de Medici

Tekst o księciu Cosimie de Medicim. Był ułomny, miał spory garb. Wiedzieli o tym wszyscy i nie tylko we Florencji. Gdy któryś z ówczesnych twórców (Jacopo Pontormo? Michał Anioł?) przedstawił go jako urodziwego mężczyznę, bez śladu szpecącej go ułomności, zdumienie było powszechne. Artysta, pytany o to, miał odpowiedzieć: „Kto będzie o tym wiedział za 500 lat?”. Cóż, kiedyś malarze fałszowali rzeczywistość. Teraz czynią to media, robią to z nieporównywalnie większym rozmachem, pewne, że za 5 dni i tak nikt już nie będzie ani pamiętał ani wiedział.  

Analgetyk

Lizander mawiał, że prawda jest lepsza od kłamstwa, lecz znaczenie i wartość zarówno prawdy jak i kłamstwa zależą od pożytku, jaki przynoszą. Słuszna myśl. Prawdy, które nie przynoszą pożytku, szkodzą często bardziej niż kłamstwa. Prawda nie zawsze jest lepsza niż kłamstwo i dobrze o tym wiemy, choć nie przyznamy tego nigdy. Żyjemy przecież w świecie komunałów, kochamy komunały, bo komunały to nasze analgetyki – któż jednak odważy się przeżyć życie bez żadnych środków znieczulających?

Ratujmy Planetę

Nie znam większej arogancji niż powszechny dziś slogan „Ratujmy Planetę”. A najbardziej zdumiewające jest to, że zarażono tym idiotyzmem istoty, które ledwo zdołają uratować się od jednej wypłaty do następnej. Rozumiem, że może to propagować Bill Gates, facet, który zarobił i zarabia wciąż nienormalne pieniędzy i chciałby sobie pożyć długo, wygodnie i w wiecznym zdrowiu. Ale my? Ratujmy planetę?! Jeszcze nie nauczyliśmy się dbać o nas samych i naszą przyszłość, a mamy zająć się Planetą? Planeta zresztą ma się dobrze. Być może nigdy nie miała się tak dobrze. To my jesteśmy zagrożeni. Ona istnieje od 4.5 miliarda lat, może od 5-ciu. My może zaledwie od 200 tysięcy lat. I skąd ta niewyobrażalna czelność, by sądzić, że jesteśmy dla niej jakimś zagrożeniem? Ta Planeta poradziła sobie ze znacznie bardziej niebezpiecznymi zjawiskami niż istota bezpióra dwunoga, czyli my. Trzęsienia ziemi, wulkany, wędrówki płyt tektonicznych, rozbłyski na Słońcu, odwrócenie biegunów magnetycznych, miliardy lat bombardowania asteroidami, globalne powodzie, fale pływowe, globalne pożary, promieniowanie kosmiczne, okresowe epoki lodowcowe – a nam wydaje się, że plastikowe torebki i aluminiowe puszki po piwie zrobią jej jakąś różnicę. Planeta zostanie i wówczas, gdy po nas nie będzie już śladu. Chyba, że w postaci kolorowych plastikowych odpadów. Kolejna eksperymentalna mutacja. Drobne i nic nie znaczące biologiczne doświadczenie. Ewolucyjny żart. Planeta strzepnie nas jak pies strzepuje pchły. Chcecie wiedzieć, jak naprawdę ma się nasza Planeta, ta stara, cwana i wytrawna terminatorka? Zapytajcie ludzi w Pompejach, zastygłych w pyle wulkanicznym. Oni znają odpowiedź na to pytanie. Zapytajcie ludzi pomordowanych w setkach innych miejsc, pogrzebanych pod tysiącami ton gruzu z trzęsień ziemi, zmiecionych z powierzchni ziemi przez huragany, uduszonych przez tsunami czy wyziewy wulkanów. Zapytajcie ich, czy czują się zagrożeniem dla naszej Planety. Planeta będzie tu przez długi czas po tym, jak nas już nie będzie i uzdrowi się sama; uczyni to łatwo, bo to jest jej zadanie. To samokorygujący się system. Woda i powietrze oczyszczają się, ziemia odnawia. A jeśli to prawda, że plastik nie rozkłada się, Planeta włączy plastik do swego gospodarstwa. Może będzie to nasz dar dla niej. Wreszcie coś, czego sama nie wymyśliła, do czego sama nie była zdolna. Planeta wzbogacona o plastyk. Zresztą, może to jest powód, prawdziwy powód naszego istnienia? Być może Ziemia dla jakichś przyszłych celów potrzebowała trochę plastiku i nie wiedziała jak go wyprodukować? Wyprodukowała więc najpierw nas. Ot, i cały sens istnienia nad którym przez całe wieki tabuny filozofów łamały sobie swoje zakute pały. Après nous, le déluge, jak mawiała mądra markiza, która pewnie czytała starożytne epigramy Stratona z Sardes, który już 150 lat przed naszą erą wołał: Pij i kochaj! Po śmierci niech moje kości potop pochłonie!

Impotencja

Przez ostatnie ćwierć wieku Europejczycy grzecznie i gorliwie kajali się i przepraszali za wszystkie swoje winy – głównie urojone. Obecnie opatentowali nowy sposób, by uchodzić za niewinnych. Deklarują stan kompletnej impotencji spodziewając się, że dzięki temu nikt już nie oskarży ich o gwałt. Słabą stroną tego wybiegu jest jednak to, że impotencja urojona zawsze przeradza się w prawdziwą.

