Chlubne niemieckie tradycje

Najpierw sędzia Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, Jarosław Łuczaj, na wniosek zapyziałego niemieckiego miasteczka Zittau, czeskiego i niemieckiego oddziału Greenpeace oraz Fundacji Frank Bold (jeszcze jedna podejrzana organizacja ekologiczna) wydał postanowienie w sprawie wstrzymania pracy w kopalni w Turowie. Teraz Stołeczny Sąd Okręgowy zakazuje ministrowi sprawiedliwości, Zbigniewowi Ziobrze, wypowiadać się na temat produkcji filmowej nijakiej Agnieszki Holland.

W Polsce można bezkarnie obrażać Prezydenta, można obrażać Premiera, robi się to zresztą codziennie i tego żaden sąd nie zakazuje, a ludzi, którzy dopuszczają się tego pieszczotliwie gładzi po główkach, często przyznając odszkodowania za cierpienia związane z „włóczeniem ich po sądach”. Zastanawia mnie jednak, jak to jest więc możliwe, że w przypadku, gdy ktoś nie wyraża się zbyt pochlebnie o twórczości p. Holland, sąd w ogóle zabrania wypowiadania się na ten temat? Prasa informuje, że adwokaci reżyserki podjęli kroki prawne wobec ich zdaniem krzywdzącej wypowiedzi p. Zbigniewa Ziobry. Naturalnie, to im wolno. To można zrozumieć. Sąd może rozpatrzeć kwestie związane z pomówieniem czy oszczerstwem. Trudno natomiast pojąć,  jakim cudem w demokratycznym, podobno, kraju sąd może zakazać komuś wypowiadania swoich opinii. O czymkolwiek. Choćby o filmie p. Holland.  

Proniemiecka polityka byłego premiera Tuska ma jednak na swoim koncie pewne sukcesy, co trzeba ze smutkiem odnotować. Kontynuujemy niemieckie tradycje – produkcji filmowych słynnej pupilki Hitlera, czyli Berty Helene Amalie „Leni” Riefenstahl, także nie wolno było krytykować, a wyrażanie się o niej źle mogło skończyć się tylko w jeden – wszyscy wiemy jaki  – sposób.

Robin Hood

Tillman Bendikowski w pracy „Przeżyj rok w średniowieczu” pisze, że w tamtych czasach złodziej był uważany za szczególnie podłego łajdaka. Nie tyle z powodu popełnionego czynu, ile dlatego, że zawsze dokonuje go w sposób zamierzony. Nikt nie kradnie nieopatrznie, złodziej w każdym przypadku postępuje nikczemnie i z wyrachowaniem. Dopuszczając się innych czynów, oskarżony zawsze może liczyć na większą wyrozumiałość, nawet jeżeli kogoś skrzywdził lub nawet uśmiercił. Powszechnie bowiem wiadomo, że w porywie gniewu każdemu może zadrżeć dłoń zaciśnięta na rękojeści noża, czyniąc z człowieka zabójcę – być może sam diabeł odegrał w takim momencie swoją podstępną rolę. Choć rzecz to niegodna, może się jednak zdarzyć w chwili złości lub nierozwagi. Ale kradzież? Nie, ona zawsze jest wynikiem niecnego zamiaru. Dla kradzieży nie ma usprawiedliwienia.

Są w tej postawie i logika i mądrość. W działaniach złodzieja nie ma przypadku, świadomie planuje uczynić komuś krzywdę, działa z premedytacją, ignorując, lekceważąc i mając za nic życie innych ludzi – kierują nim zimna, wyrachowana kalkulacja i skrajny egoizm. Ponadto, ze społecznego punktu widzenia, każdy złodziej jest anarchistą, podważającym powszechnie przyjęty modus vivendi. Nie ma i nigdy nie było szlachetnych złodziei, ani kiedyś ani dzisiaj, wyrażenie „szlachetny złodziej” to bezczelny oksymoron. Szlachetny Robin Hood  nie jest niczym więcej niż uosobieniem mściwej bezradności słabszych.

Ars longa?

Prawie nie znamy starożytnego malarstwa, ale nie znamy go nie dlatego, że nie istniało lub że nie było wybitnych malarzy. Istniało, a o antycznych malarzach, jak Apelles, Apollodoros z Aten, Arystydes z Teb, Melantios z Sykionu czy malarkach, jak Kalypso, krążyły legendy. Najpopularniejszą ze sztuk starożytności nie była wcale rzeźba, jak często sądzimy, lecz malarstwo właśnie, ale nawet najtrwalsze farby płowieją i ulatniają się. Także względnie „młode” dzieła malarskie, pochodzące sprzed dwustu, trzystu lat wymagają rozlicznych renowacji i bez mozolnej pracy konserwatorów niektóre z nich byłyby już prawie „martwe”. Malarstwo starożytne nie przetrwało, bo przetrwać nie mogło – nic z tego, co tworzymy nie jest wieczne. Odchodzi i znika wszystko, co powołujemy do życia, jedne rzeczy prędzej, inne później, ale nieubłagalnie i zawsze.

