Pedagogia. Grecki termin oznaczający pierwotnie niewolnika, paidagogos, który małych chłopców prowadził do szkoły. Jakże trafnie.
Miesiąc: kwiecień 2020
Bieda
Gdy przed trzydziestu kilku laty zamieszkaliśmy w Malmö, było to miasto względnie zamożne, spokojne i umiarkowanie brzydkie. Dzisiaj jest umiarkowanie ładniejsze i nieporównywalnie bardziej hałaśliwe, co oznacza, że stało się biedne, bo bieda to zawsze hałas. Ta reguła dotyczy również nas, ludzi. Ludzie biedni są krzykliwi, ostentacyjni i hałaśliwi. Bogactwo nigdy nie obnosi się ze swoim istnieniem. Bogate dzielnice miast są oazami ciszy.
Szczęście
Czyż nie jest to zastanawiające, że najlepsze utwory o miłości, najpiękniejszym z naszych uczuć i najbardziej przez nas pożądanym, są przejmująco smutne i tragiczne? Szczęście nie jest fotogeniczne.
Sabi i inne
Kilka przykładów z japońskiego arsenału pojęć estetycznych:
shibui – nie jest to mocne uczucie; ani wytworne ani poprawne; nie jest skomplikowane ani przesadne; ale i nie jest też ostentacyjne. Łączy powagę spokoju i niedopowiedzenia. Prowadzi nas do wnętrza natury, rozbudza świadomość prawidłowości rzeczy. Wychodzi poza urodę czy piękno rzeczy, wskazując na ich naturalność. Najpełniej może wyrażać shibui to, co jest interesujące w sposób naturalny. Zawiera w sobie wartość zwaną w języku chińskim chi, stan doskonałego wyciszenia. Wyciszenie osiąga się poprzez niekompletność oraz niedokończoność, co stwarza miejsce dla wyobraźni. Być może gdzieś tutaj należy szukać wyjaśnienia charakterystycznej dla Japończyków fascynacji niedoskonałością i nieregularnością. Na przykład w 31-sylabowej tanka (inną nazwą tej formy poetyckiej jest waka) wersy złożone są kolejno z pięciu, siedmiu, pięciu, siedmiu i siedmiu sylab.
mono-no-aware – tłumaczone jako „smutek rzeczy”, najtrafniej określa japoński dialog z naturą. Subtelne, ale silnie emocjonalne wyrażenie. Jego wyrazem jest wiersz waka, bardzo stara japońska forma pieśni. Sentymentalna wrażliwość i melancholia. Słynną „Opowieść o Genji” uważano za powieść mono-no-aware.
okashi – pierwotnie oznaczało coś, co wywołuje uśmiech na twarzy, na skutek rozkoszy lub rozbawienia. Dosłownie oznacza radość lub piękno.
miyabi – dworskość lub wyrafinowanie, powab spokoju, odczuwanie przyjemności z obcowania z nieskazitelnym pięknem przyrody, widok gałązki kwitnącej śliwy, mignięcie rękawa kobiecego kimona, uniesienia miłosne, poczucie wyrafinowania reprezentujące najwyższy poziom elegancji. Popularnym symbolem miyabi stało się opadanie kwiatów wiśni.
yūgen – niewyjaśnialne, wyraża oddalenie, nieprzetłumaczalną, nie dającą się wyrazić słowami tajemniczość, odbierane tylko intuicyjnie, nie można tego uczucia ująć słowami.
sabi – spatynowanie, samotność, jest stosowane przy planowaniu ogrodów, ceremonii picia herbaty, literatury. Wyraża się w prostocie i niewymuszoności. Zawiera w sobie wręcz rustykalną bezpretensjonalność. Kryje się w zapachu chryzantem. Także w haiku.
Pytanie
Jeżeli chcesz znać odpowiedź na pytanie, jak wiele w życiu potrzebujesz, zastanów się, ile ze sobą zabierzesz odchodząc.
Miasto
Jedynie w mieście przestrzeń i życie zorganizowane są stricte według ludzkich potrzeb. Miasto, ze wszystkich naszych tworów, jest strukturą najbardziej ludzką, bowiem nie tylko stworzoną przez nas, ale i istniejącą tylko dzięki nam i tylko dla nas. Mieszkańcy miasta śpiew ptaków, szum wody i drzew zastąpili sztuką Amfiona, a różnorodną grę kolorów malarstwem. W mieście to sztuka zastępuje naturę, pory roku są umowne, a pogoda jest co wyżej jednym z aspektów mody.
Złodzieje
Dom jest naszym ostatnim schronieniem, adytonem, naszą opoką, miejscem prywatnym i najintymniejszym, naszą ucieczką i naszym bezpieczeństwem. Z tego powodu złodziei włamujących się do naszych domów karałbym najostrzej. To świętokradcy, przestępcy niczym nie różniący się od morderców, bestie, które zabijają całą świętość i czystość domu, jego niepokalanie, jego sacrum. Dom zbezczeszczony przez złodzieja obdziera nas z poczucia bezpieczeństwa, pozbawia ostatniego azylu, wystawia na pastwę pierwotnego zła. Jeżeli zostanę okradziony w pociągu, na ulicy, w metrze tracę pieniądze, być może dokumenty, rzeczy odnawialne. Jeżeli okradziony zostanie mój dom, tracę coś, czego już nigdy nie odzyskam, tracę jakąś część mego życia. Złodziei, włamujących się do naszych domów, należałoby karać równie surowo jak morderców, bo w istocie są mordercami.
