Sàndor Màrai

„Dziennik” Sàndora Màrai. Drugi tom, lata 1949-1956. O bogowie! gdybyśmy mieli choć jednego pisarza tej klasy w naszej literaturze i choć jednego człowieka tej klasy. Ale nie mieliśmy. Dzienniki Gombrowicza trudno czytać bez zażenowania, Iwaszkiewicz jest zbydlęcony i żałosny, Dąbrowska to czysty kabaret, inni, szkoda słów. Może jedynie Herling Grudziński, jego „Dziennik pisany nocą”, wyważony i mądry, ale ile w nim jest samego autora? W polskiej literaturze nie ma ani jednego człowieka tej miary, co Màrai.

Czy jestem bogiem

„Kto ci dał prawo osądzać? Czy jesteś może Bogiem?” – pytania, które w pewnej dyskusji postawiła mi D. Otóż, moja miła, mam prawo osądzać nie dlatego, że jestem Bogiem, lecz dlatego właśnie, że nim nie jestem. Bogów nie ma. Natomiast człowiek posiada boski przywilej rozróżniania dobra i zła, piękna i brzydoty, boski przywilej odpowiedzialności za swoje życie. Ten, kto nie ma prawa osądzać, nie stanowi o swoim życiu.

Nasze życie

Niekształtność naszego życia. W kiepskich powieściach losy bohaterów zdążają najprostszą drogą do wyznaczonego celu, każde kolejne zdarzenie jest logicznym paciorkiem różańca ich egzystencji. Losy powieściowych bohaterów posiadają dzięki temu walor estetyczny, którego brakuje w realnym życiu. Prawdziwe życie, twoje czy moje, zawsze będzie miało niewyraźne kontury, a jego cel – poza śmiercią, jeżeli uznać ją za cel – nigdy nie jest ani dany ani jasny ani oczywisty. Co bowiem stanowi o naszym życiu? Co je określa? Czy to, co zdarzyło się w nim? A może to, co nie wydarzyło się nigdy? To, czym byliśmy czy to, czym chcieliśmy być? Natężenie przeżyć? Intensywność myśli i uczuć? Nasze życie – jak kręgi na wodzie – biegnie we wszystkie strony, składa się jak rafa koralowa z milionów drobnych korali. Linearność jest złudzeniem. Dlatego też nasze życie wydaje nam się przypadkowe, niekształtne i nieestetyczne.

Kolumb i inni

Po północy. Widzę moją dłoń sięgającą po kieliszek z czerwonym winem. Czytam dzienniki S. Màrai. Jego uwagi o Kolumbie. Kolumb nie wymyślił Ameryki. Ameryka istniała zanim on ją odkrył. I tak samo jest z naszym życiem. Nie istnieje, mimo tego, że istnieje. Przeżywamy nasze życie, ale żeby naprawdę zaistniało, żeby stało się realne dla nas samych, ktoś musi je odkryć, ktoś musi ukazać nam całe jego bogactwo. Takim kimś jest Pisarz. Każdy dobry pisarz. W tym sensie każdy dobry pisarz jest Kolumbem, bowiem odkrywa nam nasze własne życie, urealnia je, pozwala, by zaistniało. Reszta zależy już od nas … I to też jest sprawiedliwe.

Duma

Duma. Jest duma narodowa. Duma neurotyczna – stan nerwicowy, w którym poczucie dumy jest nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do rzeczywistych osiągnięć. I jest słynna duma męska, bodaj najbardziej egalitarna, bowiem występuje niezależnie od pozycji społecznej, wykształcenia, poziomu intelektualnego i tym podobnych, „rasistowskich” ograniczeń. Duma męska jest bezapelacyjnie wspólną własnością wszystkich przedstawicieli tego gatunku, królów i żebraków, silnych i słabych, księgowych i morderców, odważnych oraz tchórzy, złodziei i kardynałów, takich, którzy nigdy tego słowa nie słyszeli oraz takich, którzy nie mają najmniejszego pojęcia, co ono może znaczyć. Duma męska jest międzynarodowa. Nie ma granic. Nie ma ani początku ani końca. Jest najbardziej rozpowszechnionym wirusem na naszym globie, wirusem znacznie groźniejszym niż wirus HIV. I nie ma na nią żadnego lekarstwa. Nigdy nie było. Prawdopodobnie nigdy nie zostanie wynalezione.

