Eumenes

Eumenes z Kardii. Ciekawa postać. Był jednym z nielicznych ludzi, którzy potrafili dokonać niebywałego wyczynu, czyli zyskać zaufanie jednocześnie króla Filipa II i jego żony Olimpias. Po śmierci Filipa sekretarz i bliski współpracownik Aleksandra, do tego zdolny dowódca i świetny dyplomata, ale z pochodzenia Grek, a nie Macedończyk, co nie ułatwiało mu życia w macedońskim otoczeniu Aleksandra. Wziął udział w wyprawie Aleksandra, zawsze u jego boku, służąc mądrą radą w sprawach dyplomatycznych, zajmował się również całą kancelarią króla, spisywał relacje, prowadził dokumentację. Miał opinię człowieka, który potrafił forsować swoje zdanie i odważa się na to, by nie zgadzać się ze stanowiskiem władcy, gdy tylko uznawał to za konieczne. Nikt nigdy nie kwestionował jednak jego lojalności. Wszechstronnie uzdolniony, jako wódz wielokrotnie wykazał talent wojenny, dobry znawca ludzi, który potrafił skutecznie używać ich do własnych celów, a Kapadocję, prowincję przyznaną mu po śmierci Aleksandra, zorganizował podobno znakomicie. Antyczni historycy utrzymują, że powierzchowność miał wytworną i jedynie nadmierna chciwość stanowiła skazą na jego charakterze. Jego żoną była piękna Artonis, córka Artabazosa, satrapy Frygii, siostra Barsine, kochanki Aleksandra Macedońskiego, i Artakamy, żony Ptolemeusza Sotera. Eumenes poślubił ją z polecenia Aleksandra w lutym 324 roku pne. w słynnym zbiorowym ślubie w Suzie i jako jeden z nielicznych, jeżeli nie jedyny, nie rozwiódł się ze swoją perską żoną po jego zgonie.

W chwili śmierci Aleksandra miał 39 lat. Był świadkiem jego ostatnich chwil. W królewskim dzienniku urzędowym zapisał: Wieczorem bierze kąpiel. Potem czuje się bardzo źle. Następnego dnia składa przepisaną ofiarę. Mimo złego samopoczucia wzywa do siebie najwybitniejszych wodzów i daje im znowu polecenia dotyczące wyprawy. Następnego dnia mimo słabości składa jednak ofiary. Wodzom każe czekać w przedsionku, mniejszym dowódcom zaś przed bramą. Stan jego jest już bardzo ciężki. Pozwala się przenieść z ogrodów do królewskiego pałacu. Kiedy wchodzą do niego wodzowie, poznaje ich wprawdzie, ale nie może już mówić. W nocy ma bardzo wysoką gorączkę, również następnej nocy i dnia następnego.

Po śmierci Aleksandra, gdy między diadochami zawiązywały się sojusze, był z konieczności outsiderem. Zapewne doskonale rozumiał, że nie może liczyć na nikogo. Przez siedem lat, aż do chwili śmierci, wiernie prowadząc swoją proargeadzką politykę, wchodzi w różne układy, ze zmiennym powodzeniem. W końcu, w walkach z Antygonem, zostaje zdradzony przez Antygenesa, dowódcę słynnych Srebrnych Tarcz, elitarnych oddziałów w skład których wchodzili weterani Aleksandra osiedleni w Azji. Jako formacja skuteczni, jednak nie zawsze lojalni – już wcześniej, podczas bitwy pod Gabiene, zdradzili Eumenesa przechodząc na stronę Antygona Jednookiego. Antygenes wydał Eumenesa przeciwnikowi, ale nie doczekał się nagrody. Przeciwnie, Antygon nakazał spalić go żywcem, Srebrne Tarcze rozesłał po odległych garnizonach, a jeńca polecił traktować z honorami. Niewątpliwe cenił Eumenesa, dobrze przecież pamiętał czasy, gdy byli wspólnie towarzyszami Aleksandra, ale rozumiał jednocześnie, że współpraca między nimi jest wykluczona, bowiem Eumenes pozostawał uparcie wierny idei zjednoczenia królestwa pod berłem dynastii Argeadów. Legenda głosi, że z kłopotu wybawili Antygona strażnicy, którzy bez jego rozkazu – co wydaje się bajecznie nieprawdopodobne – udusili Eumenesa. Miał wtedy 46 lat. Jego prochy w srebrnej urnie odesłano z honorami żonie i dzieciom do Kapadocji. 

