Wydawnictwa polskie

Niedawno ukończyłem moją nową powieść i postanowiłem wydać ją w Polsce. Od wielu lat mieszkam za granicą i polski rynek wydawniczy jest dla mnie wielką niewiadomą. Z dawnych wydawnictw, w których publikowałem lub miałem jakieś kontakty, pozostały tylko nieliczne, namnożyło się sporo nowych, ale o nich wiem żałośnie mało. Postanowiłem więc uzupełnić moją wiedzę w tej kwestii uważnie przeglądając ich witryny internetowe.

Przyznaję, że czekała mnie spora niespodzianka. Mam na myśli żądania polskich wydawnictw pod adresem pisarzy, żądania wielokrotnie co najmniej zaskakujące, a w wielu wypadkach prawie irracjonalne. Co prawda, tymczasem jeszcze nie wymaga się od pisarza, aby wraz z powieścią dostarczył również zaświadczenie o niekaralności, kopię dokumentu tożsamości, świadectwo zdrowia czy metrykę urodzenia, ale wydaje się, że bardzo już do tego blisko. Przyjrzyjmy się temu dokładniej.

Po pierwsze wydawnictwa domagają się noty biograficznej twórcy. Nie jest to może bardzo zaskakujące, bo w końcu wszyscy chcielibyśmy wiedzieć z kim będziemy mieli do czynienia, aczkolwiek w tej sytuacji nie chodzi przecież o kontakty osobiste, bowiem jedynym kontaktem osobistym powinna tu być znajomość wydawcy z książką. Ponadto, jak wiadomo, nie istnieje żaden bezpośredni – czy choćby pośredni – związek między czyimś curriculum vitae, a jego twórczością. Ale jeżeli nawet założyć, że istnieje, to zapewne jest to wartość o charakterze tak mistycznym, że w żadnej nocie z całą pewnością nie zdoła się objawić. Pytanie więc, czego właściwie pragnie dowiedzieć się wydawca i do czego ma mu to służyć?

Kolejne żądanie dotyczy załączenia wykazu dotychczasowych publikacji z podaniem nazw wydawnictw. Brzmi to może nieco dziwnie, ale zawarte w nim intencje wydają się być dość łatwe do rozszyfrowania. Jeżeli ktoś drukował powiedzmy u Gallimarda, to jest to już powód, by uważniej przyjrzeć się jego produkcji. W ten prosty sposób wydawca, bez zaglądania do nadesłanej książki, może dokonać wstępnej selekcji i uwolnić się od przykrego obowiązku zapoznawania się z jej zawartością. W całej złowieszczej pełni objawia się tu priciple of least effort, czyli słynna zasada najmniejszego wysiłku zakładająca, że ludzie dążą do osiągnięcia celów przy absolutnie minimalnym nakładzie energii. Ta energooszczędna taktyka ma jednak, niestety, swoje wyjątkowo negatywne strony, a w tej konkretnej sytuacji, a więc gdy mamy do czynienia z twórczością, w wielu wypadkach tragiczne. Jej stosowanie niemal zawsze grzęźnie między młotem tzw. błędów potwierdzenia, a kowadłem heurystyki dostępności, co znaczy, że prowadzi do wniosków szalenie uproszczonych, zwykle nie mających wiele wspólnego z rzeczywistością.  

Zdecydowanie mniej zrozumiałe jest kolejne wymaganie. Mam na myśli zalecenie, aby pisarz dołączył przekonywującą argumentację dlaczego nadesłana przez niego książka jest warta opublikowania oraz poinformował wydawcę, jaki gatunek literacki ona reprezentuje. Innymi słowy, wydawca daje nam jasno do zrozumienia, że na czytanie nadesłanej książki nie ma i nie będzie miał ani czasu ani ochoty, ale jeżeli argumentacja będzie intrygująca ewentualnie zada sobie trud, by do niej łaskawie zajrzeć. W tym punkcie jest spora doza dramatyzmu, bowiem wydawca wyraża w ten sposób swoją żenującą niekompetencję i bezradność, niekompetencję w zakresie oceny książki i bezradność w „szalonym” gąszczu literackich gatunków.

Jako aneks do tego żądania pojawia się też prośba o wskazanie docelowej grupy czytelników dla nadesłanej książki. I to jest już prośba wysoce bezczelna, niemal chamska. Jest to aż nadto czytelny przejaw niechęci, by poważnie zajmować się wydawaniem czyichś bazgrołów, czy tym bardziej – zwyczajem dawnych, rzetelnych wydawców – współtworzyć fenomen powszechnie określany mianem powieści. Żądanie to ukazuje wydawcę jako kompletnego ignoranta, który co wyżej może sprzedawać ołówki, ale na pewno nie książki.

Jednak szczyty wydawniczych żądań bez wątpienia bije warunek, by dołączyć też streszczenie nadesłanej książki. Brzmi to wręcz nieprawdopodobnie, jest jednak wymogiem powszechnym na internetowych stronach polskich wydawnictw. Zastanówmy się przez moment, o co tu właściwie chodzi. Sądzę, że wydawca sugeruje w ten sposób, że nie tylko nie będzie nadesłanej książki czytał, ale nawet jeżeli przeczyta, to i tak nie zrozumie, o co w niej chodzi i najlepiej, by od razu wyłożyć mu tzw. kawę na ławę, a wtedy on zdecyduje czy opłaca mu się tracić na to czas. Podejrzewam, że proste pytanie o to, ile czasu potrzeba, aby zorientować się, czy nadesłana książka jest dobra, znakomita czy po prostu grafomańska, będzie w tym miejscu jak najbardziej stosowne. Wyjaśniam jednocześnie, że mnie osobiście, po przekartkowaniu paru stron, zajęłoby to co wyżej kilka minut. Mniej więcej tyle czasu potrzebuję, gdy na przykład w księgarni przeglądam nowości. Dobrą książkę rozpoznaje się w oka mgnieniu, jej język, styl, sposób widzenia świata, Borgesa nie można pomylić z kimś innym, dokładnie tak samo jak w malarstwie nie można pomylić z kimś innym Boscha czy van Gogha. Dobre pisarstwo posiada swój własny, charakterystyczny kod, łatwo rozpoznawalny dla wszystkich wtajemniczonych, a któż, jeżeli nie wydawca powinien go znać i wychwytywać z taką samą wprawą jak somellier, który po smaku i zapachu rozpoznaje wartość wina.