W naszym języku nie ma określenia „kobieca duma”, co absolutnie nie znaczy, że kobiety nie zapadają na dumę, że są wolne od tej podstępnej i niszczycielskiej choroby. Przeciwnie, zapadają, możliwe, że równie często jak mężczyźni, ale z całą pewnością zapadają mniej spektakularnie, mniej teatralnie i mniej społecznie. Duma kobiet nie jest tak epicka jak duma mężczyzn, nie wymaga ani olbrzymiej sceny ani operetkowych dekoracji. Duma kobiet ma charakter szalenie prywatny, niemal intymny, nie demaskuje się tak łatwo i lekkomyślnie i najchętniej podszywa się pod inne uczucia – woli nazywać się zawodem, rozczarowaniem, smutkiem, przykrością lub potrzebą samotności. Nosi wiele imion. Nigdy nie bywa tak nachalnie i prymitywnie jednoznaczna czy próżna jak duma mężczyzn. Duma kobiet jest subtelna, posiada wiele odcieni, jest wstydliwa i rumieni się, gdy ją nazwać po imieniu. Ale zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku duma, ten starannie skrywany, bezgraniczny i niepohamowany zachwyt nad sobą, przynosi tak samo wyniszczające efekty. Nic nie dzieli ludzi tak bardzo jak duma. To ona nie pozwala nam skupić się na niczym poza naszym napęczniałym ,,ja”, tylko i wyłącznie naszą racją, i sprawia, że stajemy się ślepi i głusi. Duma zabija. Nie tylko zabija innych. Zabija również nas.

 

Carlos Fuentes

Carlos Fuentes „Pogrzebane zwierciadło”: Druga Wojna Światowa do tego stopnia pomogła Ameryce Łacińskiej wyjść z kryzysu stymulując wzrost cen miedzi, cyny, kauczuku, mięsa, wełny i sizalu, że wielu indiańskich wieśniaków na kolanach szło do kościoła z błaganiem, by nie skończyła się nigdy.

Zdanie szewca

Anegdota głosi, że najsłynniejszy malarz greckiej starożytności, Apelles z Kolofontu, przykładał tak ogromne znaczenie do precyzji szczegółu, że pewnego razu poprawił na swoim obrazie but pod wpływem fachowych uwag szewca. Gdy jednak ów szewc, bardzo zachęcony takim obrotem spraw, zaczął także krytykować udo namalowanej postaci, Apelles miał powiedzieć: Niech szewc nie osądza powyżej obuwia.

Dzisiejszy Apelles nie ma już odwagi, by skarcić szewca. Przeciwnie – stara się odgadnąć upodobania szewca.

Jan Kott

Osobiście upadek Rzymu nigdy nie budził we mnie żalu, uczucie bezsilnej rozpaczy budziła we mnie zagłada Troi, ”która wiecznie płonie”. Cywilizacja do której przynależymy, zbudowana została i przez ludy, które Rzymianie nazywali barbarzyńcami – pisze w eseju „Listy Kassandry z ziemi berneńskiej” Jan Kott.

Dość pospolity przykład polskiego pozerstwa. „Uczucie bezsilnej rozpaczy” ogarnia Kotta na myśl o zagładzie Troi, pewnego małego azjatyckiego miasteczka, wyśnionego przez ślepego poetę, a upadek Rzymu jest mu całkowicie obojętny, chociaż Kott żył w świecie, w którym niemal wszystko – od ustawodawstwa poczynając i na planowaniu miast kończąc – było rzymskim dziedzictwem. Troja jest poezją, więc stajemy po jej stronie dyskretnie zapominając, że barbarzyńcy nie budowali cywilizacji z niczego i rzadko z tego, co porzucili, gdy od barbarzyństwa przeszli do cywilizacji.

Wolę słowa Marquerite Yourcenar z „Pamiętników Hadriana”: Rzym będzie trwał wiecznie w najmniejszej mieścinie, gdzie urzędnicy bedą się starali sprawdzać wagę kupców, czyścić i oświetlać ulice, przeciwstawiać się bałaganowi, niedbalstwu, zastraszeniu, niesprawiedliwości, dawać nową i rozumną wykładnię praw. Rzym zginie dopiero razem z ostatnim ludzkim osiedlem.

Psychiczna elektronika

Zawsze marzymy, by człowiek, którego kochamy był równie prosty w obsłudze jak pierwsze pralki, by nie obciążała go żadna zbyteczna i skomplikowana „elektronika psychiczna” – i zawsze mamy mu to za złe.

