością. Z carem Mikołajem I spotkał się podobno dwukrotnie, życzliwość okazali mu następca tronu i małżonka cara. Niestety, nigdzie nie znalazłem informacji o tym, czy jego wstawiennictwo pomogło Gurowskiemu w odzyskaniu jego włości, ale Gurowski, po zerwaniu z de Custine, poradził sobie na emigracji doskonale – w czasie pobytu w Paryżu poznał, uwiódł, a następnie potajemnie poślubił Isabel de Borbon, infantkę Hiszpanii, córkę Franciszka de Paula Burbon (syna króla Karola IV Burbona). Mieszkali w Brukseli przez wiele lat, doczekali się też licznego potomstwa. Po przełamaniu sprzeciwu rodziny infantki, Gurowski uzyskał, z powodu małżeństwa z członkinią królewskiej rodziny, tytuł granda Hiszpanii. Zmarł w Paryżu.
Ileż w tym swoistej ironii. Gdyby nie Gurowski być może nigdy nie powstałaby jedna z najlepszych książek XIX wieku.
Tlön
Jednym z najpiękniejszych snów Jorge Borgesa jest opowiadanie „Tlön, Uqbar, Orbis Tertius”. Przedstawia ono hipotetyczny świat będący wynalazkiem konspiracyjnego towarzystwa naukowego, które opracowuje każdy aspekt nowej rzeczywistości w postaci tajnej encyklopedii. Pierwsza Encyklopedia Tlönu jest logiczną prezentacją alternatywy dla naszej rzeczywistości i świat ten zaczyna nagle działać z taką siłą wyobraźni, że raz stworzony wypiera naszą pierwotną rzeczywistość, by ostatecznie całkowicie zająć jej miejsce.
W przypisach do edycji utworów sir Thomasa Browne`a („The Urn Burial”), istnieje fakt przypominający autokreacje Tlönu. Jest nim książka „The Three Impostors” ( Trzej oszuści ), nigdy nieistniejący bluźnierczy traktat skierowany przeciwko Mojżeszowi, Chrystusowi i Mahometowi. W XVII wieku uważano jednak, że praca ta istnieje lub istniała, a o jej autorstwo posądzeni byli między innymi Boccaccio, Pietro Aretino, Bruno i Tommaso Campanella. Nikt jej nigdy nie widział, nikt nigdy nie miał jej w rękach, ale cytowano ją namiętnie, lżono, dyskutowano i omawiano, a w wieku XVIII ukazała się jej nieautentyczna wersja z fałszywą datą 1598 i tytułem „De Tribus Impostoribus”.
„Navigatio Santi Brendani” jest dziełem nieznanego mnicha z XI wieku, a wersja anglo-normandzka, w formie poematu, napisana została przez mnicha Benedykta i była dedykowana Adelizie z Louvain, żonie Henryka I. Rozprzestrzeniła się szybko po całej Europie, wciąż wzbogacając się o nowe szczegóły i epizody. Jest to opowieść o wyprawie na wpół legendarnego mnicha irlandzkiego, Brendana, w poszukiwaniu wyspy raju ziemskiego. Możemy domyślać się, że po wielu cudownych przygodach Brendan i jego towarzysze docierają w końcu do upragnionej wyspy. W jej środku, wokół ginącej w chmurach kolumny, pną się kręcone schody prowadzące do nieba. Z jak niewiarygodną siłą musiał działać ten Tlön, skoro wiara w istnienie wyspy była tak silna, że jeszcze do roku 1755 umieszczano ją na mapach (na zachód od Wysp Kanaryjskich). Portugalia uważała wyspę za swoją posiadłość. Odstąpiła ją królowi Kastylii, a ten przedsięwziął nawet wyprawę, by ją odnaleźć. Jaka szkoda, że na pokładzie okrętu, który wyruszył na poszukiwanie tej wyspy, nie było Borgesa. Cóż to byłby za dziennik podróży …
Błazen
Dzisiejsi królowie są okaleczeni. Król tylko przez współistnienie z błaznem ma szansę być wielki i prawdziwy. Pozbawiając królów ich błaznów pozbawiliśmy ich wielkości.
Histrion
Rzadko używany dziś termin histrion. Jego polski odpowiednik to igrzec, ktoś, kto bawi się i bawi innych. Kiedyś występował wspólnie z aktorami, czasem przed ich występem, czasem po nich. Zapewne nie byli zachwyceni jego obecnością. Przypominała im zbyt natrętnie i jednoznacznie, skąd właściwie pochodzą. Histrion był więc dla nich kimś w rodzaju niewolnika, który w czasie triumfu cezara, stojąc tuż za jego plecami, szeptał mu do ucha słynne: Memento te mortalem esse.