Historia
Przyjaźń z historią pozwala mi rozumieć, że nie ma żadnych wiecznych idei i żadna idea nie trwa wiecznie. To pocieszające.
Zanes
Zanes. Jeżeli byłeś kiedyś w Olimpii, mijałeś je wchodząc przez Krypte, łukowe przejście dla zawodników i sportowców, w przestrzeń stadionu. Cokoły znajdują się tuż przed Krypte i do dziś przetrwało ich szesnaście. W starożytności zwieńczały je wykonane w brązie posągi Zeusa, zwykle dzieła najlepszych ówczesnych artystów. Były poświęcone Zeusowi, a finansowano je z kar pieniężnych nałożonych na sportowców, którzy nie przestrzegali lub też naruszali zasady igrzysk. Nota bene, oprócz tego typu grzywien sędziowie olimpijscy mogli ordynować kary cielesne lub nawet wykluczenie zawodnika z igrzysk, jeżeli przewinienie było szczególnie poważne. Posągi, z tabliczką na piedestale ujawniającą imię przestępcy i rodzaj wykroczenia, co miało hańbić zarówno jego, jak i miasto, które reprezentował, nie przypadkiem więc umieszczono w miejscu aż tak eksponowanym – miało to zniechęcić innych zawodników do oszukiwania podczas zawodów. Według Pauzaniasza, pierwszy Zanes został wzniesiony, kiedy nijaki Eupolos z Tesalii ukarany został grzywną za przekupienie trzech przeciwników w boksie. Innym był pankratiasta z Aleksandrii, Sarapion, ukarany za tchórzostwo, ponieważ stchórzył i uciekł ze świętych terenów Olimpii w przeddzień Igrzysk.
Imiona
Egipskie czy azteckie piramidy mierzą w wieczność, lecz są anonimowe. Nie noszą imion tych, którzy je wznosili. Nic o nie wiemy o tych ludziach. Ich wiedza, ich talent nie miały żadnego znaczenia. Jedynie w dawnej Grecji twórcy nie byli bezimienni. Znamy tysiące imion ich poetów, malarzy, rzeźbiarzy czy architektów. Grecy nie czcili tyranów. Czcili artystów. To mówi wiele o ich poczuciu wolności.
Historie Konstantynopolitańskie
Halina Evert-Kappesowa Historie Konstantynopolitańskie. Sześć rozprawek o ludziach, historii i niezwykłym mieście na styku mórz i kontynentów. Już od pierwszych zdań tej książki, opowieści o cesarzowej Teodorze, przyjemna niespodzianka. Autorka nie tylko dysponuje bogatym i pięknym językiem polskim, tudzież talentem prawdziwego pisarza, ale również gruntowną i wyczerpującą wiedzą o Bizancjum. Po potopie sensacyjnych i pseudo-historycznych wypracowań o kochankach dyktatorów czy nałożnicach cesarzy i królów, podbudowanych głównie „wiedzą” skopiowaną z Wikipedii, jest to jak spotkanie z kimś, kto oferuje prawdziwy i rzetelny towar. W połowie tej objętościowo skromnej książeczki, bo liczy ledwo ponad 190 stron, pojawia się natrętne wrażenie, że nazwisko autorki nie jest mi obce. Nie mogę jednak, mimo usiłowań, przypomnieć sobie żadnej innej jej pracy. I dopiero przedwczoraj, nagle i zdawałoby się, jak zwykle, że bez powodu, właściwy trop. Evert. Oczywiście, znam to nazwisko, Ilustrowana Encyklopedia Trzaski, Everta i Michalskiego. Dawno temu, w czasach mojej młodości, w obcym mieście, gdzie byłem tylko przejazdem, ujrzałem nagle jej pięć imponujących tomów – marzenie mojej dziewczyny, która studiowała wówczas polonistykę – w oknie wystawowym pewnego antykwariatu. Do dziś pamiętam tamto uczucie rozpaczy, niemal desperacji, bo cena Encyklopedii była, jak na moje ówczesne możliwości, nie w przenośni, ale prawdziwie astronomiczna. Czułem jednak, że powinienem i muszę zdobyć to cudo. Potrzebowałem jedynie zyskać trochę czasu, choćby kilku dni, zebrać pieniądze i wrócić do tego miasta. Heroicznie wkroczyłem w czeluści starego antykwariatu. Jego właściciel, kostyczny i zakurzony jak jego książki, w granatowych zarękawkach, jakby żywcem przeniesiony z urzędu pocztowego w dawnej monarchii austro-węgierskiej, przyglądał mi się długo i sceptycznie zanim, choć bez nadmiaru entuzjazmu, zgodził się dać mi dwa dni zwłoki. Zapożyczony po uszy, ale triumfujący wróciłem tam, ale niestety, bo po trzech dniach. Jak łatwo odgadnąć Encyklopedii już nie było, choć dzisiaj myślę, że tak naprawdę nie miało to żadnego znaczenia – być może sprzedał ją jeszcze tego samego dnia, w pięć minut po moim wyjściu ze sklepu, pierwszemu lepszemu nabywcy. Ilustrowana Encyklopedia Trzaski, Everta i Michalskiego. Ludwik Evert, senator, przemysłowiec, jeden z założycieli tej słynnej przed wojną oficyny wydawniczej, a Halina Evert-Kappesowa to jego córka, historyk i bizantynolog, profesor Uniwersytetu Łódzkiego i świetne pióro. Nota bene, tę rodzinę, uzdolnioną i zasłużoną dla polskiej kultury, uzupełniał brat Haliny, Władysław Ludwik Evert, pisarz, dziennikarz i poeta, dziś, niestety, niemal zapomniany.