Materiał na poduszki

Podobno w starożytnej Persji sędziowie często prowadzili sprawy siedząc na poduszkach obciągniętych skórą zdartą z ich niesprawiedliwych lub przekupnych poprzedników. Szkoda, że to tylko anegdota, bo jest to najodpowiedniejszy materiał na poduszki dla sędziów.

Miasto cd

Sprzedawca ze sklepiku z tytoniem miał rację. Mój hotel nie zdążył umknąć zbyt daleko. Znalazłem go bez trudu, chociaż teraz, obrócony o jakieś dwadzieścia, może trzydzieści stopni, wyglądał z tego kąta nieco inaczej i niewiele brakowało, a byłbym go przeoczył. Inna sprawa, że hotelowy budynek, poza nieznośnie koślawym neonem na dachu, którego litery wydają się imitować chińskie pismo trawiaste, niewiele różnił się od pozostałych domów na tej ulicy. Ale przyznaję, że ucieszył mnie jego widok, a jego pokraczna bryłowatość prawie mnie rozczuliła. Odczułem coś w rodzaju dumy i ulgi jednocześnie, trochę jak ktoś, kto odważył się dokonać czegoś, o czym już myślał, że jest to niewykonalne i niemożliwe. Było to tym przyjemniejsze, że wcześniej, w momencie, gdy odkryłem, że hotel zniknął, znajdowałem się, co tu ukrywać, na skraju paniki. Pierwsze kroki w hotelu skierowałem więc w stronę baru i zażyczyłem sobie zasłużonej premii w postaci podwójnego bourbona. Smakował jak nigdy, smakował wyśmienicie. Sącząc go powoli pomyślałem, że w recepcji na pewno znajdę jakąś instrukcję, może jakiś folder opisujący te metamorfozy, coś, co przybyszom z innych stron pomaga w nawigacji po tym dziwnym mieście. Nie myliłem się. Recepcjonista, gibki i sprężysty niczym komandos z Delta Force, pachniał tanią, sportową wodą kolońską, ale był elokwentny i usłużny. Tak, naturalnie, mają, choć pożytek z tego prawie żaden – może jedynie numer telefonu pod który należy dzwonić w razie kłopotów, by specjalna służba hotelowa mogła do ciebie dotrzeć i bezpiecznie dostarczyć na powrót do hotelu. Oczywiście, pod warunkiem, że zdołają odszukać delikwenta, co nie zawsze jest proste, bowiem niektórzy ludzie, przestraszeni i zdezorientowani, opisują swoje aktualne położenie tak nieprecyzyjnie czy zgoła błędnie, że odnalezienie ich zabiera dosłownie całą wieczność. Poza tym nie ma nic godnego uwagi w tym informatorze i chyba być nie może, bo właściwie nikt do końca nie zna tego fenomenu, nikt nie zdołał sensownie wyjaśnić na czym on polega, czy rządzi się jakąś zasadą, czy jest w tym wszystkim jakiś wspólny mianownik, czy jest to zjawisko czysto fizyczne czy może tylko rodzaj naszych rojeń, skoro od dawna już wiadomo, że każdy z nas nieco inaczej postrzega i odbiera te przemiany. Wiemy tylko, że wszyscy musimy nauczyć się żyć z tym na własny sposób, popełniając swoje własne błędy, czyniąc swoje własne odkrycia, padając, potykając się, klucząc i każdego dnia zaczynając wciąż od nowa. Nie, nie ma żadnego vademecum miasta, żadnego bedekera, żadnych map i niewiele pożytecznych wskazówek, chociaż niemal na każdym rogu ulicy można ujrzeć szyld reklamujący usługi jakiegoś znachora od miasta, jakiegoś miejskiego terapeuty czy innego astrologa. I ludzie nabierają się na to i potem dalej nie wiedzą, jak w tym mieście żyć.