Banca del Pensiero
Banca del Pensiero, wspominane przez Herlinga-Grudzińskiego w jego Dziennikach 1957-1958. Bank Myśli, gdzie za opłatą „sprzedawało się na każdy temat mądre i zdrowe myśli”. Pomysł rzeczywiście wart noweli. Istniał naprawdę, choć krótko, w Rzymie.
Alkohol i pornografia
Tym, którzy skłonni są oceniać wartość sztuki głównie przez jej zdolność do ożywiania i prowokowania naszych wzruszeń, czyli przez czysto mechaniczne reakcje wywołane u widza lub czytelnika, polecam alkohol lub pornografię – moim zdaniem są one o niebo skuteczniejsze. Gdyby pogląd taki był zresztą prawdziwy, to alkohol i pornografia bez wątpienia powinny być zaliczone do najbardziej autentycznych form sztuki.
Romantyzm
Romantyzm podrażnia uczucia. Odwołuje się jedynie do uczuć. Romantyzm to styl dla wszystkich. To styl dla mas. Mickiewicz pisał dla modystek i subiektów.
Zdarzenie
Miasteczko leży gdzieś na Jurze, ale na jawie byłem tam tylko jeden jedyny raz, bardzo dawno temu, w ciepły, jesienny dzień, podczas gdy w moich snach powracało do mnie tak często i uparcie, że z wolna zatraciło cechy realności, stając się tylko niewyraźnym wspomnieniem z odległych lektur, krajobrazem na pół mitycznym, na pół urojonym. Nie pamiętam jego nazwy, mój umysł nie podsuwa mi żadnych skojarzeń.
Wąska, kamienista dróżka wijąca się między wapiennymi skałami. U jej wylotu dość rozległa dolina zamknięta od północy i wschodu wapiennym kołnierzem niskich, poszczerbionych wzniesień. I dokładnie w środku tej doliny, na lekkim podwyższeniu, jak na wypukłym prosceniu, miasteczko. Z daleka przypominało dobrze zachowane resztki starej warowni, zbudowanej na planie prostokąta. Wokoło ziemia kamienista i nieurodzajna, małe poletka o fantastycznych kształtach z trudem wyrwane skałom. Jesień, więc ścierniska, kurz trzepotał się w powietrzu. Pamiętam nasze zaskoczenie, gdy podchodząc bliżej odkryliśmy, że to, co z daleka braliśmy za mur warowni jest w istocie tylnymi ścianami kilku ciasno przywierających do siebie domów u stóp których kuliły się małe ogródki, otoczone niskimi, byle jak skleconymi płotami. Domy stały równo, niemal w wojskowym szyku, tworząc rodzaj dumnego impedimenta ze starożytnego agmen quadratum Germanika. Nie wyróżniały się nawet wysokością. Złudzenie muru jakiejś warowni było tym silniejsze, że wszystkie domy odwrócone były „plecami” do świata – ich fasady patrzyły do wnętrza miasteczka. W tylnych ścianach, tych widocznych z drogi, znajdowały się tylko małe, prawie obronne okienka, zapewne od spiżarni czy toalet. Miasteczko patrzyło do środka, jakby zupełnie nieciekawe świata.
Na kilkanaście metrów przed pierwszymi domami wyboista droga zataczała głęboki łuk, celując w północno-wschodni narożnik tego impedimenta. Tutaj znajdowała się wąska uliczka, kocie łby, i po następnych kilkunastu metrach wychodziło się prosto w serce tej fatamorgany, na Rynek. Był idealnie kwadratowy, otoczonymi jedno lub dwupiętrowymi kamienicami (znacznie więc niższymi niż te leżące na zewnątrz), ale przez to, że stały niemal na czubku tego proscenium, nie odstawały wzrostem, tworząc z tamtymi jakby jeden wspólny dach. Rynek obramowany był biegnącą dookoła uliczką, a jego środek zajmował rodzaj trawnika z kilkunastoma rachitycznymi drzewkami i dwoma rzędami ławek w intensywnie pomarańczowym kolorze. Na ścianie wschodniej wyróżniała się okazała, przysadzista kamienica z dużą witryną na parterze, gdzie straszył szyld z gotyckimi literami: Fryzjer. Dwa domy dalej restauracja, a przed jej wejściem smutnie zwisająca z muru, sporych rozmiarów kotwica. Pamiętam jeszcze jakiś sklep z damską bielizną, po przeciwnej stronie aptekę, białą jak szpitalny fartuch, a obok niej piekarnię. Narożniki Rynku wypełniały uliczki, wąskie, spadziste kanały o brzegach postrzępionych przez spływającą tam wodę. Sprawdziliśmy wszystkie. Kończyły się na ostatnim domu, nie biegły dalej. Tutaj urywały się, przechodząc najpierw w pożłobiony deszczami, gliniasty pas ziemi, a nieco dalej zamieniały się w łąkę. Nie prowadziły donikąd. Jedyna droga do miasteczka mieściła się w narożniku północno-wschodnim, czyli tam, skąd przyszliśmy. Innej nie było.
