O brodzie

Tylko raz w życiu nosiłem brodę, nie całkiem z własnej woli, ale na szczęście dość krótko. Pomińmy okoliczności – poprzestańmy na tym, że było to skądinąd wymuszone, bo (nawet jeżeli zabrzmi to dziwnie), nie miałem dostępu do przyborów do golenia. Nie wspominam tego okresu dobrze. Posiadanie brody nie było ani wygodne ani przyjemne, zwłaszcza, że nie było też żadnych szans, by pielęgnować ją tak, jak tego wymaga. W sumie podrażniona skóra swędziała mnie nieustannie i nie mogłem pozbyć się wrażenia, że cała moja twarz wygląda na brudną i niechlujną. Broda dokuczała mi również w nocy, czułem ją przez sen, irytowały mnie włoski, które dość bezczelnie zapuszczały się w otwory mego nosa i do ust. Posiadanie brody, mimo iż była gęsta i solidna, nie napawało mnie tym szczególnym rodzajem dumy, który obserwuję dzisiaj na twarzach wielu brodaczy.

Osobiście preferuję twarze ogolone i gładkie, a przez to i czytelne. W czasach antycznych zwolennikiem pozbawionej zarostu cery był Aleksander Wielki – podobno nigdy nie widywano go nieogolonym, nawet w czasie wypraw wojennych. „Grecką twarz” przyjęli potem Rzymianie. Historycy utrzymują, że Scypion Afrykański, okres 200 p. n. e., był pierwszym Rzymianinem, który zaczął golić się codziennie. Za jego przykładem poszli inni i „grecka twarz” stała się odtąd normą. Antyczne rzeźby, malowidła i mozaiki utrwaliły obraz Rzymian jako mężczyzn bez zarostu, idealnie ogolonych. Taka twarz stała się symbolem schludności, ogłady i statusu społecznego. Poeta Marcjalis, tworzący w I wieku n.e., bezlitośnie kpił z mężczyzn, którzy z powodu biedy zmuszeni są nosić brody. Brody nosili bowiem ci, których nie stać było na usługi barbera, a więc biedni i barbarzyńcy.

Ten ideał, ideał twarzy czystej i ogolonej, utrzymał się w Imperium Rzymskim przez wiele stuleci, choć w tamtych czasach golenie nie było czynnością ani prostą ani przyjemną. Brzytwy Rzymian (tzw. novacula, nóż do golenia, jak sama nazwa wskazuje) wykonane były ze stali znacznie gorszej aniżeli nasze, kuto je ręcznie i tępiły się niesłychanie szybko. Mimo tego golili się wszyscy mężczyźni. Golili się więc także legioniści i jeżeli w jakimś filmie pojawiają się jako brodaci można od razu założyć, że reżyser nie odrobił lekcji, i chyba nie tylko lekcji z historii. Golenie zarostu należało do obowiązków legionisty, miało zapobiegać infekcjom i utrzymywać czystość – i było bez znaczenia w jakiej części imperium zdarzyło im się stacjonować i w jakich warunkach. Wiemy tylko, że w czasach Cezara golili się raz na trzy dni. Trwało to aż do czasów cesarza Hadriana, który jako pierwszy władca zapuścił brodę i tym samym ponownie wprowadził ją na deski dziejowej sceny.

Czynność golenia jest w naszych czasach banalnie prosta i łatwa, choć jeszcze wcale nie tak dawno wymagała pewnych zachodów i zabierała sporo czasu. Cały proces rozpoczyna się od oczyszczenia skóry, by usunąć martwy naskórek, co można załatwić łatwo starym zwyczajem, czyli przykładając do twarzy ręcznik namoczony w ciepłej wodzie. To rozgrzewa skórę i otwiera pory. Potem zmiękczająca zarost pianka do golenia, wybór odpowiedniej maszynki na żyletki lub brzytwy – elektryczne maszynki do golenia nawet i dziś, przy mocnym zaroście, nie bardzo spełniają swoje zadanie, raczej przystrzygając niż goląc. Po tej fazie przygotowań pozostają już tylko systematyczne ruchy maszynką w trzech różnych kierunkach: na początek krótkie, delikatne ruchy zgodne z kierunkiem wzrastania włosa, następnie ostrze przesuwamy po skórze w poprzek, a na koniec goli się twarz pod włos. Proste? Stosunkowo proste, teraz więc spróbujmy wyobrazić sobie ten sam proces w wykonaniu rzymskich legionistów. A więc: daleka od ostrości naszych brzytew czy żyletek novacula albo po prostu zwyczajny, solidnie naostrzony nóż, twarz może co wyżej skropiona wodą, nieco mydła zamiast pianki, w najlepszym razie mętne odbicie w zwierciadle z wypolerowanego brązu lub cyny, a najpewniej w kałuży wody, gdzieś pod namiotem w jakimś castra Romana, wśród lasów barbarzyńskiej Germanii lub Brytanii albo pod palącym słońcem Persji.

Jestem przekonany, że dla większości dzisiejszych mężczyzn byłby to heroizm po którym czuliby się już całkowicie zwolnieni z odbywania jakichkolwiek wyczerpujących marszów, z ekwipunkiem ważącym około czterdziestu kilogramów, czy – tym bardziej – udziału w krwawych bitwach.