– Ja, na przykład – powiedział – prawie nigdy nie mam z tym problemu. Natychmiast czuję, co się zmieniło, zaraz wiem, czy to drobna czy wielka zmiana, odbieram rozbieżności ledwo zauważalne gołym okiem, jakieś drzewo, które nie stoi w tym miejscu w którym stało, jakiś pomnik czy rzeźbę, które nieoczekiwanie pojawiają się na innym skwerze, to, co ludzie zwykle mijają obojętnie. Nie wiem, skąd to mam. Intuicja, instynkt, jakkolwiek to nazwać, ale mylę się bardzo rzadko, prawie nigdy, no, może czasem jakiś drobny lapsus, też spowodowany przez chwilowe roztargnienie czy nieuwagę, ale poza tym poruszam się po mieście bez najmniejszych kłopotów, prawie jak po sznurku. Moja dziewczyna twierdzi, że wyczuwam miasto, że mam taki specjalny dar, że jestem jednym z tych, którzy są niczym stworzeni, by tu przebywać, choć ja, w przeciwieństwie do niej, nie jestem miejscowy i trafiłem tu całkiem przypadkiem. Nie wszyscy jednak mają tak lekko. Są ludzie, którzy urodzili się w mieście albo mieszkają tu od dziesiątków lat, a mimo tego nie czują miasta, nie umieją go czytać, gubią się, popełniają błędy, błądzą każdego dnia, a każdą przemianę traktują jak katastrofę. Miasto, to zmieniające się wciąż, cudowne i kapryśne miasto jest dla nich jak zesłanie, banicja i niczym niezasłużone cierpienie. Wielu, bardzo wielu opuszcza miasto z własnej woli, nie wytrzymują, nie dają rady, rezygnują i poddają się. Inni, mniej odważni, pozostają, ale męczą się przez całe życie, każdego dnia przeklinając swoją niepewną egzystencję i każdego dnia na nowo poszukując drogi do domu.

Młodość

Młodość i naturalność uznajemy niemal za synonimy. Nieporozumienie. Młodość to gra, poszukiwanie formy, nieustanna stylizacja – naturalna jest w niej jedynie naiwność. Do naturalności dorasta się, co nie znaczy, że wszyscy dorastają. Nawet tego bowiem nie dostajemy za darmo.

Dziennik Hena

Biblioteka w Malmö jest imponująca, chociaż polskie półki w niej raczej nie należą do najdłuższych. Nowości pojawiają się bardzo rzadko, regały obciąża wszelkiego rodzaju kołowacizna, kryminały, harlekiny, romanse i nowatorskie powieści o bardzo ważnych problemach współczesnych, czyli o niczym. Wybrałem „Dziennik na nowy wiek” Józefa Hena. Nazwisko nie jest mi obce, natomiast nie znam jego twórczości, przed wiekami próbowałem czytać coś z jego rzeczy i najwyraźniej nie zachwycił mnie wtedy, bo nigdy nie zostaliśmy „przyjaciółmi” na całe życie. Teraz przeglądam jego dziennik i zaczynam podejrzewać, że przeoczyłem jakiegoś geniusza w naszej rodzimej literaturze, kogoś miary choćby Gombrowicza, Miłosza czy Watta, kogoś, kogo twórczości nie można było nie znać, ale mnie, niestety, jakoś się to udało. Tym razem więc Hen mnie zachwycił, choć pewnie nie całkiem tak, jak mógłby sobie tego życzyć.

Przeczytałem wiele dzienników, pamiętników i zapisków, ale nie przypominam sobie, by autor któregoś z nich był aż tak bezbrzeżnie życzliwy wobec samego siebie i swojej twórczości jak Hen. W tej dziedzinie Hen wydaje się być bezkonkurencyjny, bezwstydnie bezkonkurencyjny. Nie ma takiego komplementu, który pominie albo o którym nie wspomni. Podziękowania od bratanka Boya, życzenia od Ludwika Stommy, sumienne sprawozdania z przyjęcia w Pałacu Prezydenckim, prezydent (w domyśle: Kwaśniewski) ściskający jego dłoń, niemal błagający o autograf, jakiś ambasador, który zachwyca się nim i chwali, młode kobiety, które podziwiają go i kuszą, Amos jest nim oczarowany, Herling-Grudziński informuje go, że był „jedynym polskim pisarzem o którym Hłasko mówił dobrze”, ale on sam nie ma zbyt wysokiego mniemania o Grudzińskim, ot, „Literat na solidnym poziomie. Z ubogą wyobraźnią. Monotonną stylistyką”. Lem pisze o nim pochlebnie, jakaś Zosia komplementuje go za słowa o George Sand („kiedy się czyta, ma się wrażenie, że wszystko ci samo z pióra spływa”), wszyscy błagają go o egzemplarze jego książek, a on obdarowuje nawet tymi, które wydano ostatnio przed 25 laty, Pilch mówi o jego wybitnych książkach, „Pilch świetny, ja też podobno dobry”, a jakże, w sąsiednim apartamencie jakiegoś hotelu Mieczysław Rakowski, co Hen odnotowuje skrzętnie i nie bez dumy, pomyśleć tylko, sam Mieczysław Rakowski, a biskup Życiński cytuje go często i czyta częściej niż pismo święte, Szymon Peres z wizytą w Warszawie, a więc dzwonią z ambasady, czy aby na pewno otrzymał zaproszenie na spotkanie, i ta kartka od Wiesławy Szymborskiej i komplementy od Jaruzelskiego, który – a jakże! – zna, czyta, entuzjazm, „Dziękuję panu za Boya”, i kolacja urodzinowa w Pałacu Prezydenckim, zaszczyty więc, medale, przyjęcia, nieustanne spotkania z czytelnikami i wszystkie doskonale udane, widownia zachwycona, tłumy ludzi, autografy, kwiaty, nagrody, „przy stole siedziałem po prawej ręce pani prezydentowej, która nakładała mi na talerz kąski z półmiska, po jej lewej siedział mąż”, a w notatce o śmierci A. Szczypiorskiego uwagi o tym jak to Szczypiorski wygłosił laudację z okazji przyznania „mi nagrody ZAiKS-u za Błazna” i jakim to ten Szczypiorski był kiepskim pisarzem, „pławiącym się w słowach”.

