Świat bez prywatności

Powiedzieć, że Internet jest pod nadzorem to truizm. Śledzi nas Google, Apple, Facebook, Microsoft i inwigilacja ta staje się wszechobecna. Jesteśmy obserwowani przez cały czas. Jeżeli wypiszę na mojej wyszukiwarce słowo „biurko” za chwilę na kolejnych stronach, nawet jeśli będą to strony porno, zaczną pojawiać się reklamy biurek. Lepiej nie wypisywać słowa „porno”, bo łatwo domyśleć się, co natychmiast zacznie ściekać po ekranie. Żeby było zabawniej, dane te są przechowywane na zawsze, a określenie „na zawsze” nie jest żadną przesadą. Najśmielsze tezy Orwella wydają się w dzisiejszej rzeczywistości nie tyle śmiałe, co po prostu śmieszne. Jest ogromna ilość sposobów śledzenia: Internet, e-mail, telefony komórkowe, system bankowy, przeglądarki internetowe, portale społecznościowe, itd. Firmy zapewniające nam usługi internetowe są z oczywistych powodów zainteresowane śledzeniem nas, a to oznacza, że zachowanie prywatności w Internecie jest praktycznie niemożliwe. Może poza siecią TOR, która istnieje w ukryciu, równolegle do tej „normalnej” i jest podobno niemal stuprocentowo anonimowa i praktycznie niewykrywalna.

Witaj więc w świecie, gdzie Google dokładnie wie, jaki rodzaj pornografii lubisz i zna twoje zainteresowania w wielu wypadkach nieporównywalnie lepiej niż twój współmałżonek, nawet jeżeli żyjecie ze sobą szczęśliwe, zgodnie i długo. Witaj w świecie, który przez twoją komórkę może zlokalizować twoje położenie w każdej chwili i bez wiekszych zachodów. Witaj w świecie schyłku prywatnych rozmów, bo coraz częściej prowadzone są one przez e-mail lub serwisy społecznościowe. Witaj w świecie, gdzie wszystko, co wykonujesz na elektronicznym sprzęcie jest zapisywane, studiowane, analizowane i wędruje od firmy do firmy bez twojej wiedzy i bez twojej zgody. Innymi słowy, witaj w świecie bez odrobiny prywatności.

Ale ten świat bez prywatności dzielnie tworzymy sami. Wszystkie KGB, SB i MI5 czy CIA z tysiącami swoich informatorów nie mogły marzyć o zgromadzeniu takiej masy najbardziej intymnych informacji o naszych poczynaniach, myślach i zamiarach, ile my sami dzień za dniem oferujemy z własnej woli i całkiem nieodpłatnie każdemu, komu przyjdzie chęć zapoznania się z nimi. Inwigilacja jest dziś, jak to określają Anglicy, DIY ( do it yourself ). Nikt nie wyciska z nas zwierzeń o naszych sprawach prywatnych, nikt nas nie zmusza do składania zeznań, nikt nas nawet o to nie pyta, żeby było jeszcze dowcipniej. To my sami sprzedajemy wiedzę o nas samych i mamy nadzieję, że ktoś to kupi. Czy jest jeszcze ktoś, kto nie posiada konta na Facebooku? Mark Zuckerberg wynalazł sposób, by na inwigilowaniu zarabiać, zamiast za nie płacić. Dzisiaj niemal nie opuszczamy tego portalu, jesteśmy tam obecni bez względu na czas i miejsce, w pracy, w domu, na ulicy, w pociągach i autobusach, w toaletach, w kawiarniach i pewnie w łóżku, w dzień i w nocy. Po co? Co za głupie pytanie! Aby cały świat powiadomić o naszych gustach, naszych uprzedzeniach, zamierzeniach, fobiach, sympatiach, antypatiach, o naszych sukcesach i klęskach, poglądach politycznych, o szczęściu i nieszczęściach, o naszych planach i podróżach, wizytach w kinie, u ginekologa czy dentysty, o imionach i wieku naszych dzieci … Należałoby zapytać dlaczego, gdyby nie było to tak oczywiste pytanie. Czy nie dlatego przypadkiem, że świat staje się coraz bardziej anonimowy i my też stajemy się anonimowi i im bardziej jesteśmy anonimowi, tym bardziej chcemy być widziani i słyszani? Czy to znaczy, że sprzedajemy nasze dusze diabłu, jak doktor Faust? Nie. Ta transakcja nie jest tak szlachetna. Przypominamy raczej pewnego szewca z Efezu, który dla wątpliwej sławy spalił Artemizjon.