Demetrios Poliorketes
Demetrios Poliorketes to jeden z najwybitniejszych wodzów antycznego świata, syn słynnego Antygonosa Jednookiego Macedońskiego, podobno zdolny wynalazca maszyn oblężniczych, bon vivant epoki hellenistycznej, czerpiący garściami z uciech życia, wielbiciel wina i kobiecych wdzięków. Pliniusz przetacza zabawną anegdotkę o nim: Powiadają, że raz, porwany jedną ze swoich przygód miłosnych, zawiadomił ojca, że jest chory. Gdy ojciec wchodził do pałacu syna, spotkał młodą osobę ładnej powierzchowności, która spieszyła się ukryć. Wszedłszy do izby chorego, Antygonos przysiadł koło niego i zaczął badać jego puls. Puls był zabójczo normalny. – Gorączka mnie opuściła – objaśnił Demetrios. – Wiem – odpowiedział stary Cyklop z chytrym uśmiechem – przed chwilą się z nią spotkałem.
Odpowiedzialność
Przez wiele ostatnich lat słowo odpowiedzialność nie było pupilkiem ani polityków ani mediów. I jedni i drudzy krztusili się, gdy przypadkiem byli zmuszeni użyć tego słowa, a potem długo kajali się i przepraszali wyjaśniając, że mieli coś całkiem innego na myśli. Liberalizm i permisywizm zaczynały grozić służbiście wyprostowanym paluszkiem, gdy tylko ktoś odważył się być tak nieodpowiedzialnym, by choćby wspominać o jakiejś odpowiedzialności. Trzeba było dopiero wirusa, by wydobyć je z cienia, zapomnienia i długoletniej infamii. I proszę, już po paru tygodniach niemal wszyscy, bez jąkania się i przepraszania, swobodnie, całkiem jakby robili to od zawsze, żonglują tym przewrotnym słówkiem. Odpowiedzialność. Nagle stało się bardzo ważne, by być odpowiedzialnym, by zachowywać się odpowiedzialnie. O dziwo także i tu, w Ultima Thule, w Szwecji, gdzie przez ostatnie ćwierćwiecze słowo odpowiedzialność uznawano za gorsze, straszniejsze i bardziej obrzydliwe niż słowa konserwatysta, tradycja czy kapuśniak. Odpowiedzialność. Stary socjotechniczny zabieg, któremu wszyscy byliśmy – w takiej czy innej formie – poddawani już od dziecka, zabieg, który z jednej strony trenuje nas w przestrzeganiu norm i posłuszeństwie wobec autorytetów, a z drugiej przygotowuje już na pokorne akceptowanie kar za niesubordynację. Jest to jeden z najsprytniejszych zabiegów tego typu, a na dodatek wpajany nam od tak wczesnego stadium w naszym życiu, że prawie nigdy nie identyfikujemy tego jako manipulacji. Odpowiedzialność uznajemy za taką samą naszą cechę jak kolor oczu czy skłonność do żylaków. Uświadomiłem to sobie kilka dni temu, gdy jeden z moich znajomych, żyjący w kraju, który obecnie, w dobie łaskawie nam panującego wirusa, wymaga, a nawet żąda od swoich obywateli, by wykazali się odpowiedzialnością, a za jej brak karze horrendalnymi mandatami, przysłał mi mail pełen oburzenia moją nieodpowiedzialnością, bo w ostatnim liście do niego nieopatrznie pochwaliłem się, że w ostatni weekend zgrzeszyłem wizytą w restauracji, gdzie przy dobrym obiedzie i wybornym winie spędziłem kilka uroczych godzin. Moja straszliwa nieodpowiedzialność wstrząsnęła nim do głębi, jak się okazało, i teraz będzie zmuszony zweryfikować opinię o mnie, a przede wszystkim zastanowić się, czy podtrzymywać znajomość ze mną, skoro nie zrozumiem, gdzie kończy się moja wolność i zaczyna się wolność innego człowieka. Chyba nie odpiszę na jego mail, bo parafrazując cytowaną przez niego myśl Alexisa de Tocqueville, zaczynam nabierać przekonania, że tam, gdzie zaczyna się wolność mego znajomego, moja wolność w ogóle nie miałaby szans, by się zacząć. Chociaż może być jeszcze inaczej. Moja najlepsza przyjaciółka na emigracji mówi mi, chyba słusznie, że niewiele ma to wspólnego ze sprawą odpowiedzialności czy wolności, za to jakoś dziwnie znajomo śmierdzi zwyczajną ludzką zawiścią. Pewnie, jak zwykle, ma rację.
