„Sądzę, że Adele wygrała, dlatego, że naprawdę potrafi śpiewać – powiedział Santana w rozmowie z Australian Associated Press. – Z całym szacunkiem dla naszej siostry Beyonce. Jest piękną kobietą, na którą chce się patrzeć, ale to rodzaj muzycznego modelingu. Muzyka, do której dobiera się suknię. Nie jest piosenkarką w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Z całym do niej szacunkiem. Adele zaś jest taką wokalistką. Nie ma ze sobą tancerzy, rekwizytów. Po prostu wchodzi na scenę i śpiewa piosenkę. I to wszystko. Dlatego to ona wygrywa”.
Miesiąc: luty 2017
Polityczny motłoch i subretki
Polityczny motłoch i subretki. Jak to się stało i kiedy, że każdy polityczny kurdupel, każda polityczna miernota, cały polityczny neuston kałużowy, wszystkie nartniki, pluskwiaki różnoskrzydłe, wiciowce, pełzaki czy wrotki bezkręgowe roszczą sobie pretensje do bycia mężami stanu typu Churchill? Jak to się stało, że bez zmrużenia oka cytujemy najbardziej śmierdzące polityczne pierdnięcia, a na dodatek rozpowszechniamy je i komentujemy? Jak to się stało i kiedy, że wszelkiej maści subretki, cyrkówki, córy Melpomeny, komediantki i dziwki, wszelkie madonny i lady zgagi, które muszą rozebrać się, by śpiewać, zaczęły uchodzić za wyrocznie w dziedzinie polityki, moralności, swobód obywatelskich, wolności czy mody? Kiedy uznaliśmy, że takie figury mogą nas reprezentować, narzucać nam, co mamy nosić, na kogo mamy głosować i co mamy myśleć?
Władza ludu
Słowo „demokracja” jest bodaj jednym z najpopularniejszych obecnie. Po ostatnich wyborach w Stanach Zjednoczonych równie popularnym stało się słowo „populizm”. Słowo demokracja pochodzi, jak wszystkim wiadomo, od greckiego „demos”, populizm natomiast od łacińskiego „populus”, ale oba wskazują w gruncie rzeczy na to samo – władzę ludu. Szczerze mówiąc, nie bardzo potrafię rozumieć, dlaczego więc pierwsze z nich uznaje się za godniejsze i szlachetne, drugie zaś za mętne i pejoratywne. Czy może z tego powodu, że demokracja ateńska dotyczyła tylko i wyłącznie elit, a więc tym samym miała większe szanse, by przyjąć się w naszej tradycji historycznej? Byłoby to jakieś wyjaśnienie, bowiem współczesne rządy demokratyczne zawierają zarówno elementy oligarchii, jak i monarchii, a „populus” brzmi przecież tak nieskończenie chamsko, czyż nie?
O różnych portach lotniczych
Kobiety przez długie wieki uznawano za istoty lubieżne i występne, a zmysłowość miała być ich cechą koronną, na tyle niebezpieczną zresztą, że wymagała surowej i nieustannej kontroli. Przyjmowano bez zastrzeżeń, że kobiety nie są w stanie ani fizycznie ani moralnie panować nad swoim popędem seksualnym. Jakoś nikomu nie przeszkadzało, że w praktyce to jednak mężczyźni nagminnie używali przemocy fizycznej wobec kobiet, z gwałtem włącznie. Tłumaczono to tym, że to lubieżność kobiet prowokuje ich do tego rodzaju niechcianych, lecz usprawiedliwionych zachowań. Ten całkiem idiotyczny pseudoargument do dzisiaj zresztą nie uległ zmianie i wielu nadal kupuje go bez najmniejszych zastrzeżeń.
W XVIII wieku następuje zmiana. Od tego czasu mężczyźni zaczynają uchodzić za istoty o większym popędzie seksualnym, a kobiety zaczyna się postrzegać jako ofiary męskich żądzy. Obecnie okazuje się, że ten point of view jest bliższy prawdy i w dziedzinie miłości zmysłowej mężczyźni rzeczywiście są królami. Neurolodzy uważają, że „procesor seksualny”, ośrodek w mózgu odpowiedzialny za myślenie erotyczne, jest u mężczyzn dwa i pół raza większy niż u kobiet. „Jeśli chodzi o myślenie seksualne, mężczyźni dysponują międzynarodowym portem lotniczym, natomiast kobiety – podmiejskim lotniskiem dla prywatnych awionetek”, jak to wyraził jeden z naukowców. W następstwie tego mężczyźni myślą podobno o seksie co 52 sekundy, a kobiety – przeciętnie tylko raz na dzień. Statystycznie czy faktycznie?