Zawsze zastanawiał mnie powód dla którego, ze wszystkich diadochów Aleksandra, tylko Eumenes został uwieczniony przez Plutarcha w jego Żywotach równoległych. Żaden inny z nich, mimo tego, że byli bardziej znani i odnieśli większe sukcesy, a więc ani Lizymach, ani Ptolemeusz, ani Seleukos ani Krateros, nie zasłużyli sobie w oczach Plutarcha na podobne wyróżnienie. Jedynie on, Eumenes. Sertorii cum Eumene comparatio. Plutarch zestawił go w parze z Sertoriuszem. Quintus Sertorius, rzymski dowódca, który po śmierci Sulli obwołał się w Hiszpanii samodzielnym władcą. Także miał opinię znakomitego dowódcy, kilkukrotne pokonał słynnego Pompejusza. Odnosił spektakularne zwycięstwa mimo, że przeciwnicy mieli przewagę liczebną, a on sam dysponował armią tylko częściowo złożoną z legionistów, bo głównie opartą na formacjach Iberów. Podobnie jak Eumenes posiadał wielkie zdolności dyplomatyczne i tak samo jak Eumenes został zdradzony i zamordowany przez najbliższych współpracowników. Istnieje więc między nimi kilka podobieństw, ale nie na tyle ważkich, by w znaczący sposób zbliżały do odpowiedzi na pytanie, czym powodował się Plutarch wybierając do swojej kompilacji właśnie Eumenesa.   

Homo czy sapiens

Homo sapiens Rutgera Bregmana, holenderskiego historyka i dziennikarza, uznawanego za piewcę nowych idei, a przez TED Talks za jednego z najwybitniejszych młodych myślicieli. Ten „młody” myśliciel, a dokładnie 35 letni, bo urodzony w 1988 roku, stawia tezę, że pesymistyczna wizja Hobbesa zawarta w jego słynnym Bellum omnium in omnes, czyli stan wojny wszystkich przeciwko wszystkim, jako zasada funkcjonowania naszego gatunku, jest całkowicie mylna, bo w istocie człowiek jest dobry, pełen współczucia, empatii i gotowości do współpracy. Teza jest interesująca, warto byłoby przyjrzeć się jej z bliska, ale Bregman posiłkuje się zwietrzałymi ideami głoszonymi przez Jana Jakuba Rousseau, przedstawiając go niemal jako wizjonera i proroka.

W tym miejscu poczułem, że chyba nie dokończę tej książki, a zyskałem taką pewność, gdy doszedłem do momentu, gdy Bregman powołuje się na opinię Rousseau w sprawie wychowania dzieci, cytując jego zalecenie, by dzieci „dorastały wolne i nieskrępowane”. Mogłem uznać, że  autor „Homo sapiens”, jeden z najwybitniejszych młodych myślicieli”, zafascynowany filozofią Rousseau, nie miał czasu, by zapoznać się z życiem swego idola, chociaż takie niedopatrzenie mocno kwestionuje jego „wybitność”, a nade wszystko jego rzetelność jako naukowca. Albo przeciwnie: mogłem też uznać, że dokładnie zapoznał się z życiem Jana Jakuba, ale wolał nie wspominać ani słowem o sprawach, które mogłyby postawić jego idola w niezbyt pochlebnym świetle. Uznałem, i zapewne słusznie, że R. Bregman, wypróbowaną metodą wielu młodych i wybitnych „myślicieli” spod znaku permisywizmu, postanowił coś przemilczeć, by tym łatwiej i skuteczniej udowodnić postawioną przez siebie tezę.

