Heian

Czasem w naszej brudnej i krwawej historii rozkwitają gdzieś stulistne róże. Dla mnie taką stulistną różą jest Wenecja czasu maski i karnawału, Wenecja Casanovy. O Wenecji wiemy jednak trochę. Natomiast o innej takiej stulistnej róży nie wiemy prawie nic. Jest to okres Heian w Japonii – 300 lat  wyrafinowanej kultury dworskiej, która zrodziła arcydzieła niemal w każdej dziedzinie sztuki. Heian częściej nazywa się okresem Fudziwara, od nazwiska arystokratycznego rodu, który całkowicie zdominował życie polityczne i kulturalne tamtego czasu. Książęta Fudziwara, skoligaceni z rodziną cesarską (żonami cesarzy były z reguły księżniczki z tego rodu) byli regentami de facto rządzącymi krajem. I niemal wszyscy byli mistrzami w sztuce intrygi, skutecznie eliminując to, co mogłoby zagrażać ich potędze. Pod patronatem tego rodu rozkwitła w stolicy (a wówczas było to Kioto) kultura, która nie miała sobie równych. Niektórzy widzą jej słabość w tym, że ograniczała się głównie do cesarskiego dworu i jego kręgów, ale to właśnie ta „dworska” i „ograniczona” kultura stworzyła podstawy tego, co dzisiaj nazywa się narodową sztuką japońską.

Literatura ( Gendzi monogatari Murasaki Sikibu czy Makura-no sosi, Notatnik osobisty, Sei Sionagon) i zabytki malarstwa tego okresu opowiadają o świecie całkowicie pogrążonym w zaczarowanym kręgu własnych spraw, świecie, który żył w nieustannej pogoni za coraz bardziej wysublimowanymi przyjemnościami, świecie, który pragnął rzeczywistość przekształcić w dzieło sztuki. Do wydarzeń wagi państwowej, wydarzeń notowanych przez kroniki tej epoki, należą między innymi takie fakty:

„Gwałtowny wiatr powalił dwa drzewa w parku południowym. Zamieniły się w bażanty”; „Czerwone wróble pojawiły się na dachu jednego z pałaców i siedziały tam przez dziesięć dni”.

Heian zdążało do urzeczywistnienia estetycznego ideału w każdej dziedzinie życia, życie miało przypominać piękny wiersz lub sen. I przypominało, symbolizm obejmował i przesycał wszystko – ceremioniał dworski, ułożenie kwiatów, grę słów, uśmiech, wiersz, kolory, ubior, sposób wyrażania się. Ważne było nie tyle to, co się mówi, ale jak się to mówi – nie tyle to, co potrafimy słowami wyrazić, ale może głównie to, co przy ich pomocy potrafimy ukryć. Nie same uczucia, lecz sposób ich wyrażania. Ten świat łączył prostotę i wyrafinowanie tak, jak nie udało się to być może nigdy i nigdzie indziej. Finezja, wyrobienie estetyczne, poczucie piękna, subtelność, przesycone buddyjską melancholią i łagodną świadomością przemijania. W tej epoce wrażliwość na piękno ceniono bardziej niż moralność, a człowiek, który nie potrafił pisać wierszy uznawany był za barbarzyńcę.

Epoka Heian, podobnie jak Wenecja Casanovy, odeszła w szczęku broni, w krwi, okrucieństwie i bezwzględności. Znakomitą tego ilustracją są trzy zwoje Heidzi monogatari. W jednym ze zwojów artysta odmalował rzeź dam dworu Gosirakawy – ich ciała, zrzucone na stos, leżące w bezwładnie skłębionych, podartych i splamionych krwią jedwabnych szatach przypominają pomordowane motyle.  Czemu tak lubię Heian? Czy dlatego, że jest sabi?

Agni

Agni to w indyjskiej mitologii bóg ognia. W sanskrycie słowo to oznacza „ogień”, jest pokrewne z łacińskim słowem „ignis” i rosyjskim „ogon”. To wyjaśnienie jest potrzebne, abyś zrozumiała sekwencje o których chcę opowiedzieć.