Rzeźby w metalu, a już zwłaszcza rzeźby w brązie, ulubionym surowcu antycznych rzeźbiarzy, choć trwalsze, także dzielą podobny los. Pod wpływem powietrza brąz utlenia się, co prawda głównie w warstwie zewnętrznej, bowiem przed korozją chroni go warstewka tlenku, patyna, ale już w kontakcie z wodą morską, przez działanie obecnych w niej chlorków, korozja zjada go szybko i skutecznie. Wiemy, że starożytni bardziej cenili brązy niż marmury i za atrybut greckiego rzeźbiarza być może słuszniej byłoby uznać tygiel niż długo, ale w tej konkurencji marmury wygrały zdecydowanie. To prawda, że brąz starzeje się bardzo elegancko, lecz i on koroduje, utlenia się i rozpada, a na domiar wszystkiego był zawsze cennym materiałem, a do tego stosunkowo łatwym do przetopienia, co spowodowało, że wiele antycznych rzeźb z brązu zmieniło postać przemieniając się w monety, broń lub narzędzia.

Dzieła w formie papierowych książek, choć wrażliwe na czynniki zewnętrzne, jak nadmierne nasłonecznienie czy wilgoć, w odpowiednich warunkach mogą przetrwać stosunkowo długo, lecz i ich żywot jest bardzo „doczesny”. Książki, które kupowałem w młodości, a które potem emigrowały razem ze mną i które wciąż dzielnie prężą się na półkach naszej biblioteczki, są już równie kruche jak wznoszone na plażach zamki z piasku. Nie, jeszcze nie rozsypują się przy dotyku. Są już jednak tak pożółkłe, łamliwe i delikatne, że czasem boję się je otwierać. Jedynym wiecznym materiałem do tworzenia, bosko wiecznym, choć tylko na naszą ludzką miarę boskości, okazał się najstarszy z nich – kamień. A przecież i on ulega przemianom. Piramidy maleją każdego dnia. Za tysiące lat, w miejscu, gdzie teraz stoją, pozostanie być może tylko małe piaszczyste wzniesienie, pagórek.

Dulce et decorum

Jak wynika z sondażu przeprowadzonego na zlecenie Akademickiego Centrum Komunikacji Strategicznej Akademii Sztuki Wojennej, tylko 57 proc. respondentów deklaruje zamiar walki w obronie ojczyzny w razie ataku militarnego na Polskę. 33 proc. nawet nie rozważa takiej opcji, a 10 proc. zaznaczyło odpowiedź „trudno powiedzieć”.

57 procent to mało, żenująco mało, ale czy powinienem dziwić się, że tak niewielu chce bronić swego kraju, i że istnieje aż 30 procentowa grupa osób, które jasno deklarują, że nie zamierzają tego czynić i jest im najzupełniej obojętne, gdzie i w jakim kraju żyją i kto nimi rządzi? Związek Zawodowy „Solidarność” liczył sobie podobno ponad 10 mln ludzi, ale wystarczyło aresztować, osadzić w więzieniach i internować kilka tysięcy osób, by na długie lata, prawie całe dziesięciolecie, spacyfikować pozostałych. Dulce et decorum est pro patria mori nawet w czasach Horacego nie było dewizą wszystkich, chociaż w jego czasach życie rzadko bywało słodkie, a przez to być może i łatwiej było umierać za ojczyznę.

Kanibalizm

Aleksander Niewzorow, pochodzący z Rosji dziennikarz i intelektualista, w wywiadzie z Tatianą Kolesnychenko niesłychanie celnie wyjaśnił, dlaczego Rosja jest niereformowalna. Uważa on, że głównym powodem jest to, że Rosja uformowała się jako kanibal: Ten kanibalizm zawsze był jej główną rolą i misją historyczną. Rosja pożerała dookoła siebie państwa i narody – te małe i te nie bardzo małe. Pożerała ziemie i rzeki, ale nie była w stanie ich przetrawić. Bo gdyby umiała przetrawić i zarządzać tym całym szalonym bogactwem, które w ciągu wieków narabowała, Rosja mogłaby być arcypotężnym krajem świata. Ale każdy jej nabytek, każdy jej podbój sprawiał, że stawała się jeszcze straszniejsza, krwawsza. Jeszcze bardziej kanibalistyczna.

Zabawna wiadomość

Kilka dni temu rozbawiła mnie pewna wiadomość, ale wesołość nie trwała długo, bo po chwili zastanowienia odkryłem, że nie tyle jest to śmieszne, co tragiczne. Otóż, chodzi o to, że nielegalni emigranci z Afryki pozywają władze greckie. Osoby, które przeżyły czerwcową katastrofę łodzi na Morzu Śródziemnym, oskarżają władze greckie o to, że te nie uratowały osób na pokładzie, zanim ich przeciążona i przeciekająca łódź wywróciła się na wodach międzynarodowych i ostatecznie zatonęła. Pozywająca grupa domaga się „przypisania odpowiedzialności karnej za działania oraz zaniechania władz greckich”.

Dokonajmy choćby pobieżnej analizy: ludzie, którzy usiłują nielegalnie, a więc i bezprawnie, czyli w sprzeczności z prawem, wedrzeć się do innego kraju i czynią to nie tylko w sposób lekkomyślny, ale wręcz samobójczy, bowiem wyprawa przez pełne i często burzliwe morze w przeciążonej i dziurawej łodzi jest aktem samobójczym, roszczą pretensje do władz, które ani ich chciały ani zapraszały, że władze te nie zabezpieczyły im pewnego i bezpiecznego sposobu dokonania przestępstwa. Innymi słowy, przestępstwo i łamanie prawa w żadnym razie nie powinny łączyć się z jakimkolwiek ryzykiem, a jeżeli jakieś ryzyko mimo wszystko występuje, to nie przestępca jest tu winny, lecz ten lub ci, którzy mają stać się ofiarą jego przestępstwa. Przestępca ma prawo do bezpiecznego sposobu dokonania przestępstwa.