Świeczka i ogarek

Chińczycy dają wyraz swego niezadowolenia bojkotując produkty Hennes & Mauritz AB. Szwedzka firma odzieżowa wyraziła wcześniej „niepokój” z powodu prześladowań ludności w regionie Xinjiang, zamieszkałym głównie przez Ujgurów. Chińczycy w odwecie nawołują do bojkotu firmy i zaczyna to przynosić rezultaty – wielu chińskich artystów oraz organizacji podpisuje się pod tą akcją. I słusznie, moim zdaniem. Daleki jestem od tego, by popierać jakiekolwiek działania Chin, ale i mam już serdecznie dość wszelkiego rodzaju firm, facebooków, amazonów, koncernów i przedsiębiorstw, które arbitralnie próbują uchodzić za sumienie świata i jedynych sprawiedliwych. Jeżeli H&M nie zgadza się z polityką Chin, powinna dać temu wyraz w jednoznaczny sposób, czyli przez wycofanie sieci swoich sklepów z tego kraju, a ma ich tam aż 520. Wszystko inne jest czystą hipokryzją i obłudą – chcą zarabiać i jednocześnie uchodzić za good guys, którzy nigdy i niczym nie poplamili sobie łapek, bo to jest w tej chwili mile widziane w liberalnych kręgach i, co równie ważne, politycznie poprawne.  

Prawo do aborcji

Nie ma czegoś takiego jak prawo do aborcji. Jest tylko, zapewniana przez pewne państwa i społeczeństwa, możliwość przeprowadzenia aborcji. Nie jest to jednak żadne prawo. Nie ma żadnych naturalnych praw, które gwarantują nam prawo do życia, szczęścia, aborcji, picia szampana, pracy, posiadania butów czy samochodów, oglądania filmów pornograficznych, wykształcenia czy czegokolwiek innego. Są to jedynie opcje – w pewnych okolicznościach możliwe i realne, a w innych albo wcale albo tylko w wąskim zakresie. Istnieją natomiast prawa człowieka, prawa przysługujące każdemu pojedynczemu człowiekowi i wszystkim z osobna. Nie są to jednak żadne prawa polityczne czy – tym bardziej – ekonomiczne. Prawa człowieka są zasadami moralnymi, które mają określać i chronić wolność naszego działania, przy założeniu, że nie stanowią zagrożenia dla praw czy swobód innych osób. I nic ponadto.

Sub rosa

W dawnych czasach podczas spotkań różnych stowarzyszeń zawieszano pod sufitem różę. Dla uczestników był to znak, że treść i przebieg rozmów należy zachować w tajemnicy. Nazywano ten zwyczaj sub rosa czyli pod różą. Ma on bardzo starożytną proweniencję, związany jest z imieniem Har-pa-Khered, jednym z wyobrażeń Horusa, syna Izydy i Ozyrysa, kojarzonym ze wschodzącym słońcem. W aluzji do jego hieroglifu, który znaczy “dziecko”, był przedstawiany nad Nilem jako mały chłopiec dotykający ust palcem prawej ręki. W wersji greckiej znany jest jako Harpokrates. Odpowiadał za tajemnice, a jego symbolem była właśnie róża. Według mitu Afrodyta dała swojemu synowi, Erosowi, różę, którą on miał przekazać Harpokratesowi, aby upewnić się, że wymagające dyskrecji fakty z życia bogini miłości oraz innych Olimpijczyków nie ujrzą światła dziennego. Sub rosa, rekwizyt z czasów, gdy nie dało się jeszcze zarabiać na niedyskrecji.

Eco i biblioteka

Wszyscy znamy znakomity esej O Bibliotece, Umberto Eco, i prezentowany w nim wzorzec, dziewiętnastopunktowy wzorzec dobrej biblioteki „w znaczeniu złej biblioteki”. Jednym z punktów jest postulat, by – w miarę możliwości – zlikwidować w bibliotece ubikacje. Odkryłem ostatnio, że biblioteka w Malmö, skądinąd budząca mój podziw, znalazła swoje własne rozwiązanie tego ważkiego problemu, rozwiązanie może równie niehumanitarne jak proponowane przez Eco, ale jeszcze bardziej pomysłowe i skuteczne. Przy czym nie koliduje ono z zaleceniami oraz przepisami dotyczącymi budynków użyteczności publicznej. Mianowicie, ubikacje w malmöwskiej bibliotece są płatne, a horrendalna wysokość tych opłat, bardzo ogranicza ich używalność. Dłuższy czas pobytu w bibliotece, bez ponoszenia znacznych kosztów, jest więc możliwy tylko dla osób młodych, których pęcherze wytrzymują jeszcze maraton sześciu czy nawet ośmiu godzin bez odwiedzania toalet. Umberto Eco byłby zapewne zachwycony taką modyfikacją jego idei.

Angerona

Angerona lub Angeronia, stara rzymska bogini, która przynosiła ulgę ludziom pogrążonym w smutku i bólu, chroniła przed chorobami serca i była opiekunką świętej nazwy miasta Rzymu. Współcześnie przeważa pogląd, że była boginią nowego roku i powracającego słońca. Jej święto, zwane Divalia lub Angeronalia, nie przypadkiem odprawiano w dniu 21 grudnia. Kapłani składali wówczas ofiary w świątyni Volupia, bogini rozkoszy, gdzie podobno znajdował się posąg Angerony. Bogini milczenia, bogini lęku i cierpienia (zamknięte usta interpretowano jako symbol stłumienia lamentu i jęków), bogini, która pomaga naturze i ludziom pokonać kryzys długich, zimowych dni bez światła. Zwykle przedstawiano ją z obandażowanym palcem przyciśniętym do warg, domagającym się ciszy. Zapomniana bogini, osierocone uczucia.