Termopile
Marcin Pietrzak „Grecja po mojemu” : „W pobliżu znajdował się legendarny przesmyk Termopile, którego nazwa ciągle elektryzuje turystów. Historia bohaterskiej walki 300 Spartan i ich 800 kolegów z Persami działa na wyobraźnię. Jest symbolem odwagi i natchnieniem poetów, a wezwanie napisane do przechodnia na domniemanym kurhanie niezmiennie wzrusza („przechodniu, powiedz Sparcie, żeśmy polegli wierni jej prawom”). I mnie czasem ściska w gardle, gdy o tym opowiadam i widzę emocje na twarzach ludzi. No a potem przychodzi wielkie rozczarowanie … Po autobusie krąży jedno pytanie: „gdzie jest wąwóz?”. Dziś go nie ma, można za to podziwiać okazały pomnik Leonidasa. Wąwóz był kiedyś wąskim przesmykiem między morzem a górą Kalidromo. W ciągu 2,5 tysiąca lat brzeg przesunął się o 7 kilometrów na wschód”.
„W ciągu 2,5 tysiąca lat brzeg przesunął się o 7 kilometrów na wschód”… Zmienia się świat, przesuwają się kontynenty, dawne miasta zapadają się coraz głębiej w ziemię, przesuwają się wąwozy, zmienia się linia brzegowa mórz i wciąż zmienia się nasze otoczenie, tylko nie nasze rozkoszne i naiwne przekonania. W naszych przekonaniach wszystko trwa w tej samej formie, stałe i niezmienne – piramidy i wartości, pogoda, uczucia, klimat, gwiazdy i rośliny, lodowce i dżungla nad Amazonką. Chcemy wierzyć, że wszystko jest tak, jak było na początku, jak było wczoraj i wieki temu, i z chorobliwym niepokojem reagujemy na każdą zmianę, na każde, choćby najdrobniejsze odstępstwo. Boimy się zmian i każda zmiana, nawet gdy jest to zmiana na lepsze, wydaje się nam być katastrofą. Najchętniej chcielibyśmy – wzorem totalitarnych systemów, przerażonych swoim niepewnym i kruchym trwaniem – unieruchmić zarówno czas, jak i przestrzeń. Jesteśmy wiernymi strażnikami entropii, jesteśmy nimi wbrew rozsądkowi, wbrew temu, co oglądamy każdego dnia w lustrze i dookoła siebie. „W ciągu 2,5 tysiąca lat brzeg przesunął się o 7 kilometrów na wschód”… Nie ma już tamtych Termopil, nie ma już miejsca, gdzie przebity perskim mieczem padł Leonidas – czas przesuwa brzegi każdego morza.
Dubito ergo sum
Wątpię, więc jestem. Dubito ergo sum.
Czerwony Kapturek
„Czerwony kapturek” z baśni Charlesa Perraulta z roku 1697 to opowieść o bardzo wyraźnych podtekstach seksualnych. W tej wersji Czerwony Kapturek ochoczo i bez namysłu dokonuje striptizu, wskakuje do łóżka wilka, a ten ją nieodwołalnie konsumuje. Koniec, kropka i żaden dobry leśniczy nie pojawia się z odsieczą. Czerwony Kapturek zostaje zjedzony. W języku francuskim istnieje nawet idiom elle avoit vû le loup (ona widziała wilka), który oznacza utratę dziewictwa.
Problem nietoperza
Nietoperze mają małe mózgi, ale duże genitalia. Mózgi nietoperzy płci męskiej kurczą się w miarę zwiększania się rozmiarów ich jąder – twierdzą naukowcy. U niektórych gatunków narządy płciowe rozrastają się do potężnych rozmiarów, a to tylko po to, aby sprostać wymaganiom samiczek. Badania wykazały, że narządy płciowe samczyków dochodzą nawet do 10% masy ciała, podczas gdy u małp człekokształtnych jest to mniej niż 1%. Problem polega jednak na tym, że ich organizmy nie generują wystarczającej ilości energii, aby wspomagać zarówno mózg, jak i genitalia. Zdaniem wielu ekspertów, relatywnie małe mózgi są cechą charakterystyczną gatunków, których samice prowadzą rozwiązły tryb życia.