Pierwsza scena ma miejsce dzisiaj rano, mniej więcej szósta dwadzieścia, gdy jestem w drodze do pracy. Spostrzegam na płocie graniczącym z siedzibą straży pożarnej wypisany sprayem napis, napis bardzo niezdarny i niedbały, i odczytuję go jako agni. Zastanawiam się, czy ktoś wiedział, co znaczy to słowo czy też jest to tylko przypadek, po prostu czyjeś bazgroły, jakich widuje się obecnie tak wiele. Scena druga rozgrywa się już kilkadziesiąt metrów dalej. Po przejściu esplanady Kungsgatan, nadjeżdża naprzeciwko mnie samochód osobowy i ze zdziwieniem widzę, że ma rejestrację AGN 131. Jedzie bardzo wolno, mam czas, by przyjrzeć się rejestracji dokładnie, nie ma żadnej pomyłki. Jaki śmieszny przypadek, myślę. Niespełna pięć minut później jestem na skrzyżowaniu Amiralsgatan z Föreningsgatan. I tu mamy scenę trzecią. Na przejściu dla pieszych, po przeciwnej stronie, pojawia się jakaś kobieta ubrana w długi, ciemny płaszcz z kapturem. Gdy mijamy się w połowie przejścia spostrzegam kątem oka, że czyni gest, jakby chciała zatrzymać się. Odwracam się i wtedy słyszę swoje imię. Po chwili poznaję ją. Pracowaliśmy kiedyś razem, ale dawno temu i nie widziałem jej od tamtego czasu. Zamieniamy kilka pośpiesznych i zdawkowych słów, miło, do zobaczenia, i każde z nas idzie w swoją stronę. Wędrując usiłuję przypomnieć sobie jej imię. Nie udaje mi się to mimo wysiłków. Myślę, nieważne, pewnie i tak nie spotkamy się już nigdy. Ale kilkadziesiąt metrów dalej, na wysokości sklepu z artykułami do produkcji domowego wina, nagle przypominam sobie jej imię. Agneta. Miała na imię Agneta. Zauważ: Agn-eta. Trzy razy to samo słowo, rdzeń oznaczający ogien, i to w wielu językach, po godzinie szóstej rano, na przestrzeni kilkuset metrów. Jak myślisz? Ile w tym przypadku?

Media kłamią

W jakiejś niedawno odbytej rozmowie użyłem określenia „media kłamią”. Chyba jednak niesłusznie. Media w naszych społeczeństwach, społeczeństwach Zachodu, kłamią rzadko. Nasze media używają techniki nieporównywalnie skuteczniejszej – one zatajają. Jest to i skuteczniejsze i znacznie bardziej bezpieczne. Kłamstwo jest antytezą prawdy, kłamstwo można stosunkowo łatwo zdemaskować i wtedy traci się wiarygodność, a to w tej branży oznacza zawsze poważne konsekwencje. Nikt natomiast nie może nam zarzucić tego, że preferujemy takie, a nie inne wybory. Nikomu nic do tego, że wolimy pisać czy mówić o jakimś bezmyślnym stworzonku typu Paris Hilton czy Kardashian, a nie o zbrodniach Hamasu albo że piszemy tylko i wyłącznie o pewnym, interesującym nas, aspekcie pewnego zjawiska i pomijamy to, co wydaje się mało istotne, chociaż właśnie to jest istotne. Nasz wybór, nasza sprawa. Nikt nie może mieć o to pretensji. W ten prosty sposób nie ma już cenzury. Jest marketing. I on jest cenzurą.

Problemy

Poza problemami matematycznymi nie ma problemów, które bylibyśmy w stanie rozwiązać definitywnie. Rozwiązując jakiś jeden problem zawsze stwarzamy przynajmniej  kilka nowych. W gruncie rzeczy wiemy o tym, wiemy o tym od dawna. Jedynie partie polityczne zdają się o tym nie wiedzieć i zapewniają nas bezczelnie, że są w stanie rozwiązać wszystkie problemy definitywnie i ostatecznie.