To my wyświetlamy świat
Prawidłowość czy niezmienność zjawisk przyrody nie są żadnym obiektywnym faktem, żadną prawdą. Jest to cecha naszego umysłu, który nie potrafi żyć w chaosie i stwarza porządek nawet tam, gdzie go nie ma i być nie może. Głosimy niezmienność klimatu, przewidujemy pogodę, tropimy prawidłowości w zjawiskach przyrody i awansujemy te idola tribus do rangi wiecznych, niezmiennych prawideł. Boimy się nawet, że możemy zniszczyć przyrodę, niektórzy flirtują z myślą o Ziemi bez człowieka, Ziemi wyzwolonej od naszej arogancji i niszczycielskiej lekkomyślności. Ale przyroda przetrwa, przetrwa bez naszej pomocy. Nasza planeta jest systemem samoregulującym się. Działa zgodnie z fizycznymi zasadami Wszechświata, a nie według życzeń oszołomionych niedźwiadków i nie dba o to, czy i jak długo niedźwiadki zdołają przetrwać. Pewnie po naszym odejściu oceany wypełnią się znów rekinami, a w Afryce zaczną dominować pawiany, bo są wystarczająco agresywne, bezwzględne i chamskie – podobnie jak my. Pewnie bardzo piękny będzie ten świat wszechwładnej zieleni, niezmąconej naszymi marzeniami. Tylko drzewa, monstrualne chwasty i otępiałe, bezmyślne zwierzaki snujące się leniwie po opanowanej przez rośliny Avenue des Champs-Élysées. Cała planeta dla natury rządzącej się swoimi ponurymi prawami. Tylko jaki ma sens marzyć o takim świecie, skoro nie byłoby nam dane go przeżywać i doświadczać? Świat nie potrzebuje nas, to prawda, ale istnieje tylko dlatego, że jesteśmy jedynymi świadkami jego istnienia. Tylko my możemy potwierdzić jego wielkość, bogactwo, piękno, okrucieństwo i złożoność. Pozostałe jego twory są jego immanentną częścią i trwają w nim na podobieństwo mikrobów, które zamieszkują nasze ciała, nic o nas nie wiedząc. Świat nie istnieje bez nas, bez naszej świadomości, i umrze ostatecznie razem z nami. W tej samej sekundzie, gdy zgaśnie ostatnia świadomość, zgasną też galaktyki i komety, promienie słońca i migotliwe światło gwiazd, znikną kwiaty i wulkany, drzewa, owady i zwierzęta. To my wyświetlamy świat.
Bismarck
Bismarck podobno mawiał, że zawsze starczy trochę pieniędzy, by kupić jakiegoś poetę lub prostytutkę. I ta sentencja, jak wiele innych, jest już nieaktualna. Któż bowiem i w jakim celu miałby dzisiaj przekupywać poetę? Do prostytutki trzeba obecnie dodać polityka.
Artemizjon
Artemizjon w Efezie. Świątynia zbudowana na rozkaz króla Lidii Krezusa w roku 560 przed naszą erą. Przetrwała 204 lata zanim podpalił ją Herostrates, szewc, starożytny celebryta, pragnący unieśmiertelnić swoje imię za wszelką cenę. Odbudowana ponownie w roku 260 p.n.e. i ostatecznie zniszczona podczas najazdu germańskiego plemienia Gotów w roku 262 naszej ery. Jeszcze zanim tam dotarłem dobrze wiedziałem, że z tej dumnej świątyni, jednego z siedmiu cudów starożytnego świata, zostało tylko kilkanaście kolumnowych kamieni w porośniętym trzciną bajorze, ale wiedza ta w żaden sposób nie była w stanie złagodzić kolizji z rzeczywistością. Widok był bardziej przykry niż mogłem się spodziewać; czułem coś znacznie cięższego niż zawód, jakieś poczucie ograbienia i zniechęcenie, które często temu towarzyszy. Przyglądając się resztkom omszałych cylindrycznych bloków, bezładnie porozrzucanych na podmokłym, bagnistym gruncie zastanawiałem się, czy to miejsce zawsze tak wyglądało, a jeżeli tak, to dlaczego właśnie tutaj usytuowano tę świątynię. Odpowiedź znalazłem znacznie później, w drugim tomie „Historii Naturalnej” Pliniusza: Wzniesioną ją na gruncie bagnistym, aby nie odczuwała wstrząsów ani pękania skorupy ziemskiej; żeby zaś z drugiej strony fundamenty takiego ogromu nie stanęły w podłożu śliskim i niestałym, usypali na spód warstwę tłuczonego węgla, następnie wymościli runem owczym.
Antysejsmiczna budowla sprzed tysięcy lat! Architekt prowadzący budowę, Chersifron, musiał doskonale wiedzieć, że węgiel posiada właściwość wchłaniania wilgoci. Pięćset lat przed naszą erą.