Spędziliśmy w tym miasteczku bez nazwy kilka godzin. Restauracja okazała się wielką, niską izbą z drewnianym stropem. Barman i kelner w jednej osobie był mocnym, nieco kulejącym, łysym jegomościem około piędziesiątki, przepasanym nieskazitelnie czystym obrusem prawie zakrywającym mu stopy. Herbata miała zapach suszonych kwiatów. Nie pamiętam, by poza nami był tam ktoś jeszcze. Pamiętam natomiast, że gdy wyszliśmy stamtąd zaskoczył nas widok kilku starców, siedzących pod murami domu na krzesłach o szalenie wysokich oparciach. Wyglądali jak achajscy królowie oczekujący na hołd. Nie widziałem ani jednego dziecka. Ani jednej kobiety. Ani jednego psa. Tylko na witrynie u fryzjera leżał duży, czarny kot. Panowała głęboka, spokojna cisza i Z. powiedział, że chciałby tu zamieszkać, gdy cały wrzask i zgiełk świata zacznie mu ranić uszy do krwi. Dokładnie tak. Takimi słowami. Nie podzielałem wtedy jego zdania. Nie ufam miejscom bez kobiet, miastom bez kobiet, powieściom i filmom bez kobiet; nigdy nie ufałem, choć wtedy nie umiałem jeszcze tego wyjaśnić. Ale ja również nie czułem tam ani niepokoju ani lęku i w taki sam sposób miasteczko powraca do mnie w moich snach: jak moment ciszy, jak chwila wetchnienia.
Opuściliśmy je kilka godzin później, kiedy w oknach patrzących na opustoszały Rynek odbijały się czerwienią promienie schodzącego słońca. Opuściliśmy je tą samą drogą, którą przyszliśmy. Nie odprowadzały nas ani psy ani dzieci, ani spojrzenia zza firanek. Próbowaliśmy wypatrzeć czyjeś oczy, ślad czyjejś obecności – nadaremnie. Teraz pewnie wzbudziłoby to moje podejrzenia, ale młodość dziwi się rzadko. Po drodze oglądałem się kilkakrotnie, sprawdzając, czy miasteczko nie znikło. Nie, było, rzeczywiste, choć tak nierealne. Po wielu latach, bogatszy – lub uboższy – o tysiące nowych krajobrazów, miast i miasteczek oglądanych, zasłyszanych, wyczytanych, po wszystkich spotkaniach z tym miasteczkiem w moich snach, bo powraca uparcie wyraźne i żywe, nie jestem już pewien jego istnienia i niekiedy myślę, że może M. miała rację mówiąc, że wyśniłem je którejś nocy, jak tyle innych rzeczy, tyle innych twarzy i miast. Może wyśniłem je, ale jeśli tak, to był to nasz wspólny sen, sen Z. i mój. Pewnego innego jesiennego dnia wiele lat potem spotkałem Z. po raz ostatni i wówczas, jakby szukając usprawiedliwienia lub szukając metafory, która mogłaby opisać mi jego stan, zapytał mnie nagle, czy pamiętam tamto miasteczko, czy pamiętam jego życzenie. Miałem zrozumieć, że w ciągu tych minionych lat świat poranił go do krwi. Zrozumiałem, nie mogłem nie zrozumieć, choć najbardziej byłem zaskoczony tym, że Z. także zna to miasteczko.
Szkoda, przyjacielu, że nie zawędrujemy już po raz drugi do tego dziwnego miasteczka. Nie mogę dziś oprzeć się myśli, że miejsce w którym spędziliśmy tamto popołudnie nie było wcale miasteczkiem, lecz zdarzeniem.