W „Dzienniku na nowy wiek” megalomania, pretensjonalność i kokieteria wymieszały się w koktajl, którego nie sposób wypić nie krztusząc się od śmiechu i rozbawienia, ale również i z zażenowania. Hen wdzięczy się przed czytelnikiem, wdzięczy się przed sobą, wdzięczy się przed osobami o których pisze. Nawet wówczas, gdy chce nam wmówić, że jest skromny. A może zwłaszcza wówczas. Wymóg skromności jest wpisany w polskie normy grzecznościowe, to prawda, ale u Hena jest to bez wyjątku skromność fałszywa, bardzo minoderyjna. Pisze: „Na Hożej, w Klubie Katedry Metod Matematycznych Fizyki, trudno dostępnym, na piątym piętrze, sami profesorowie, jest ich około dwudziestu – ja, nieuk, jako ich gość, mam mówić o królu i problemach historycznych, przy herbatce, którą parzą adiunkci”. On nieuk, sami profesorowie, adiunkci parzą mu herbatę. „Traktowanie mnie jako partnera Montaigne, a i Boya jest oczywiście bardzo pochlebne, ale uważam się tylko za pokornego sługę tych dwóch mędrców”. Suplikacja, w psychologicznym tego słowa znaczeniu, jako jedna z technik autoprezentacji, a pospolicie tzw. udawanie głupka, robienie z siebie kogoś słabego, nieporadnego i niezbyt rozgarniętego, jest stałą metodą Hena. Niemal w co drugim zdaniu „Dzienników” udaje głupka i jest to maniera tak nieznośna, że zaczynamy podejrzewać, iż kryje się za tym coś całkiem innego, mianowicie, jego prywatna i żałosna „technika istnienia”. Skromność w wydaniu Hena przypomina „skromność” innej gwiazdy naszej literatury, przeraźliwie nudnej i topornej pisarki M. Dąbrowskiej. Krytyk Wiesław Szymański wspomina, że w roku 1938 podczas spotkania autorskiego gdzieś na prowincji Dąbrowska wyznała skromnie: „… mówiłam o cieniu wielkiego geniusza narodu polskiego Mickiewiczu, i jego niespełnionym marzeniu, by jego księgi zbłądziły pod strzechy, i o tym, że to właśnie spotyka tak skromnego i małego pisarza jak ja”. Hen jest „skromny” w równie „skromny” sposób.