A przemilczał Rutger Bregman rzeczy istotne: przemilczał między innymi marne kompetencje Jana Jakuba Rousseau odnośnie wychowania dzieci i wypowiadania się na ten temat. Otóż, Jan Jakub wraz z Thérèse Levasseur, bieliźniarką z Orleanu, która najpierw została jego kochanką, a w 1768 żoną, spłodzili aż pięcioro dzieci. I każde z tych dzieci, natychmiast po urodzeniu, nie fatygując się nawet, by nadać im jakieś imiona, oddawali do przytułku, nigdy więcej nie interesując się ich losem. W konsekwencji, jak łatwo zgadnąć, żadne z nich nie zdołało przeżyć nawet dwóch lat. Jan Jakub Rousseau nie miał problemów z płodzeniem dzieci, ale – jak bezpretensjonalnie wyznaje to w Wyznaniach – wychowywanie ich byłoby już zajęciem zbyt ciężkim, by mógł temu podołać. Rozumiem, że być może dla wybitnego młodego myśliciela holenderskiego nie ma w tym żadnej sprzeczności, żadnego oszustwa, żadnej niekonsekwencji i nie widzi on najmniejszego powodu, by interesować się prywatnym życiem Jana Jakuba Rousseau, ale dla mnie ważne jest nie tylko to, co ktoś mówi, ale i kto to mówi. I jest to ważne zwłaszcza dzisiaj, zwłaszcza teraz, gdy cała rzesza wszelkiej maści meneli, łajz, obwiesi i hultajów, pretendujących do miana intelektualistów, bezczelnie zawłaszcza słowa, rozmywając lub zmieniając ich znaczenia. Nie doczytam więc pracy Homo sapiens, autorstwa jednego z „najwybitniejszych młodych, holenderskich myślicieli”, wyrzucę ją do śmietnika. Ale zrobię to jutro. Dzisiaj jest mroźno na dworze i pada gęsty śnieg.

Terra nullius

Czy świat będzie lepszy, jeżeli cywilizacja europejska padnie pod uderzeniami zidiociałych tłumów i na czoło wysunie się cywilizacja chińska czy arabska? Śmiem wątpić. Tradycja rozumu, tradycja wolności oraz tradycja miłości nie narodziły się ani w Azji ani w Afryce – narodziły się w Europie. Ta triada, atakowana obecnie zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz,  jest fundamentem współczesnego świata. Tymczasem już dziś widać, że orientalny despotyzm wywiera na świat coraz większy wpływ i świat oswaja się z tym bez problemu. Chiny budują genetyczną bazę danych DNA każdego mieszkańca kraju, by śledzić ludzi coraz sprawniej.  Światowa Organizacja Zdrowia, zdominowana przez wpływy chińskie, wydaje dyrektywy w sprawie koronawirusa,  bezkrytycznie wykonywane przez rządy większości państw, co w rezultacie powoduje głęboki paraliż społeczny. Muzułmański fanatyzm jest traktowany przez kraje zachodnie jako element słusznej walki wyzwoleńczej. W Indiach za brak masek policja bije zatrzymanych kierowców, a także pasażerów pałkami i oblewa ich chemicznym środkiem odkażającym. I można takie przykłady mnożyć niemal w nieskończoność. Nasz świat w zawrotnym tempie oddala się od greckiego ideału rozumu, wolności i chrześcijańskiego ideału miłości. Prezentyzm i relatywizm, czyli poprawianie mądrego wczoraj przez głupie dzisiaj, to metody anihilacji naszej pamięci i przeszłości. Ale nasza przeszłość nie jest terra nullius, a każde dziedzictwo, bez względu na jego wartość, jest obciążeniem nieusuwalnym, bo tradycji nie da się napisać od nowa – nie ma udanych prób konstruowania tożsamości w oderwaniu od historii. Tymczasem staczamy się cywilizacyjnie, przyglądamy się temu i bezmyślnie oklaskujemy nasz własny upadek. Voilà!

Szaleństwo

W każdej rozpaczy, w każdej wściekłości, w każdym żalu, w każdym cierpieniu, w każdej depresji i w każdym smutku istnieje apogeum. Zawsze wiemy, kiedy dochodzimy do tego punktu. I zawsze mamy szansę, by zawrócić, by nie iść dalej. Czasem nie mamy już jednak sił, by to uczynić i pozwalamy unieść się tej fali, całkiem obojętni wobec tego, gdzie ona nas zabierze. Szaleństwo to kwestia przyzwolenia.