Zdaje się, że odnosi się to także i do naszego gatunku.
Telefon do żony
Ma pospolite imię, sześćdziesiąt osiem lat i twarz na której nie dzieje się nic. Nie zmienia jej ani uśmiech ani złość. Na oddziale uzależnień jest już po raz kolejny, ale nie jest pacjentem ani kłopotliwym ani wymagającym – poza porą posiłków, na które stawia się zwykle pierwszy, siedzi w milczeniu przed telewizorem albo śpi. Rozmowa z nim jest niemożliwa, choć na pytania odpowiada adekwatnie, zwłaszcza, jeżeli nie wymagają nic więcej niż zwykłe tak lub nie. Każdego dnia po południu prosi o telefon wyjaśniając, że chce zadzwonić do żony. Wykręca właściwy numer, cierpliwie i prawie radośnie wsłuchuje się w powtarzający się sygnał, a kiedy ten w końcu wygasa odkłada słuchawkę bardzo powoli, prawie ostrożnie, i próżno by szukać na jego twarzy jakichś oznak rozczarowania czy zawodu. Najczęściej wyjaśnia, że żona jest pewnie na zakupach, na partyjce brydża u przyjaciółki albo że wyszła na długi spacer i wróci później, więc on nie będzie już jej przeszkadzał i zadzwoni jutro. I następnego dnia znów dzwoni do żony i żony znów – z tych samych powodów – nie ma w domu. I tak tydzień po tygodniu. Któregoś dnia ktoś z nas zdecydował się, by odbyć z nim rozmowę i powiedzieć wreszcie, że jego żona nie żyje, że zmarła osiem miesięcy temu, że jego telefony do niej są bez sensu, bo ona nie może odpowiedzieć. Spodziewaliśmy się jakiejś mniej czy bardziej dramatycznej reakcji, ale nic podobnego nie nastąpiło. Przyjął to bardzo spokojnie, z właściwym mu, nieobecnym uśmiechem na twarzy. I nie zmieniło się właściwie nic. Wciąż przychodzi do nas po południu, między piątą a szóstą, i prosi o telefon, tyle, że teraz chce dzwonić do swojej … zmarłej żony. Tak mówi, chciałbym zadzwonić do mojej zmarłej żony, a my podajemy mu telefon i razem z nim czekamy aż sygnał wygaśnie.
Sándor Márai
W 1949 roku przebywający na emigracji we Włoszech Sándor Márai zapisał w „Dzienniku”: „Istnieją trzy drogi życia: Odyseusza, Jezusa i Fausta. Reszta to podatnicy”.
Pan Narrans
Wciąż opowiadamy o sobie. Toczymy nieustanny monolog ze sobą i o sobie. Opowiadamy sobie o nas samych. Opowiadamy o sobie innym. Bohaterami wszystkich naszych opowieści jesteśmy niezmiennie my sami. Nawet wtedy, gdy pozornie opowiadamy o kimś innym. I nawet wtedy, gdy wspominamy. Nasze wspomnienia są plastyczne, zmieniamy je cały czas, za każdym razem coś dodając lub ujmując. Niekiedy też, nieświadomie i wcale nie tak rzadko, zapożyczamy pewne elementy z opowieści innych ludzi, czasem z książek lub filmów, lecz wciąż i wciąż opowiadamy o sobie. Jesteśmy Pan Narrans, małpą opowiadającą opowieści o sobie samej. Szczęśliwi ci, którzy lubią swoje opowieści o sobie.
Ferdynand A. Ossendowski
My, Europejczycy i Amerykanie, marzymy o Wschodzie, oni – ludzie z krainy wschodzącego słońca – śnią o Zachodzie.