Polskiemu wydawcy nie wystarcza książka. Chce też jej streszczenia. Zasadniczymi cechami każdego streszczenia są jak wiadomo obiektywizm, czyli brak własnych opinii i interpretacji autora, zwięzłość, koncentracja na podstawowych wątkach, chronologia, prezentacja jedynie ewentualnego ciągu wydarzeń oraz informacyjność, której głównym sensem jest uwolnienie czytelnika od obowiązku zapoznawania się z oryginałem. Czy jest więc możliwe, aby pisarz mógł dokonać rzetelnego streszczenia swego własnego dzieła? Nie. Chciałoby się powiedzieć, że jest to fizycznie niemożliwe. Nie wspominając już o tym, że najwybitniejszych pozycji po prostu streścić się nie da i wszystkie tego typu próby kończą się czymś w rodzaju literackiego holokaustu. Spróbujmy tylko streścić Finnegans Wake lub Ulissesa Joyce’a, Człowieka bez właściwości Musila, Raj Lezama Limy, Auto da fè Canettiego, by wymienić tylko kilka. Do jakiego stopnia jakiekolwiek, choćby najbardziej wyczerpujące streszczenie, oddawałoby wielkość tych powieści bez istnienia których literatura nigdy nie byłaby tym, czym stała się dzięki nim? Geoffrey Faber, szef słynnego wydawnictwa Faber & Faber, z całą pewnością nie żądał od Joyce`a streszczenia Finnegans Wake. Nie przyszłoby mu to do głowy. Na pytanie dlaczego nie przyszłoby mu to do głowy jest tylko jedna odpowiedź – bo Geoffrey Faber był wydawcą.

Polski wydawca żąda natomiast curriculum vita, wykazów publikacji, recenzji swojej własnej książki, określenia jej gatunku, wskazania ewentualnej grupy czytelniczej, ba, żąda nawet streszczenia, ze swojej strony oferując co wyżej … usługi korektorskie. Niekiedy bardziej niż kiepskiej jakości, zresztą. Wydawca proponuje więc tym samym, aby pisarz przejął wszystkie lub niemal wszystkie z obowiązków, które nie tylko nominalnie, ale i formalnie przynależą do jego obowiązków. Daleki jestem od tego, by pouczać wydawców o obowiązkach wynikających z ich profesji, ale czy to nie oni powinni – pochylając się nad nadesłaną książką – orzec, jaka jest jej rzeczywista wartość, orzec, czy jest ona prawdziwym dziełem, rzetelną i solidną pracą czy jedynie popisem grafomaństwa? „Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma”, śpiewała kiedyś Maryla Rodowicz. Tylko koni żal. Trawestując tę frazę można chyba powiedzieć, że w Polsce nie ma już dziś prawdziwych wydawców. Tylko pisarzy żal. 

Pożegnanie z mięsem

Naukowcy z Poczdamskiego Instytutu Badań nad Klimatem obliczyli, że produkcja żywności to 1/3 globalnych emisji i drugi najbardziej emisyjny sektor po paliwach. Wzywają więc do rezygnacji ze spożywania mięsa. Aby tym skuteczniej zachęcić nas do tego kroku, proponują obłożenie mięsa i produktów mięsnych bardzo wysokimi podatkami, najlepiej tak wysokimi, by na zakup mięsa stać było jedynie milionerów. Najbardziej spodobał mi się rezultat ich statystycznych obliczeń z którego wynika, że zjedzenie 100g wołowiny generuje tyle CO2, złowieszczego dwutlenku węgla, którym straszy się dzieci i ciocie, co przejechanie 80 km samochodem. Przyznaję, dokładność z wszech miar godna podziwu, chociaż podejrzewam, że osiągnięto to starą i wypróbowaną metodą, która głosi, że wystarczy jakieś dane torturować dostatecznie długo, by wyśpiewały nam wszystko, co chcemy usłyszeć. Dzielni chłopcy z tego germańskiego Instytutu Badań nad Klimatem udowodnili w każdym bądź razie, że technika ta nie jest im obca. We końcowym wniosku żądają, by 90% ludności świata, najpóźniej do roku 2050, pożegnała się z mięsem, a zwłaszcza tą straszliwą, diabelską i przestępczą wołowiną, która zatruwa i niszczy nasz glob bardziej niż wszystkie bomby Putina. Ciekawe zresztą dla kogo przewidzieli te pozostałe 10% i kto według nich nawet po roku 2050 będzie mógł rozkoszować się boską delikatnością Filet Mignon.

Nasze dni są policzone: przez statystyków – jak mawiał Stanisław Jerzy Lec. Cieszmy się więc mięsem zanim zostaniemy zmuszeni do przejścia na paszę.