Dwa cytaty z Ortegi y Gasseta

Być może mylę się, ale wydaje mi się, że obecnie pisarz, kiedy bierze do ręki pióro, by napisać coś na znany mu gruntownie temat, powinien pamiętać o tym, że przeciętny czytelnik, dotąd tym problemem nie zainteresowany, nie będzie czytał dla poszerzenia własnej wiedzy, lecz odwrotnie – po to, by wydać na autora wyrok skazujący, jeśli treść jego dzieła nie będzie zbieżna z banalną przeciętnością umysłu owego czytelnika.

Dla chwili obecnej charakterystyczne jest to, że umysły przeciętne i banalne, wiedząc o swojej przeciętności i banalności, mają czelność domagać się prawa do bycia przeciętnymi i banalnymi i do narzucania tych cech wszystkim innym.

Faks z III wieku

12 kwietnia 1204 roku uczestnicy IV wyprawy krzyżowej, zręcznie podburzani przez chciwych Wenecjan, zamiast walczyć z muzułmanami, co miało być ich celem, zdobyli i splądrowali Konstantynopol – rabunek i rzeź mieszkańców trwały aż do zmroku. Na gruzach imperium powstało kadłubowe cesarstwo łacińskie. W spustoszonym i ograbionym Konstantynopolu zapanowała nędza, ludzie światli i uczeni albo zginęli albo rozproszyli się po świecie. 25 lat później pewien prawosławny mnich postanowił sporządzić modlitewnik, wykorzystując do tego dawne rękopisy. Nie miał innego wyjścia; pergamin, do produkcji którego służyły koźle skóry, był bardzo kosztowny. Użył więc do tego siedem traktatów Archimedesa oraz dzieła innych twórców, strony porozcinał na dwoje, przy użyciu kwasku cytrynowego i pumeksu uważnie zeskrobał dawne teksty, a następnie tak odzyskany pergamin wypełnił tekstami modlitw. Na jednej ze stronic umieścił nawet datę: 13 kwietnia 1229 r. W ten sposób powstała księga, którą przechowywano przez pewien czas w klasztorze św. Saby niedaleko Betlejem, a potem w Konstantynopolu. W latach dwudziestych XX wieku fałszerze, licząc na wyższe zyski ze sprzedaży księgi, „wzbogacili” pergamin w złociste wizerunki ewangelistów. 

Skryba, który w X w. kopiował dzieła Archimedesa, użyte dwa wieki później jako materiał na modlitewnik, maczał pióro w atramencie zawierającym znaczne ilości żelaza i atomy tego metalu szczęśliwie przetrwały na koźlej skórze. Niedawno, bombardowane cienkimi jak ludzki włos snopami radiacji, cząsteczki żelaza zaświeciły fluorescencyjnym blaskiem. Ten świetlny obraz przeniesiono na monitor komputera i było to tak, jakbyśmy otrzymali faks z III w. p.n.e., jak to trafnie określił ktoś zaangażowany w ten projekt. Okazało się, że modlitewnik zawiera jedyną grecką wersję traktatu „O ciałach pływających” geniusza z Syrakuz, jego pracę o kombinatoryce „Stomachion” i „Metodę twierdzeń mechanicznych”. Treść tych prac wprawiła znawców w zdumienie i podziw. Okazało się, że Archimedes w dowodzeniu twierdzeń stosował pojęcie nieskończoności w sposób bliższy Newtonowi i Leibnizowi, którzy stworzyli rachunek różniczkowy i całkowy, niż filozofom i myślicielom antyku.