Sznurowadła i małpy
Bodaj w połowie lat dziewięćdziesiątych pewien milioner, chcąc zakpić z naukowców postulujących przyznanie małpom statusu sapiens, zaoferował nagrodę w wysokości miliona dolarów temu, kto nauczy małpy zawiązywać sznurowadła. Zwykła, prosta czynność, radzi sobie z tym większość nawet średnio inteligentnych dzieci, zawiązanie sznurowadeł, choćby najprostszym sposobem, i milion nagrody. Minęło ćwierć wieku, a nagroda wciąż jest do wzięcia. Nie znalazł się bowiem nikt, kto zdołałby nauczyć małpy zawiązywania sznurowadeł. Nie udało się to nikomu, choć podobno wielu próbowało. Pozostaje pytanie, dlaczego okazało się to tak trudne? Bardzo możliwe, że powód jest aż nadto oczywisty, choć my, w ramach wysoce zaawansowanej politycznej poprawności, boimy się to uznać, bo małpy mogłyby poczuć się niemile dotknięte. Mianowicie, żeby móc zawiązać sznurowadła, trzeba to najpierw umieć sobie wyobrazić. Tak, wyobrazić sobie. Bez wyobraźni nie da się tego dokonać. Wyobraźnia jest nieodłącznym elementem świadomości, jest analizą i syntezą, jak to określił niegdyś Baudelaire, bez niej żadne dyspozycje psychiczne nie mają szans, by zaistnieć w pełni swych możliwości. Jeżeli ktoś wątpi, czy wyobraźnia istotnie potrzebna jest do zawiązywania sznurowadeł, proponuję praktyczny test. Kiedy wrzucić w Internecie hasło „zawiązywanie sznurowadeł” pojawia się bardzo wiele stron i szybko da się zauważyć, że wszystkie mają jedną wspólną cechę – objaśnienia są graficzne, instrukcja słowna stanowi jedynie dodatek do ilustracji czy filmów. Zaczynamy to zrozumieć, gdy spróbujemy zawiązać sznurowadła posługując się wyłącznie słowną instrukcją. Proponuję trzy stosunkowo proste metody. Pierwsza nosi nazwę drabinka: sznurówkę należy przewlec od spodu przez obie dziurki, a następnie jej końce wystarczy przeciągnąć prostopadle do góry, przez sąsiadujące ze sobą otwory. Jeden koniec sznurówki należy przeciągnąć przez jej przeciwległy fragment, ułożony pionowo, który powstanie przez przewleczenie sznurówki z pierwszej do drugiej dziurki. Na koniec należy włożyć go prostopadle do trzeciej dziurki. Z drugim końcem, należy postępować analogicznie. Przy tym wiązaniu, należy pamiętać o tym, aby sznurówki krzyżowały się dokładnie na środku. Drugi sposób to wiązanie na piłę: należy przewlec sznurówkę z wierzchu przez parę dziurek, które znajdują się najniżej. Następnie jeden z końców wystarczy przeciągnąć prostopadle od spodu do dziurki wyżej. Drugi koniec sznurówki przewlec (od spodu) po skosie do trzeciej dziurki od dołu. Oba końce należy przewlekać równolegle (z wierzchu) do otworu, znajdującego się po drugiej stronie buta. Wszystkie kroki wystarczy powtarzać w taki sposób, aby przewlekać oba końce sznurówki na zmianę – jeden prostopadle, zaś drugi po skosie. Sznurowanie na kratkę jest nieco trudniejsze, ale wciąż jeszcze zalicza się do łatwych: pierwszą sznurówkę należy przewlec na ostatnim poziomie, gdzie jeden z końców przeplatamy od spodu do kolejnego otworu, a drugi koniec także dołem tylko do 3 poziomu. Kolejny krok polega na przeciągnięciu końców sznurówek do przeciwległych dziurek i powtórzenie czynności związanej z przeciąganiem sznurówki od spodu. Należy zrobić słupek w momencie gdy skończą się otwory i niepotrzebną część sznurówki ucinamy. Przeplatanie drugiej sznurówki zaczynamy od ostatniego poziomu, znajdującego się bliżej “noska” buta. Wkładamy sznurówkę do środka obuwia i następnie przeplatamy ją prostopadle przez pierwszą, tak by wyszła szachownica. Drugi koniec sznurówki także chowamy wewnątrz buta.
Spróbuj to uczynić bez zaglądania do graficznych pomocy, filmów czy rysunków, a wtedy łatwo zrozumiesz, dlaczego małpy nigdy nie nauczą się zawiązywać sznurowadeł.
Szczątki martwych gwiazd
Każdy atom żelaza w naszej krwi, pomagający transportować tlen z płuc do komórek, przyczynił się niegdyś do zniszczenia jakiejś gwiazdy. Wewnątrz gwiazd nieustannie dochodzi do syntezy jądrowej – w jej wyniku powstają coraz cięższe pierwiastki, jak krzem, siarka, wapń, i w końcu żelazo. Synteza jąder lżejszych od żelaza uwalnia energię, ale synteza żelaza jest już energetycznie nieopłacalna i gwiazda słabnie. Jeśli jest dostatecznie wielka, nie może już dłużej podtrzymać swoich zewnętrznych warstw; jej jądro zapada się pod własnym ciężarem. Dochodzi wtedy do eksplozji, co określamy mianem supernowej. Żelazo pędzi wówczas na wszystkie strony z nieprawdopodobną prędkością, kosmiczna przestrzeń wypełnia się odpadkami. Żelazo, z którego wykonane są nasze samochody, drapacze chmur, noże i pistolety, żelazo w naszej krwi to właśnie ten kosmiczny rozprysk, resztki po gigantycznych eksplozjach sprzed miliardów lat. W naszych żyłach płyną więc szczątki martwych gwiazd.
Yamaguchi
Los. Przypadek. Tsutomu Yamaguchi, japoński inżynier urodzony w marcu 1916 roku w Nagasaki. W czasie 2 wojny światowej pracował dla koncernu Mitsubishi, który wysłał go służbowo z rodzinnego Nagasaki do stoczni w Hiroszimie. Było to dokładnie 6 sierpnia 1945 roku. Właśnie wysiadał z tramwaju, gdy na Hiroszimę spadła bomba atomowa Little Boy. Znajdował się trzy kilometry od Ground Zero. Podmuch tymczasowo oślepił go, zniszczył lewy bębenek jego ucha i spowodował przerażające poparzenia na prawie całej górnej części jego ciała, stracił też włosy. Następnego ranka wystawił się na kolejną dawkę promieniowania, gdy zapuścił się do centrum Hiroszimy, zdecydowany złapać pociąg do domu. Ledwo opatrzony, zdołał powrócić do Nagasaki. 9 sierpnia 1945 roku, w momencie, gdy Yamaguchi relacjonował swemu przełożonemu o tragicznych chwilach z Hiroszimy, na Nagasaki spadła bomba atomowa Fat Man. Yamaguchi ponownie znalazł się 3 kilometry od centrum drugiej eksplozji. W wywiadzie dla pisma „Independent” powiedział wiele lat później, że w momencie, gdy białe światło wypełniło pokój był przekonany, że chmura grzybowa podążyła za mną z Hiroszimy. Przeżył i tym razem. Zmarł 4 stycznia 2010 roku w wieku 94 lat. Przyczyną zgonu był nowotwór żołądka. Dziwne? Może, choć niekoniecznie. Wszystko, co da się pomyśleć, jest też możliwe, jak uważał Wittgenstein.