Linda i litość

Odnotowałem przed wielu laty, że Linda McCartney (była żona ckliwego piosenkarza) na jakiejś przedświątecznej aukcji indyków w Hanley-in-Arden, zapłaciła trzy tysiące funtów za indyka czempiona, aby tylko uratować go od zaszczytnej śmierci na świątecznym stole. Linda, przepełniona litością dla losu zwierząt, domagała się ”etycznego” traktowania indyków. Zachowałem tę informację w moich notatkach, choć nie bardzo rozumiałem dlaczego to czynię. Brukowce zawsze roiły się od takich sensacji, a obecnie już nie tylko brukowce. Nic nowego, nic szczególnego, nic czemu warto byłoby poświęcić choćby jedną myśl; jeszcze jeden sposób na zaistnienie w tandetnych, ilustrowanych magazynach, przeznaczonych dla ogłupiałych niedźwiadków.

Dzisiaj cieszę się, że przechowałem tę trywialną notatkę. Nie dlatego jednak, że jeśli ktoś w naszych czasach potrzebuje ”etycznego traktowania”, to z całą pewnością nie są to indyki – dziś rozumiem, że gest Lindy jest interesujący z innego powodu. Obrazuje on kolejną fazę konfliktu między rozumem a litością podpowiadając, że w naszych czasach zdecydowaną przewagę ma litość. Rozum uznaje istnienie osobnego i niepowtarzalnego świata człowieka. Litość zaprzecza temu, nakazując dostrzegać bliźniego w każdej cierpiącej istocie. Rozum podpowiada, że człowiek ma prawo do oddzielenia swojego świata od świata zwierząt. Litość zaciera tę granicę i sprawia, że człowiek gotów jest identyfikować się z każdym skamlącym psem, laboratoryjnym królikiem czy tucznikiem przeznaczonym na rzeź. ”Litość nadaje twarz nawet stworzeniom pozbawionym języka i rozumu”, jak ktoś to trafnie określił.

Obawiam się, że skłonność do tak daleko posuniętej empatii nie jest przejawem witalności. Sądzę raczej, że jest to postawa defensywna, wynikająca z niemocy i lęku. Taki człowiek nie czuje się już drapieżnikiem, lecz żerem. Nie jest to więc, jak niektórzy chcieliby to widzieć, prawdziwy powrót człowieka do natury ( która nawiasem mówiąc jest okrutna i nie zna litości ), lecz lękliwe rozszerzenie wspólnoty śmiertelnych na inne stworzenia niż członkowie rodzaju ludzkiego. Nie ma w tym podziwu dla widowiska jakim jest życie. Jest natomiast jakieś wzmożone poczucie groźby śmierci.

Litość ta jest jednak podwójnie głupia: po pierwsze dlatego, że z powodu ”biednych” zwierząt zapomina o potrzebach ludzi i po drugie dlatego, że nie wie, jak przejść od obrazu pospolitej nędzy, którą ma przed sobą, do wizji bardziej uniwersalnych. Obrońcy zwierząt są dowodem tego, że współczesny człowiek pogubił się w swoim odczuciu człowieczeństwa. Rozum żąda, by zapanować nad sobą i nakazuje to również sprawiedliwość, sprawiedliwość wyższa od litości, która schwytana w pułapkę, jaką jest jakiś ”straszny los” laboratoryjnego króliczka czy przypadkowa zapłakana twarz, nie jest w stanie postrzegać zagrożeń całej naszej wspólnoty.

Ciekawe jest też i to, że wraz z postępami równouprawnienia zatracają się konieczne identyfikacje, zarówne te, które dotyczą tożsamości kultury z nią samą, jak i te, które dotyczą jednostki z jej pozycją i rolą społeczną, jakie ta kultura chce na nią nałożyć. Ta identyfikacja staje się dziś swobodna, odbywa się jakby ponad człowiekiem, obejmując wszystko, co żyje. Człowiek przestaje być spójny, serce zastępuje mu głowę, zaczyna jednakową miarą mierzyć obcych, wrogów i zwierzęta.