Z powrotem w Koloseum

Dzieci palestyńskie uczy się zabijania Żydów. Izraelskie dzieci śpiewają o zniszczeniu strefy Gazy. Palestyńczycy nienawidzą Żydów. Żydzi nienawidzą Palestyńczyków. Są kraje, które popierają Palestynę i są inne, które popierają Izrael. Żadne z nich nie czynią tego z powodów moralnych czy etycznych. Poparcie lub potępienie ze strony państw czy organizacji jest zawsze związane z kwestią interesów. Pewne państwa i pewne organizacje mają interes w tym, by popierać Palestynę lub popierać Izrael. W wypadku, gdy nie chodzi o interes, z całą pewnością chodzi o ideologię. Państwa nie uprawiają działalności charytatywnej. Organizacje, nawet te, które określają się mianem charytatywnych, są zwykle podporządkowane określonej ideologii, a więc i one nie są bezstronne. Nie ma bezstronnych państw i nie ma bezstronnych organizacji, ale to one zabierają głos i to one mówią nam o złych Palestyńczykach albo o złych Żydach, prowokując nas do zajmowania stanowiska. I czynimy to. Wypowiadamy się, stajemy się gorliwymi stronnikami Palestyńczyków lub stronnikami Żydów, oskarżamy jednych albo drugich, ślepo przyjmujemy zmanipulowane fakty i argumenty, i kolportujemy je dalej, niekiedy tak zacietrzewieni, że dalibyśmy się za nie zabić. Państwa i organizacje inicjują tę obrzydliwą zabawę, ale to my bawimy się w nią, my bierzemy w niej udział i to my ją legitymizujemy. Żaden spektakl bez widzów nie trwa długo. To nasze zaangażowanie w sprawy, których nie rozumiemy i nie znamy powodują, że to pełne nienawiści i śmierci przedstawienie wciąż może trwać.

Nie wiem, kto w tym wszystkim ma rację. Nie wiem, czy w ogóle istnieje coś takiego jak racja. Nie znam faktów, a nawet gdybym je znał, wcale nie jestem przekonany, czy zdołałbym zinterpretować je we właściwy sposób. Wiemy już od dawna, że faktów w żadnym razie nie wolno utożsamiać z prawdą, i wiemy również, że i sama prawda może posiadać wiele twarzy, czasem tyle twarzy, ilu ludzi dotyczy. Nie jestem akolitą ani Palestyńczyków ani Żydów. Nie mogę i nie powinienem rozstrzygać, kto ma rację lub kto jej nie ma, a jednak istnieje coś, co mogę  – mogę potępić mordowanie bezbronnych ludzi, mordowanie dzieci i kobiet, mogę potępić każdą formę bezprzykładnego okrucieństwa, każdą formę fanatyzmu, każdego, kto na to przyzwala oraz każdego, kto to stosuje, bo tego nic nie może usprawiedliwić, ani żadna racja stanu ani żadna, choćby najgłębsza, ludzka rozpacz. Rozpacz, która ucieka się do zbrodni, do mordowania dzieci, przestaje być ludzka.

W lutym 1905 roku, Kalajew, terrorysta z Organizacji Bojowej PPS, rzucił na placu Senackim w Moskwie bombę na karetę wielkiego księcia Sergiusza. Podczas pierwszej, wcześniejszej próby zrezygnował z tego zamiaru, bo gotując się do rzutu, dojrzał w karecie żonę i dzieci księcia. Poczekał na drugi przejazd, gdy książę był sam, i dopiero wówczas dokonał zamachu. 1 września 2004 roku, w Osetii, w miejscowości Biesłan, terroryści świadomie wybrali za cel ataku szkołę i dzień rozpoczęcia roku szkolnego. Zginęły setki dzieci, setki innych zostały okaleczone. Sto lat temu sumienie nie pozwalało terrorystom zabijać dzieci. Terrorysta starał się unikać przemocy wobec ludzi niewinnych i bezbronnych – w przekonaniu terrorysty z początku XX wieku zabicie niewinnego człowieka unicestwiało i podważało sam akt terroru. „Sumienie” dzisiejszych terrorystów ma zdecydowanie inną proweniencję, czego my, niestety, wciąż nie chcemy sobie uświadomić i uparcie traktujemy ich jak ludzi, podczas gdy oni – beztrosko przeskoczywszy od barbarzyństwa do dekadencji – ludźmi nie stali się nigdy.

Przypowieść

Mądra indiańska przypowieść dla moich najbliższych: Stary człowiek mówi do wnuka: „Toczy się we mnie walka. Straszliwa walka między dwoma wilkami. Jeden jest zły, wściekły, chciwy, zazdrosny, prymitywny i tchórzliwy. Drugi jest dobry, spokojny, hojny, kochający, skromny, uczciwy i godny zaufania. Te dwa wilki walczą również i w tobie, w każdym innym człowieku.” Po chwili namysłu chłopiec pyta: „Który wilk wygra, dziadku?” Starzec odpowiada: „Ten, którego karmisz”.