Dogmat i rytuał

Epoka hellenistyczna. Powszechne wówczas oddawanie władcom boskiej czci. Może i nic aż tak nadzwyczajnego, gdy uświadomimy sobie, że religia grecka to nie dogmaty i teologia, które nigdy nie odegrały w niej poważniejszej roli, lecz rytuały, głównie rytuały, a uczestnictwo w obrzędach z całą pewnością rozwija postawę akceptującą wszelkie ekwiwalenty. Czemu nie ten? Akt przyznania boskiej czci władcom był więc naturalnym uznaniem ich boskości i to zapewne bez żadnego „jak gdyby”. Identycznie przeszli potem do chrześcijaństwa, w ich własnym prawosławnym wydaniu, stosunkowo wolnym od dogmatów, zdominowanym właśnie przez obrzędy. Często nie wiemy lub nie pamiętamy, że nawet tworzenie ikon jest modlitwą – stąd ikonę nie maluje się, lecz pisze.  

Myśl dla Kristinaki

Czy śpimy, by odpocząć czy może raczej, by zapomnieć? Budząc się rano mamy przecież złudzenie, że coś rozpoczynamy, że przed nami nowy, inny dzień. Nie jest to jednak ani nowy ani inny dzień. To wciąż ten sam dzień, to samo życie, to samo istnienie. Spróbuj nie spać całą noc. Gdy nadejdzie poranek i rozpocznie się to, co nazywamy kolejnym dniem łatwo spostrzec, że jest to ten sam dzień, że rzeczywistość nie ma żadnej cezury, że wczoraj i dziś to tylko nazwy, które maskują przerażającą ciągłość istnienia. To jednak, że żyjemy, że znosimy życie zawdzięczamy właśnie tej nieciągłości, która pozwala zapomnieć. Być może nie śpimy więc po to, by odpocząć.

Czytając Herodota

Czytając nowe wydanie Herodota, imponujące graficznie, a do tego ze wstępem, przeglądem treści, przypisami, spisem ważniejszych imion, nagle uświadomiłem sobie, jak daleko jesteśmy od tego, czym była książka w czasach autora „Dziejów”. Spróbujmy więc wyobrazić sobie, że żyjemy w latach 450-400 p. n. e., a Herodot, nasz dobry znajomy lub przyjaciel, przysyła nam, do zapoznania się lub recenzji, zwoje swojej obszernej, napisanej w dialekcie jońskim, pracy (którą znacznie później gramatycy aleksandryjscy podzielą na 9 ksiąg). A więc przesyłka Herodota ma formę zwoju. Tekst zapisany jest po wewnętrznej stronie. Początek, wzmocniony, by zapobiec zniszczeniu, zawiera skrócony tytuł tekstu. Pełny tytuł, zgodnie ze zwyczajem, znajdziemy na końcu. Zdarzają się niekiedy zwoje zapisane dwustronnie, ale to rzadkość. Zwój jest nawinięty na drążek zwany umbilicus, z którego odwija się go prawą ręką, podczas gdy lewa zwija część przeczytaną. To zupełnie inny gest niż odwracanie kartek. Format wynosi prawdopodobnie 20-30 cm. Tekst jest podzielony na kolumny. Powiedzmy, że te są poprzeczne, choć czasem zdarzają się też lekko ukośne. Wolny margines znajduje się na górze i na dole, a odległość między wierszami wynosi około 2 cm. To nie wszystko jednak. Otóż, w początkowej fazie rozwoju pisma greckiego pisało się od prawej strony do lewej. Później zaczęto stosować bustrofedon, który polegał na zapisywaniu znaków w sposób naprzemienny – od prawej strony do lewej i od lewej do prawej. W Atenach już od 550 roku p.n.e. pisano od lewej do prawej strony, więc i ten tekst powinien być zapisany w ten sposób. Mamy więc przed sobą pierwotny tekst „Dziejów” naszego przyjaciela Herodota, ale trudność prawdziwa dopiero przed nami. W tekście tym nie ma bowiem żadnej interpunkcji, a wyrazy nie są dzielone. Spróbujmy sobie wyobrazić, że będziemy przedzierać się przez gąszcz liter, które nie dzieli żadna przerwa, że zapisane są metodą jak leci, ciurkiem, jednym ciągiem, zapisanesąjaklecijednymciągiem, że tekst nie posiada klarowności do której przywykliśmy, że jest – jak to ktoś celnie określił – nieprzenikliwy jak tkanina. Myślę, że wielu z nas bez wahania odłożyłoby ten wielozwojowy szyfr na półkę. Lektura takiego tekstu musiała być mozołem, którego nie jesteśmy nawet w stanie wyobrazić sobie.

To nie koniec trudności, zresztą. Czytanie – każde słowo musiało jeszcze odpowiednio wybrzmieć. W tamtych czasach nie stosowano przecinków, to dopiero gramatycy epoki aleksandryjskiej wprowadzili tzw. znaki diakrytyczne dla akcentów i przydechów. Starożytność nie znała cichego czytania. Głośno czytało się i samemu, a jeszcze chętniej kazało się sobie czytać niewolnikowi (anagnostai). Biblioteka Aleksandryjska czy Pergamońska nie posiadały więc czytelni w naszym tego słowa znaczeniu – ówczesnym zwyczajem czytano tekst na głos przechadzając się po krużganku lub siedząc w przyjemnym cieniu jakiejś krytej kolumnady, a regały tych bibliotek przypominały plastry miodu raczej niż półki. 