Wybory w krainie szwedzkich Muminków
Ostatnio nie dzieje się najlepiej w krainie szwedzkich Muminków. Tata permanentnie wraca totalnie nachlany, a Mama puszcza się teraz z kim popadnie i już nawet nie stara się o zachowanie jakichkolwiek pozorów. Muminki zauważyły to i zaczęły zadawać się z Buką, by postraszyć i ukarać rozbestwionych Rodziców. Nie, nie to, żeby zaraz pokochały Bukę. W żadnym razie! Wszyscy przecież wiedzą, że Buka to rasista i ekstremista. Tata i Mama powtarzają to od dawna, powtarzają do znudzenia, szwedzkie Muminki wiedzą o tym dobrze i wiedzą też, że te dwa słówka są wyjątkowo złe i paskudne, a na dodatek przyklejają się do tego, kto zostanie nimi obrzucony niczym smoła i potem straszliwie trudno jest je zdrapać. Ale do wczoraj, do wyborów w szwedzkiej krainie Muminków, Muminki udawały, że kochają Bukę i udawały to tak przekonywująco, że uwierzyła w to mama Muminków, głośno żałując swej rozpusty, a Muminek Tata kajał się i zapewniał, że już nigdy więcej żadnych balang i hulanek, i że będzie chodził z Muminkami na spacery, jak dawniej, i trzymał je mocno za łapki, by nie wpadły znów w jakąś głębszą kałużę. Nawet Buka, choć niedowiarek i rasista, zaczęła wierzyć, że Muminki za sprawą jakiegoś cudu rzeczywiście zmądrzały i zaczynała mieć nadzieję. Dzisiaj, w dzień po wyborach, okazało się, że nawet rzeczy udawane mogą stać się prawdziwe, i nie tylko w bajkowym świecie Muminków. Wielu Muminków nie uwierzyło bowiem w skruchę Taty Muminka i Mamy Muminków i głosowały jednak na Bukę, choć Buka to rasista, a Muminki, jak wiadomo, serdecznie nie lubią rasistów. Dzisiaj więc, w słoneczny, piękny poranek po wyborach, mamy taką sytuację, jakby w to wszystko wmieszał się Bobek i wypuścił jakiegoś wyjątkowo smrodliwego fake-bąka: nie bardzo wiadomo, kto będzie teraz Tatą Muminków, nie bardzo też wiadomo, co będzie z Mamą Muminków i co będzie z Buką, bo jednak nie wszystkie muminki na nią głosowały, bo przestraszyły się swojej odwagi, rozmyśliły się w ostatniej albo po prostu muminkowato stchórzyły i teraz – prawdziwy koszmar pozostałych zacnych szwedzkich Muminków – nie tylko że już nic nie wiadomo, to jeszcze trzeba zgadywać, jakie to pretensje zacznie sobie teraz rościć ta okropna Buka.
Dwa głosy na temat populacji
Aldous Huxley „Brave New World Revisited”: „W tej drugiej połowie Dwudziestego Wieku nie robimy nic systematycznego dla naszego rozmnażania, ale w nasz bardzo przypadkowy i nieuregulowany sposób nie tylko przeludniamy planetę, ale również, jakby się wydawało, upewniamy się, że te większe ilości będą biologicznie gorszej jakości.”
* * *
Karta z dziejów ludzkości – Julian Tuwim
Spotkali się w święto o piątej przed kinem
Miejscowa idiotka z tutejszym kretynem.
Tutejsza idiotko! – rzekł kretyn miejscowy –
Czy pragniesz pójść ze mną na film przebojowy?
Miejscowa kretynka odrzekła – Z ochotą,
Albowiem cię kocham, tutejszy idioto.
Więc kretyn miejscowy uśmiechnął się słodko
I poszedł do kina z tutejsza idiotką.
Na miłym macaniu spłynęła godzinka
I była szczęśliwa miejscowa kretynka.
Aż wreszcie szepnęła: – kretynie tutejszy!
Ten film, mam wrażenie, jest coraz nudniejszy.
Więc poszli na sznycel, na melbe, na winko,
Miejscowy idiota z tutejszą kretynką.
Następnie się zwarli w uścisku zmysłowym
Tutejsza idiotka z kretynem miejscowym.
W ten sposób dorobią się córki lub syna:
Idioty, idiotki, kretynki, kretyna.
By znowu się mogli spotykać przed kinem
Tutejsza idiotka z miejscowym kretynem.
Orsza, 8 września
8 września, dokładnie 504 lata temu, miała miejsce bitwa pod Orszą, w której książę Konstanty Ostrogski i Jerzy Radziwiłł, dowódcy sił polsko-litewskich, rozgromili ponad 80 tysięczną armię Rosjan. Wcześniej, bo już w sierpniu 1514 roku, wielki książę moskiewski Wasyl III, cesarz Maksymilian I Habsburg i wielki mistrz zakonu krzyżackiego Albrecht Hohenzollern zawarli sojusz przeciwko Polsce. Celem było pokonanie i podział Polski i Litwy. Moskwa zamierzała zagarnąć obszary Wielkiego Księstwa Litewskiego (obecny teren Ukrainy i Białorusi), a strona niemiecka dawne ziemie należące do zakonu krzyżackiego.
