Dynia

Odkryłem, że jestem warzywnym czy – dokładniej mówiąc – owocowym rasistą. Wczoraj przeczytałem, że dynia, ten pękaty, pomarańczowy owoc, cały dzień tarzający się po ziemi niczym kluchowaty, rozlazły emeryt na jakiejś tajlandzkiej plaży, ma 75% naszego kodu genetycznego. Ostatecznie mogę zrozumieć i zaakceptować, że człowiek i szympans mają 98,5 % wspólnych genów. To da się jeszcze jakoś strawić. Też z trudem, co prawda, ale szympansy przynajmniej siwieją jak my, identycznie łysieją, są małpio złośliwe, a nawet – jak w przypadku bonobo – mają podobne zwyczaje seksualne, bo spółkują pochwowo w pozycji twarz w twarz, a raczej pysk w pysk i z powodzeniem stosują embrasser avec la langue, czyli pocałunek francuski. Ale dynia? ten rozdęty, zapyziały owoc, czasem z monstrualną nadwagą, obrzydliwy w smaku i przydatny jedynie do straszenia dzieci w czasie Halloweenu? Mój kuzyn? Muszę przyznać, że w tym miejscu moja wyobraźnia, zwykle bardzo chętna różnym dziwactwom, odmawia współudziału.