Rzeczywistość – iluzja

Dziś wiemy już z całą pewnością, że zarówno, gdy przyglądamy się komuś, jak i wtedy, gdy zamykając oczy staramy się przypomnieć sobie twarz tej osoby czy jej postać, w naszym mózgu dochodzi do aktywacji dokładnie tych samych obwodów – podział na rzeczywistość i iluzję jest więc czymś umownym. Mogę cię widzieć i mogę cię widzieć w moich myślach i nie wiem, kiedy jesteś bardziej realna. I nie wiem też, czy jest to takie ważne.

Akt seksualny

Akt seksualny. Smutek i wyczerpanie, które pojawiają się po nim. Żadne inne z naszych doznań nie jest tak bliskie śmierci. W akcie seksualnym wypala się wszystko, co jest w nas nadmiarem i nic dziwnego, że pojawia się potem wrażenie czegoś nieodwracalnego, uczucie utraty i pustki. Czujemy się jak ktoś, kto dotarł do granic życia, kto przeżył wszystko, co można przeżyć, zwykłe gesty i dążenia tracą sens – jak po skoku w nicość, w niebyt. Nie możesz przeżyć niczego więcej, bo już to przeżyłeś. Logicznym następstwem każdego aktu seksualnego powinna więc być śmierć. Może dlatego tak chętnie pogrążamy się potem we śnie …

Moje życie

… choć mam pewność, że jestem absolutnie niczym, to jednak czuję, że moje istnienie jest jedynym rzeczywistym istnieniem i dramaty mego życia, choć nijakie i banalne, ważniejsze są i bardziej rzeczywiste niż upadki królów i państw, niż wojny, epidemie i kataklizmy. Wiem, że fakt, iż żyję, cierpię, męczę się, doznaję rozczarowań i zawodów, nie ma żadnego znaczenia i że moja obecność tutaj, poza tym, że zakłóci i naruszy równie pozbawione znaczenia egzystencje kilku innych osób, podobnych mnie, też nie ma znaczenia i przejdzie niezauważona. Nie wiem więc, dlaczego żyję, nie wiem, co może usprawiedliwiać moje istnienie, ale dla mnie samego moje istnienie jest jedynym rzeczywistym istnieniem. Reszta to tylko sen.

Kto potrzebuje boga

Pokażcie mi parę wielkich i pobożnych kochanków! Prawdziwa miłość jest zawsze bezbożna, zawsze bluźniercza, zawsze obrazoburcza, zawsze wyzywająca. Ludzie obdarowani miłością nie potrzebują Boga – już go znaleźli.

My

Ludzie rozbierają się, idą do łózka i mówią, że to miłość. Kradną i mówią, że to biznes. Zabijają i mówią, że to sprawiedliwość. Wygłaszają puste słowa i mówią, że to ich przekonania. Wieszają na ścianach portrety Guevary czy Mao i sądzą, że mają poglady polityczne. Walczą o bezsensowne sprawy i są rozczarowani, gdy odkrywają ich bezsens.

***

  … w jego obecności zawsze udawałam, że niewiele potrafię i jeszcze mniej rozumiem. Specjalnie „psułam” jakieś urządzenie, choć nigdy aż tak, by nie mógł tego naprawić i z niewinną miną stawiałam naiwne pytania, by mógł na nie tym łatwiej odpowiedzieć. To dawało mu powód, by zaangażował się w zrobienie czegoś dla mnie, by poczuł się kimś ważnym i wyjątkowym, kimś zdolnym, kimś, kto potraf, kto umie i wie. Im bardziej czuł się przy mnie wyjątkowy, potrzebny i zdolny, tym bardziej był skłonny mnie kochać i tym więcej dla mnie poświęcić. Kobiety samodzielne i inteligentne są samowystarczalne, to prawda. Mężczyzna jednak czuje się przy nich zwykle jak kwiat przy kożuchu, zbyteczny i śmieszny. Takie kobiety pozostają często samotne, ale inteligentna kobieta, która – czyniąc użytek ze swojej inteligencji – potrafi przekonywująco zagrać nieporadną i słabą, może zdobyć wszystko na czym jej zależy.