Żyję w Szwecji od wielu lat i nie powinno mnie to ani dziwić ani zaskakiwać. Tutaj ten proces absolutnego zdurnienia dokonał się już dawno temu i dzisiaj, jeżeli przypadkiem poturbujesz złodzieja, który wdarł się do twego domu, by „pożyczyć” sobie twoją własność, będziesz płacił mu przez wiele lat odszkodowanie za jego cierpienia fizyczne i psychiczne. W Szwecji złodziej – a zasadniczo każdy przestępca – ma prawo do bezpiecznego dokonywania przestępstw, czyli takiego, które nie narazi go na żadne obrażenia, szkody czy poważniejsze przykrości.

Najwyraźniej ta sama zasada zaczyna funkcjonować w prawie międzynarodowym. Z tą drobną modyfikacją, że teraz nielegalni imigranci, w przypadku niepowodzenia, będą nas skarżyć o to, że nie pomogliśmy im w popełnieniu przestępstwa. Innymi słowy: każdy, kto nie pomaga w przestępstwie, jest winy i może być pociągnięty do odpowiedzialności. Żyjemy w coraz bardziej interesujących czasach.   

Jak cię widzą

Coraz natrętniej pojawiające się żądanie, by nie oceniać ludzi sugerując się jedynie ich wyglądem, jest niedorzeczne i absurdalne. Jesteśmy wzrokowcami i czyjś wygląd jest i zawsze będzie pierwszym kryterium oceny, czy tego chcemy czy nie. Tak jesteśmy skonstruowani. W tych naszych intuicyjnych ocenach nie mylimy się zresztą aż tak bardzo, by należało ten mechanizm kwestionować. Jest on w gruncie rzeczy niezawodny. Pierwsze wrażenie zadziwiająco często bywa najtrafniejsze i choć zdarza się, że przy bliższym poznaniu danej osoby nieco je korygujemy, to w sumie zawsze „piszemy ludzi tak, jak ich widzimy.” To pierwsze wrażenie ma ponadto decydujące znaczenie w sytuacjach, gdy nasz kontakt z kimś jest incydentalny. A taka jest absolutna większość naszych kontaktów. Jak wielu ludzi, których spotykasz w ciągu dnia, a przecież spotykasz ich dziesiątki – w pracy, na ulicy, w sklepie, w restauracji – wpisuje się potem w twoje życie? Jeden na stu? Jeden na tysiąc? Jeżeli więc ocierasz się o czyjeś inne istnienie i nie powtórzy się to już nigdy więcej, czyż nie jest oczywiste, że musisz poprzestać na tym pierwszym wrażeniu i że to ono pozostanie z tobą? Nie posiadamy niestety takiego wyposażenia, takiego aparatu, który pozwoliłoby nam zignorować czyjąś powierzchowność i zajrzeć bezpośrednio w głąb jego psychiki, szlachetnej czy podłej. Musimy zdać się na to, co widzimy i zaufać temu. Jeżeli ktoś jest niedbale czy niestarannie ubrany, jeżeli zachowuje się po chamsku, ma czarne od brudu paznokcie, roztacza wokół siebie nieprzyjemną woń, jeżeli cuchnie mu z ust, jeżeli wyraża się ordynarnie, jeżeli zamiast fryzury ma na głowie kołtun, wnioskujemy całkiem słusznie, że nie jest to człowiek, którego będziemy czy powinniśmy darzyć zaufaniem – niezależnie od być może potencjalnie pięknych cech jego charakteru, ale tak głęboko ukrytych, że pewnie nie ujawniają się nigdy, a w każdym bądź razie nie bez użycia groźby czy siły. Wydaje mi się jednak, że protesty, by nie oceniać ludzi po ich wyglądzie nie odnoszą się w gruncie rzeczy do tego, że tak ich oceniamy, ale do tego, że nie oceniamy ich tak, jak oni by sobie życzyli być oceniani – bez najmniejszego wysiłku z ich strony.

Wizja Eliade

Czytam raz jeszcze „Dziennik emigranta” M. Eliade i pod datą 27 lipca 1964 roku znajduję takie słowa: Za pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat świat zmieni się całkowicie – zmieni się wszystko, i kultura, i sens życia, i wartości moralne. Zrodzi się inny świat, które będzie może równie twórczy i „interesujący”, jak ten, który zaczął swoją egzystencję w Grecji, w siódmym wieku przed Chrystusem. Tym niemniej nasz świat zniknie i to dokona się być może w sposób jeszcze bardziej tragiczny niż w przypadku Bliskiego Wschodu czy Grecji. Wyobrażam sobie na przykład Europę zamieszkałą przez ludność azjatycką czy afrykańską, przez inteligentnych i wykształconych ludzi, którzy będą się przechadzali ulicami historycznych miast, nie rozumiejąc wcale ducha tych miejsc (podobnie jak Anglicy w Kalkucie, przechodzący każdego dnia przed hinduskimi świątyniami bez najmniejszego zainteresowania nimi, co brało się z pogardy lub z nienawiści).

Prawie spełniona wizja. Z tym drobnym zastrzeżeniem, że dzisiaj ulicami europejskich miast, pełnych historii i zabytków, nie przechadzają się wcale jacyś inteligentni i wykształceni ludzie z Azji czy Afryki, lecz pół albo i pełni analfabeci z tych kontynentów, którzy nie tylko nie rozumieją ducha tych miejsc, ale nawet nie zadają sobie trudu, by go zrozumieć czy choćby poczuć. I nie bierze się to wcale z pogardy, lecz z niemaskowanej nienawiści – do okazywania pogardy jeszcze nie dorośli. Pogarda, która jest rodzajem fałszywej dumy, długo jeszcze nie będzie im dostępna.