Opera mydlana Biały Dom

W operach mydlanych pozornie dzieje się wiele, ale w istocie nie dzieje się nic i nic ważnego, i nic na poważnie. Są czymś w rodzaju five o`clock, stałym punktem dnia, swoistym rytuałem, który na moment uwalnia od własnych problemów i przenosi nas w świat, który nic nie waży i nic nie znaczy. I dobrze. Ludzie zawsze szukali i będą szukać takiego czy innego wetchnienia. Niepokojące jest być może tylko to, że obecnie niemal każda dziedzina naszego życia nosi cechy opery mydlanej. Nic nie jest ważne i nic na poważnie. Sport to typowa opera mydlana, muzyka zdominowana przez pop to opera mydlana, telewizja od dawna jest operą mydlaną, czemu nie polityka? Tak, polityka jest już także operą mydlaną.

Zwrot „bicie piany”, który oznacza długie, pozbawione treści wypowiedzi, językoznawcy wywodzą na ogół od czynności ubijania jaj. Chyba sensowniej byłoby łączyć ten zwrot z operą mydlaną. Charakterystyczną cechą tego gatunku jest bowiem wręcz niezwykłe mistrzostwo właśnie w biciu piany.

Prezydentura Obamy była zapewne szczytowym osiągnięciem opery mydlanej i dotąd nigdy jeszcze nie ubito tyle piany w polityce, co w tym okresie. Pokojowa Nagroda Nobla a priori, już po 9 miesiącach sprawowania władzy i bez cienia jakichkolwiek sukcesów w jakiejkolwiek dziedzinie. A potem nieustający show – prezydent pospołu z Kate Hudson, Benem Stillerem i Channing Tatum w popularnym programie Beara Gryllsa, wygłaszający komunały w stylu szeregowego członka Greenpeace; Halloween w Białym Domu i przy okazji dość niesmaczne kpiny z papieża; w czasie prezydenckiej wizyty w San Francisco Kanye West i jego wielkotyła małżonka Kim Kardashian zaszczycają go nawet wspólną fotografią, ale prezydent kocha aktorów, kocha tych, ktorych my wszyscy kochamy. Na 55 – te urodziny prezydenta Biały Dom zaroił się od gwiazd i celebrytów – czołowa lesbijka Stanów Zjednoczonych Ellen DeGeneres, raper Common, Samuel L. Jackson, Stevie Wonder, Usher, Sarah Jessica Parker, Jennifer Hudson, Beyoncé, Jay Z, John Legend, Nick Jonas, ba, nawet Cookie Johnson, żona koszykarza Magica Johnsona i dziesiątki, dziesiątki innych, im podobnych „intelektualistów i wybitnych postaci ze świata nauki i kultury”. Grupa hollywódzkich subretek z Madonną na czele, które mianowały się światlejszą i lepszą częścią ludzkości, gotowa będzie potem wyjść dla niego nawet na barykady, a Biały Dom z jakimś innym prezydentem wysadzić w powietrze. Ale nie ma w tym nic dziwnego, bo równy gość z tego prezydenta. Wrzucił nawet swoje playlisty na Spotify, żeby nie było żadnych wątpliwości, że słucha dokładnie tego samego, co każdy z nas. Nie zawahał się też, by wystąpić w programie Ellen DeGeneres, zwierzając się, że podczas nieobecności żony nigdy nie ścieli łóżka (jakby jego żona ścieliła), tudzież jak wszyscy mężczyźni na całym świecie rozrzuca wszędzie swoje brudne skarpety i przepocone kalesony. Prezydent? Nie. Raczej ktoś taki jak ty lub ja, jeden z nas, fajny facet, a jeżeli jeszcze o tym nie wiedzieliśmy, to już najwyższa pora, by to zauważyć. Chłopcy od jego image wrzucili nawet jakąś pikantną plotkę o rzekomym romansie pana prezydenta z Beyonce lub kimś innym, co – mamy w to wierzyć –  zdradzili jego małżonce grzeczni chłopcy z Secret Service. To dopiero ”secret service”! Ale za to świetny PR, a przygłupy i tak dadzą się nabrać i uwierzą, że prezydent to prawdziwy mężczyzna, bo – jak my wszyscy – rozgląda się za „babami”. Prezydent w otoczeniu ukochanych córeczek? Naturalnie, tego w operze mydlanej nie może zabraknąć. Towarzyszą mu więc w czasie oficjalnych przyjęć, jak choćby podczas wizyty Justina Trudeau. Media zachwycone, nie trzeba przynudzać o sprawach oficjalnych, można rozpisać się o tym, jak to dziewczyny podrosły i wypiękniały, i że coraz bardziej przypominają swoją mamę, Michelle Obamę. Wiadomość na pierwsze strony gazet, ważniejsza niż jakieś tam wojny, zbrodnie czy klęski żywiołowe. Widzisz? Wszystko dokładnie tak samo jak w twojej czy mojej rodzinie. Facet jest prezydentem, a żyje jak ty czy ja. Barack na Kubie? Towarzyszą mu żona i córki. Dziennikarze nie zdołali sfotografować kubańskiej nędzy, ale zachwycają się słodko „spontanicznymi” fotografiami ojca i córki, którzy razem wyglądają wspaniale. „Są tacy jak my! Jakie to urocze”. Nie ma żadnej różnicy między prezydentem, a nami, żyjemy w tym samym świecie. I on też zresztą, tak samo jak my, ma teściową na karku. A tak, babcia Marian Robinson, matka Michelle Obamy i teściowa Baracka Obamy, to „szara eminencja” Białego Domu, mieszka tam już od kilku lat i nic nie może się wydarzyć bez jej wiedzy, a może i zgody. Prawda, że jak w każdej porządnej operze mydlanej?