Włoski myśliciel G. Ferrero twierdzi, że my szukamy na Wschodzie resztek cywilizacji jakościowej, czyli duchowego pierwiastka w bytowaniu i rozwoju ludzkości … My – ludzie, znużeni szalonym wyścigiem kultury materialnej, my – niemal już automaty na kółkach, kołach i skrzydłach, my – ślepcy, otoczeni mrokiem nędzy duchowej.
A czegóż szukają Azjaci na Zachodzie? Dążą do cywilizacji kwantytatywnej, ilościowej, ponieważ znużyła ich i w otchłań rozpaczy rzuciła nędza bytu, nędza, o której wyobrażenia nawet mieć nie mogą najnędzniejsi z nędzarzy Europy i Ameryki; szukają oni nowych motorów, by poruszyły z posad życie od wieków zamarłe w bezwładzie i gnuśności, tego dziedzictwa sławnej kwalifikatywnej cywilizacji Wschodu.
Doprawdy, warto poddać rewizji te wszystkie objawy orientomanii. Poza snobizmem tai się w niej jakieś tragikomiczne nieporozumienie.
Cytat pochodzi z książki F. Ossendowskiego „Gasnące ognie: podróż po Palestynie, Syrji, Mezopotamji”, wydanej w 1931 roku.
Znalezione
Znalezione w toalecie publicznej: Człowiek to jedyne zwierzę, które zarywa sen dla prokreacji. Jedyne, które uprawiając miłość wzdycha „kocham cię”, zamiast skoncentrować się na tym, co robi. Jedyne, które sprawdza na zegarku, czy jest głodne. Jedyne, które odpoczywa dopiero wtedy, gdy już pada ze zmęczenia. Jedyne, które poluje i łowi, choć odbija mu się z przejedzenia. Jedyne, które wstydzi się brodawki na nosie, ale nie wstydzi się własnej głupoty. Jedyne, które swój honor lokuje w organach płciowych swojej samicy i jedyne, które potrafi obrać banana prawie tak szybko jak szympans.
Kobiety
Kobiety naprawdę bezkompromisowe w miłości to zazwyczaj te, które w niewielkim tylko stopniu decydują o swojej przyszłości. Nie mogąc decydować o przyszłości sięgają po wieczność.
Pasjans
Są kobiety dla których małżeństwo jest jak układanie pasjansa. Jest to gra o nic, nie ma w niej namiętności, ale czas jest wypełniony. I tylko o to chodzi.
Czas potworów
He who makes a beast of himself gets rid of the pain of being a man – ( Ten, kto staje się potworem, zrzuca z siebie ciężar bycia człowiekiem).
Ciężar bycia człowiekiem stał się najwyraźniej w naszych czasach czymś ponad nasze siły. Czy nie jest to powód dla którego mamy aż tylu potworów?
Świat bez prywatności
Powiedzieć, że Internet jest pod nadzorem to truizm. Śledzi nas Google, Apple, Facebook, Microsoft i inwigilacja ta staje się wszechobecna. Jesteśmy obserwowani przez cały czas. Jeżeli wypiszę na mojej wyszukiwarce słowo „biurko” za chwilę na kolejnych stronach, nawet jeśli będą to strony porno, zaczną pojawiać się reklamy biurek. Lepiej nie wypisywać słowa „porno”, bo łatwo domyśleć się, co natychmiast zacznie ściekać po ekranie. Żeby było zabawniej, dane te są przechowywane na zawsze, a określenie „na zawsze” nie jest żadną przesadą. Najśmielsze tezy Orwella wydają się w dzisiejszej rzeczywistości nie tyle śmiałe, co po prostu śmieszne. Jest ogromna ilość sposobów śledzenia: Internet, e-mail, telefony komórkowe, system bankowy, przeglądarki internetowe, portale społecznościowe, itd. Firmy zapewniające nam usługi internetowe są z oczywistych powodów zainteresowane śledzeniem nas, a to oznacza, że zachowanie prywatności w Internecie jest praktycznie niemożliwe. Może poza siecią TOR, która istnieje w ukryciu, równolegle do tej „normalnej” i jest podobno niemal stuprocentowo anonimowa i praktycznie niewykrywalna.