Linia Wisła

Michał Kryspin Pawlikowski, polski pisarz emigracyjny, felietonista, krytyk literacki, autor powieści autobiograficznej  ”Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego”. Pawlikowski wielokrotnie pisał o krótkowzroczności polskiej polityki, która doprowadziła do zdrady ryskiej: Chodziło o te miliony ludzi stęsknionych do Polski. Ludzi tych zdradzono. Nie potrafiono nawet zawarować ich praw, już nie do ziemi i mienia, lecz po prostu – do życia. W innym artykule, z roku 1947, postawił pytanie, które dzisiaj, w świetle nowych faktów, stało się wysoce aktualne: Po zwątpieniu w linię Dniepru zwątpiliśmy w linię Berezyny; z linii Berezyny cofnęliśmy się na linię traktatu ryskiego; a dziś są między nami tacy, niestety dość liczni, którzy gotowi są „zgodzić się” na linię Curzona. Na co zgodzą się jutro? 

Od kilku dni wiemy już, że jutro byli w stanie zgodzić się na linię Wisła.

Ylva i robótki

W ciągu zaledwie 2 dni na Lampeduzę przybyło ponad 120 łodzi, przywożąc blisko 8 tysięcy imigrantów, a w Internecie pojawiły się informacje, że z Tunezji płynie kolejne kilkadziesiąt łodzi z tysiącami młodych silnych mężczyzn – poinformowała dwa dni temu prasa. W czasie gdy w Parlamencie Europejskim trwała debata na ten temat i wielu europosłów mówiło o totalnej klęsce unijnej polityki migracyjnej, odpowiedzialna za tę politykę, szwedzka komisarz Ylva Johansson, siedziała z sennym i znudzonym wyrazem twarzy na swoim fotelu ledwo przysłuchując się tej debacie i … robiła na drutach. Kim jest Ylva Johansson? W młodości waleczna  komunistka spod Sztokholmu, która zmienił front w 1991 roku i przeskoczyła do socjaldemokratów, w rządzie Stefana Löfvena otrzymała stanowisko ministera d/s zatrudnienia, szybko doprowadzając do rekordowego bezrobocia, więc w 2019 nagrodzono ją za to miejscem w Komisji Europejskiej. Dzisiaj niemiecki  „Bild” poinformował, że p. Ylva Johansson skierowała do szefa polskiej dyplomacji Zbigniewa Raua list napisany w ostrym tonie w którym domaga się odpowiedzi na temat liczby wydanych przez Polskę wiz dla migrantów oraz „skali nadużyć i korupcji” z tym związanych. Czyżby skończyła już robić skarpetki na drutach?

O brodzie

Tylko raz w życiu nosiłem brodę, nie całkiem z własnej woli, ale na szczęście dość krótko. Pomińmy okoliczności – poprzestańmy na tym, że było to skądinąd wymuszone, bo (nawet jeżeli zabrzmi to dziwnie), nie miałem dostępu do przyborów do golenia. Nie wspominam tego okresu dobrze. Posiadanie brody nie było ani wygodne ani przyjemne, zwłaszcza, że nie było też żadnych szans, by pielęgnować ją tak, jak tego wymaga. W sumie podrażniona skóra swędziała mnie nieustannie i nie mogłem pozbyć się wrażenia, że cała moja twarz wygląda na brudną i niechlujną. Broda dokuczała mi również w nocy, czułem ją przez sen, irytowały mnie włoski, które dość bezczelnie zapuszczały się w otwory mego nosa i do ust. Posiadanie brody, mimo iż była gęsta i solidna, nie napawało mnie tym szczególnym rodzajem dumy, który obserwuję dzisiaj na twarzach wielu brodaczy.

Osobiście preferuję twarze ogolone i gładkie, a przez to i czytelne. W czasach antycznych zwolennikiem pozbawionej zarostu cery był Aleksander Wielki – podobno nigdy nie widywano go nieogolonym, nawet w czasie wypraw wojennych. „Grecką twarz” przyjęli potem Rzymianie. Historycy utrzymują, że Scypion Afrykański, okres 200 p. n. e., był pierwszym Rzymianinem, który zaczął golić się codziennie. Za jego przykładem poszli inni i „grecka twarz” stała się odtąd normą. Antyczne rzeźby, malowidła i mozaiki utrwaliły obraz Rzymian jako mężczyzn bez zarostu, idealnie ogolonych. Taka twarz stała się symbolem schludności, ogłady i statusu społecznego. Poeta Marcjalis, tworzący w I wieku n.e., bezlitośnie kpił z mężczyzn, którzy z powodu biedy zmuszeni są nosić brody. Brody nosili bowiem ci, których nie stać było na usługi barbera, a więc biedni i barbarzyńcy.

Ten ideał, ideał twarzy czystej i ogolonej, utrzymał się w Imperium Rzymskim przez wiele stuleci, choć w tamtych czasach golenie nie było czynnością ani prostą ani przyjemną. Brzytwy Rzymian (tzw. novacula, nóż do golenia, jak sama nazwa wskazuje) wykonane były ze stali znacznie gorszej aniżeli nasze, kuto je ręcznie i tępiły się niesłychanie szybko. Mimo tego golili się wszyscy mężczyźni. Golili się więc także legioniści i jeżeli w jakimś filmie pojawiają się jako brodaci można od razu założyć, że reżyser nie odrobił lekcji, i chyba nie tylko lekcji z historii. Golenie zarostu należało do obowiązków legionisty, miało zapobiegać infekcjom i utrzymywać czystość – i było bez znaczenia w jakiej części imperium zdarzyło im się stacjonować i w jakich warunkach. Wiemy tylko, że w czasach Cezara golili się raz na trzy dni. Trwało to aż do czasów cesarza Hadriana, który jako pierwszy władca zapuścił brodę i tym samym ponownie wprowadził ją na deski dziejowej sceny.