Piękno

Nic bardziej nie kompromituje kobiet, których pożądamy niż ich widok w towarzystwie mężczyzn, którymi pogardzamy. I dokładnie tak samo jest z pewnymi ideami – przestają mnie interesować, gdy stają się własnością pospólstwa. Całe ich piękno znika w jednej chwili.

To, co nas nie spotkało

Żadne życie nie jest zadawalające, żadne życie nie jest pełne, bowiem nie obejmuje tego, czego nie mieliśmy, czym nie byliśmy, tego, co nas nie spotkało. To, czego chcieliśmy liczy się dla nas nie mniej niż to, co posiadaliśmy, a dla wielu z nas jest ważniejsze. Potrafimy i często negujemy rzeczywiste faworyzując nasze pragnienia, a przez to mamy jeszcze mniej tego, co mamy.

Mózg i myślenie

Myślenie nigdy nie było i nie może być naszą silną stroną. Mózg, osadzony w naszym ciele, posiadający świadomość tego ciała nie ma żadnych szans, by maksymalnie wykorzystać swój potencjał. Nasze ciało nie jest mechanizmem doskonałym i wymaga wielu zabiegów. Oddychanie, krążenie krwi, procesy przemiany materii – wszystko to przeszkadza, żąda bezustannej obsługi. Mózg jest zbyt wyspecjalizowany, by mógł być sprawny. Już sama konieczność oddychania rozprasza i zapewne z tego powodu, na przykład w jodze, dąży się właśnie do opanowania procesu oddychania, a raczej do zminimalizowania go. Oddychanie dekoncentruje, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. Nasz mózg byłby więc zapewne sprawniejszy, gdyby – paradoksalnie – nie przeszkadzało mu ciało, ale bez ciała nie byłoby też mózgu. W każdym bądź razie tego mózgu.

Wiara

Ludzie, którzy nie są zdolni do prawdziwej miłości, mają do wyboru jedynie wiarę lub ideologię. I tak też wybierają – wiarę lub ideologię. W istocie jednak jest to wybór tylko pozorny, bowiem wiara zawsze staje się ideologią, a ideologie wynaturzają się prędzej czy później i stają się wiarą.

To, co nas różni

Każdy z nas jest podobny do innych i każdy z nas czymś różni się od innych. To, co nas różni od innych, tworzy naszą osobowość, czyni z nas niepowtarzalne indywiduum. Kiedy wymaga się od nas, abyśmy byli „bezstronni” czy „sprawiedliwi” wymaga się innymi słowy, abyśmy odrzucili to właśnie, co nas wyróżnia, naszą osobowość. Osobowości odrzucić nie można – a więc bezstronność jest złudzeniem. Być bezstronnym znaczy więc chwalić i ganić to, co chwali i gani większość. Dziś, w epoce panowania tłumu, tłum domaga się, by stosowano i respektowano jego perspektywę. Tylko, że tłum nie ma żadnej perspektywy.

 

Dynia

Odkryłem, że jestem warzywnym czy – dokładniej mówiąc – owocowym rasistą. Wczoraj przeczytałem, że dynia, ten pękaty, pomarańczowy owoc, cały dzień tarzający się po ziemi niczym kluchowaty, rozlazły emeryt na jakiejś tajlandzkiej plaży, ma 75% naszego kodu genetycznego. Ostatecznie mogę zrozumieć i zaakceptować, że człowiek i szympans mają 98,5 % wspólnych genów. To da się jeszcze jakoś strawić. Też z trudem, co prawda, ale szympansy przynajmniej siwieją jak my, identycznie łysieją, są małpio złośliwe, a nawet – jak w przypadku bonobo – mają podobne zwyczaje seksualne, bo spółkują pochwowo w pozycji twarz w twarz, a raczej pysk w pysk i z powodzeniem stosują embrasser avec la langue, czyli pocałunek francuski. Ale dynia? ten rozdęty, zapyziały owoc, czasem z monstrualną nadwagą, obrzydliwy w smaku i przydatny jedynie do straszenia dzieci w czasie Halloweenu? Mój kuzyn? Muszę przyznać, że w tym miejscu moja wyobraźnia, zwykle bardzo chętna różnym dziwactwom, odmawia współudziału.