Navigare necesse est

Navigare necesse est, vivere non est necesse. Znalazłem tę myśl przed wiekami i, wyrwana z kontekstu, zachwyciła mnie swoją enigmatycznością. Żeglowanie jest koniecznością, życie koniecznością nie jest. Można tę myśl interpretować na wiele sposobów, ale jej historyczna zawartość nie kryje żadnej tajemnicy. Według Plutarcha zdanie to wygłosił Pompejusz. Gdy w Rzymie zapanował dokuczliwy głód, Pompejusz został mianowany na 5 lat praefectus annonae, czyli naczelnikiem urzędu, którego zadaniem było zaopatrywanie Rzymu w zboże. Popłynął wtedy do Libii, na Sardynię i Sycylię. Zgromadziwszy tam odpowiednie ilości zboża, zamierzał jak najszybciej wyruszyć do Rzymu. Tymczasem nadciągnęła straszliwa nawałnica i sternicy, w obawie o życie swoich załóg, próbowali odwlec moment opuszczenia portu. Wtedy Pompejusz, wkroczywszy na pokład jako pierwszy, wydając rozkaz podniesienia kotwicy, miał zawołać: „Żeglowanie jest koniecznością, życie koniecznością nie jest!”. W łacinie brzmi to zdanie znacznie bardziej dostojnie: Navigare necesse est, vivere non est necesse. I znacznie bardziej kategorycznie: Navigare necesse est.

Dwie kobiety

Rosja. Ta sama epoka. Dwie kobiety. Zinaida Gippius i Nina Berberowa. Pierwsza jest żoną Dmitrija Mereżkowskiego. Biseksualistka, białe małżeństwo, famme fatale epoki srebrnego wieku, liczne romanse, ostentacje i prowokacje, mistyka w rosyjskim wydaniu. Mimo póz i pretensji żyje w cieniu swego utalentowanego męża. Ich podróż do Włoch dla poprawy jej wątłego zdrowia. „Znajdujemy się w okropnej, niebywałej sytuacji, żyjemy dosłownie nie dojadając już kilka dni i zastawiliśmy ślubne obrączki” – oznajmia w jednym z listów w 1894 roku (w innym skarży się, że z braku pieniędzy nie może pić kefiru, przepisanego jej przez lekarzy). Dmitrij Fiłosofow, homoseksualista, poznany przez nich w Nicei, długoletni związek z nim. Jej „Dzienniki petersburskie”, mimo ambicji i starań, powierzchowne i plotkarskie, a „Dziennik warszawski” tragicznie naiwny. Generał Lucjan Żeligowski we wspomnieniach „Wojna w roku 1920” zanotował: Pewnego dnia przekroczył granicę wraz z żoną i kilkoma przyjaciółmi znakomity pisarz rosyjski Dymitr Mereżkowski. Pozostał on w Mińsku dłuższy czas i miałem sposobność dyskutowania z tym miłym człowiekiem o wielkiej kulturze duchowej. Był rozżalony na Polskę: „Jak to – mówił – Polacy, naród tak rycerski, nie chcą wyratować nas od bandy zbójów, którzy przypadkowo opanowali władzę?”. Zinaida G. prezentuje ten sam, infantylny punkt widzenia. Zmarła w Paryżu w 1945 roku, pochowana została na podparyskim cmentarzu de Sainte-Geneviève-des-Bois. 

Nina Berberowa. Przeżyła z Władysławem Chodasiewiczem ponad dziesięć lat. Podobne iluzje i złudzenia na temat Rosji, caratu i rewolucji jak Gippius. I ona również żyje w cieniu Chodasiewicza, poety i publicysty i, niemal tak samo jak Gippius i Mereżkowski, w pierwszym okresie emigracji ledwo wiązali koniec z końcem. W ciągu trzech lat mieszkali w czterdziestu dwóch mieszkaniach, w różnych miastach Europy, wliczając w to jedno lato w Belfaście, przed zamieszkaniem w Paryżu w 1925. O swych ówczesnych problemach pisała: „Jestem wiecznie głodna. Chodzę wciąż w cudzych ubraniach i starym obuwiu, nie mam ani perfum, ani jedwabi, ani futer i na nic nie mam większej chętki niż na te wyłożone na wystawie smakołyki”. Heroicznie uważała jednak, że ubóstwo można przezwyciężyć, że trzeba próbować z nim walczyć, a do tego usilnie próbowała być dumną z tego, że nie przynależy do pogardzanych przez nią „białoarmistów”, którzy – nie chcąc żyć z jałmużny – dzielnie starali się zdobyć pracę, jakąkolwiek, ale pracę. Manifestacyjnie opowiadała się po stronie rosyjskiej emigracyjnej bohemy w Paryżu, płacąc za to swoją własną cenę upokorzeń. Druga wojna światowa przyniosła biedę jeszcze większą. Brakowało wówczas wszystkiego. Pisarka rozstała się wtedy z Chodasiewiczem, wyszła za mąż za Nikołaja Makiejewa, przeciętną, bezbarwną postać i zamieszkała z nim w Longchêne, wsi podparyskiej. Wraz z mężem jedli głównie to, co zdołali wyhodować w swoim przydomowym ogródku. Wtedy to, oprócz pisania niewielkich artykułów dla rosyjskiej prasy, zaczęła dorabiać jako szwaczka. Pensja z gazety nie starczała jej na utrzymanie nawet samej siebie. Po wojnie wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych. Jej obfita autobiografia „Podkreślenia moje” nieporównywalnie ciekawsza i lepiej napisana niż  „Dzienniki” Gippius. Przeżyła 92 lata burzliwego wieku. Zmarła w 1993 roku w Filadelfii.