Czynność golenia jest w naszych czasach banalnie prosta i łatwa, choć jeszcze wcale nie tak dawno wymagała pewnych zachodów i zabierała sporo czasu. Cały proces rozpoczyna się od oczyszczenia skóry, by usunąć martwy naskórek, co można załatwić łatwo starym zwyczajem, czyli przykładając do twarzy ręcznik namoczony w ciepłej wodzie. To rozgrzewa skórę i otwiera pory. Potem zmiękczająca zarost pianka do golenia, wybór odpowiedniej maszynki na żyletki lub brzytwy – elektryczne maszynki do golenia nawet i dziś, przy mocnym zaroście, nie bardzo spełniają swoje zadanie, raczej przystrzygając niż goląc. Po tej fazie przygotowań pozostają już tylko systematyczne ruchy maszynką w trzech różnych kierunkach: na początek krótkie, delikatne ruchy zgodne z kierunkiem wzrastania włosa, następnie ostrze przesuwamy po skórze w poprzek, a na koniec goli się twarz pod włos. Proste? Stosunkowo proste, teraz więc spróbujmy wyobrazić sobie ten sam proces w wykonaniu rzymskich legionistów. A więc: daleka od ostrości naszych brzytew czy żyletek novacula albo po prostu zwyczajny, solidnie naostrzony nóż, twarz może co wyżej skropiona wodą, nieco mydła zamiast pianki, w najlepszym razie mętne odbicie w zwierciadle z wypolerowanego brązu lub cyny, a najpewniej w kałuży wody, gdzieś pod namiotem w jakimś castra Romana, wśród lasów barbarzyńskiej Germanii lub Brytanii albo pod palącym słońcem Persji.

Jestem przekonany, że dla większości dzisiejszych mężczyzn byłby to heroizm po którym czuliby się już całkowicie zwolnieni z odbywania jakichkolwiek wyczerpujących marszów, z ekwipunkiem ważącym około czterdziestu kilogramów, czy – tym bardziej – udziału w krwawych bitwach.  

Apostata

Cesarz Flawiusz Julian, w historii znany jako Julian Apostata, choć wychowywany w duchu chrześcijańskim, po dojściu do władzy natychmiast porzucił tę religię, próbując ponownie przywrócić znaczenie tradycyjnym, rzymskim kultom religijnym. Ten cesarz filozof nie stosował jednak wobec chrześcijan ani siły ani tortur, jak to czynili inni władcy. Kiedy w mieście Edessa (obecnie Şanlıurfa albo Urfa w Turcji) doszło do zamieszek między chrześcijańskimi sektami, co nawiasem mówiąc było zjawiskiem nader częstym w tamtych czasach, Julian wydał edykt o bardzo przekornej i ironicznej treści: Ponieważ godne najwyższego podziwu przykazanie zaleca im wyrzeczenie się majętności, aby mogli łatwiej podążać do królestwa niebieskiego, przeto my, współdziałając z ich świętymi, rozkazaliśmy przejąć wszystkie pieniądze Kościoła edesseńskiego i rozdać je żołnierzom, wszystkie zaś dobra ziemskie włączyć do naszych dóbr prywatnych, aby żyjąc w ubóstwie, zachowywali spokój i nie utracili królestwa niebieskiego, w które tak ufają. Szach i mat.

Okrucieństwo

Kiedyś, w czasie wizyty w domu opieki nad ludźmi z chorobą Alzheimera, zaabsorbował mnie przypadek człowieka, który przestał jeść. Żywiono go pozajelitowo. Z początku był karmiony,  ale pokarm tylko gromadził się w jamie ustnej i w końcu trzeba było go wygarniać, żeby się nim nie udławił. Nie polegało to jednak na tym, że pacjent odmawiał jedzenia. On po prostu zapomniał, jak się to robi. Odruchy gryzienia, żucia i połykania ulotniły się z jego pamięci. Nie pamiętał już zresztą niczego i nikogo, nie mówił, nie reagował na żadne bodźce, nie panował również nad czynnościami fizjologicznymi, jego oczy przypominały dno wygasłego krateru, a twarz pozostawała idealnie martwa, nic nie poruszało choćby jednego z dziesiątków jej mięśni. W tym ciele od dawna już nikt nie mieszkał. I jedyną potrzebą, która jakimś cudem przetrwała w tej pustej skorupie była potrzeba chodzenia – chodził, gdy tylko pozwalano mu na to, chodził wówczas bez przerwy, godzinami krążył między stolikami dość obszernej sali jadalnej, krążył aż do wyczerpania, do upadku, niczym automat w którym pozostała już tylko ta jedna jedyna funkcja, ale nawet i wówczas, gdy w końcu przywiązywano go do krzesła czy łóżka, jego stopy poruszały się tak samo miarowo i kompulsywnie, w takt chodzenia. Ani w nim ani w jego zachowaniu nie było już nic ludzkiego – pozostał tylko pusty, wydrenowany z wszelkiego człowieczeństwa kokon. Ten człowiek był już martwy. Pozostawianie go wśród żywych wydawało mi się być było przejawem niewiarygodnego okrucieństwa. Dzisiaj myślę, że tak właśnie jest, a najokrutniejsi bywamy wówczas, gdy usiłujemy być ludzcy.