Cokolwiek bym ci nie powiedział

Cokolwiek bym ci nie powiedział, jakiejkolwiek rady bym ci nie udzielił, należy to do mnie i nigdy nie będzie twoje. Mogę ci dać moją koszulę czy rękawiczki i one mogą stać się twoje, ale nie ma takich słów i nie ma takich uczuć, które – będąc moimi słowami i uczuciami – przekazane tobie, mogłyby stać się twoje. Ale jeżeli wsłuchasz się w moje słowa i jeżeli przyjmiesz moje uczucia, być może użyjesz ich do tego, by zbudować siebie.

Sztuka

   … ale życie jest sztuką i powinno być wielkoduszne jak arcydzieło. Nie może nosić śladów wysiłku i bólu, bowiem żyć trzeba tak, jak ptak leci w powietrzu albo jak ryba pływa w wodzie. Z chwilą, gdy pojawiają się oznaki wysiłku, tracimy wolność i nasz los bywa już wtedy przesądzony.

Pannonica i jazz

Pannonica jest nieprawdziwa. Pannonica jest literacka. Pasuje do jakiegoś romansu, ale całkiem nie pasuje do życia. W życiu takie rzeczy się nie zdarzają. Takie rzeczy zdarzają się jedynie w literaturze, i to najczęściej w kiepskiej. Pannonica jest postacią jakby wyjętą z kiepskiej literatury, ale jest postacią prawdziwą i fascynującą.

Urodziła się w Londynie, w  rodzinie, której dewizą było, iż szanujący się człowiek ma prawo zaistnieć w papierach tylko dwa razy w ciągu swego życia – przychodząc na świat oraz odchodząc z niego. Dzieciństwo i młodość spędziła wśród osób, które zaśmiecają obecnie opracowania historyczne. Obiad w towarzystwie mięczakowatego króla Edwarda, popołudniowa herbata z Winstonem Churchillem, jeśli jazda samochodem to tylko Bentleyem lub Rolls-royce’em, gdy wychodziła na zakupy towarzyszył jej służący – nosił należącą do jej rodziny książeczkę czekową. Kiedy w 1913 r. przyszła na świat, jej ród miał już olbrzymie wpływy w większości krajów Europy Zachodniej, dysponował własnymi terenami łowieckimi i prywatnymi liniami kolejowymi, a przywódcy państw pytali ich o opinię przed podjęciem ważnych strategicznie decyzji. Jej ojcem był Charles Rothschild, bankier, z zamiłowania entomolog, matką Rozsika von Wertheimstein, zwana „Węgierską Różą” (mistrzyni tenisa, pierwsza kobieta, która serwowała znad głowy). W roku 1935 na palcu Panoniki pojawiła się złota obrączka. Jej wybrankiem został owdowiały baron Jules de Koenigswarter – Żyd pochodzenia francuskiego, inżynier i bankier.  Prawdopodobnie nie łączyło ich nic więcej poza wspólnym zafascynowanie lotnictwem – nawet poznali się na lotnisku Le Touquet we Francji. Baron nie interesował się ani muzyką ani sztuką, natomiast ponad wszystko cenił sobie punktualność, toteż związek z notoryczną spóźnialską od początku wystawiony był na ciężką próbę.

Mimo tego Pannonica urodziła piątkę dzieci i z mężem rozstała się dopiero w 1951 roku. Po separacji, wydziedziczona z tego powodu przez rodzinę, wyprowadziła się do Nowego Yorku i zamieszkała w Hotelu Stanhope przy Fifth Avenue, wynajmując tam apartament. Porzuciła dzieci dla trzystu kotów, konwenanse dla pasji, wytworny świat i towarzystwo koronowanych głów dla jazzowych muzyków, utalentowanych outsiderów. I była jedyną białą w tym klubie. Muzycy odwdzięczali jej się tym, co potrafili najlepiej. Na jej cześć Horace Silver skomponował „Nica’s Dream”, Kenny Dorham – „Tonica”, a Barry Harris – „Inca and Nicaragua”. To tylko trzy z 24 utworów, zadedykowanych tej dość niezwykłej arystokratce, białej damie nowojorskiej bohemy i czarnej owcy rodu Rothschildów.