Media i my

Henry Miller w „Kolosie z Maroussi”, jego z całą pewnością najlepszej książce, napisał, że moglibyśmy uczynić wielki krok naprzód, gdybyśmy potrafili obejść się bez gazet i mediów, bowiem ich naczelnym zadaniem jest rozsiewanie kłamstwa, nienawiści, zawiści, chciwości, podejrzliwości, strachu i złości. „Brak gazet, brak wiadomości o tym, co ludzie robią w różnych częściach świata, aby sobie utrudnić lub ułatwić życie, jest największym błogosławieństwem”. Diagnoza Millera jest słuszna. Przestępstwem wszelkich mediów jest to, że wykorzystują i podsycają w nas zainteresowanie tym, co robi nasz bliźni, że pielęgnują w nas malaryczne zainteresowanie życiem innych ludzi i prowokują naszą nieszczęsną skłonność do podglądania egzystencji innych przez dziurkę od klucza. Media są pasożytem, który żyje na naszej chorobie, karmi się nią i usilnie zabiega o to, abyśmy nie wyzdrowieli nawet przypadkiem. Wczoraj, by udowodnić postawioną przez Millera tezę, zadałem sobie trud i przejrzałem artykuły w trzech polskich mediach internetowych, Interii, Onecie i Wirtualnej Polsce.

Interia pl. informuje, że syn naczelnego błazna Rzeczpospolitej, Korwina-Mikke, leży w szpitalu na covid, co dla wszystkich Polaków jest zapewne wiadomością szalenie relewantną i bez niej mogliby czuć się informacyjnie okaleczeni. Są też wyniki sekcji zwłok niedawno odstrzelonych wilków, do wiadomości dla ich pobratymców, sensacyjna wiadomość o sklerotycznym dziadku, który odebrał z przedszkola cudze dziecko, astronomiczna cena sukienki biednej i prześladowanej Meghan i okropnie przykra prawda o zagranicznej karierze Górniak, bardzo istotna dla dalszej egzystencji każdego uczciwego człowieka w naszym kraju. Potem anemiczny artykulik o facecie w którym kochały się podobno wszystkie Polki w latach 70-tych, czyli w zeszłym wieku, ujawnienie, że córka Artura Żmijewskiego ma jakiś wygląd, że Lityński zginął heroicznie ratując psa, bez wyjaśnienia, czy pies zdążył mu za to podziękować, jakieś sensacyjne doniesienia w sprawie Ronaldo i o tym, że Lubański zrobił coś niezwykłego, a Czarnota-Bojarska ujawniła wreszcie, kto oblał ją szampanem. Pozostałe jakże istotne wiadomości zamieszczone przez Interię dotyczą kobiety, która urodziła dziecko z zespołem Downa (czyżby jako pierwsza na świecie?) i kolejna notka, której wyczekiwaliśmy niczym kania dżdżu, czyli jak wygląda córka, ale tym razem córka Kozidrak oraz, że ktoś został przyłapany „z dużo młodszym”, tudzież wstrząsające wieści o byłej gwieździe TVN, chociaż do końca nie wiadomo co i kim wstrząsnęło. 

Wiadomości w Onet pl. zajmują się sprawą historycznie ważnych nieścisłości w wywiadzie Meghan i Harry`ego, kolejnymi oskarżeniami wobec nijakiego Obajtka, problemem, jak odpalić Kamaza przy temperaturze minus 48 stopni C, co w naszej szerokości geograficznej jest niezmiernie istotne i pożyteczne, bowiem ekstremalnie niskie temperatury mamy każdej zimy, rozważaniami na temat zarobków Harry’ego i Meghan, bez podania, gdzie ta cudaczna para jest zatrudniona, nieudolnym dochodzeniem w kwestii, kim jest matka tej ostatniej, ujawnieniem, co górale myślą o władzy, bowiem górale są jak ogólnie wiadomo znakomitymi politologami, tudzież kolejną arcyważną informacją o tym, że jakiś syn jakiegoś byłego selekcjonera wraca po zawieszeniu za korupcję i nie ma powodu do wstydu. Oczywiście, na onetowskiej stronie nie może zabraknąć sensacyjnych doniesień o Watykanie i tajemnicy fatimskiej, rozważań na temat wysokości emerytury Jolanty Kwaśniewskiej, dywagacji o przyczynach miauczenia kotów, zdania Krystyny Pawłowicz o innych kobietach oraz mniej czy bardziej niekompetentnych sugestii o przyczynach, które powodują, że Archie nie może być księciem. Można też dowiedzieć się, jak długo „Lewy” zarabia na Passata i iPhone`a, o burzliwym związku Mazurówny i Wacława Kiesielewskiego i zobaczyć zdjęcia Edyty Pazury z dziećmi w wannie, co podobno zszokowało wielu zacnych i niewinnych internautów.

Wirtualna Polska pl. ambitnie donosi, ile kosztuje wynajem berlińskiej willi Przyłębskiego, kimkolwiek on jest, jak dokonała się metamorfoza Szydło, o tym, że Meghan kłamała, jakby to było coś nadzwyczajnego, że niedźwiedź gonił pewnego narciarza, bo pewnie chciał zapytać, gdzie szczepią na covid, o jakiejś istocie rodzaju żeńskiego, która przechadzała się po plaży i że był to widok iście niebiański oraz o innej, która powiększyła biust i chciała więcej. Zainteresowanie budzi wiadomość o pewnym bachorze-ikonoklaście, który zniszczył już dwanaście telewizorów, ale rozczarowuje sąsiadująca z tą informacja o bezmyślnym zachowaniu Ronaldo; chyba że uznamy, że Ronaldo może robić coś „z myślą”, poza kopaniem piłki, zakładając oczywiście, że kopanie piłki wymaga myśli. Potem pojawiają się bezpłodne refleksje o alkoholowym imperium Palikota, purytańskie obiekcje o takiej, która pokazała za dużo na zdjęciu, relacja z pobytu Wieniawy w górach z kolejnym ukochanym, rewelacje o niekończącym się orgazmie, zwierzenia pewnej pani o tym, jak wyglądał jej dawny związek, smutna prawda o Hance Bielickiej, mętne spekulacje o ciąży bez stosunku i niedyskretna opowieść jakiegoś chama o nocy z jakąś Caroline.