Swami i małpy

Skończyłem „Zapowiedź równonocy” M. Eliade, wspomnienia wybitnego religioznawcy, który nade wszystko pragnął być wybitnym pisarzem. Jego powieści nie zaliczają się jednak do światowych dzieł, natomiast jego dokonania w religioznawstwie uczyniły go autorytetem w tej dziedzinie. Mój literacki demon — pisał — stanowił pewną ciągle obecną niewiadomą, która w każdej chwili mogła mnie oderwać od bieżącej pracy”. Swoje studia z zakresu filozofii czy historii religii często określa słowem „praca”, przeciwstawiając je uprawianiu literatury: „15 października musiałem jednak przerwać pisanie powieści, aby zabrać się do pracy nad książką „Images et symboles”. Jego „Traktat o historii religii”, wydany w Polsce przez wydawnictwo Książka i Wiedza w 1966 roku, towarzyszył mi wiele lat, a zaglądam do niego jeszcze i dzisiaj.

W „Zapowiedzi równonocy” wspomina między innymi swój kilkuletni pobyt w Indiach i opowiada pikantną historyjkę o pewnym poznanym tam swamim. Otóż, asceta ten zbudował sobie małą bambusową chatkę pośrodku plantacji bananów i codziennie zmuszony był bronić jej przed watahami małp. Kiedyś, w czasie wspólnych spacerów zwierzył się Eliade, że tym, co zdumiewa go najbardziej u małp jest ich witalność, a zwłaszcza seksualna krzepkość samców. Budziło to jego zdziwienie, bowiem zaobserwował, że małpy rzadko najadały się do syta, a więc przypuszczał, że ową nadzwyczajną żywotność zawdzięczają pewnym im tylko znanym korzeniom, które – jak zauważył – niekiedy spożywają. Bardzo wiele czasu poświęcał na szpiegowanie ich, gdy wykopywały różne korzenie i bulwy roślin. Ku zaskoczeniu Eliade swami marzył o tym, by odkryć ten cudowny korzeń, ten magiczny środek, który i jemu pozwoliłby nabyć seksualnej mocy i jurności małp. Ten święty mąż, asceta i pustelnik szukał nie czego innego, tylko „ziela życia”, „jabłka wiecznej młodości” , będących tematami tylu mitów i legend. I nie był on, jak zapewnia Eliade, przypadkiem odosobnionym. Eliade jest zdumiony. Myślę, że niesłusznie – asceza jest przejawem tego samego niedomagania, które za każdą cenę chciałaby usunąć. Dla świętych ciało musi być aż nadto realne.

Różne wozy

Praktykujemy wiele życiowych postaw, ale w każdej z nich przejawia się ten sam dualizm: są ludzie, którzy stawiają sobie wysokie wymagania, akceptując obowiązki i narażając się na trudy bez względu na to, czemu się oddają i są tacy, którzy nie stawiają sobie żadnych wymagań, ludzie dla których żyć znaczy pozostawać dokładnie takimi, jakimi są, bez chęci czy woli samodoskonalenia się, ludzie bezwolnie unoszeni przez życie. Tę prawidłowość zauważyli już starożytni Hindusi. W buddyzmie istnieją więc dwie drogi, którymi można kroczyć przez życie: mahajana i hinajana, czy – innymi słowy – Wielki wóz oraz Mały wóz, przy czym określenie Mały wóz jest zamaskowanym eufemizmem, bo słowo hina znaczy tyle co gorszy, niższy. Hindusi pragną jednak uniknąć wartościowań, zapewniają więc grzecznie, choć obłudnie, że na wozie życia jest miejsce dla każdego i w gruncie rzeczy nie ma znaczenia z którym „wozem” je zwiążemy, wozem maksymalnych czy minimalnych wymagań wobec siebie, bo każda postawa może być hołdem wobec życia, jeżeli żyje się przykładnie i pobożnie. Chrześcijaństwo też nie jest inne w tym względzie, w niebie jest miejsce dla wszystkich, nawet dla grzeszników. Zrozumiałe – wielkie religie, jeśli chcą być wielkie nie mogą stawiać zbyt wysokich wymagań, nie mogą być elitarne. Elitarne są tylko sekty. Wszystkie wielkie religie gorliwie propagują hinajanę, czyli przeciętność, bo to tam jest ich elektorat.     

