Tillman Bendikowski w pracy „Przeżyj rok w średniowieczu” pisze, że w tamtych czasach złodziej był uważany za szczególnie podłego łajdaka. Nie tyle z powodu popełnionego czynu, ile dlatego, że zawsze dokonuje go w sposób zamierzony. Nikt nie kradnie nieopatrznie, złodziej w każdym przypadku postępuje nikczemnie i z wyrachowaniem. Dopuszczając się innych czynów, oskarżony zawsze może liczyć na większą wyrozumiałość, nawet jeżeli kogoś skrzywdził lub nawet uśmiercił. Powszechnie bowiem wiadomo, że w porywie gniewu każdemu może zadrżeć dłoń zaciśnięta na rękojeści noża, czyniąc z człowieka zabójcę – być może sam diabeł odegrał w takim momencie swoją podstępną rolę. Choć rzecz to niegodna, może się jednak zdarzyć w chwili złości lub nierozwagi. Ale kradzież? Nie, ona zawsze jest wynikiem niecnego zamiaru. Dla kradzieży nie ma usprawiedliwienia.
Są w tej postawie i logika i mądrość. W działaniach złodzieja nie ma przypadku, świadomie planuje uczynić komuś krzywdę, działa z premedytacją, ignorując, lekceważąc i mając za nic życie innych ludzi – kierują nim zimna, wyrachowana kalkulacja i skrajny egoizm. Ponadto, ze społecznego punktu widzenia, każdy złodziej jest anarchistą, podważającym powszechnie przyjęty modus vivendi. Nie ma i nigdy nie było szlachetnych złodziei, ani kiedyś ani dzisiaj, wyrażenie „szlachetny złodziej” to bezczelny oksymoron. Szlachetny Robin Hood nie jest niczym więcej niż uosobieniem mściwej bezradności słabszych.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.