Dramat

99 procent z tych spraw, którymi zamartwiamy się, nie wydarzają się nigdy. A pozostały jeden procent, czyli to, co się jednak wydarza, ma zwykle całkiem inny przebieg niż ten, który przewidywaliśmy. I nawet nie w połowie tak dramatyczny. Ale my kochamy dramat, kochamy uczucia, te zjawiska atmosferyczne naszej psychiki. Bez dramatu czulibyśmy się niespełnieni i żałośnie ubodzy. Dramat nadaje sens nawet najnędzniejszej egzystencji. Zapewne dlatego, gdy brakuje dramatu w naszym życiu, wymyślamy go sami.

Fryderyk Złowrogi w Kostrzyniu

Polskie władze (czy istotnie polskie?) Kostrzyna nad Odrą, czyli burmistrz Andrzej Kunt i dyrektor Muzeum Twierdzy Kostrzyń Ryszard Skałba, postanowili uczcić 314 rocznicę urodzin króla Prus Fryderyka II Wielkiego – a więc świętują pamięć osobnika, który z pogardą określał Polaków mianem „Irokezów” Europy, był głównym architektem I rozbioru Polski, złodziejem naszych dóbr narodowych i nieprzejednanym wrogiem polskości. Aby stosownie uhonorować tę pruską kreaturę zaszczycili go mianem „Jego Wysokości” i uroczystymi salwami artyleryjskimi.

Czy ktoś poinformował władców Kostrzynia, że mają jeszcze dwie ważne dla Polski i Polaków okazje do hucznych obchodów? Mianowicie, 1 kwietnia przypada 211 rocznica urodzin Bismarcka, a zaraz potem, bo 20 kwietnia 137 rocznica urodzin Hitlera? Zostało już mało czasu, zachodzi obawa, że mogą nie zdążyć.

Memento

Pojawiły się interesujące wyniki badań dotyczących wpływu wojny na Ukrainie na populację dziko żyjących psów. Okazało się, że konflikt zbrojny działa jak bezlitosny mechanizm doboru naturalnego. Warunki wojenne powodują, że zwierzęta zmuszone są do brutalnej walki o byt, a to niesie za sobą szereg charakterystycznych zmian. Psy o krótkich łapach, które nie są w stanie sprawnie przemieszczać się w trudnym terenie, znikły z terenów frontu; ten sam los spotkał psy z płaskimi nosami, co jest konsekwencją ich mniejszej wydolności oddechowej; nie spotyka się też psów z cechami typowymi dla ras ozdobnych. Populacja przyfrontowych psów upodobniła się do dzikich psowatych, słabsze gatunki wyginęły i na terenach działań wojennych obserwuje się niemal wyłącznie psy zdrowe, chociaż w większości mocno niedożywione.

Nagrania pokazały także, że istnieją grupy psów, które nauczyły się egzystować w stadach, które razem polują i żywią się padliną, by przetrwać. Potwierdziły się też wcześniejsze doniesienia o psach zjadających ciała poległych żołnierzy, których zwłoki nie są zabierane z pola walki. Zjawisko jest dość makabryczne, ale nie jest zaskakujące – psy, podobnie jak wilki, są fizjologicznie przystosowane do żywienia się martwymi zwierzętami i mogą również żywić się martwymi ludźmi, gdy brakuje innego pokarmu.

Wystarczyły 4 lata działań wojennych, by włączył się mechanizm doboru naturalnego, który bezwzględnie premiuje cechy przetrwania. To ważne memento, bowiem mechanizm ten dotyczy także i nas, ludzi.

Syndrom berserków

Właściwie wiemy o tym od dawna, może nawet od zawsze, ale obecnie uzyskaliśmy naukowe dowody na to, że nasz mózg nie jest żadną racjonalną maszyną. Ostatnie badania przy użyciu rezonansu magnetycznego potwierdziły, że w stanie tzw. zakochania nasza kora czołowa – odpowiedzialna między innymi za logiczne myślenie i ocenianie innych – jest kompletnie nieaktywna, śpi, strajkuje, wyjeżdża na urlop, uprawia zenistyczną medytację i nie życzy sobie, by jej przeszkadzać. Potwierdza się więc mocno już wyświechtane powiedzenie, że miłość jest ślepa, ślepa niczym kret, a może nawet bardziej, bo kret odróżnia jednak światło od ciemności. W każdym bądź razie wobec tych, których obdarzamy uczuciami, jesteśmy zdecydowanie mniej surowi i krytyczni. Badania potwierdziły również, że stan zakochania deaktywuje, a nawet całkowicie wyłącza te obszary w mózgu, które odpowiadają za kontrolę emocji negatywnych, choćby takich jak strach, co powoduje, że zakochani potrafią być odważni do szaleństwa. W stanie zakochania przypominamy więc dawnych skandynawskich berserków: idealne bezmózgowie wspomagane szaleńczą odwagą. Jak nam udaje się to przeżyć?! A przynajmniej niektórym z nas.

Moja Grecja

Antyczne greckie miasta z ich ogołoconymi świątyniami i sanktuariami. Ambrakia. Po jej zdobyciu Rzymianie wywieźli 285 posągów z brązu i 230 marmurowych. Po pokonaniu Perseusza, króla Macedonii, Emiliusz Paulus zdobył tyle dzieł sztuki, że jego wjazd triumfalny w Rzymie trwał przez cały dzień. Jeszcze więcej zrabował Lucjusz Mummiusz w Koryncie, zrównując miasto z ziemią, a do Rzymu wywożąc setki posągów i obrazów. Wellejusz Paterkulus, autor „Historii rzymskiej”, zamieszcza w swoim dziele złośliwą anegdotę o Mummiuszu: „Mummiusz natomiast był tak nieokrzesanym prostakiem, że gdy po zdobyciu Koryntu ogłosił przetarg na przewóz do Italii posagów i obrazów wykonanych rękoma najwybitniejszych mistrzów kazał zapowiedzieć kontrahentom, że w wypadku zniszczenia dzieł będą zmuszeni na ich miejsce zwrócić nowe”.