Miller ma rację. Ileż nędzy i pustki, które sprzedaje się nam jako prawdy. Nie potrzebujemy prawdy w formie podawanej nam przez pisma czy media codzienne. Potrzebujemy spokoju, samotności i odpoczynku. Gdybyśmy potrafili gremialnie zastrajkować i uczciwie wyzbyć się wszelkiego zainteresowania tym, co robi nasz bliźni, wstąpiłoby w nas nowe życie. Ale nie potrafimy. Nasze lenistwo sprawia, że wybieramy podpatrywanie życia innych ludzi, unieważniając i redukując tym samym nasze własne życie. 

O Elojach i Morlokach

Elojowie Herberta George’a Wellsa z Wehikułu czasu są młodzi i piękni, ale przypominają dzieci, dzieci z wypaczonym, infantylnym obrazem świata, nieświadomych dobra i zła, całkowicie pozbawionych umiejętności współpracy. Ta piękna rasa jest podległa Morlokom, stworzeniom przypominającym małpy, którzy traktują Elojów jak hodowlane zwierzęta. Morlokowie uprawiają nieskomplikowaną inżynierię społeczną polegającą na tym, że w pierwszej kolejności eliminują najstarszych z Elojów, co sprawia, że są oni wizualnie rasą niemal doskonałą, acz bezwolną i pozbawioną świadomości. Żyją w rajskim otoczeniu: świeże powietrze, słońce, owoce; mogą beztrosko biegać po łąkach i polach, zrywać kwiaty, rozmnażać się do woli, kąpać się w krystalicznie czystych jeziorach i strumieniach – wydaje się, że ich jedynym problemem zdaje się być brak jakichkolwiek problemów. Ale to tylko pozory. Żyjący w podziemiach Morlokowie wypełzają pod osłoną nocy ze swoich legowisk podziemnych i porywają Elojów, by potem żywić się ich mięsem. Bohater Wellsa dochodzi do wniosku, że tylko egzystencja w trudnym, niebezpiecznym środowisku stymuluje wzrost inteligencji, a Elojowie żyją w świecie pozbawionym jakiejkolwiek intelektualnej prowokacji. Są piękni, ale puści i nieświadomi.

Podobne przekonanie żywił również Emil Cioran twierdząc, że doskonałe zdrowie jest czymś antyduchowym, że człowiekowi doskonale zdrowemu psychicznie i fizycznie nie dostaje pewnej istotnej wiedzy, czyniąc zeń istotę dość bezwolną. Cioran uważał, że najzdrowsi i najpiękniejsi, najregularniej zbudowani ludzie są i muszą być powierzchowni. Doskonałość czy piękno zdają się wyczerpywać wszystko, indywidualności jest tu zbyteczna. Natomiast, gdy tylko ktoś ma jakąś ułomność, ma także swoje własne zdanie, inny sposób widzenia, indywidualność. Ułomność, w jakimkolwiek tego słowa znaczeniu, narzuca inność i dopiero inność stwarza indywidualność.

Odysjada 14

Los Odysa posiada wiele wersji. Jedna z nich opowiada o tym, że po powrocie na Itakę, po ukaraniu zalotników i przywróceniu ładu ponownie powrócił na morze i na morzu zginął, a jego ciało morska fala zaniosła na Ogygię i wyrzuciła na jej brzeg. Odys miałby ostatecznie więc powrócić do swojej boskiej i nieśmiertelnej kochanki. Jest w tym logika. Imię Kalipso, kalyptein, znaczy „chować”, „kryć” (termin „apokalipsa” posiada zresztą tę samą etymologię) i sugeruje, że na początku była być może utożsamiana z boginią śmierci bądź ciemności.

Także los Kalipso ma inną wersję. Kalipso była nimfą, a nimf nie uważano za istoty par excellence nieśmiertelne. Nieśmiertelność nimf wiąże się z ich przynależnością do natury; należały do natury, stanowiły jej część i ich życie podlegało jej prawom. Było zarówno nieśmiertelne, jak i skończone. Są greckie mity, które mówią, że Kalipso po rozstaniu z Odysem długo była niepocieszona i smutna i pewnego dnia smutek ją pokonał – wybrała samobójstwo.