Zapomniana sztuka

Seneka: Nie wyrzekam się starości, o ile pozostawi moją lepszą cząstkę nietkniętą. Ale jeśli zacznie podkopywać mój umysł, jeśli zniszczy jedną po drugiej moje umiejętności, jeśli zostawi mi nie życie, lecz jedynie oddech, opuszczę to zmurszałe, zrujnowane domostwo. Nie będę się starał przez śmierć wymknąć chorobie, dopóki może być wyleczona i nie upośledza umysłu. Nie podniosę na siebie ręki z powodu bólu, ponieważ tak umrzeć, oznaczałoby dać się zwyciężyć. Ale wiem, że jeśli będę cierpiał bez nadziei na poprawę, odejdę, nie ze strachu przed samym bólem, lecz po to, by ocalić to, dla czego żyłem.  

W naszej epoce rozpaczliwie uprawiamy sztukę ratowania życia, mimo świadomości, że życia nie da się uratować. Ratowanie życia nie zapewnia przecież jego trwania. To środek doraźny, taka naprawa bez gwarancji. Zaniedbaliśmy natomiast to, co uprawiano w czasach Seneki – zaniedbaliśmy  sztukę umierania, nie prowadzimy już ze sobą tego mądrego dialogu, który w ostatnich chwilach naszego istnienia mógłby uzbroić nas w odwagę. Zaniedbaliśmy sztukę umierania, choć tylko śmierć jest pewna i to z nią właśnie, wcześniej lub później, będziemy musieli się zmierzyć. Fałszywe przekonanie, że życie zawsze można uratować spowodowało, że żyjemy byle jak, a brak sztuki umierania sprawia, że i nasza śmierć stała się, niestety, byle jaka.

Godard

Dokładnie przed rokiem, 13 września 2022, w wieku 91 lat, wybierając tzw. samobójstwo wspomagane, zakończył życie Jean-Luc Godard. Wielki w filmie, żałośnie pretensjonalny w polityce, powiedział kiedyś coś bardzo ważnego: Filmy powinny pokazywać to, co się nie dzieje, czego nie widać nigdzie. Te słowa odnoszą się do każdej prawdziwej twórczości.

Zbrodnia

Nie zapominajcie nigdy o waszym dziedzictwie. Jesteście dziećmi wielkiej Rosji; wielkiej Rosji świętych, króla, wielkiej Rosji Piotra I, Katarzyny II, tego wielkiego imperium, o tak wielkiej kulturze i wielkim człowieczeństwie. Nie rezygnujcie nigdy z tego dziedzictwa. Jesteście spadkobiercami Matki Rosji, idźcie z nią naprzód. I dziękuję wam za wasz sposób bycia, za sposób, w jaki jesteście Rosjanami – powiedział papież Franciszek do młodych rosyjskich katolików na zakończenie tzw. telemostu z Petersburgiem.

Komentarz jest w zasadzie zbyteczny, bo nawet Putin nie dodałby do tego panegiryku ani słowa więcej. Można być człowiekiem naiwnym, ale być naiwnym papieżem to już zbrodnia.

Śliski Akropol

W jednym z wcześniejszych wpisów na tym blogu wspomniałem o tym, że po Akropolu trzeba chodzić ostrożnie, bo jest ślisko, że miliony ludzkich stóp wyszlifowały tam każdy kamień i kamienie te mają szlif niemal idealny. Podobnie jak wszyscy turyści nigdy nie zadałem sobie pytania, czy w czasach Peryklesa wyglądało to tak samo. Przyjąłem to za oczywiste. Czy mogło to wyglądać inaczej zresztą? Skała jest skałą. Błąd. Dopiero niedawno, przy lekturze „Partenon”, znakomitej pracy Mary Beard, odkryłem, że było całkiem inaczej. Mary Beard pisze, że obecny wygląd wzgórza to w dużej mierze skutek kampanii oczyszczania i wykopalisk: Dziś turysta zobaczy to, co surowi dziewiętnastowieczni archeologowie postanowili zostawić; jedynie garść zabytków o niekwestionowanym rodowodzie sięgającym V wieku p.n.e., stojących w dumnym (czy też przykrym) osamotnieniu, tak odartych z późniejszej historii, jak to tylko było możliwe. Pomiędzy nimi – naga skała. Wielu turystów wyobraża sobie, że tak wyglądało wzgórze w starożytności. Nic podobnego – dawni Grecy roztropnie chodzili po nawierzchni ze starannie ubitej ziemi.

IQ i islam

Islam narzuca tyle ograniczeń, barier i powinności, że jego możliwości funkcjonowania jako uniwersalnego modelu społecznego, zdolnego pogodzić różne style życia i wymagania, są równe zeru. Dżihad jest więc nakazem bardzo logicznym. Islam może być narzucony tylko siłą – dobrowolna akceptacja islamu i życie zgodnie z jego zasadami zdarza się głównie w przypadkach, gdy iloraz inteligencji neofity oscyluje gdzieś przy granicy 35 punktów.