Grecja to najbardziej i najczęściej ograbiane muzeum świata. Persowie, Rzymianie, Goci, Hunowie, Alamanowie, Frankowie, Alamanowie, Wandale, Herulowie, chrześcijanie, którzy niszczyli wszystko, co antyczne i następnie Turcy, którzy nie ustępowali im w nienawiści do wszystkiego, co greckie. Na początku XIX wieku Ateny były miastem ruin z kilkoma domami u stóp równie zrujnowanego Akropolu i nie liczyły więcej niż kilkuset mieszkańców, brudnych i wygłodzonych, którzy w niczym nie przypominali dumnych Greków z epoki Peryklesa.

Z Grecji nie ostało się nic, co można zwiedzać czy podziwiać – Akropol jest zabytkiem w takim samym sensie jak warszawska Starówka i mniej więcej równie „starym”. Tym, czego Grecji nikt nigdy nie zdołał ukraść jest tylko jej sceneria, bajeczny pejzaż wyśniony niegdyś przez bogów.

A jednak zawsze wybieram tę ograbioną Grecję. Wiem, to irracjonalne.  

Antyczny Louboutin

Arta, starożytna Ambrakia, miasto na brzegach rzeki Arachthos w Epirze, założone przez osadników z Koryntu około 625 roku p.n.e. Dzień w którym tam dotarliśmy był duszny i pochmurny, cały czas zbierało się na deszcz. Trafiliśmy tam bardziej z przypadku niż celowo, nie wyglądało obiecująco i niewiele było tam do zwiedzania – prastary kamienny most, wygięty niczym grzbiet kota, jakieś niedbałe wykopaliska, odsłaniające kilka rzędów amfiteatru, zdaje się z czasów Pyrrusa oraz imponujący tysiącletni platan o koronie podobnej do monstrualnego parasola.

Gdy opuszczaliśmy je, prawie z ulgą, w mojej pamięci kołatało się słowo „ambrakia”, ale nie rozumiałem powodu. Potem wygasło jak zmęczone echo i powróciło dopiero po wielu, wielu latach, gdy trafiłem na artykuł o damskich butach firmy Christian Louboutin. Wtedy nagle przypomniałem sobie, że Ambrakia, właśnie Ambrakia słynęła w całym starożytnym świecie z produkcji obuwia dla kobiet, cenionego za jego szczególnie wysoką jakość, a buty te nosiły nazwę ambrakides.

Bogowie i sen

Nie cierpię, kiedy śpi. Ten bezwład, to ciało istniejące tylko samo dla siebie, egoistyczne, zamknięte, obce. Gdy zasypia, mój świat kurczy się i maleje.  Zasypiając okrada mnie ze swojej obecności. Nie umiem powstrzymać się, by nie budzić go na tysiące sposobów, dotykać go, puszczać głośniej muzykę, całować, głaskać, sprzątać … Jest wówczas zły, ale jest znów ze mną. Bogowie nie powinni spać. Gdy śpią przestają być bogami, stają się gliną, sypkim piaskiem, mułem rzecznym, nicością. Nienawidzę, gdy śpi, nienawidzę tego spokoju, spokoju śmierci, odległości, tych marzeń, do których nie mam dostępu, światów do których nie mogę wejść, które zostawiają mnie na zewnątrz i skazują na samotność.

Nasz miód

Miód powstaje przez zawarte w gruczołach ślinowych pszczół enzymy, które przekształcają sacharozę z nektaru lub spadzi w cukry proste. Cóż, zapewne tak jest, a jednak, nawet gdy się to wie, wciąż jakoś trudno uwierzyć, że pszczoły produkują go z jakiegoś innego powodu niż nasza przyjemność.

Mycie zębów

Egnacjusz zęby
chętnie szczerzy
Ale w hiszpańskiej ziemi
tym, co kto wyszczał,
powstawszy z pościeli,
zęby i dziąsła płukać nie nowina.
Olśniewającej twoich zębów bieli
oto i sekret: poranna uryna.

Nie, nie jest to wcale grubiański i niesmaczny żart. Gajusz Waleriusz Katullus, rzymski poeta z okresu późnej Republiki, piewca miłosnych uciech i szyderca, wspomina w tym utworze o tym, o czym pisali zarówno Diodor Sycylijski jak i Strabon. Mianowicie, że zamieszkujący Hiszpanię Iberowie zbierali i przechowywali urynę w specjalnych zbiornikach, wykorzystując ją jednak nie tylko do prana czy garbowania skór, jak czynili to Rzymianie, ale i do mycia zębów. 

Znajomość

Wszyscy mamy jakichś znajomych, ludzi, których spotykamy tylko przelotnie, często nawet nie znając ich imion, ale znajomość to właśnie ten typ relacji, relacji czysto formalnej, wolnej od jakichkolwiek emocji czy zaangażowania, relacji, która nie wychodzi poza tradycyjne słowa pozdrowienia czy choćby tylko skinienie głową w razie przypadkowego spotkania. Pytanie tylko, czy możliwe jest utrzymanie znajomości na tym samym bezpiecznie średnim poziomie przez dłuższy czas, bez skracania dystansu, bez zbliżania się, bez ingerencji w życie tego drugiego człowieka, bez pułapek poufałości, bez najmniejszej zmiany charakteru takich kontaktów? Wszystkie inne rodzaje naszych relacji (przyjaźń, miłość, etc) to wielkie teatralne sceny na których mogą rozgrywać się dramaty i tragedie, i co tylko jeszcze sobie wymarzysz, podczas gdy znajomość przypomina raczej wąski chodnik na którym z trudem mogą minąć się dwie osoby – każdy nieostrożny lub zbyt śmiały gest może bowiem zburzyć ten domek z kart i wtedy znajomość znika nieodwołalnie. Przyjaźń i miłość podlegają ewolucji, mogą przybierać różne stadia i formy, znajomość nie. Znajomość jest konstrukcją kruchą jak francuskie ciasto. Moment nieuwagi i rozsypuje się w dłoniach.