Ale komplementy, komplementy nade wszystko. Hen nigdy nie ma dość komplementów. Bylejakich i nijakich, wszystkich i każdego, i nie zapomni odnotować nawet tego, że ktoś nazwał go „przemiłym człowiekiem”. Hen łapczywie zlizuje wszystkie komplementy, gdzie tylko może, łowi je niczym motyle, oprawia i uwiecznia, jego literackie gabloty są ich pełne. Jakaś urocza pani go komplementuje, i zauroczony czytelnik, Konwicki go całuje, „szczuplutka i zapłoniona” składa mu hołd, podziwia go Stefania, Michnik, Szymborska, i Marysia Brandysowa, i ktoś z Paryża, i Amsterdamu, i kaczor Donald, znani i nieznani, gwiazdy polskiego filmu, i pewna kelnerka – oczywiście, młoda i olśniewająco piękna – z dworcowej knajpy w jakimś pcimiu. I śmieszność, śmieszność podstarzałego, czy całkiem starego, prowincjonalnego donżuana, który zauważa wszystko, co tylko nosi spódnicę, niezależnie od tego, czy będzie to miało miejsce w pociągu, na ulicy, w kawiarni czy w korytarzu jakiegoś urzędu, bo przecież wszystkie te wyjątkowe „zjawiska” natychmiast go rozpoznają, komplementują, wysyłają dyskretne, acz czytelne znaki i uwodzą ….

Parafrazując pewną znaną myśl należałoby powiedzieć, że zasługą jednych jest to, że piszą dzienniki, a zasługą innych byłoby, gdyby nie pisali ich wcale.

Jakość

Nie, nie jesteśmy bezbronni. Jakość jest najskuteczniejszym przeciwnikiem wszelkiego rodzaju umasowienia. Społecznie oznacza to wyrzeczenie się próżnej pogoni za karierą, zerwanie ze wszelkim kultem gwiazd i gwiazdeczek, brak uprzedzeń, kult życia prywatnego. Kulturowo poczucie jakości musi prowadzić do odrzucenia gazet i telewizji, powrót do książek, odejście od pośpiechu do ciszy i spokoju, od rozproszenia do skupienia, od sentencji do namysłu i refleksji, od braku miary do poczucia miary, od próżnej wirtuozerii do prawdziwej sztuki.

Bezmyślność

Według A. Schweitzera drugą naturą człowieka nowoczesnego stała się bezmyślność. Człowiek czuwa nad tym, aby jego myśli i mowa nie wyszły poza ramy ogólnikowych uwag. Bezmyślność ta wynika z tego, że człowiek roztapia się w zbiorowości, jest niesamodzielny, zachowuje się niczym pozbawiona elastyczności piłka, zatrzymująca ślad każdego nacisku. Tę niesamodzielność, przesadną podatność na wpływy odczuwa jako swoje osiągnięcie. Rezygnując z niezależności myślenia człowiek utracił wiarę w prawdę. Zrezygnował również z własnego osądu moralnego. No cóż, wiemy już od dawna, że nadmierna organizacja życia publicznego zawsze prowadzi do organizowania bezmyślności.

To, co nieważne

D. Jarosz „Polacy a stalinizm 1948-1956” (Warszawa 2000):  Wg. NIK zarobki literatów polskich w 1958 r. wynosiły brutto w skali roku (miesięcznie):
J. Iwaszkiewicz – 421 175 (35 098),
Ewa Szelburg-Zarębina – 220 149 (18 345),
J. Minkiewicz – 261 381 (21 781),
spadkobiercy J. Tuwima – 638 673 (53 222),
J. Przyboś – 50 520 (4 210),
A. Rudnicki – 35 499 (2 958),
R. Bratny – 155 279 (12 939),
K. Brandys – 26 890 (2 241),
A. Braun – 42 692 (3 557),
L. Tyrmand – 30 500 (2 541),
J. Brzechwa – 107 773 (8 981),
A.Ważyk – 63 336 (5 278),
spadkobiercy K. I. Gałczyńskiego – 243 085 (20 257),
spadkobiercy T. Boya-Żeleńskiego – 391 263 (32 605)
Wykaz objął dochody z wydawnictw, radia i TV, filmu, imprez estradowych i rozrywkowych. Nie obejmował dochodów z prasy oraz zatrudnienia na uczelniach, a średnia płaca w 1958 r. wynosiła  1600 -1700 zł. miesięcznie.

Sebastian Kurz

Sebastian Kurz, austriacki minister spraw zagranicznych, w wywiadzie dla Suddeutsche Zeitung:  W 2015 roku niektóre media próbowały kreować obraz całkowicie sprzeczny z rzeczywistością. Przekonywano, że wśród uchodźców znajdują się kobiety i dzieci. W rzeczywistości napłynęli głównie młodzi, samotni mężczyźni. Opublikowano absurdalne badania, jakoby gospodarka krajów europejskich rozpaczliwie potrzebowała nowych rąk do pracy i uchodźcy mogli natychmiast wypełnić tę lukę. Przekonywano nawet, że do Europy przybywają wysoko wykwalifikowani specjaliści z dyplomami wyższych uczelni, co także okazało się nieprawdą. Po pięciu latach intensywnej integracji jedna trzecia do połowy uchodźców znajdzie pracę. Druga połowa nadal nie będzie pracować, a wielu z nich przez całe życie będzie żyło na koszt podatników.