Imago Turci

Jakiś durny artykuł usiłujący wybielić Turków z odpowiedzialności za eksterminację Ormian. Natychmiast przychodzą mi na myśl słowa Sándora Márai z jego „Dziennika”: „Najwyraźniej Turcy także mieli swoich „poputczyków” piszących popularyzujące ich europejską obecność wstępniaki, a i dziś działają na Zachodzie pilni autorzy takich artykułów.” Márai pisał, że przez półtora wieku tureckiego panowania na Węgrzech, kraj ten, który w XV wieku liczył 4 miliony ludności, więcej niż ówczesna Anglia, po odzyskaniu wolności stanowił zaledwie półtoramilionowy, całkowicie spustoszony kraj żebraków. Tureckie panowanie dokładnie wszędzie miało ten sam lub podobny skutek – w 1837 roku ludna niegdyś Grecja, po uzyskaniu niepodległości, wyzwoliwszy się ze śmiertelnego uścisku Turcji, liczyła sobie ledwo 800 000 (sic!) mieszkańców. Jeszcze kilka dziesięcioleci „dobrego” tureckiego panowania, a Grecy przestaliby istnieć jako naród.

Ze świetnej pracy Imago Turci (Studium z dziejów komunikacji społecznej w dawnej Polsce 1453-1572), polskiego historyka Piotra Tafiłowskiego, można dowiedzieć się, że nigdy jednak nie brakowało apologetów islamu, czy jak ich nazywa Márai „poputczików islamu”, a już zwłaszcza nie brakowało ich w kręgach zachodnich humanistów. Niektórzy z nich, jak Giovanni Maria Falfi, gotowi byli nawet widzieć w Turkach potomków obrońców Troi, sugerując tym samym ich słuszne prawa do zasiadania na imperialnym tronie Nowego Rzymu.

Striptease

Organizacje międzynarodowe powołane do przestrzegania międzynarodowego ładu i prawa zachowują się identycznie jak kobieta, premier jednego z europejskich krajów, która na pytanie, co zrobi, gdy na ulicach pojawią się bandyci, z całą powagą odpowiedziała, że szybko pobiegnie do domu, starannie zamknie drzwi i będzie ochraniać dzieci. Wspomniane organizacje postępują tak samo. Najpierw debatują długo i o niczym, potem ogłaszają swoje delikatne oburzenie zachowaniem bandytów, publikują ostrożne noty potępiające, a potem – zapewne z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku – rozjeżdżają i starannie ryglują drzwi swoich domów. Dotyczy to wszystkich europejskich organizacji, łącznie z NATO. Gdy Rosjanie naruszają przestrzeń powietrzną jakiegoś kraju europejskiego, podrywa się natowskie myśliwce, choć w istocie tylko po to, by ich piloci mogli podziwiać znany gest środkowego palca w wykonaniu ruskich bandziorów.  

Świat Zachodu lansuje wartości „kobiece”. Proponuje empatię zamiast agresji, współczucie zamiast bezwzględnych wymagań, bezstresowe wychowanie i pobłażliwość zamiast żądania, by umowy i zasady współżycia były zawsze i bez wyjątku przestrzegane. Te miękkie, kobiece wartości mają podobno gwarantować, że nie wrócimy już do czasów barbarzyńskich wojen oraz siłowego wymuszania posłuszeństwa, że konflikty będą rozwiązywane przez negocjacje, że będziemy komunikować nasze negatywne emocje, a następnie zgodnie i pospołu starać się znajdować nowe, kompromisowe rozwiązania. Niestety, tego typu myślenia nie można nawet uznać za niewinne i pobożne życzenia. To samobójcze, a w skali społecznej grzeszne życzenia, będące wyrazem bezprzykładnego triumfu optymizmu nad zdrowym rozsądkiem, bo rozsądek podpowiada, że bandyci mają w nosie nasze dobre chęci i kobiece, „miękkie” metody. Bandyci znają tylko prawo siły i tylko takie prawo respektują i w tym względzie nic nie zmieniło się od czasów Hammurabiego. Jednostronne rozbrojenie przypomina sytuację w której kobieta, spotykając na swojej drodze gwałciciela, szybko zaczyna się zdejmować z siebie ubranie mając nadzieję, że i on to zrobi, a potem pójdą wspólnie i zgodnie opalać się na pobliskiej plaży. Przez ostatnie dwadzieścia lat Europa rozbrajała się, a Rosja zbroiła się. W rezultacie Rosja zaczęła systematycznie połykać kolejne kraje, oblizując się ze smakiem, a Europa podwajała wysiłki w rozbrojeniowym stripteasie mając nadzieję dać dobry przykład. Komu?

Czy myślimy

Jesteśmy nieznośnie fizyczni i fizjologiczni. Głód, strach, pragnienie, ból, seks. Zwykły ból zęba jest w stanie zredukować naszą egzystencję, drobny atak migreny czy skaleczony palec. Nikt nie pisze traktatów filozoficznych  i nie komponuje symfonii, gdy dopadnie go biegunka. Jesteśmy biologiczni, co znaczy, że w pierwszej kolejności musimy obsługiwać naszą biologię, zaspakajać nasze zmysły, każdy z nich, wzrok, słuch, dotyk, smak, węch. To prymarna sprawa. Dopiero potem możemy zacząć myśleć. Możemy, ale czy myślimy? Gdybyśmy byli szczerzy trzeba byłoby przyznać, że myślimy tylko „od święta”, myślimy rzadko, myślimy niechlujnie, mimo woli i byle jak. Ale myślenie nie jest prymarne. Myślenie jest efektem ubocznym naszej egzystencji – coś jak rozszerzone źrenice, gdy jest się zakochanym.