W latach piędziesiątych sam widok białej kobiety z czarnym mężczyzną wywoływał skandal. Nica tymczasem ostentacyjnie woziła Milesa Davisa po Piątej Alei, gościła w hotelu Stanhope czarnych muzyków i Dizzy Gillespie, Ornette Coleman czy John Coltrane znajdowali tam schronienie o każdej porze. Gospodyni opłacała ich pobyt, wykupywała oddane w zastaw instrumenty, robiła zakupy, woziła na koncerty. W 1955 r. w jej apartamencie doszło jednak do tragedii. Bez grosza przy duszy, wyniszczony alkoholem i narkotykami, saksofonista Charlie Parker zmarł na kanapie w jej salonie. Baronowa jazzu natychmiast trafiła na czołówki gazet. Całkiem wbrew mottu rodziny. „Bird (pseudonim Parkera ) w alkowie baronowej”, „Król jazzu umiera w mieszkaniu dziedziczki” – prasowe nagłówki musiały kosztować Rothschildów sporo nerwów. Jules zażądał od Niki formalnego rozwodu, zaś dyrekcja Stanhope natychmiastowego opuszczenia hotelu.

W roku 1958 Monk namówił Pannonikę do kupna dwupiętrowej willi w New Jersey przy 63 Kingswood Road i Weehawken, zbudowanej dla reżysera Josefa von Sternberg z zapierającym dech widokiem na Manhattan. „Zdawała sobie sprawę, że jazz potrzebuje pomocy. A szczególnie, że to my jej potrzebujemy” – mówił o niej Sonny Rollins. –  Z baronową mogliśmy wchodzić do zakazanych dla nas miejsc i czuć się jak ludzie. Była niezwykle odważną kobietą”.

Nie ominęła jej i krytyka. Krążyły plotki, że kupowała muzykom narkotyki. Wytykano, że porzuciła rodzinę, ale nikt nie odmawiał jej oddania Theloniousowi. Ataki krytyków, uzależnienie i pogłębiające się tendencje schizofreniczne zmusiły go do wycofania się ze sceny. Nie występował w ostatnich latach życia, nie grał, spędzając większość czasu w łóżku, otoczony książkami, gazetami i płytami. Zmarł w domu Pannoniki w 1982 r.

Ona odeszła 6 lat później, podczas operacji serca. Miała 75 lat. Jej zbiór ok. 300 unikatowych wywiadów „Les Musiciens de jazz et leur trois voeux” wydano prawie dwadzieścia lat po jej śmierci. Książka – w której Wes Montgomery marzy, że na świecie znikła dyskryminacja, a Miles Davis wyznaje, że chciałby być biały – stała się świadectwem epoki. Sama Pannonica swoje najbardziej osobiste życzenie wypowiedziała podobno tuż po śmierci Monka: „Chcę, aby moje prochy rozsypano nad rzeką Hudson – wieczorem, około północy. Tak, powiedziałam »około północy« i myślę, że wszyscy wiecie dlaczego”.

Prasa dla kucharek

Wielkie obawy”, „Dramatyczna zmiana”, „Niesłychane odkrycie”, „Brutalny atak”, „Złowieszcza prawda”, „Makabryczne odkrycie”,Śmiertelny cios dla naszych lotnisk”, „Tragiczna przemiana” – mylisz się, jeżeli sądzisz, że są to tytuły powieści brukowych przeznaczonych dla wszelkiej maści ciotek i kucharek. To tytuły artykułów prasowych przeznaczonych dla nas. Przypadek? Nieporozumienie? Nic z tych rzeczy. To masowa poetyka dla masowego odbiorcy, który jest ogłupiony, sentymentalny, egzaltowany, czułostkowy, ckliwy, melodramatyczny i od dawna już nie odróżna tego, co prawdziwe od zwykłego humbugu i fałszu. Nie ma w tym przypadku. Dzisiejsza prasa powiela tytuły literatury brukowej ponieważ przeznaczona jest właśnie dla kucharek, czyli dla nas, dla ciebie i dla mnie.