Sprawa mogła być znacznie prostsza w minionych epokach, gdy obowiązywały konwenanse i etykieta, które do pewnego stopnia regulowały charakter stosunków międzyludzkich, ale dziś te naturalne bariery niemal całkowicie poznikały. Nasze życie jest ustawiczną zmianą, a każdy nowy fakt, każde nowe zdarzenie natychmiast koryguje dotychczasowy model naszych stosunków ze światem – najczęściej niezależnie od naszych życzeń czy intencji. Zmiany są fascynujące, to prawda, a jednak to nie zmiany, lecz rytuały i powtórzenia są niezaprzeczalnie najprzyjemniejszą stroną życia.  

Jak daleko od Akropolu

Przyjmuje się, że w czasach Sokratesa odległość od Akropolu do morza wynosiła ok. 4 – 5 km. Dziś od centrum Aten do wybrzeża to dystans prawie 10 kilometrów. Skąd ta różnica, skoro wiadomo, że linia brzegowa Zatoki Sarońskiej nie przesunęła się znacząco od czasów starożytnych? Phalerum lub Phaleron leżał około 5 km na południowy zachód od Akropolu, właśnie nad zatoką Sarońską, którą w tamtych czasach nazywano również  Zatoką Phalerum. Był to główny port Aten, zanim Temistokles od roku 491 r. p.n.e. rozbudował trzy skaliste naturalne porty przy cyplu Pireusu jako alternatywę. Legenda głosi, że Menesteusz wypłynął ze swoją flotą do Troi z Faleronu, podobnie jak Tezeusz, gdy udawał się na Kretę. Porty Faleron i Pireus leżały więc dokładnie w tym samym miejscu co dziś, a morze wcale nie cofnęło się aż o 6 km.

Wyjaśnieniem jest zmiana perspektywy. W starożytności liczono odległość od Akropolu do Faleronu, czyli 4 do 5 kilometrów, a dziś liczy się od centrum Aten do Pireusu – stąd 10 km. W rzeczywistości Ateny zawsze były blisko morza, chociaż w starożytności były jednak bardziej „lądowe”, bo od morza oddzielał je pas równiny, wypełniony obecnie przez zawiły labirynt dzielnic i domów, miasta Palaio Faliro, Kallithea i Neo Faliro, które są częścią aglomeracji ateńskiej. Zmieniły się więc jedynie granice miasta oraz sposób opisywania odległości.

Niemieckie nagrody

Była pierwsza prezes Sądu Najwyższego, Małgorzata Gersdorf, ponownie otrzymała niemiecką gratyfikację, tym razem w postaci Nagrody Fritza Sterna w wysokości 10 tys. euro. Jest to nagroda „za obronę praworządności„, przyznawana przez Berlińsko-Brandenburską Akademia Nauk. Według jurorów tej fundacji p. Gersdorf uosabia uczciwość i odwagę obywatelską stając w obronie sprawiedliwości i zasad demokratycznych. Nota bene p. Gersdorf jest rozpieszczana przez swoich niemieckich dobroczyńców. Przed kilku laty przyznali jej „Nagrodą Theodora Heussa”, a także „Międzynarodową Nagrodą Demokracji Bonn”, dawaną podobno za wybitne zasługi dla umacniania demokracji i praworządności.

Pani Gersdorf, była pierwsza prezes polskiego Sądu Najwyższego, sprawująca więc w swoim czasie jedną z najważniejszych państwowych funkcji, przyjmując nagrodę potwierdziła, że w Polsce praworządność i sprawiedliwość są łamane, a demokratyczne zasady współżycia raczej nie istnieją. Na dodatek przyjęła te „wyróżnienia” od narodu, który nie ma moralnego prawa do decydowania o tym, czym jest praworządność, a tym bardziej sprawiedliwość.  Naród, który ma na sumieniu miliony, miliony ludzkich istnień, akty bezprzykładnych zbrodni i rabunku, może co wyżej posiadać prawo do pokory. Przyznawane przez Niemców nagrody za „praworządność i sprawiedliwość” nie są jednak wyrazem pokory, lecz ponadczasowej, niezniszczalnej, aroganckiej germańskiej buty.  

W polskiej historiografii nie brakuje, niestety, przykładów niby „odważnych i uczciwych obywateli”, którzy bez wahania stawali w obronie praworządności, tylko za „symboliczne finansowe wsparcie”Stanisław Szczęsny Potocki, Ksawery Branicki, Seweryn Rzewuski, Szymon Kossakowski, by wymienić tylko kilku najbardziej znanych. Czy nie pora już, by zaktualizować tę listę?

Między Troją a Moskwą

Wracam ponownie do II Pieśni „Iliady” Homera, tej z „katalogiem okrętów” uczestniczących w inwazji na Troję. Łączna ich cyfra to 1189, a w każdym miało być od 50 do 120 wojowników, co oznacza, że armia grecka liczyła ponad 50 tysięcy ludzi. Jest to całkiem przyjemna epicka hiperbola, ale – jak łatwo odgadnąć – z rzeczywistością nie mogło to mieć wiele wspólnego. W epoce mykeńskiej nie było żadnych możliwości, by wystawić armię tak liczną, a tym bardziej zapewnić jej logistykę przez 10 lat oblężenia. Największe armie epoki brązu mogły liczyć zaledwie kilka tysięcy ludzi.