Gdyby
Jakże przyjemny mógłby być nasz świat, gdybyśmy tylko mieli trochę mniej pretensji do ludzi o to, że nie chcą spełniać naszych oczekiwań!
Strategia
Czy zauważyłeś, że ekolodzy, Zieloni, klimatyści, „obrońcy” przyrody wszelkiej maści zalecają bardzo szczególną strategię w kontaktach z naturą? Wydają się być przekonani, że z Przyrodą można negocjować, że można ją przekupić, że można jej podlizać się, że można ją udobruchać, że będzie dla nas uprzejma i dobra, jeżeli tylko będziemy grzeczni i posłuszni. Jest to dokładnie ta sama „strategia”, którą proponują wobec terrorystów – podlizywać się, udawać grzecznych, za nic w świecie nie prowokować czy drażnić. Błąd. Przyroda wykreowała tysiące różnych gatunków. Niemal wszystkie, poza dinozaurami i diplodokami, które zasmradzały świat niewiarygodnymi ilościami metanu, były szalenie i uprzedzająco grzeczne. Nic nie pomogło. Zostały zlikwidowane. Gatunki „grzeczne” w pierwszej kolejności.
Matka Natura
Pliniusz „Historia Naturalna”: Przede wszystkim człowiek jest tym jedynym śród stworzeń, którego przyroda nie odziewa z jego własnych zasobów, podczas gdy wszystkim innym przydzieliła rozmaite gotowe okrycia: skorupy, skórki, kolce, sierść, szczeć, włosy, pierze, pióra, łuski, runo! Nawet pnie drzew zabezpieczyła od zimna i upału korą, niekiedy podwójną. Tylko człowieka nagiego i na gołą ziemię rzuca w chwili jego urodzenia, na to, by zaraz krzyczał i płakał; a przecież żadne inne stworzenie nie rodzi się do płaczu, i to od razu u progu życia!
Pliniusz nie gloryfikuje przyrody, nie zachwyca się nią. W tym jest mi bliższy niż bandy współczesnych infantylnych płaczków, którzy nazywają przyrodę Matką Naturą. Nie bez powodu wyrwaliśmy się z Natury, nie bez powodu obawialiśmy się jej zawsze, nie bez powodu przez całe nasze dzieje próbowaliśmy ją opanować i okiełznać. Natura jest bezwzględna i mordercza. W naturze nie jesteśmy w stanie myśleć, tworzyć, posiadać kulturę. W naturze możemy jedynie starać się przetrwać, dokładnie tak, jak czynią to zwierzęta, i to jest właśnie to, czym zajmowaliśmy się przez miliony lat zanim udało nam się stworzyć dom i miasto. Naszą prawdziwą matką jest Dom, a naszą ojczyzną Miasto.
Bazylika
Internetowy sajt o Bazylice św. Piotra w Rzymie. Zdjęcia znakomite, ogrom bazyliki i jej wystrój imponujące. Potęga, bogactwo, imperialny rozmach. Nie trzeba być na miejscu, by wpaść w zachwyt. A jednak nie czuję nic. Ta wspaniała budowla wymaga ode mnie, abym padł na kolana i pogrążył się w bezgranicznym podziwie i zachwyceniu. Mogę ją podziwiać, ale nie mogę w niej uczestniczyć. Podziw skazuje nas na zewnętrzność.
To, czego nie widzimy
Na nasz świat składa się to wszystko, czego doświadczamy, ale treść tego doświadczenia, jak linie papilarne naszych palców, jest jedyna i unikalna dla każdego z nas. Porównajmy to ze snem. Śnimy wszyscy, ale każdy z nas ma przecież inne sny. Nie śnimy tych samych snów. I podobnie na nasze życie, naszą rzeczywistość, choć dzielimy je z innymi, składa się suma indywidualnych doświadczeń i przeżyć. Egzystujemy głównie w naszej własnej, prywatnej rzeczywistości, choć jesteśmy przekonani, że postrzegamy rzeczywistość taką, jaką ona jest. Jest to złudzenie, bowiem nie mamy żadnego wglądu w proces tworzenia subiektywnego doświadczenia; ani nie widzimy procesu tworzenia naszego świata, ani nie uczestniczymy w nim w sposób świadomy i zwykliśmy nawet sądzić, że ten świat nie jest wciąż na nowo tworzony, poszerzany i poprawiany (niczym ta sama sztuka, każdego dnia odgrywana w nieco zmienionej wersji), lecz, że po prostu jest, tylko jest, zwyczajnie jest. Uznajemy za oczywiste, że widzimy, rejestrujemy świat takim, jakim on jest, a więc również i to, że nasze wybory, preferencje, opinie oraz przekonania są naturalne i wynikają z obiektywnego oglądu spraw. Stąd już bardzo blisko do tego niebezpiecznego punktu, gdzie rodzi się w nas pewność, że to, jak my widzimy świat, jest prawdziwe, wiarygodne i właściwe, a mylą się i błądzą wszyscy ci, którzy uważają inaczej. Czy przypadkiem nie przed tym ostrzegał nas Marek Aureliusz mówiąc, że wszystko, co słyszymy, jest opinią, nie faktem, a wszystko, co widzimy, nie jest żadną prawdą, lecz tylko punktem widzenia?