Witaj więc w świecie, gdzie Google dokładnie wie, jaki rodzaj pornografii lubisz i zna twoje zainteresowania w wielu wypadkach nieporównywalnie lepiej niż twój współmałżonek, nawet jeżeli żyjecie ze sobą szczęśliwe, zgodnie i długo. Witaj w świecie, który przez twoją komórkę może zlokalizować twoje położenie w każdej chwili i bez wiekszych zachodów. Witaj w świecie schyłku prywatnych rozmów, bo coraz częściej prowadzone są one przez e-mail lub serwisy społecznościowe. Witaj w świecie, gdzie wszystko, co wykonujesz na elektronicznym sprzęcie jest zapisywane, studiowane, analizowane i wędruje od firmy do firmy bez twojej wiedzy i bez twojej zgody. Innymi słowy, witaj w świecie bez odrobiny prywatności.
Ale ten świat bez prywatności dzielnie tworzymy sami. Wszystkie KGB, SB i MI5 czy CIA z tysiącami swoich informatorów nie mogły marzyć o zgromadzeniu takiej masy najbardziej intymnych informacji o naszych poczynaniach, myślach i zamiarach, ile my sami dzień za dniem oferujemy z własnej woli i całkiem nieodpłatnie każdemu, komu przyjdzie chęć zapoznania się z nimi. Inwigilacja jest dziś, jak to określają Anglicy, DIY ( do it yourself ). Nikt nie wyciska z nas zwierzeń o naszych sprawach prywatnych, nikt nas nie zmusza do składania zeznań, nikt nas nawet o to nie pyta, żeby było jeszcze dowcipniej. To my sami sprzedajemy wiedzę o nas samych i mamy nadzieję, że ktoś to kupi. Czy jest jeszcze ktoś, kto nie posiada konta na Facebooku? Mark Zuckerberg wynalazł sposób, by na inwigilowaniu zarabiać, zamiast za nie płacić. Dzisiaj niemal nie opuszczamy tego portalu, jesteśmy tam obecni bez względu na czas i miejsce, w pracy, w domu, na ulicy, w pociągach i autobusach, w toaletach, w kawiarniach i pewnie w łóżku, w dzień i w nocy. Po co? Co za głupie pytanie! Aby cały świat powiadomić o naszych gustach, naszych uprzedzeniach, zamierzeniach, fobiach, sympatiach, antypatiach, o naszych sukcesach i klęskach, poglądach politycznych, o szczęściu i nieszczęściach, o naszych planach i podróżach, wizytach w kinie, u ginekologa czy dentysty, o imionach i wieku naszych dzieci … Należałoby zapytać dlaczego, gdyby nie było to tak oczywiste pytanie. Czy nie dlatego przypadkiem, że świat staje się coraz bardziej anonimowy i my też stajemy się anonimowi i im bardziej jesteśmy anonimowi, tym bardziej chcemy być widziani i słyszani? Czy to znaczy, że sprzedajemy nasze dusze diabłu, jak doktor Faust? Nie. Ta transakcja nie jest tak szlachetna. Przypominamy raczej pewnego szewca z Efezu, który dla wątpliwej sławy spalił Artemizjon.
Opera mydlana Biały Dom
W operach mydlanych pozornie dzieje się wiele, ale w istocie nie dzieje się nic i nic ważnego, i nic na poważnie. Są czymś w rodzaju five o`clock, stałym punktem dnia, swoistym rytuałem, który na moment uwalnia od własnych problemów i przenosi nas w świat, który nic nie waży i nic nie znaczy. I dobrze. Ludzie zawsze szukali i będą szukać takiego czy innego wetchnienia. Niepokojące jest być może tylko to, że obecnie niemal każda dziedzina naszego życia nosi cechy opery mydlanej. Nic nie jest ważne i nic na poważnie. Sport to typowa opera mydlana, muzyka zdominowana przez pop to opera mydlana, telewizja od dawna jest operą mydlaną, czemu nie polityka? Tak, polityka jest już także operą mydlaną.
Zwrot „bicie piany”, który oznacza długie, pozbawione treści wypowiedzi, językoznawcy wywodzą na ogół od czynności ubijania jaj. Chyba sensowniej byłoby łączyć ten zwrot z operą mydlaną. Charakterystyczną cechą tego gatunku jest bowiem wręcz niezwykłe mistrzostwo właśnie w biciu piany.