Epoka wiciowców

Są takie pokolenia, które wznoszą katedry i pomniki, dokonują wielkich odkryć, pozostawiają po sobie imponujące mauzolea i świątynie, wspaniałe obrazy, rzeźby, powieści i symfonie, nie tylko dokumentując tym swój czas, ale i odmieniając i wzbogacając także naszą rzeczywistość. To właśnie te pokolenia budują naszą pamięć, pamięć, która choć zawiera przeszłość, to zawsze wybiega w przyszłość.

I są również pokolenia, podobne wiciowcom czy orzęskom, bezpłciowe, agamiczne pokolenia, obarczone płaczliwą ojkofobią, które nie tworzą wielkiej literatury, ale z iście inkwizytorskim zapałem oddają się cenzurze wybitnych powieści, „poprawiając” lub usuwając z nich to, co uznają za „politycznie niepoprawne”, pokolenia, które nie wznoszą pomników, bo nie mają komu je stawiać, ale ze wściekłością obalają pomniki już istniejące, retuszują dzieła sztuki, choć sami żadnego dzieła nie są w stanie stworzyć, pokolenia, które z gorliwością sowieckich cenzorów kastrują encyklopedie i słowniki polując na „nieprawomyślne” i „kapitalistyczne” przymiotniki, smutne, karłowate pokolenia po których jedynym śladem ich istnienia będą zgliszcza wzniesionych przez nich stosów. Żyjemy właśnie w takiej epoce wiciowców.

Greccy najemnicy

Po bitwie pod Granikiem Aleksander nakazał pogrzebać również greckich najemników, którzy zginęli walcząc przeciwko niemu po stronie perskiej. Tych, którzy poddali się, a wielu z nich było Ateńczykami, zakutych w kajdany wysłał do Macedonii na roboty w kopalniach, bowiem wbrew wspólnej uchwale (uchwała Związku Korynckiego z 337 roku pne.) stanęli oni po stronie wroga przeciwko Grecji. Nie zdarzało się to wcześniej. Grecja przez stulecia była największym dostawcą najemników, pochodzących zwłaszcza z Karii i Jonii, i wielokrotnie zdarzało się, że walczyli oni u boku wrogów przeciwko swoim rodakom – miało to miejsce pod Platejami, pod  Salaminą i Maratonem. Możemy domyślać się, że nie wszędzie w ówczesnym greckim świecie było to dobrze przyjmowane, ale i nie było potępiane. Grecki najemnik, waleczny i świetnie wyszkolony, był bardzo cenionym i chodliwym towarem. Nie zapominajmy, że była to epoka, gdy liczyła się jeszcze prakseologia, a nie wydumana moralność, a raczej, gdy moralne było to, co pokrywało się z prakseologią.

Aleksander jest pierwszym, który stawia tu wyraźną granicę – mówi o zdradzie i karze za zdradę. Natomiast posłom helleńskim, którzy w imieniu wszystkich najemników prosili o zawarcie z nimi ugody, odpowiedział, że nie zawrze z nimi żadnego układu, gdyż dopuścili się wielkiej zdrady, wstępując do wojska barbarzyńskiego przeciwko Grecji wbrew uchwałom Hellenów – relacjonuje Flawiusz Arrian w „Wyprawie Aleksandra Wielkiego”. Archaiczna koncepcja polis, jako prawdziwej i jedynej ojczyzny, której obywatele winni są lojalność, schodzi w tym momencie do grobu – po bitwie pod Granikiem narodziła się  koncepcja państwa.

Wielkie systemy

Nasza infantylna potrzeba wyjaśniania świata w każdym jego przejawie. Tyle lat straconych na formułowaniu pytań na które nie ma i nie może być żadnych odpowiedzi, tyle pustych definicji, tyle wysiłku, by zbliżyć się do czegoś, co zawsze pozostanie dla nas nieosiągalne. I potem myśl, że życie jest zagadką i prawie radość, że zagadką pozostanie. E. Cioran miał rację mówiąc, że wielkie systemy w swej istocie są błyskotliwymi tautologiami. Co za korzyść z tego, że za naturę bytu uznamy „wolę życia” czy ” ideę”, że sprowadzimy ją do kaprysów Boga albo Chemii? To tylko mnożenie słów, zręczne zmienianie znaczeń. To, co jest, brzydzi się bliskością słów, a intymne doświadczenie nie odsłania nam nic więcej ponad tę jedną chwilę, szczególną i niewyrażalną. Zatem byt nie jest niczym więcej jak uroszczeniem Niczego.

Quisling raz jeszcze

Norweg Vidar Helgesen, dyrektor generalny Fundacji Nobla zdecydował, by zaprosić na tegoroczną uroczystość ambasadorów Rosji, Białorusi i Iranu. W ubiegłym roku Fundacja zbojkotowała te państwa słusznie uznając, że popełniane przez nich zbrodnie wykluczają ich z grona krajów cywilizowanych. W tym roku Helgesen doszedł do wniosku, że ich zbrodnie przybrały już takie rozmiary, że można z nimi usiąść przy wspólnym stole, by pokazać im „jak ważna jest demokracja oraz prawa człowieka .” Reprezentanci tych zbrodniczych reżimów zostali więc zaproszeni na noblowską uroczystość. Gdyby nie to, że decyzja ta jednoznacznie i odrażająco śmierdzi Quislingiem, można byłoby pomyśleć, że w czasie obrad Komisji Noblowskiej na sali posiedzeń zabrakło tlenu. Logicznym jej następstwem byłoby teraz przyznanie Putinowi, pospołu z ajatollahem i Łukaszenką, Pokojowej Nagrody Nobla.