Ultrakrepidarianizm
Ultrakrepidarianizm, termin mało znany i, niestety, stosowany niezmiernie rzadko (pewnie ze względu na wdzięczną wielosylabowość), a określa zachowanie polegające na wyrażaniu opinii w sprawach pozostających poza obszarem wiedzy danej osoby. Ultrakrepidarianie to innymi słowy dyletanci, ignoranci i amatorzy, osoby, którzy entuzjastycznie zabierają się za ocenianie zjawisk o których nie mają tzw. bladego pojęcia. Panujący nam łaskawie od co najmniej dwóch dziesięcioleci permisywizm spowodował, że wszelkiego rodzaju celebryci, chłopaki od machania gitarą i kopania piłki, subretki, wulgarne kucharki, youtuberzy, instagramerzy, infulencerzy, gwiazdeczki różnych reality show, dietetycy, trenerki fitness, modelki, weganki, tancerki, asystentki od tego czy tamtego, hostessy, dziewczyny gangsterów, tzw. osobowości medialne, aktorki zawodowe i niezawodowe, właścicielki agencji towarzyskich (eufemistyczne określenie burdelmamy), cały ten neuston obficie porastający obecnie przestrzeń publiczną, wszystkie te bakterie, jednokomórkowce, glony, skorupiaki, wrotki i inne owady, bez chwili wahania wypowiadają się o wszystkim i na każdy temat. Nie mają żadnych skrupułów, obiekcji, wątpliwości, wiedzą wszystko o wszystkim, są ludźmi i z tego powodu nic nie jest im obce, skomentują z równą beztroską wydarzenia polityczne jak ostatnie odkrycia naukowe, udzielą ci porad w sprawie mody, seksu, nanotechnologii, ekologii i ekonomii. Co zabawniejsze, nikogo to już nie dziwi, nie zastanawia i nikt nie oponuje. Bezmyślnie słuchamy tej paplaniny, tego niewiarygodnego bełkotu, a on coraz skuteczniej wdziera się w naszą rzeczywistość przekształcając ją powoli i nieodwracalnie w coś w rodzaju cabinet de curiosités, gdzie na tej samej półce, czule do siebie przytulone, egzystują mikroskop i róg jednorożca, korzeń mandragory i sekstans, magia, legenda i strzępy nauki.
Apelles, jeden z najznakomitszych malarzy starożytności, chętnie podobno przyjmował krytyczne uwagi pod adresem swojej twórczości i poprawiał błędy, jeśli uwagi te były zasadne. Jak głosi legenda pewnego razu swoje zdanie na temat namalowanego sandała wyraził pewien szewc i artysta przyznał, że miał on słuszność. Podziękował więc za radę i poprawił ten detal na obrazie. Kiedy jednak ośmielony tym szewc zaczął krytykować proporcje i szaty namalowanych postaci, Apelles miał mu według Pliniusza powiedzieć: Sutor, ne ultra crepidam, co oznacza: Niech szewc nie osądza powyżej sandała. Miara Apellesa, sandał, crepidam, przetrwała szczęśliwie ponad dwa tysiąclecia. Dzisiaj mamy już tylko ultrakrepidarianizm.
Książki
Kenkō „Zapiski dla zabicia czasu”: Ludzie najczęściej twierdzą, że zbiór książek wygląda brzydko, jeśli wszystkie tomy nie są tego samego formatu, ale na mnie zrobiło wrażenie zdanie opata Kōyū, który powiedział: Dążenie do gromadzenia kompletnych zbiorów wszystkiego jest cechą mało inteligentnego człowieka. Niedoskonałe zbiory są lepsze.
Japońskie potrawy
Japońskie potrawy. Ich wygląd zawsze mnie zachwyca. Każdy szczegół wydaje się być dokładnie przemyślany, zaplanowany i wykonany z najwyższym kunsztem i ogromną dbałością, ale już od dawna wiem, że jest to przeżycie bardziej estetyczne niż kulinarne. Smak tych potraw nigdy nie dorównuje ich wyglądowi; może trzeba byłoby dysponować kubkami smakowymi Japończyków, by móc delektować się subtelnymi różnicami między jednym, a innym rodzajem surowej ryby. Smak tych przepięknych potraw bywa zwykle niejaki i wszystkie zdają się smakować podobnie. Estetyzm Japończyków odzwierciedla się w ich sztuce kulinarnej równie wyraźnie jak w cha-no-yu, ceremonii picia herbaty – konsumpcja nie jest tak ważna jak sam akt kontemplacji.
Radość i smutek
Pliniusz w rozdziale o szczęściu pisze, że rzeczy dobre nie dorównują złym, nawet jeśli występują w równej ilości – żadna radość nie jest tak silna, by stała się równoważnikiem najmniejszego smutku. Radość jest lekka i ulotna, smutek jest ciężki i nabrzmiały. Jak w fizycznej definicji ciężaru właściwego – najwyraźniej ciężar właściwy naszych uczuć również zależy od ich gęstości. Radość nigdy nie zrównoważy smutku. Szanujemy tylko naładowane i ponure uczucia, bo czujemy ich brzemię.