Dlaczego aniołowie nie jeżdżą samochodami

Jesteśmy śmiertelni, nasze istnienie jest skończone, czas naszego życia jest ograniczony i być może w tym kryje się przyczyna naszej fascynacji pokonywaniem odległości i czasu, i nieodparta potrzeba, by to czynić. Uwielbiamy zabijać przestrzeń i pokonywać czas, uwielbiamy podróż dla niej samej, i wcale nie z powodu wciąż zmieniających się krajobrazów; raczej dlatego, że daje nam ona złudzenie pokonywania naszych ograniczeń, naszej ludzkiej kondycji. Dla istot, których istnienie jest nieskończone, jak aniołowie, jazda samochodem nie miałaby najmniejszego sensu, posiadanie samochodu nie miałoby sensu i szybka jazda, która nas tak upaja, także nie miałaby sensu – ich istnienie jest nieskończone, aniołowie nie podlegają naszym ograniczeniom. Aniołowie nie mogą przekroczyć swego istnienia, bo ich istnienie nie ma żadnych granic. My możemy i stąd pokusa, by to uczynić, choćby tylko na kilka minut, parę sekund, choćby tylko ten jeden raz.  Jedyna dostępna nam forma nieskończoności.

Normy

Powróciłem znów, po latach, do Ortegi y Gasseta, do jego genialnego „Buntu mas”, i nie mogę oprzeć się pokusie, by nie zacytować kilku – napisanych bez mała przed wiekiem – a jakże aktualnych dzisiaj zdań: Istnienie norm to podstawa kultury. Nieważne, jakie one są. Chodzi mi o to, że nie ma kultury, gdzie nie ma norm, do których mogliby się odwołać nasi bliźni. Nie ma kultury, gdzie nie ma zasad praworządności, do których można by się odwołać. Nie ma kultury, gdzie nie ma szacunku dla pewnych ostatecznych stanowisk intelektualnych, do których mogłyby się odnieść strony w dyskusji. Nie ma kultury, gdzie stosunkami ekonomicznymi nie kierują jakieś ustalone zasady. Nie ma kultury, gdy w polemikach estetycznych nie uznaje się potrzeby uzasadniania dzieł sztuki.

Wybory

Istnieje przymus dokonywania wyborów, bo żyć to wybierać. Dokonujemy więc wyborów, ale nigdy nie jesteśmy w stanie w pełni przewidzieć ich skutków, nie mamy też żadnej kontroli nad tym, co nasze wybory zainicjują, jaki będzie przebieg tego procesu, w co przeistoczą się i jakie będą ich konsekwencje. Jesteśmy niczym ślepcy w górach. To niewiarygodne, że odważamy się żyć.

Efekt Pauliego

Efekt Pauliego” o którym M. Eliade wspomina w „Dzienniku Emigranta”. W. Pauli, fizyk, który przez wiele lat nie mógł jeździć taksówką, bowiem za każdym razem, gdy brał taksówkę, wydarzało się coś przykrego, wypadek, awaria silnika, napad, zablokowane ulice. Jeden z moich znajomych doświadczał podobnego efektu, ilekroć jeździł windą. Pierwszy raz ugrzązł w niej, gdy wybierał się w podróż samolotem na wakacje. Miał wczesny odlot, znalazł się w windzie pewnej niedzieli o godzinie trzeciej nad ranem i pozostał tam, zawieszony między szóstym a siódmym piętrem, aż do dziesiątej rano, gdy wreszcie dotarła pomoc. Dotarł do wakacyjnego raju z trzydniowym opóźnieniem. Efekt Pauliego dopadł go ponownie w niedługi czas potem, gdy winda, uwięziwszy go na wiele godzin, dziwnym trafem znów prawie na wysokości szóstego piętra, wykluczyła go z walki o bardzo intratne stanowisko w znanej firmie. Od czasu, gdy zdarzyło się to trzeci raz, w podobnych, równie ważnych dla niego okolicznościach, zaprzestał korzystania z windy i niezależnie od ilości pięter, zwykł był pokonywać je w mniej czy bardziej uciążliwej wędrówce.