Pierwszy rozbiór Polski miał więc nastąpić już w 1514 roku. Zamiar nie powiódł się, ale scenariusz był już gotowy i przeleżał w niemiecko-rosyjskich szufladach jeszcze 258 lat. Zrealizowali go dopiero w 1772 roku. Co się odwlecze …
Henry Bergasse
Henry Bergasse „Podzwonne dla Rzymu”: W owym czasie ludzie troszczą się głównie o to, by pozostać na uboczu walk, by być „zapomnianym” przez ogólne nieszczęścia. Mieszkańcy miast dbają przede wszystkim o to, by zapomnieć o niepokojach i lękach, szukają od nich ucieczki w igrzyskach, we wszelkich rodzajach widowisk, mniej lub bardziej obscenicznych farsach z udziałem mimów czy histrionów, którzy nawet cezara nie oszczędzali. Potrzeba rozrywki, obsesyjne szukanie oszołomienia stały się tak nieodparte, że w chwili, gdy Trewir leżał w gruzach, zrujnowany najazdem, możni miasta upraszali cezara, by wznowił igrzyska, zanim nawet poddźwignie mury.
Salwian tak przedstawia hulanki ludzi, którzy nie zaprzestali bankietować, nawet wtedy, gdy wróg już wtargnął do miasta. „Nikt nie próbował opierać się deprawacji, pijaństwu i zboczeniom. Ludzie bawili się, pili, popełniali samobójstwa. Starzy urzędnicy oddawali się rozpuście, prawie niezdolni do życia, ale nadzwyczaj zdolni do pijatyki, za słabi do walki, ale dość silni, by używać, słaniający się przy chodzeniu, ale zwinni w tańcu”.
Kiedy w 256 roku Persowie zajęli Antiochię, jej mieszkańcy, zgromadzeni w teatrze, wcale tego nie zauważyli. Dopiero jeden z aktorów rozpaczliwą gestykulacją zwrócił ich uwagę na łuczników sassanidzkich, którzy wdrapywali się już na najwyższe miejsca amfiteatru.
Święty Augustyn nie waha się napiętnować uciekinierów z Rzymu, którzy po splądrowaniu miasta przez Alaryka dotarli do Kartaginy i tu rzucili się wszyscy do cyrków, aby o wszystkim zapomnieć: „Wszędzie w wielkich miastach panuje przerażenie i żałoba, a wy biegniecie do teatrów, ustawiacie się w szeregu, aby tam wejść, i tłumnie je wypełniacie”. Nawet w samym Rzymie na pozór zapomniano o klęsce. W 417 roku Namatianus, zatrzymany przez przeciwne wiatry w Ostii, słyszy w oddali głuchy gwar dobiegający z Miasta i mówi: „Nieraz moje ucho chwytało echo cyrkowych igrzysk – gromkie oklaski świadczyły o tym, że teatry są pełne.”
The Rolling Stones
Znajduję dzisiaj bardzo entuzjastyczną recenzję z lipcowego koncert The Rolling Stones w Polsce. I mam smutne skojarzenia. Może dlatego, że jestem stary i mam inną pamięć. Monkey Jagger najwyraźniej wciąż ma się dobrze, zarabia świetnie, podryguje na scenie z gracją zreumatyzowanej małpy i – dokładnie jak przed laty – skrzypi niczym odrzwia starej bramy. I co lepsze nie musi martwić się o wysokość swojej emerytury. A przecież i on i cała pozostała banda tych „świętych rocka” to przestępcy. Gdy ich koledzy ginęli w Wietnamie, oni swoimi pacyfistycznymi utworami przygotowywali im niechlubny powrót. I to oni ponoszą odpowiedzialność za to, że ich koledzy, ci, którzy zdołali przeżyć wietnamskie piekło, wróciwszy do domu, spotkali się z obojętnością, szyderstwem i pogardą. Kiedy celtycki Cuchulain wracał z wojny, w uroczystościach brała udział cała społeczność. Podziw i uznanie wypierały niedawną nienawiść i okrucieństwo, przywracały wojownika do normalnego życia. Lennony i Jaggery odebrali chłopcom z Wietnamu taką szansę, uniemożliwili im prosty rytuał, który mógł ich ponownie włączyć do życia. Przywieziono ich do kraju po cichu, pozostawiono samych, a Lennony i Jaggery chicholiwie wytykały ich palcami. Teraz Lennon jest pierwszym świętym Rocka, a sir Jagger zapewne także zostanie beatyfikowany. Może jeszcze za życia.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.