Katabaza

Temat na fascynującą powieść historyczną. Baktria. Starożytna, grecka nazwa krainy położonej współcześnie w północnym Afganistanie i na południowym pograniczu Turkmenistanu, Uzbekistanu i Tadżykistanu. Jej stolicą była Baktra, obecnie Balch. Baktria leżała pomiędzy górami Hindukusz oraz rzeką Amu-Daria, która dawniej nosiła nazwę Oksus. To tutaj Aleksander Macedoński poślubił Roksanę, córkę miejscowego arystokraty Oxyartesa. Przed dalszą wyprawą do Indii Aleksander pozostawił w Baktrii dość liczne siły okupacyjne, złożone z greckich najemników i macedońskich weteranów, głównie tych niezadowolonych, a były ich tysiące, bowiem nie wszyscy chcieli iść na koniec świata. Nowi osadnicy zmuszeni byli żyć wśród ludów, które nigdy wcześniej nie miały kontaktu z Grekami, w naprędce zbudowanych fortach i posterunkach, w dzikim i obcym im terenie, bez jakichkolwiek wygód. Podobno w 325 roku p.n.e., na samą pogłoskę o śmierci Aleksandra w Indiach, kilka tysięcy tych osadników porzuciło swoje placówki i ruszyło w drogę do domu. Nie wiemy, ilu z nich zdołało dotrzeć do celu, ale prawie natychmiast po faktycznej śmierci Aleksandra wyruszyła druga fala, większa, bo licząca ponad dwadzieścia tysięcy ludzi. Szli na zachód wzdłuż Amu-Darii, a następnie późniejszą trasą Jedwabnego Szlaku do Mezopotamii. Mieli przed sobą trasę pięciu tysięcy kilometrów. Powracających do domów najemników ówczesna oficjalna propaganda przedstawiała jako wyjątkowo groźnych i niebezpiecznych: ich jedynym celem miało być dotarcie do domów z bogatym łupem, zdobywanym na terenach, które przemierzali. Satrapa Pejton w roku 323 otrzymał zadanie zajęcia się tym problemem. W opinii Perdikkasa, faktycznego regenta państwa po śmierci Aleksandra, byli pospolitymi dezerterami, których należało przykładnie ukarać. Greckie oddziały Pejtona dokonały wówczas masakry tysięcy ich powracających rodaków. Jeżeli niektórym z nich udało się mimo tego powrócić, to w porównaniu z ich wędrówką marsz opisany przez Ksenofonta w Anabazie byłby zaledwie spacerkiem po gęstym lesie. Niestety, to zdarzenie nie miało swego Ksenofonta.

Scio me nihil scire

Nasz świat jest reżyserowany na podstawie scenariusza z wielu naszych wcześniejszych przeżyć i podlega zmianie wraz z każdym ujęciem. Wszyscy błądzimy. Ludzkie zmysły nie są kamerą. Nasze doświadczenie rzeczywistości zmienia się wraz z nami, zmienia się nieustannie, ale ponieważ nie postrzegamy procesu tworzenia tego świata, wydaje nam się, że świat nie jest tworzony, lecz po prostu jest. On nie jest – on staje się. Ale stąd już tylko krok do tego, by uznać, że widzimy świat takim, jakim jest, że to, co myślimy, nasze opinie i preferencje są naturalne i wynikają z obiektywnego oglądu spraw. I tak czynimy, choć najwłaściwszym podejściem do tego, co myślimy o świecie, co uznajemy za prawdziwe i realne, co nazywamy rzeczywistością, byłoby podejście: mylę się i nie mam racji, tak samo jak wszyscy inni lub wiem, że nic nie wiem. Arogancją jest myśleć, że jest inaczej i wszyscy, niestety, jesteśmy aroganccy. Chcemy za wszelką cenę mieć poczucie, że rozumiemy, co się dzieje, chcemy móc powiedzieć wiem, co robię, chcemy mieć rację i przekonanie, że widzimy świat właściwie. Niekoniecznie musi to wynikać z naszego rozbuchanego ego; raczej z fundamentalnej, choć niemożliwej do osiągnięcia inaczej niż przez złudzenia, potrzeby pewności.

Zamach

Pozwalając na pojawienie się człowieka, natura popełniła więcej niż błąd – przygotowała zamach na siebie samą, napisał kiedyś Emil Cioran. Właśnie tak. Ze wszystkich kreacji natury tylko człowiek jest zdolny do przeprowadzenia takiego zamachu i mam nadzieję, że pewnego dnia odważy się tego dokonać. Dopiero wtedy uzyska wolność. Ktoś powie, że mamy zbyt wiele do stracenia. Otóż, nie. Nie mamy nic do stracenia. Natura i tak nas zniszczy, prędzej czy później. Zagłada naszego gatunku to tylko kwestia czasu.

Lichwa

XIII wiek. Europa rozwija się gwałtownie. Potrzebne są pożyczki i kredyty, by móc wykarmić wygłodniałą gospodarkę. I tu pojawił się problem, bowiem wszechwładny Kościół zakazywał chrześcijanom zajmowania się lichwą. Benvenuti de Rambaldis da Imola, w komentarzu do „Boskiej komedii” Dantego, streszcza ten problem tyleż ironicznie, co precyzyjnie: „Ci, co zaangażują się w lichwę pójdą do piekła; a ci, którym się to nie powiedzie, popadną w ubóstwo.” Na szczęście Europa ma Żydów. Według prawa judaistycznego nie ma nic, czym by wyznawcy Mojżesza nie mogli się zająć, a z punktu widzenia stolicy apostolskiej Żydzi i tak byli skazani na wieczne potępienie. Wystarczyło więc oficjalnie pozwolić Żydom, by zajęli się tym „nędznym i niechrześcijańskim” procederem, czyli udzielaniem pożyczek i kredytów, choć zwykle po bardzo żydowskim procencie. Przyjmując nową rolę Żydzi szybko okazali się być niezastąpieni dla królów, możnowładców, szlachty oraz duchowieństwa, otrzymując z ich strony protekcję i tolerancję. Ofiarami naszych idiosynkrazji bywamy więc nie tylko w życiu prywatnym – ta sama zasada funkcjonuje również w życiu społecznym.

Syndrom Georga Samsy

„Dernieres Nouvelles d’Alsace”, najpopularniejsza gazeta na terenie Alzacji, z siedzibą w Strasburgu, informuje, że radni z koalicji ekologicznej postulują, by szczury i pluskwy uznać nie za szkodniki, którymi są, lecz za „współbiesiadników”, co zdaniem ekologów powinno zdecydowanie zmienić społeczne nastawienie do tych – tradycyjnie uznawanych za wstrętne – stworzeń, które nieproszone pojawiają się w naszych domach i mieszkaniach. Celem zmiany terminologii jest poprawa dobrostanu tych gryzoni i owadów, co ekologom bardzo zdaje się leżeć na sercu. Znacznie bardziej niż dobrostan ich bliźnich.