W czasie tej populistycznej prezydentury rozrywka była ważniejsza niż sensowne decyzje ekonomiczne, brylowanie w towarzystwie hollywódzkich subretek i amantów ważniejsze niż trzeźwe decyzje polityczne, w przekazie prasowym i mediach dominował melodramat i romans, a ponad wszystko ”sznyt”, elegancka żona, koniecznie pies, dwie córki, tata czytający im baśnie na dobranoc – idealny czarny Porthos z ”Muszkieterów”, w kretyńsko poprawnej politycznie wersji BBC, i sam tak poprawny zresztą, że Państwo Islamskie pospołu z Rosją, Chinami, i Iranem boki zrywało ze śmiechu mając nadzieję, że spektakl ten nie skończy się nigdy.

Media kłamią II

W notatce „Media kłamią” z 13 grudnia napisałem, że media nie tyle może kłamią, co zatajają prawdę. Trump udzielił niedawno wywiadu dla niemieckiego „Bilda”, a gazeta nazajutrz poinformowała cały świat jakoby Trump stwierdził, że „NATO jest przestarzałe”. Tymczasem Trump stwierdził, że NATO jest przestarzałe, skoro nie potrafi sobie poradzić z wyzwaniami takimi jak terroryzm. Drobna różnica, prawda? Może, tyle tylko, że sens całkiem inny.

 

 

Hipoteza Machiavellicznej Inteligencji

Tym, co nas rozwija najwyraźniej nie są nasze cnoty. Te cofają nas w rozwoju do poziomu prostoduszków samograjków. Nasze wady mają znacznie więcej zalet. Coraz popularniejsza hipoteza Machiavellicznej Inteligencji (Machiavellian Intelligence Hypothesis) głosi, że przyczyną encefalizacji, czyli zwiększania się rozmiaru mózgów u naszych przodków, było formowanie się coraz bardziej złożonych więzi społecznych. Utrzymywanie tych więzi wymagało nie tyle szczerości czy prawdomówności, mało przydatnych w relacjach społecznych, co raczej pragmatyzmu oraz sprytu. Innymi słowy, machiavelliczne formy kontaktów społecznych spowodowały w sumie rozwój naszej inteligencji oraz zdolności poznawczych. Zdaniem zwolenników tej hipotezy „cel uświęca środki” nie tylko wówczas, gdy chodzi o kwestie sprawowania władzy, ale w zasadzie w każdej sytuacji rozgrywającej się w kontekście społecznym.

Hipoteza ta zyskała niedawno poparcie ze strony szwedzkiego badacza i filozofa Petera Gärdenforsa z uniwersytetu w Lundzie. Według niego samoświadomość, a więc zdolność do świadomej refleksji na temat swoich stanów umysłowych, jest tym, co w największym stopniu odróżnia człowieka od zwierząt (nie wolno mylić tej umiejętności z prymitywną zdolnością do identyfikowania własnego ciała, cechą, która występuje u niektórych wielkich małp, słoni czy delfinów). Zdaniem Gärdenforsa nasza samoświadomość jest rezultatem swoistego „wyścigu zbrojeń” spowodowanego oszukiwaniem w relacjach społecznych. Cytując Gärdenforsa: „Umysłowa broń służąca oszustwu działa jak pociski przeciwprzeciwrakietowe, którymi usiłujemy zestrzelić pociski przeciwrakietowe, wysłane w celu zestrzelenia naszych rakiet”. Brzmi to może militarnie, ale według tej koncepcji jesteśmy ludźmi i posiadamy samoświadomość, bowiem nasi praprzodkowie starali się być tymi, którzy oszukują, a nie tymi, którzy są oszukiwani, bowiem zrozumieli – trochę jak sienkiewiczowski Kali – że lepiej jest ukraść krowę niż pozwolić, by ktoś ukradł ją nam.

Przyjemnie jest pomyśleć, że to nie napuszona i próżna Prawda, ale pogardzane  Kłamstwo jest naszym domem.