Cyfry czynią więc Homera niewiarygodnym. Ale Troja była. I była wojna trojańska. I było całkiem inaczej. Bardzo to przypomina pewien ruski dowcip: Ktoś powiedział, że w Moskwie na Placu Czerwonym rozdają samochody, co po części okazało się nawet prawdą, tyle, że nie w Moskwie, a w Leningradzie, i nie na placu, a na dworcu, a do tego nie samochody, a rowery i nie rozdają tylko kradną.

Inteligencja bez rodowodu

Zygmunt Mineyko, „Z tajgi pod Akropol”: Przed opuszczeniem kraju w 1860 r. znajdując się w ciągłym stosunku z ludem podczas przygotowań do powstania w tejże samej okolicy, gdzie obecnie dokonała się straszna zbrodnia, liczyłem ja i inni współdziałacze ówcześni ze mną, że nie tylko chłopi tutejsi sympatyzować będą powstaniu, ale że czynny udział w nim wezmą. Dla tej racji byłem pewny, że niebezpieczeństwo mnie nie zagraża i że zbrodnia, gwałcąca jednocześnie przepisy nienaruszalne gościnności, jest niemożliwa.”

Zbrodnia” o której mowa powyżej to zdrada. Mineyko został podstępem schwytany przez polskich chłopów ze wsi Rosoliszki i za kilka rubli nagrody wydany carskim oprawcom. Opisuje tę scenę z oburzeniem i niedowierzaniem. Nadzieje powstańców, w tym i jego, nie sprawdziły się. Chłopi nie wzięli czynnego udziału w tym „narodowym” zrywie. Nie wzięli udziału ani w tym, ani w poprzednich. Wszystkie polskie powstania okupione były głównie krwią szlachty. Tysiące poległych w walce, tysiące rozstrzelanych i powieszonych, dziesiątki tysięcy zesłanych na Syberię, inni wcieleni do rosyjskich batalionów karnych. Pozbywaliśmy się naszych najlepszych, najzdolniejszych i najwierniejszych w zaskakująco równych interwałach – przez powstanie kościuszkowskie, epokę napoleońską, powstanie listopadowe, aż po powstanie styczniowe. Eksterminacja polskiej inteligencji trwała przez cały XIX wiek – potem przyszły pierwsza i druga wojna światowa, z listami proskrypcyjnymi starannie i skrupulatnie przygotowanymi przez Niemców i Rosjan, które dopełniły dzieła zniszczenia. Inteligencja przestała istnieć. Bolesne tego skutki odczuwamy do dzisiaj. Współczesna polska inteligencja nie ma rodowodu.

Zygmunt Mineyko jest powstańcem styczniowym, ale trzydzieści lat wcześniej, w powstaniu listopadowym, chłopi także nie brali udziału. To prawda, że nie bardzo mieli o co walczyć, a pojęcie ojczyzny w takim sensie jak rozumiemy je dzisiaj, było im absolutnie obce. Ojczyznę stanowiła co wyżej ojcowizna, a ta nie rozciągała się przecież dalej niż poza miedzę. Owszem, w powstaniu styczniowym pojawiają się już oddziały chłopskie, ale i tym razem nie tyle może, aby walczyć o ojczyznę, co zwabieni obietnicą Rządu Narodowego o uwłaszczeniu. Problem polegał jednak na tym, że powstańcze obietnice przedstawiały się jako dość mgliste i odległe, a taka sama propozycja ze strony Rosjan była już konkretna i ostatecznie to ona przesądziła sprawę. Jak wiadomo, koszula jest bliższa ciału, chłopi dostali, czego chcieli, szybko wycofali się z walki, bez większych skrupułów oddając powstańców w łapy Rosjan za parę kopiejek. I to właśnie spotkało Mineykę. Tudzież setki innych powstańców.

Religia idealna

Ibn Khaldun, „Muqaddimah”: Jest faktem, że z niewielkimi wyjątkami, większość uczonych muzułmańskich nie było Arabami mimo, że islam jest religią arabską, a jej założyciel był Arabem. Wynikało to z prostych warunków życia na pustyni. Ludzie w tym czasie nie wiedzieli nic o nauce ani o pisaniu książek. Nie było do tego żadnej zachęty i żadnej potrzeby. Taka była sytuacja w czasach ludzi skupionych wokół Mahometa oraz drugiego pokolenia. Analfabetyzm był powszechny wśród ludzi otaczających Mahometa, ponieważ byli Beduinami. Ludzi, którzy znali Koran, nazywano „czytelnikami Koranu”, co sugerowało, że byli piśmienni.

Islam był religią dla prymitywnych i niepiśmiennych. Jego liturgia, jeżeli uznać za liturgię modlitwę odprawianą 5 razy dziennie, wyznanie wiary, jałmużnę i post, nie zmusza wiernych do jakiegokolwiek, choćby najmniejszego umysłowego wysiłku. Islam pozostał religią dla prymitywnych i niepiśmiennych i w gruncie rzeczy na tym polega jego popularność. W islamie nie ma miejsca na żadnych świętych Tomaszów czy świętych Augustynów. Religia niemal idealna – zero intelektualnego zaangażowania, tylko ślepe posłuszeństwo.

Europejskie Jonestown

W ostatnich dniach grudnia zeszłego roku pisałem na tym blogu, we wpisie Dobra, cicha metoda, o zjawisku podmiany populacji. Dzisiaj czytam w wiadomościach, że Parlament Europejski chce, by kraje EU dobrowolnie wpłacały na fundusz, który sfinansuje aborcje kobietom, które przyjadą z krajów, gdzie aborcja jest zakazana, do krajów, gdzie jest legalna. Z jednej strony mamy więc hiobowe w tonie raporty o zastraszającym niżu demograficznym w Europie, który prowadzi do starzenia się społeczeństw, depopulacji, problemów z rynkiem pracy, załamania systemu opieki zdrowotnej i systemu emerytalnego, a nawet zamykania szkół i uczelni, a z drugiej tworzy się fundusz, który ma przyczynić się do jeszcze większego zaostrzenia tej tendencji. Jednocześnie szeroko i bezmyślnie otwiera się europejskie granice, przyjmując wszystko, co tylko posiada kończyny dolne i jest w stanie poruszać się za ich pomocą – przy czym osobnikom tym oferuje się pełne utrzymanie i nie stawia się żadnych wymagań. Czy jest w tym jakaś logika? 

Niestety, sądzę, że jest. I wyraża się prostą alternatywą: albo w myśleniu współczesnych Europejczyków nastąpił całkowity zanik umiejętności postrzegania związku między przyczyną a skutkiem albo jest to świadoma i zbrodnicza działalność, która ma w konsekwencji spowodować podmianę europejskiej populacji. Pierwszy człon tej alternatywy, choć nie całkiem nieprawdopodobny, co można poprzeć dziesiątkami przykładów, wciąż jeszcze nie przybrał jednak znamion ogólnej atrofii, drugi natomiast wydaje się być więcej niż prawdopodobny. Jesteśmy więc być może świadkami czegoś, co można porównać do zbiorowego samobójstwa w Jonestown – tyle że w niewyobrażalnie większej skali i rozpisanej na dziesiątki lat.

Sybirak

Roman Sanguszko zwany „Sybirakiem”. W młodości służył w straży przybocznej cara Aleksandra I, a jednak w listopadzie 1831 wziął udział w powstaniu, być może świadomie szukając śmierci, po nagłym zgonie jego ukochanej żony. Nie zginął, dostał się do ruskiej niewoli, a na pytanie o motywy przystąpienia do powstania odparł dumnie: „Z przekonania”. To powiedzenie stało się później dewizą jego rodu. Był wojskowym, poddanym cara, a więc według ruskich praw była to zdrada i karą za nią mogła być tylko śmierć. Dzięki wstawiennictwu znanych przyjaciół i sutym łapówkom rodziny zamieniono mu wyrok śmierci na zesłanie. Panujący wówczas car Mikołaj I zaostrzył jednak karę nakazując, by szedł na zesłanie piechotą i w kajdanach. Jak czytamy w pamiętnikach matki Romana, Klementyny, syna ogołocono „ze wszystkiego, posuwając barbarzyństwo do tego stopnia, że mu zerwano z szyi pamiątki po żonie, które zawsze nosił. Ubrany w ohydny strój aresztancki, prawie zupełnie pozbawiony pożywienia, zmuszony był odbywać podróż z katorżnikami, tj. ze skazańcami najcięższej kategorii. «Partie» (tak zwą oddziały tych nieszczęśliwych osiedleńców) traktowane są znacznie gorzej, niż posieleńcy. Posieleńcy to prawie wyłącznie Polacy, którymi rząd chce zaludnić sybirskie pustynie; katorżnicy – to zbiorowisko zbrodniarzy rosyjskich, wśród których Moskale wloką bohaterów polskich, przeznaczonych do ciężkich robót, tych właśnie, którzy dali największe dowody poświęcenia dla sprawy naszej niepodległości”. Dumny polski magnat szedł więc aż do podnóża gór Uralu, do Permu, w grupie zwykłych skazańców, brudny i zawszony, ale – aby dopełnić obrazu ironii – jego służący wiózł za nim jego pieniądze i odzież.

Kamień z Rosety

Egipt skierował do władz w Londynie prośbę o zwrot kamienia z Rosetty datowanego na 196 r. p.n.e. Sekretarz generalny Najwyższej Rady ds. Starożytności Egiptu Mohamed Ismail Khaled oświadczył, że Kair stanowczo domaga się powrotu tego zabytku. Jak dzisiaj bez mała wszyscy wiedzą na kamieniu tym wyryto tekst w trzech różnych pismach: hieroglifach egipskich, piśmie demotycznym i po grecku. Był to dekret potwierdzający boski status Ptolemeusza V, opisujący jego zasługi dla Egiptu oraz nakazujący wznoszenie posągów oraz świątyń na jego cześć.

To interesujące. Większość mieszkańców Egiptu to muzułmanie pochodzenia arabskiego, mówiący lokalnym dialektem języka arabskiego o nazwie Masri. Kraj zamieszkują również Nubijczycy, Berberowie, Beduini, Grecy, Ormianie i Koptowie, którzy obecnie  stanowią zaledwie 7 % Egipcjan. Tymczasem to właśnie Koptowie są jedynymi prawowitymi potomkami starożytnych Egipcjan. Reszta to w ten czy inny sposób potomkowie najeźdźców.

Zastanawiam się, co upoważnia zislamizowany arabski kraj do żądań zwrotu artefaktu pochodzącego z epoki hellenistycznej i odnoszącego się do języka i kultury, która z islamem nigdy nie miała nic wspólnego – jeżeli już nie z innego, to choćby z tego powodu, że islam pojawił się 700 lat później i zaczął swoją „historyczną karierę”, a w tym przypadku histeryczną karierę od paroksyzmów niszczenia wszystkiego, co z hellenizmem mogło mieć coś wspólnego.  

Przebierańcy

Papież Leon XIV wezwał do zachowania niepodległości Wenezueli i przyznał, że z „duszą pełną niepokoju” śledzi rozwój wydarzeń po obaleniu Nicolasa Maduro, przez co powinniśmy chyba rozumieć, że niekompetentne i bandyckie rządy Maduro duszy papieża niepokojem nie napełniały.  Podkreślił również konieczność poszanowania praw człowieka oraz rządów prawa „zapisanych w konstytucji” Wenezueli.

Czyżby papież nigdy i przez nikogo nie został poinformowany o tym, że Maduro został prezydentem po sfałszowaniu wyborów? Czy poszanowanie praw człowieka dotyczy także tych ludzi, którzy żadnych praw nie szanują? I co mógł mieć na myśli mówiąc o prawach „zapisanych w konstytucji”? Czy i kiedy Maduro, ten dość tępy, prywatny goryl Hugo Cháveza, respektował konstytucyjne prawa Wenezueli?

Leon XIV jeszcze w grudniu apelował do amerykańskiego prezydenta, by nie usuwał Maduro przy użyciu siły militarnej, uzasadniając to enigmatycznymi słowami, że dobro ukochanego narodu wenezuelskiego musi przeważyć nad wszelkimi innymi względami. Kim jest ów Leon XIV, jeżeli doskonale wiedząc, że ponad 8 milionów tego „ukochanego narodu” musiało uciec z kraju, a reszta zdycha z głodu pod rządami bandziora i uzurpatora, a mimo tego apeluje, by tego przestępcy nie usuwać „przy użyciu siły militarnej”?

Coraz częściej mam wrażenie, że ostatnim prawdziwym papieżem kościoła rzymskiego był Urban II. Reszta to zwykli przebierańcy.

Prawda i czas

Wmówiono nam kiedyś i uwierzyliśmy w to, że Prawdę można uwłaszczyć, że może być naszą i wyłącznie naszą własnością. Czas, generując zdarzenia, sprawił, że musieliśmy w to zwątpić. Dzisiaj więc głosimy względność Prawdy. I nie bardzo nam się podoba, że i inni wpadli na ten sam pomysł.

Ruskie mrożonki

Niedawno nasza wspaniała i potężna Europa, szczęśliwie zjednoczona, miała podjąć kluczową decyzję o sfinansowaniu pomocy dla walczącej Ukrainy. Absolutnie najsensowniejszym pomysłem była propozycja użycia zamrożonych na Zachodzie rosyjskich aktywów, skądinąd ogromnych. Rosjanie rozpoczęli tę wojnę i to oni powinni za nią zapłacić. Logiczne? Logiczne, tyle że Europa od dawna już nie rządzi się logiką.

Niemal natychmiast pojawiły się sugestie, początkowo nieśmiałe, że sięgnięcie po „finansowe mrożonki” made in Russia może szalenie urazić wrażliwego rosyjskiego Hitlera, czyli Putina. Potem odezwał się ryczący lew Ameryki, przypominając nam, że nieco wcześniej nakazał, by Stany Zjednoczone głosowały w ONZ  pospołu z Rosją, Białorusią i Koreą Północną, co powinno nam wiele podpowiedzieć, bo jeżeli ktoś głosuje razem z Rosją, Białorusią i Koreą Północną, a my doskonale wiemy, czym są te kraje, to jest to sprawa – by określić to najdelikatniej jak można – bardzo, bardzo brudna i bardzo śmierdząca. Następnie Belgia dostała drgawek ze strachu przed zemstą Rosji, a wraz z nią dziesiątki tzw. unijnych polityków. Najwyraźniej był to strach irracjonalny, chyba że przyjmiemy, że był to strach przed odwołaniem się do godności i uczciwości. Tego unijni politycy boją się bowiem bardziej niż ognia i unikają jak zarazy. Wtedy otwarcie już zaczęto pokrzykiwać, że rosyjskich aktywów odmrażać nie wolno. Dlaczego niby? Posłuchajcie, bo tu zaczyna się prawdziwy koncert: bo konfiskata może spowodować niestabilność finansową Zachodu, nawet dewaluację euro, grozi naruszeniem prawa międzynarodowego (sic!), może wywołać szalony niepokój na Globalnym Południu (jeżeli cokolwiek to znaczy), oraz stworzyć bardzo niebezpieczne precedensy. To tak w skrócie jedynie, wytoczono bowiem znacznie więcej tym podobnych „argumentów”.

W następstwie tego żenującego spektaklu trzęsidupstwa zamiast ukarać Rosję za jej zbrodnie postanowiono … zadłużyć się, zadłużyć się na sumę 90 mld euro, które otrzyma Ukraina, by dalej bronić się przed atakami rosyjskich zbrodniarzy. Spróbujmy zrozumieć właściwie, co to znaczy: za wywołanie wojny, kolosalne zniszczenia, za cierpienia dziesiątków tysięcy ludzi, za tysiące zabitych i pomordowanych … mamy zapłacić my, ty i ja, bo pożyczka zaciągnięta w imieniu Unii Europejskiej to pożyczka zaciągnięta w naszym imieniu i to my zmuszeni będziemy ją spłacać, tak czy owak. Nie Rosja, ale my. I, żeby nie było żadnych wątpliwości, jest to „triumf dyplomacji” oraz „zwycięstwo praworządności”. Tak, wiem, nazwano to ładnie „długiem ukraińskim”, chociaż dług ten zaciągnięto w imieniu Unii Europejskiej i to Europa będzie go spłacać, a nie wykrwawiona i bezczelnie rozkradana przez wszystkich Ukraina. Jeżeli myślisz, że to Unia, i że ciebie to nie dotyczy, to mylisz się bardzo. Unia to ty i twoje podatki i to one sfinansują tchórzostwo i asekuranctwo unijnych marionetek.