Prezydentura Obamy była zapewne szczytowym osiągnięciem opery mydlanej i dotąd nigdy jeszcze nie ubito tyle piany w polityce, co w tym okresie. Pokojowa Nagroda Nobla a priori, już po 9 miesiącach sprawowania władzy i bez cienia jakichkolwiek sukcesów w jakiejkolwiek dziedzinie. A potem nieustający show – prezydent pospołu z Kate Hudson, Benem Stillerem i Channing Tatum w popularnym programie Beara Gryllsa, wygłaszający komunały w stylu szeregowego członka Greenpeace; Halloween w Białym Domu i przy okazji dość niesmaczne kpiny z papieża; w czasie prezydenckiej wizyty w San Francisco Kanye West i jego wielkotyła małżonka Kim Kardashian zaszczycają go nawet wspólną fotografią, ale prezydent kocha aktorów, kocha tych, ktorych my wszyscy kochamy. Na 55 – te urodziny prezydenta Biały Dom zaroił się od gwiazd i celebrytów – czołowa lesbijka Stanów Zjednoczonych Ellen DeGeneres, raper Common, Samuel L. Jackson, Stevie Wonder, Usher, Sarah Jessica Parker, Jennifer Hudson, Beyoncé, Jay Z, John Legend, Nick Jonas, ba, nawet Cookie Johnson, żona koszykarza Magica Johnsona i dziesiątki, dziesiątki innych, im podobnych „intelektualistów i wybitnych postaci ze świata nauki i kultury”. Grupa hollywódzkich subretek z Madonną na czele, które mianowały się światlejszą i lepszą częścią ludzkości, gotowa będzie potem wyjść dla niego nawet na barykady, a Biały Dom z jakimś innym prezydentem wysadzić w powietrze. Ale nie ma w tym nic dziwnego, bo równy gość z tego prezydenta. Wrzucił nawet swoje playlisty na Spotify, żeby nie było żadnych wątpliwości, że słucha dokładnie tego samego, co każdy z nas. Nie zawahał się też, by wystąpić w programie Ellen DeGeneres, zwierzając się, że podczas nieobecności żony nigdy nie ścieli łóżka (jakby jego żona ścieliła), tudzież jak wszyscy mężczyźni na całym świecie rozrzuca wszędzie swoje brudne skarpety i przepocone kalesony. Prezydent? Nie. Raczej ktoś taki jak ty lub ja, jeden z nas, fajny facet, a jeżeli jeszcze o tym nie wiedzieliśmy, to już najwyższa pora, by to zauważyć. Chłopcy od jego image wrzucili nawet jakąś pikantną plotkę o rzekomym romansie pana prezydenta z Beyonce lub kimś innym, co – mamy w to wierzyć – zdradzili jego małżonce grzeczni chłopcy z Secret Service. To dopiero ”secret service”! Ale za to świetny PR, a przygłupy i tak dadzą się nabrać i uwierzą, że prezydent to prawdziwy mężczyzna, bo – jak my wszyscy – rozgląda się za „babami”. Prezydent w otoczeniu ukochanych córeczek? Naturalnie, tego w operze mydlanej nie może zabraknąć. Towarzyszą mu więc w czasie oficjalnych przyjęć, jak choćby podczas wizyty Justina Trudeau. Media zachwycone, nie trzeba przynudzać o sprawach oficjalnych, można rozpisać się o tym, jak to dziewczyny podrosły i wypiękniały, i że coraz bardziej przypominają swoją mamę, Michelle Obamę. Wiadomość na pierwsze strony gazet, ważniejsza niż jakieś tam wojny, zbrodnie czy klęski żywiołowe. Widzisz? Wszystko dokładnie tak samo jak w twojej czy mojej rodzinie. Facet jest prezydentem, a żyje jak ty czy ja. Barack na Kubie? Towarzyszą mu żona i córki. Dziennikarze nie zdołali sfotografować kubańskiej nędzy, ale zachwycają się słodko „spontanicznymi” fotografiami ojca i córki, którzy razem wyglądają wspaniale. „Są tacy jak my! Jakie to urocze”. Nie ma żadnej różnicy między prezydentem, a nami, żyjemy w tym samym świecie. I on też zresztą, tak samo jak my, ma teściową na karku. A tak, babcia Marian Robinson, matka Michelle Obamy i teściowa Baracka Obamy, to „szara eminencja” Białego Domu, mieszka tam już od kilku lat i nic nie może się wydarzyć bez jej wiedzy, a może i zgody. Prawda, że jak w każdej porządnej operze mydlanej?