/ …  / Czas najwyższy skończyć z podziałami na dobrych i złych, pouczaniem i umoralnianiem. Polityka uchodźcza narzucona przez Niemcy oraz wielu austriackich i szwedzkich polityków okazała się całkowicie błędna i niezgodna z prawem europejskim.

Samuel Huntington

Samuel Huntington mówił o zasadniczej nieprzekładalności kultur. Cywilizacje nie mogą nawiązać między sobą dialogu, bowiem posługują się różnymi językami. To, co dla nas jest oczywistością, jak idee demokracji czy choćby prawa człowieka, może wcale nie być akceptowane w innej kulturze. Kultury są dla siebie nieprzezroczyste, wzajemnie nieczytelne.

Zaczynam podejrzewać, że rządzą nami analfabeci albo zdrajcy.

Theodor Adorno

Theodor Adorno : „Amerykę można rzucić na kolana, wykorzystując radio i telewizję do promowania kultury pesymizmu i rozpaczy. Trudność polega właśnie na stworzeniu takiej formy sztuki, w taki sposób, aby było możliwym, z czystym sumieniem, stwierdzenie, że jest to wyższa forma sztuki. Dialektycznie rzecz ujmując, trzeba będzie tworzyć kicz, by tym samym zbliżyć się do mas, by potem jednak go pokonać. Dzisiaj jedynie film może podjąć to zadanie; przynajmniej jest to zadanie, które leży w zasięgu urzeczywistnienia”.

Zygmunt Padlewski

Fragment listu pożegnalnego, który napisał do rodziny Zygmunt Padlewski, członek Komitetu Centralnego Narodowego, jeden z głównych inicjatorów wybuchu Powstania Styczniowego, rozstrzelany przez Rosjan 15 maja 1863 roku o godzinie 5 rano: „Dnia 15 maja 1863 r., godzina 2 i pół w nocy. W tej chwili dowiaduję się, że dziś mam dokończyć żywot ziemski. Strasznie poważna to chwila, więc nie dziwcie się, że niewiele w niej na napisanie czasu stracę, by tę godzinę, jaka mi zostaje, z Bogiem przepędzić …”.

Nigdy nie zrozumiem, dlaczego postanowił „z Bogiem przepędzić” tę godzinę, skoro i tak wybierał się na tamtą stronę, gdzie będzie mógł z bogiem „przepędzać” całą cholerną wieczność, zamiast „przepędzić” ten czas, czyli ostatnie swoje chwile tu, na Ziemi, raczej z tymi, których pozostawiał po tej stronie życia.

Serotonina

Podobno odpowiedni poziom serotoniny w mózgu daje poczucie szczęścia. Ostatnie badania potwierdzają, że poziom serotoniny we krwi ludzi zakochanych i poziom serotoniny we krwi ludzi umysłowo chorych jest dokładnie taki sam. I co z tego wynika?Czy to, że ludzie zakochani są umysłowo chorzy czy może, że ludzie umysłowo chorzy są szczęśliwi jak zakochani?

Sàndor Màrai

Sàndor Màrai: „Możliwe, że dla wielu ludzi w homoseksualizmie pociągające jest to, że nie wiąże się z wiekiem. Nie trzeba do niego być pięknym, pociągającym, szczupłym. To coś takiego, jak golf, można się temu oddać w każdym wieku”. (Dziennik 1949-1956)

Potop Szwedzki

Jura Krakowsko-Częstochowska, Szlak Orlich Gniazd, moja wczesna fascynacja. Kiedyś kilkakrotnie pokonaliśmy ten szlak pieszo – Olsztyn, Bobolice, Mirow, Ogrodzieniec, Smoleń, Pilica. Bardzo ciekawa prezentacja na internetowych stronach. Przeglądam z zainteresowaniem. Tym, co rzuca się w oczy jest adnotacja uzupełniająca niemal każdą fotografię: „zniszczony przez wojska szwedzkie w czasie „potopu”. Na wiekszości polskich zabytków z tamtej epoki widnieje identyczna adnotacja.