Bydło
Pliniusz „Historia naturalna”: Nawet pieniądz (pecunia) nazwany tak został od bydła (pecus) i jeszcze dzisiaj w spisach cenzorskich wszystko, z czego lud ma dochody, nazywa się pastwiskami. Łacińskie słowo pecus znaczy więc dosłownie: bydło. Pecus AS to także – jakże stosowna! – nazwa znanego biura pośrednictwa pracy w Oslo w Norwegii.
Duszność maciczna
Histeria, zwana dusznością maciczną, przypisywana była w dawnych czasach głównie kobietom. Wiemy już jednak, że to zjawisko nie czyni płciowych rozróżnień. Histeryk jak dziś wiadomo odczuwa lęk, któremu mogą towarzyszyć dziesiątki symptomów: bóle brzucha, kołatanie serca, wzmożona potliwość, uczucie duszności, a w stanach bardziej zaawansowanych także uporczywa czkawka, nudności i wymioty, zawroty głowy, wysypka na ciele, zaburzenia oddawania moczu, zanik wrażliwości czucia. Nierzadkie są drgawki przypominające atak epilepsji, zaburzenia koordynacji ruchowej, problemy z chodzeniem, utrata wzroku, słuchu i mowy, płacz, lęk, krzyk, agresja. Histeria objawia się także skrajną emocjonalnością i nadpobudliwością, łatwo przeskakuje od euforii do rozpaczy. Nastroje te mogą być demonstrowane otoczeniu w szalenie ekspresywnej, przesadnej i teatralnej formie. Co gorsza, ataki histerii skutecznie eliminują zdolność do logicznego myślenia; pojawia się za to skłonność do szybkich i nieprzemyślanych reakcji. Histeryk jest skoncentrowany na samym sobie w sposób na określenie którego właściwie brakuje odpowiedniego słowa, bowiem słowa takie jak egoizm lub egocentryzm tylko częściowo oddają istotę tego zjawiska.
Cała Europa, cały zachodni świat cierpi dzisiaj na podobną duszność maciczną. I reaguje niemal dokładnie tak samo jak pojedynczy człowiek w takim stanie. Ostatnie dekady, przez nieustanne „uwrażliwianie” nas przez oszołomów liberalnej demokracji na nasze prawa, przywileje, możliwości, uprawnienia, specjalne względy, priorytety, korzyści, pierwszeństwa, uprzywilejowanie, roszczenia, pomoc spowodowały, że staliśmy się histerycznie wyczuleni na punkcie nas samych oraz naszych urojonych prerogatyw i swobód. W tym ogłupionym świecie nie tylko zresztą zwyczajni i porządni obywatele mają pakiet praw, który pęcznieje niemal z dnia na dzień, obejmując już nawet i to, co jest pogwałceniem podstawowych praw innego człowieka. Ten pakiet praw przysługuje w identycznym wymiarze także wszelkiej maści zboczeńcom, terrorystom, przestępcom, defraudantom, zbrodniarzom, etc. Wszyscy oni mają takie same prawa jak ci, którzy utrzymują ich pracując i płacąc podatki. Im też należy się więc prawo do życia, do pracy, prawo do szczęścia, do wykształcenia, do przyzwoitego mieszkania, do wypoczynku, opieki zdrowotnej, do zabezpieczenia finansowego, do adwokatów, odszkodowań, odzieży, urlopu w każdej egzotycznej części świata, rozrywki, programów sportowych w tv czy zasiłków. Prawa są dla wszystkich bez wyjątku. Amerykańscy twórcy Konstytucji bardzo rozsądnie sformułowali niegdyś prawo obywateli do poszukiwania szczęścia, nie zaś prawo do szczęścia. Zapomniała o tym i Ameryka i cały Zachodni świat. Człowiek ma bowiem prawo jedynie do tego, by podejmować takie działania, które mogą mu pomóc osiągnąć szczęście. Jednak w żadnym wypadku nie jest to równoznaczne z tym, że inni są zobligowani do tego, by go uszczęśliwiać. Ale dzisiaj nawet dawne i podstawowe prawo do życia, pomyślane jako prawo do utrzymania się z własnej pracy, interpretuje się jako gwarancję, że inni muszę łożyć na nasze utrzymanie.
Nagle pojawił się wirus, nasz prastary, choć nie zawsze pożądany znajomy, i okazało się, że nie mamy właściwie żadnych praw i cała ta liberalna paplanina, zapewniająca nas, że jesteśmy obywatelami świata i wszyscy mamy prawo do szczęścia i do „wszystkiego”, jest być może najbezczelniejszym blefem w naszej historii. Okazało się, że nie jesteśmy wcale i nigdy nie byliśmy „globalistyczni”, „panseksualni” i „wszechmocni”, i że potrzebujemy nie tylko ponownego wprowadzenia granic, ale przede wszystkim odzyskania szacunku dla naszych własnych ograniczeń, bo – o dziwo! – jednak takowe mamy. Wodzowie w dawnym Rzymie mieli zwyczaj odbywania triumfów, które były wyrazem uznania dla ich zwycięskich kampanii. Triumfator przemierzał miasto w rydwanie, a stojący za nimi niewolnik, trzymając złoty wieniec nad głową wodza, przez cały czas szeptał mu do ucha pewne słowa. Prawdopodobnie były to słowa Hominem te memento (Pamiętaj, że jesteś tylko człowiekiem) lub Memento mori (Pamiętaj, że umrzesz). Kto wie, może właśnie te słowa szepcze nam dzisiaj na ucho nasz stary znajomy, Covid 19?
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.