Wojna i zwierzęta

Trwająca 4 lata I Wojna Światowa pochłonęła 14 milionów ofiar. To przeważnie wiemy. Niewielu z nas wie natomiast, że w czasie tej wojny wykorzystano około 11 milionów zwierząt pociągowych, głównie koni. Wojskom alianckim, w ramach uzupełniania ponoszonych strat, w pewnym momencie dostarczano około tysiąca koni dziennie. Ich umieralność była niewiarygodnie wysoka. Ginęły od pocisków i bomb, od gazów bojowych, ginęły z chorób, często z wycieńczenia i głodu, były chore i znerwicowane. Przez lazarety przeszło ich ponad 2,5 mln – trafiały tam z chorobami skóry, ranne, skrajnie wyczerpane. Według statystyk trzy czwarte z nich wracało potem na front. Liczbę końskich ofiar po wszystkich stronach zakończonej w 1918 roku wojny szacuje się na 8-9 mln. