Stare szaty cesarza

Znakomity bajkopisarz duński H.C. Andersen, autor tak słynnych i wspaniałych baśni jak Księżniczka na ziarnku grochu, Calineczka, Mała Syrenka, Nowe szaty cesarza, Brzydkie kaczątko, Czerwone trzewiczki, Królowa Śniegu czy Dziewczynka z zapałkami, by wymienić tylko kilka z najbardziej znanych, w niedzielę 5 maja 1867 roku bawił w Paryżu i pod tą datą zanotował – expressis verbis – w swoim „Dzienniku”, że po obiedzie tego dnia męczyło go pożądanie, więc zdecydował się na wizytę w burdelu. Dalej opisuje, że jedna z pań z lupanaru była oblepiona pudrem, druga zwyczajna, trzecia – prawdziwa dama – porozmawiałem z nią, zapłaciłem 12 franków, i poszedłem sobie, nie grzesząc czynem, ale owszem, w myślach. Prosiła, żebym znów przyszedł, powiedziała, że jak na takiego pana jestem z pewnością dość niewinny. Po wyjściu z tego domu czułem się tak lekki i zadowolony. Wielu nazwałoby mnie szmatą, czy jestem tu szmatą? Wieczorem włóczyłem się po bulwarze i widziałem, jak w kawiarniach umalowane panny grają w karty, piją piwo i Chartreuse.

O ile można bez zastrzeżeń przyjąć, że pisarze w poszukiwaniu tematów i materiałów do baśni  muszą zanurzyć się w nie jednym burdelu, o tyle trudniej przychodzi uwierzyć, że genialny bajkopisarz, wcale nie zamożny i bardzo liczący się z każdym groszem, obdarowuje damę z paryskiego przybytku uciech aż 12 frankami nie żądając żadnych świadczeń. Otóż, 12 franków stanowiło w owych czasach sumą dość znaczną – pracownik wiejski zarabiał od 20 do 30 franków miesięcznie. Jeżeli więc istotnie nasz zacny i szlachetny Andersen tak uczynił, to można zrozumieć dlaczego po opuszczeniu burdelu czuł się tak „lekki i zadowolony”. Czy nie wydaje się to jednak zbyt bajeczne?

Ps. Chartreuse to legendarny już francuski likier ziołowy, składający się ze 130 ziół, roślin i przypraw, którego receptura pozostaje do dziś strzeżoną tajemnicą mnichów z zakonu Kartuzów w klasztorze Grande Chartreuse. Istnieje w dwóch głównych wersjach: zielonej i żółtej.  

Konferowanie w Teheranie

Co wiemy o tzw. konferencji w Teheranie? Zwykle niewiele. W najlepszym razie, że od 28 listopada do 1 grudnia 1943 r. Józef Stalin, Winston Churchill i Franklin Delano Roosevelt „trudzili” się tam nad podziałem przyszłych łupów, że zdecydowano o końcowych etapach wojny i powojennych losach Europy, w tym Polski. O tym, że prezydent Franklin Delano Roosevelt, który powinien był zamieszkać w amerykańskiej ambasadzie przyjął zaproszenie Stalina i na czas konferencji zamieszkał w … radzieckiej ambasadzie, wiedzą być może tylko historycy. W świadomości przeciętnego Europejczyka nie ma tego faktu, nie wspomina się o tym w żadnych podręcznikach, w żadnych artykułach, całkiem jakby fakt, że pomieszkanie amerykańskiego prezydenta w sowieckiej ambasadzie – bez wątpienia naszpikowanej aparaturą podsłuchową – nie miał żadnego znaczenia. O tym, że sam wybór Teheranu na miejsce rozmów był co najmniej kontrowersyjny nawet nie warto wspominać – był to przecież teren kontrolowany przez Sowietów, co już z góry dawało im szaloną przewagę.  Naiwność, głupota czy może po prostu zdrada?  Kto robi to, co my potem nazywamy z dumą „naszą historią”?

J. Lechoń wyraża w Dziennikach przypuszczenie, że prezydent Roosevelt został otruty, gdy dał się „nabrać na mieszkanie w ambasadzie sowieckiej”.

Dobre Porty

I płynąc z trudem wzdłuż jej brzegów, przybyliśmy do pewnego miejsca, zwanego Dobre Porty, blisko którego było miasto Lasaia. Tak o Dobrych Portach wspomina św. Paweł przy opisie podróży do Rzymu, nazwa ta występuje też w Biblii. Miejscowość leży na południowym wybrzeżu Krety, dzisiaj nosi nazwę Kali Limenes. To tylko 20 kilometrów po zygzakowatych dróżkach od Faistos i tyleż samo od  hippisowskiej Matali, gdzie zatrzymaliśmy się w hotelu, w którym wszystko – poczynając od pokojów i kończąc na obsłudze – wydawało się być żywcem przeniesione z lat 50-tych.  A więc blisko, bardzo blisko, ale nie pojechaliśmy tam nigdy. Nie pojechaliśmy do Dobrych Portów i Lasai. Wybraliśmy wtedy Gortynę. Gdy tam dotarliśmy, południe tężało już w upale jak porcelana w garncarskim piecu, a cykady zachłystywały się w oszalałym fortissimo. Wydawało nam się, że nad ruinami amfiteatru krąży wielki, biały orzeł, a w cieniu prastarej oliwki siedzi dziewczyna podobna do Europy. M. mówiła, że to niebezpieczna pora, pora nimf.

Polska Jałta

Stanisław Bułak-Bałachowicz. Urodził się w Mejsztach w północnej Wileńszczyźnie w 1883 r. Przed pierwszą wojną światową pracował jako administrator w majątku hrabiego Plater-Zyberka. W 1914 r. został zmobilizowany do 2. Lejb-Ułańskiego Kurlandzkiego Pułku armii carskiej. W walkach odznaczył się i pod koniec wojny miał już stopień rotmistrza sztabowego. Specjalizował się zwłaszcza w kawaleryjskich szarżach i zasadzkach urządzanych na tyłach wojsk nieprzyjaciela, skutecznie atakując wroga, niszcząc obozowiska, magazyny i linie komunikacyjne.

W czasie inwazji Sowietów na Polskę, we wrześniu 1920 r. siły Bułaka-Bałachowicza liczyły już ok. 20 tys. ludzi, stając się odrębną, sojuszniczą armią Wojska Polskiego, znaną jako Ochotnicza Sprzymierzona Armia. Szybko okazało się jednak, że walka z bolszewikami zbliża się do końca. 12 października 1920 r., mimo zwycięskiego pochodu na wschód, Polska w Rydze podpisała z Sowietami zawieszenie broni. Ten ohydny pakt powinien być nazywany polską Jałtą, bo i była to Jałta. Niewiarygodna sytuacja. Zwycięzca prosi pokonanego o rozejm, zadawala się skromną częścią zdobytych ziem, a resztę swego kraju, wraz z jego mieszkańcami, oddaje wspaniałomyślnie w ręce pokonanych komunistów. Powód? Większość sił politycznych w ówczesnej Polsce, a zwłaszcza bardzo silna endecja, nie pragnęły wcale powrotu do granic sprzed rozbiorów ani granic tak daleko wysuniętych na wschód. W tym odrażającym akcie, zwanym infantylnie pokojem ryskim znalazły się też punkty szczególnie upokarzające – strona Polska zobowiązała się, mianowicie, do rozbrojenia formacji „kontrrewolucyjnych” lub wyrzucenia ich ze swojego terytorium w terminie do 2 listopada 1920 r. Oburzamy się na Amerykanów i Anglików, oburzamy się na Roosevelta i Churchilla, że w lutym 1945 roku w pałacu w Liwadii założyli nam na szyje obroże niewolników, ale to my, dwadzieścia pięć lat wcześniej, identyczny los zgotowaliśmy milionom naszych rodaków na wschodnich rubieżach kraju. Pierwsza Jałta to polska Jałta.

Walczące dotąd u boku Wojska Polskiego takie formacje jak armia Stanisława Bułaka-Bałachowicza, Rosyjski Komitet Polityczny Borisa Sawinkowa, ukraińska armia Symona Petlury znalazły się w tragicznym położeniu. On sam odmówił złożenia broni. Zebrał swoich ludzi, przekroczył wyznaczoną linię demarkacyjną i podjął na nowo walkę. Towarzyszył mu Komitet Sawinkowa. Ostatni atak na bolszewików przypuściły w tym czasie także „białe” oddziały Piotra Wrangla. Bułak-Bałachowicz zdobył m.in. Mozyrz i dotarł aż do Dniepru, powołując Białoruską Republikę Ludową. Jednak pozbawiony jakiegokolwiek wsparcia był stanowczo zbyt słaby, by utrzymać proklamowane państwo. Jego siły wycofały się pod naporem komunistycznych hord i ponownie przekroczyły linię demarkacyjną, wracając w granice żałośnie okrojonej Polski.

W Polsce, zgodnie z zapisami rozejmu z Sowietami, „bałachowcy”, petlurowcy i żołnierze innych tego typu formacji w „nagrodę” za waleczność i wierność skierowani zostali do obozów internowania, a pokonani bolszewicy zażądali ponadto, by Bałachowicza, Petlurę i Sawinkowa wyrzucić z Polski. I „dzielni” polscy politycy zgodzili się te żądania spełnić. Bałachowicz napisał wówczas list otwarty do Sejmu, w którym sytuację tę nazywał „niesłychaną w dziejach historii hańbą” podkreślając, że „rząd polski daje się uwieść zbójom moskiewskim i pozwala im wtajemniczać się w sprawy wewnętrzne państwa, czym kompromituje się przed światem”. Zapewnił, że stanie przed sądem, jeśli ciążą na nim jakieś winy, ale żywy wywieźć nigdzie się nie da. Ostatecznie nie został wydalony z kraju. W przeciwieństwie do Sawinkowa (wydany bolszewikom i przez nich zamordowany) uratowało go posiadanie polskiego obywatelstwa, został więc skreślony z listy deportacyjnej. Wojsko Polskie nie uznało jednak jego stopnia generalskiego.

Bolszewicy nie zapomnieli jednak o swoim zaprzysięgłym wrogu. Już dwa lata później sowieckie służby zorganizowały na niego zamach. W okolicach Hajnówki napadnięty został jednak nie on sam, lecz jego brat, Józef Bałachowicz. Napastnicy zatrzymali go nocą na drodze i zastrzelili. Pomylili go ze Stanisławem. Za Bałachowiczem ciągnęła się też przez jakiś czas sprawa pogromów, jakich podobno mieli dopuszczać się jego ludzie na Wschodzie. Trzech żydowskich posłów złożyło w Sejmie interpelację, domagając się ukarania winnych i wypłacenia – zgodnie ze starą żydowską tradycją – odszkodowań poszkodowanym. Oskarżenia dotyczyły też osobiście samego generała. Dokument w tej sprawie przygotowali także posłowie PPS, ale ostatecznie nie zorganizowano żadnych procesów.

W dwudziestoleciu międzywojennym generał Stanisław Bułak-Bałachowicz pisał książki, a w latach 30 – tych brał udział w hiszpańskiej wojnie domowej po stronie generała Franco. Wziął również udział w wojnie obronnej 1939 r. dowodząc zorganizowanym przez siebie oddziałem ochotniczym, który walczył w obronie stolicy na odcinku Wilanowa. Pod swoimi rozkazami zgromadził 2 tys. ludzi, którzy z różnych względów nie zostali zmobilizowani do Wojska Polskiego (byli wśród nich także cudzoziemcy, „biali” emigranci, a nawet jeden Murzyn). Od pierwszych dni okupacji niemieckiej był zaangażowany w konspiracyjną działalność niepodległościową. Zginął podczas próby aresztowania go przez gestapo 10 maja 1940 r. na ul. Paryskiej na Saskiej Kępie w Warszawie.

O nawracaniu

Nowa Kaledonia jest francuskim terytorium zamorskim o statusie wspólnoty. Wyspa została odkryta przez Jamesa Cooka, ale ostatecznie skolonizowana dopiero przez Francuzów. W połowie XIX wieku dotarli tam misjonarze, którzy wypróbowaną już metodą, czyli za kilka siekier i mnóstwo paciorków, otrzymali od lokalnych władców ziemię i pozwolenie na budowę kościołów i misji. Nie zadowolili się tym, jak łatwo odgadnąć. Szybko zaczęli domagać się więcej ziemi, kwestionować lokalne tradycje, a przede wszystkim nawracać. Kanakowie, choć ludożercy, zachowali się uprzejmie i cywilizowanie, spełniając życzenia przybyszy. Ówczesny biskup Pere Rougeron opisał interesujący przypadek nawrócenia Kanaka o imieniu Michel, który zapragnął chrztu. Problem w tym, że posiadał on już dwie żony, więc braciszkowie odmówili mu tego zaszczytu wyjaśniając, że chrześcijanin może mieć tylko jedną połowicę. Ku ich zdziwieniu Michel szybko pojawił się w ich misji ponownie, z identycznym żądaniem. Gdy usłyszał tę samą odpowiedź wyjaśnił spokojnie, że spełnił wymagany warunek, ma już tylko jedną żonę, bo drugą poprzedniego dnia spożył na obiad. Biskup nie wspomina, niestety, czy Michel dostąpił zaszczytu nawrócenia. Morał? Nawracając ludożerców nie bierzmy niczego za oczywiste.

Polskie drogi

Polska droga na Sybir rozpoczęła się w 1767 r., prawie 260 lat temu. Za pierwszych zesłańców uznaje się biskupa krakowskiego Kajetana Sołtyka, biskupa kijowskiego Józefa Andrzeja Załuskiego, hetmana polnego koronnego Wacława Rzewuskiego i jego syna Seweryna Rzewuskiego – senatorów uwięzionych na polecenie posła rosyjskiego w Polsce Nikołaja Repnina i na pięć lat zesłanych na Kaługę. Masowe zsyłki na Sybir nastąpiły jednak dopiero po upadku konfederacji barskiej. Rosjanie utworzyli wówczas obozy przejściowe na Pradze w Warszawie i w ukraińskim Połonnem. Stamtąd transportowano skazanych etapami do Kazania i Tobolska. Wielu pozostało tam do śmierci, inni uciekali, jak Maurycy Beniowski, zesłany najpierw do Kazania, a potem Bolszerecka na Kamczatce, gdzie zorganizował spisek, opanował miasto i porywając statek zdołał opuścić Rosję.

Druga fala zesłań nastąpiła po powstaniu listopadowym. Według nieśmiałych szacunków zesłano wówczas ponad 30 tys. osób. Znalazł się wśród nich między innymi Piotr Wysocki, przywódca podchorążych, skazany przez rosyjski sąd najpierw na śmierć, a potem ukazem carskim na 20 lat ciężkich robót, najpierw do Aleksandrowska pod Irkuckiem, a po próbie ucieczki do kopalni miedzi w Nerczyńsku, gdzie pracował przykuty do taczki. Wrócił z zesłania dopiero w 1857 r. Przejmujący utwór Jacka Kaczmarskiego pt. „Starość Piotra Wysockiego”, utwór którego dziś już niewielu młodych ludzi rozumie, jest poświęcony właśnie jemu.

Trzecia i największa fala zesłań nastąpiła po powstaniu styczniowym. Różne szacunki mówią nawet o około 250 tysiącach zesłanych. W tej grupie znalazł się również Zygmunt Mineyko, który pozostawił po sobie mocno niedocenione, niestety, ale interesujące i szczegółowe zapiski w formie pamiętnika pt. Z tajgi pod Akropol. Mineyko wspomina, że w drodze na zesłanie, na którymś z etapowych postojów, spotkał francuskich więźniów, także uczestników powstania styczniowego, bo nie tylko my walczyliśmy za „wolność naszą i waszą”. Mineyko, który dysponował fenomenalną pamięcią, zdołał utrwalić w niej nazwiska większości z nich. W 1865 roku i on powtórzył wyczyn Beniowskiego, uciekając z wygnania. Po dotarciu do Paryża udało mu się uzyskać audiencję u Napoleona III. Poinformował wówczas cesarza o spotkanych w Rosji francuskich oficerach, skazanych na syberyjską katorgę za udział w polskim powstaniu. Przez pewien czas mogło wydawać się, że był to piękny, ale całkowicie zbyteczny gest. Jednak kiedy w 1868 roku car Aleksander II odwiedził Francję, cesarz poruszył kwestię francuskich zesłańców. Car nie miał możliwości, by zaprzeczyć liście konkretnych nazwisk, dostarczonych przez Mineykę, i tak oto wkrótce potem francuscy zesłańcy powrócili do domów. Francuski rząd odwdzięczył się Mineyce, zapewniając mu możliwość edukacji w elitarnej École Militaire w Paryżu.

Potomkowie Goethego

W większości rozważań o stratach w czasie Powstania Warszawskiego podkreśla się głównie niemieckie zbrodnie na ludziach. Znacznie rzadziej wspomina się o skali rabunków, jakich w tym czasie dopuścili się Niemcy, a o ich ogromie może świadczyć fakt, że potrzebowali aż 45 tysięcy wagonów towarowych do wywiezienia skradzionych dóbr. Grabież rozpoczęła się już w trakcie Powstania. Specjalnie w tym celu powołane oddziały, systematycznie wyburzając Warszawę, plądrowały domy i urzędy, grabiąc wszystko, co przedstawiało wartość. Himmler nie tylko zresztą wydał rozkaz totalnego zniszczenia Warszawy. Z germańską dokładnością zaplanował dokąd miały wędrować zrabowane rzeczy. Pieniądze, monety i złoto wysyłano więc do Banku Rzeszy w Berlinie, a takie „drobiazgi” jak futra czy kosztowne dywany do obozu koncentracyjnego Ravensbrück. Niemcy kradli wszystko, najdosłowniej wszystko, poczynając od znaczków pocztowych, porcelany, instrumentów muzycznych, przez sprzęt medyczny i maszyny aż po dzieła sztuki. To, czego nie zdołano zabrać, było niszczone. W ewidencji ich wojennych łupów nie zabrakło silników, pieców kaflowych, sprzętu domowego i rolniczego, kolorowych metali, odzieży, kabli, naczyń stołowych, narzędzi, papieru, lamp, mebli. Rabowano nie tylko instytucje kulturalne, muzea, archiwa i biblioteki, lecz i ludność cywilną przy masowych egzekucjach. Tylko między sierpniem a połową września 1944 r. do III Rzeszy wyjechało 23 300 wagonów. To, czego ten najbardziej „cywilizowany” naród w Europie, naród Bacha, Beethovena i Goethego nie zdołał lub nie zdążył ukraść, padło potem łupem rosyjskich Hunów.

Neuigkeitssucht

Kto jeszcze czyta gazety, kto gromadzi wielotomowe encyklopedie, kto jeszcze korzysta z tych archaicznych, a więc i czasochłonnych sposobów zdobywania informacji o świecie? Dzisiaj świat przychodzi do nas sam, dociera nie proszony, wlewa się w nasze życie dziesiątkami różnych kanałów, czyni to coraz zuchwalej i coraz bezczelniej. I nie bronimy się już przed tą inwazją. Przeciwnie, hojnie udostępniamy jej nasze życie. Konsumujemy niewiarygodne ilości informacji, połykamy je, czekamy na nie z utęsknieniem, wyglądamy ich z niecierpliwością, bezustannie sprawdzamy pocztę na naszych telefonach, wysyłamy i otrzymujemy coraz więcej e-maili, nawet po ulicach, niebaczni na ruch drogowy i innych przechodniów, chodzimy z nosem w Facebooku, Instagramie, YouTubie, WhatsAppie czy Tiktoku. Pragniemy być na bieżąco ze wszystkim, ze wszystkim, co wydarzyło się tu, tam i gdziekolwiek. Chcemy wiedzieć nie tylko o tym, co dzieje się wokół nas, ale i o tym, co dzieje się w innych miastach i wsiach, innych krajach, na innych kontynentach, w powietrzu i na morzu, w każdym zakątku świata, nawet w kosmosie. Coraz szerzej otwieramy drzwi na świat jakby nieświadomi, że w ten sposób zamykamy drzwi do samych siebie. Germanie wymyślili kiedyś określenie na taki stan: Neuigkeitssucht, „żądza nowin”, co definiowali jako „straszną ciekawość pchającą pewnych ludzi do czytania i słuchania nowości”. Neuigkeitssucht, ociężałe, toporne słowo, jak niemal wszystkie słowa w tym charczącym języku, ale wyjątkowo celne. Neuigkeitssucht, chorobliwa, nieopanowana żądza nowości, „straszna ciekawość”, narkotyczna potrzeba i przymus wstrzykiwania do swojej świadomości wszelkiej maści trucizn i śmieci.

Zygmunt Mineyko

Zygmunt Mineyko, postać mało znana, ale niezwykle interesująca, polski powstaniec styczniowy, oficer, naukowiec, inżynier, poliglota, honorowy obywatel Grecji, odznaczony wysokim greckim orderem zasługi – Złotym Krzyżem Orderu Jerzego. W czerwcu 1863 został ujęty przez Rosjan i skazany na śmierć za udział w powstaniu. Kary śmierci udało się uniknąć dzięki łapówkom wręczonym rosyjskim urzędnikom po sprzedaży majątków rodzinnych. Ostatecznie wyrok zamieniono mu na 12 lat ciężkich robót czyli katorgę w kopalniach kruszców na Syberii. W 1865 roku udało mu się uciec z syberyjskiego wygnania. Był to wyczyn niemal heroiczny, a w przypadku niepowodzenia groziła straszliwa kara. Mineyko w swoich pamiętnikach pt. „Z tajgi pod Akropol” dokładnie opisuje, co czekało tych, którym ucieczka z syberyjskiego piekła nie powiodła się i zostali ujęci: Zwykle po udowodnieniu im tożsamości i przyznaniu się do ucieczki skazywani są oni na doznanie uderzeń kilku setek knuta, instrumentu złożonego z dyscypliny, do trzonka której są umocowane trzy paski rzemienne, opatrzone u krańców w ołowiane kulki, które po uderzeniu zamaszystym ręką kata wpijają się głęboko w mięśnie po obu stronach kości pacierzowej delikwenta, wyrywając je do szczętu. Skazany na knutowanie po obnażeniu go z odzieży przywiązany jest do szczególniejszej konstrukcji krzesła, mając zwrócone plecy pod 45 kątem do stopniowej operacji kata, dokonywanej wzdłuż całego grzbietu, począwszy od szyi, a kończącej się u pasa. Po ukończeniu kaźni nie pozostaje źdźbła mięśni, kość tylko pacierzowa uwidacznia się wyraźnie, jak to ma miejsce przy oglądaniu szkieletu. Rzadko kiedy skazaniec daje się wyleczyć, a prawie zawsze umiera. Podczas operacji knutowania obecny lekarz, widząc mdlejącego skazańca, ma prawo powstrzymać dalszy ciąg uderzeń knuta i skonstatowawszy niemożliwość zniesienia kary, uwolnić go tymczasowo odsyłając do szpitala, ażeby po wyleczeniu się, jeżeli takowe da się dokonać, zostały mu wyegzekwowane pozostałe uderzenia knuta na wyleczonym grzbiecie, dla obnażenia z mięśni świeżo sformowanego ciała.

Martín Caparrós „Ñameryka”

Martín Caparrós „Ñameryka”: Najlepszą przysługą, jak kościół rzymski wyświadczył i nadal wyświadcza wszystkim rządzącym, to przygotowanie mas do wiary w rzeczy niemożliwe, do robienia rzeczy, których inaczej robić by nie chciały, albo do nierobienia rzeczy, których przełożeni im zakazują: szkoła uległości i odrzucenia samodzielnego myślenia, za którą wszyscy rządzący – a tyrani w szczególności – dziękują i z której robią użytek.

Lubię czytać Caparrósa, lubię jego point of view, wracam do jego książek wielokrotnie, choć niekiedy drażnią mnie przekłamania i przemilczenia, których – jak zgaduję – dopuszcza się z racji swoich przekonań i preferencji. W powyższym cytacie, wskazując winowajcę naszego zniewolenia, używa określenia „kościół rzymski”, chociaż – gdyby istotnie był bezstronny, za jakiego pragnie uchodzić – powinien był zastąpić go innym, znacznie bardziej adekwatnym słowem, czyli słowem religia. Przygotowanie do wiary w rzeczy niemożliwe jest charakterystyczne nie tylko dla kościoła rzymskiego, lecz dla każdej religii. Credo, quia absurdum – wierzę, bo to jest niedorzeczność, jak to wyraził Tertulian, jest znamienną cechą każdej religii. Wszystkie religie zapewniają nas, że nie musimy rozumieć, że nie jest to warunek sine qua non naszego zbawienia. Mamy być tylko posłuszni. Tylko posłuszni dostąpią zbawienia.

Czarna Anne Boleyn

Film Anne Boleyn z Jodie Turner-Smith. Podstawowym warunkiem dobrej opowieści jest jej prawdopodobieństwo, czyli to coś, co pozwala nam potraktować tę opowieść poważnie, co pozwala nam w nią uwierzyć. Tymczasem Anne Boleyn w wykonaniu Jodie Turner-Smith tego warunku nie spełnia: obraz przedstawiający czarnych arystokratów, a już zwłaszcza czarnej królowej w XVI wiecznej Anglii, jest równie nieprawdopodobny jak delegacja rabinów w 1944 roku na urodzinowym przyjęciu u Hitlera w Berghof. Nie da się w to uwierzyć, a więc i nie da się tego filmu potraktować poważnie.

Być modnym

Bycie modnym jest postawą par excellence konformistyczną. Każdy kto dąży do tego, by być modnym dąży w istocie do tego, by upodobnić się do innych. Nie można być modnym na swój sposób. Na swój sposób można być co wyżej oryginalnym. Nie nosimy rzeczy modnych, by odróżnić się, lecz przeciwnie – by upodobnić się, by nie odbiegać od obowiązującego wzorca, aby potwierdzić, że znamy i respektujemy reguły gry. Być modnym jest wyrazem lojalności i podporządkowania.

Nieodkryte

Nauka nie wymyśla żadnych nowych praw. Nauka odkrywa jedynie to, co w świecie istnieje, co zawsze w nim istniało, a czego wcześniej, z różnych powodów, nie mogliśmy dojrzeć. Ani Archimedes ani Pascal nie wymyślili nowych praw – ujawnili jedynie ich istnienie. Naukowcy zajmują się tym samym co Kolumb czy Magellan – i Ameryka i Cieśnina Patagońska istniały zanim oni je odnaleźli. Naukowcy są odkrywcami, a my – mówiąc czy myśląc o tym – mylimy nieodkryte z nieistniejącym.

Wyspa gorzkich cytryn

Cypr. Po raz pierwszy na tej pięknej, lecz tragicznie rozdartej wyspie L. Durrella. Limassol zaskakuje. Sprawia wrażenie większego niż w istocie jest, na przymorzu kilka architektonicznych perełek, których nie powstydziłaby się żadna metropolia, a miasto ma przecież zaledwie ponad sto tysięcy mieszkańców. I odwieczny chaos co krok, nieporządek, orientalny bałagan, rozgardiasz, place budów przypominające śmietniska. To samo, co tak wiele razy oglądałem w Grecji. Kraje Południa nie przywiązują zbyt wiele wagi do porządku, porządek nie jest tam priorytetem, lejący się na głowę skwar nakazuje raczej szukać cienia niż naprawiać dziurę w płocie, nie ma czasu na bagatele, ciepło obezwładnia i rozkłada. Porządek i ład to domena chłodu. Widać to na Północy. Tam miasta i wsie są tak czyste i wymiecione, jakby każdego ranka sprzątał w nich huragan.  

Pytanie o los

Każdy, prędzej czy później, pyta o swoje życie i o to, czy nie mogło być inne. To demokratyczne pytanie i dotyczy wszystkich, zarówno zadowolonych z życia jak i niezadowolonych, zarówno tych, którym się powiodło, jak i pokonanych przez przeciwności. Nasz los, obojętnie dobry czy zły, zawsze odczuwamy jako nieuchronność, jak wyrok, przeznaczenie. Przeżyłem moje życie dokonując określonych wyborów i to one zdecydowały o jego kształcie. Gdybym dokonał był innych wyborów, zapewne przybrałoby inny kształt, ale i ten również byłby tylko jednym z nieskończenie wielu możliwych wariantów i odczuwałbym to tak samo, zapewne tak samo stawiając sobie pytanie o inny los, o inną miseczkę mleka. Każdy wybór jest odrzuceniem innego wyboru i każdy wybór, choćby w danym momencie najlepszy, skazuje nas na coś, co będziemy odbierać jako fatum, ananke. Najtragiczniejszym momentem naszego istnienia jest świadomość wyboru, ale żyć znaczy wybierać, nieustannie wybierać, a więc mylić się, a więc błądzić, a więc i zawsze podważać swoje życie.  

Elektryczność i bieda

Elektryczność nie jest już przywilejem jedynie bogatych społeczeństw. Stała się dostępna niemal dla wszystkich, ale w wielu krajach, zwłaszcza krajach południa, gęsta siatka wiszących w powietrzu kabli, które niczym pajęczyna pokrywają ulice, dachy domów i niemal zakrywają niebo nad nimi podpowiada, że społeczeństwa te wciąż jeszcze nie są dostatecznie bogate, by elektryczność schować. W krajach bogatych elektryczności nie widać, nie oplątuje domów, nie szpeci krajobrazu, jest schowana, nie rzuca się w oczy. Prawdziwe bogactwo jest dyskretne. Biedy nie stać na dyskrecję. Może być, co wyżej, skromna.