W czasie tej populistycznej prezydentury rozrywka była ważniejsza niż sensowne decyzje ekonomiczne, brylowanie w towarzystwie hollywódzkich subretek i amantów ważniejsze niż trzeźwe decyzje polityczne, w przekazie prasowym i mediach dominował melodramat i romans, a ponad wszystko ”sznyt”, elegancka żona, koniecznie pies, dwie córki, tata czytający im baśnie na dobranoc – idealny czarny Porthos z ”Muszkieterów”, w kretyńsko poprawnej politycznie wersji BBC, i sam tak poprawny zresztą, że Państwo Islamskie pospołu z Rosją, Chinami, i Iranem boki zrywało ze śmiechu mając nadzieję, że spektakl ten nie skończy się nigdy.
Media kłamią II
W notatce „Media kłamią” z 13 grudnia napisałem, że media nie tyle może kłamią, co zatajają prawdę. Trump udzielił niedawno wywiadu dla niemieckiego „Bilda”, a gazeta nazajutrz poinformowała cały świat jakoby Trump stwierdził, że „NATO jest przestarzałe”. Tymczasem Trump stwierdził, że NATO jest przestarzałe, skoro nie potrafi sobie poradzić z wyzwaniami takimi jak terroryzm. Drobna różnica, prawda? Może, tyle tylko, że sens całkiem inny.
Hipoteza Machiavellicznej Inteligencji
Tym, co nas rozwija najwyraźniej nie są nasze cnoty. Te cofają nas w rozwoju do poziomu prostoduszków samograjków. Nasze wady mają znacznie więcej zalet. Coraz popularniejsza hipoteza Machiavellicznej Inteligencji (Machiavellian Intelligence Hypothesis) głosi, że przyczyną encefalizacji, czyli zwiększania się rozmiaru mózgów u naszych przodków, było formowanie się coraz bardziej złożonych więzi społecznych. Utrzymywanie tych więzi wymagało nie tyle szczerości czy prawdomówności, mało przydatnych w relacjach społecznych, co raczej pragmatyzmu oraz sprytu. Innymi słowy, machiavelliczne formy kontaktów społecznych spowodowały w sumie rozwój naszej inteligencji oraz zdolności poznawczych. Zdaniem zwolenników tej hipotezy „cel uświęca środki” nie tylko wówczas, gdy chodzi o kwestie sprawowania władzy, ale w zasadzie w każdej sytuacji rozgrywającej się w kontekście społecznym.
Hipoteza ta zyskała niedawno poparcie ze strony szwedzkiego badacza i filozofa Petera Gärdenforsa z uniwersytetu w Lundzie. Według niego samoświadomość, a więc zdolność do świadomej refleksji na temat swoich stanów umysłowych, jest tym, co w największym stopniu odróżnia człowieka od zwierząt (nie wolno mylić tej umiejętności z prymitywną zdolnością do identyfikowania własnego ciała, cechą, która występuje u niektórych wielkich małp, słoni czy delfinów). Zdaniem Gärdenforsa nasza samoświadomość jest rezultatem swoistego „wyścigu zbrojeń” spowodowanego oszukiwaniem w relacjach społecznych. Cytując Gärdenforsa: „Umysłowa broń służąca oszustwu działa jak pociski przeciwprzeciwrakietowe, którymi usiłujemy zestrzelić pociski przeciwrakietowe, wysłane w celu zestrzelenia naszych rakiet”. Brzmi to może militarnie, ale według tej koncepcji jesteśmy ludźmi i posiadamy samoświadomość, bowiem nasi praprzodkowie starali się być tymi, którzy oszukują, a nie tymi, którzy są oszukiwani, bowiem zrozumieli – trochę jak sienkiewiczowski Kali – że lepiej jest ukraść krowę niż pozwolić, by ktoś ukradł ją nam.
Przyjemnie jest pomyśleć, że to nie napuszona i próżna Prawda, ale pogardzane Kłamstwo jest naszym domem.
Zmysły
Jeżeli mamy jeszcze jeden zmysł, szósty zmysł, to jest nim metafora.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.