Potop Szwedzki. Karol X Gustaw, następca królowej Krystyny, obejmując po niej tron zastał skarbiec, który w pełnym tego słowa znaczeniu świecił pustkami. Jednocześnie, po zakończeniu wojny trzydziestoletniej, Szwecja miała najliczniejszą i bodaj najlepszą armię w Europie. Odesłanie tych nieopłacanych i sfrustrowanych żołnierzy do domów mogło łatwo doprowadzić do buntow i zamieszek. Karol X Gustaw posłał więc swoje hordy tam, gdzie mogli zdobyć łupy. Wybrał trafnie, bo wybrał  Polskę, w tamtym okresie wystarczająco bogatą i wystarczająco słabą militarnie.

Najazd skandynawskich mongołów i pięcioletnia okupacja przyniosły niewyobrażalne straty. Zniszczeniu uległy setki miast i wsi, zamków, kościołów i pałaców, browary i młyny.  Szwedzka agresja pociągnęła za sobą śmierć ponad 4 milionów mieszkańców Polski, czyli 40% populacji (liczącej według encyklopedii PWN 11 milionów ludzi). Szwedzi grabili i palili, wysadzali w powietrze, niszczyli, stosowali taktykę spalonej ziemi. Do Szwecji wysyłano wszystko, co dało się zrabować: dzieła sztuki, rzeźby, broń, kosztowności, księgi, dokumenty, ale też ubrania, nawet fontanny ogrodowe. Szwedzkie żołdactwo, tratując pola uprawne ze skutecznością szarańczy, przyczyniło się też do klęski głodu. Niezliczona ilość zabytków sztuki i kultury została zdewastowana lub wywieziona z Rzeczypospolitej, łącznie z relikwiami św. Stanisława. Zdaniem wielu historyków straty, które Polska poniosła podczas szwedzkiego „potopu”, proporcjonalnie przewyższały straty z II wojny światowej.

Z zagrabionych przez Szwedów dóbr do kraju nie powróciło prawie nic. Zwykle uważamy, że największych zniszczeń Polska doznała podczas II wojny światowej, ale niewiele zdaje się jest prawdy w tym obiegowym przekonaniu. To dzisiejsi orędownicy pokoju, homoseksualizmu, liberalizmu i miłości między narodami i rasami, czyli Szwedzi splądrowali nasz kraj w XVII wieku tak skutecznie jak nikt przedtem ani potem. W szwedzkich zbiorach królewskich, ale i państwowych oraz prywatnych znajdują się tysiące zrabowanych w Polsce przedmiotów, poczynając od paradnej zbroi króla Zygmunta Augusta, przez framugi i okna wyrwane ze ścian polskich zamków i pałaców, obrazy, meble, marmury, tkaniny, książki i rekopisy, aż po suknie i bieliznę polskich pokojówek – Szwedzi, tylko po obrabowaniu zamku Lubomirskich w Wiśniczu, wywieźli zdobycz na 150 wozach.

Trzeba sprawiedliwie przyznać, że Szwecja, choć nigdy nie wywiązała się z postanowień pokoju w Oliwie i nigdy nie zwróciła zagrabionych dzieł sztuki czy biblioteki królewskiej, stara się dzielnie zrekompensować nasze straty w sobie tylko właściwe sposoby: w listopadzie 2013 ambasador Szwecji złożył kwiaty na konstrukcji spalonej homo tęczy na placu Zbawiciela, w czerwcu 2013 oficjalnie poparł Paradę Równości w Warszawie, a bezstronna, neutralna szwedzka prasa pisze o Polsce tylko wówczas, gdy nie ma powodu, by pisać o Polsce dobrze. I tylko wówczas. No cóż, vae victis, jak mawiano w tamtych starych, „przedpotopowych” czasach.

Domy

Domy w tej dzielnicy sprawiały wrażenie lękliwych i spłoszonych.  Nie rozpierały się, jak  dumne i wyniosłe domy z pobliskiego Zagórza, których ogromne brzuszyska nie tylko anektowały bajecznie wielkie ogrody, ale – jakby i to im nie wystarczało – wylewały się na chodniki, zamieniając je w pasemka wąskie jak zgorzkniałe, zaciśnięte wargi. Te domy natomiast, jakby zażenowane swoim istnieniem, chowały się za barczystymi konarami stuletnich drzew, za uskokami wzgórza, we wstydliwych dolinkach, za skałami i przypominały ciche, pokorne kobiety, które zawsze kryją się w cieniu męża …