Są takie szczęśliwe epoki, gdy świat jest względnie normalny, bo stwarzają go względnie normalni ludzie. I są takie epoki, gdy o kształcie świata zaczynają decydować idioci albo złoczyńcy i wtedy świat upodabnia się do gabinetu luster, w których wszystko jest monstrualnie zniekształcone, i to, co odbijają, nawet nie przypomina tego, czym naprawdę jest. Stwarzamy bowiem świat na nasze własne podobieństwo. To, jak kształtujemy nasze otoczenie, jak ubieramy się, jakie mamy upodobania, jakim posługujemy się językiem, jakie mamy preferencje, najpełniej opowiada o tym, jacy jesteśmy i kim jesteśmy. Całe nasze entourage, a tym samym i nasz świat, są odbiciem nas samych. Co odbija się w lustrach szaleństwa, gdy człowiek przyjmuje perspektywę pluskwy, karalucha czy szczura i szczyci się tym? Czy chcielibyśmy żyć w świecie stworzonym przez karalucha i na jego podobieństwo? w świecie pluskwy i stworzonym na jej podobieństwo? Pisałem kiedyś, że ruch ekologiczny w jakichś niebezpiecznych czasach – a takie właśnie mamy – łatwo może przekształcić się w wyjątkowo zacofaną, mroczną sektę. I to właśnie dzieje się na naszych oczach. I z naszym przyzwoleniem. Gdy pewnego poranka przebudzimy się przemienieni w jakiegoś wyjątkowo obrzydliwego robaka czy owada, jak kafkowski Gregor Samsa, nie będziemy mieli więc nawet prawa do zdziwienia.

Katon i kapusta

Zachowane dziełko Katona O gospodarstwie wiejskim to istny pean na cześć kapusty. Była dla niego czymś w rodzaju panaceum, uniwersalnego środka, który stosował przy niemal wszystkich chorobach. I być może nie bez powodu. Dzisiaj wiemy, że kapusta zawiera dużą dawkę witaminy C oraz całą paletę innych wartościowych składników – witaminy z grupy B i A, w nieco mniejszej ilości witaminy E i K, a także siarkę i rutynę, arsen, wapń, magnez, potas, żelazo, a nawet kwas foliowy. Wszystkie te substancje, stosowane jako okłady z kapusty, pomagają zwalczyć bóle stawów, a także różne zmiany o charakterze guzkowatym. Jej właściwości lecznicze pozwalają też pozbyć się obrzęków, zapobiegają zapadaniu na anemię oraz poprawiają ogólną kondycję organizmu. Do tego kapusta, wbrew pozorom, jest warzywem lekkostrawnym. Entuzjazm Katona nie był więc bezpodstawny.

Ferdousi

Ferdousi, perski poeta epicki, autor Szahname, narodowego eposu Persów i Tadżyków, skarży się w swoim poemacie, że „zebrano już wszystkie owoce z ogrodu mądrości”, że – innymi słowy – wszystko już zostało opisane i powiedziane. Żył na przełomie X i XI wieku. Najwyraźniej każda epoka jest przekonana, że jest najwyższą i najdoskonalej rozwiniętą gałęzią na drzewie dziejów.

Demokracja ateńska

Ateny. Obywatele ateńscy nie mieli co prawda nad sobą żadnej władzy, którą można byłoby określić mianem „państwa”, bowiem sami byli „państwem”, ale ceną tego było ogromne ograniczenie prywatności i taki poziom kolektywizmu, że przypomina to nie tyle demokrację, co rodzaj perfidnego komunizmu – z seansami publicznej samokrytyki w stylu sowieckim czy chińskim, co przydarzało się nawet tak wybitnym postaciom jak Perykles. Określanie ustroju ateńskiego mianem demokracji, w naszym rozumieniu tego słowa, jest nieporozumieniem.

Europa

Europa przez ponad dwa tysiące lat zajmowała się budowaniem cywilizacji, a dzisiaj gorliwie zajmuje się jej demontażem. Nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo z zewnątrz, jak to miało miejsce w przypadku Rzymu, żadne dzikie plemiona, żadne bandy prymitywnych Germanów i Hunów nie stoją u jej wrót, a nawet gdyby stały, Europa byłaby zdolna rozwiązać ten problem bez szczególnego wysiłku. Nie, Europie nic podobnego nie zagraża, a jednak postanowiła z jakichś powodów popełnić samobójstwo i zajmuje się tym z konsekwencją i uporem. Może jednak wyjaśnienie jest banalnie proste: może Europejczycy wyczerpali się duchowo? Może czują już, że dojrzeli do zniknięcia i tęsknią za tym? Może nie mogą już unieść ciężaru swojej kultury? A może, po prostu, nie mają już żadnej wizji ani samych siebie ani swego świata? Cywilizacja jest żywa, dopóki marzy o tym, by wznosić katedry. Bowiem katedra to nie tylko kamień i cegła. Katedra to idea. To myśl. My nie wznosimy już katedr. Utraciliśmy płodny dar marzeń. Dzisiaj, dokładnie jak w proroczym wierszu pewnego aleksandryjskiego poety, znów z utęsknieniem wyglądamy barbarzyńców, przywołujemy ich nawet, radośnie wybiegamy im naprzeciw. Ale, jak mądrze zauważył Emil Cioran, tęsknota za barbarzyństwem jest zawsze ostatnim słowem cywilizacji.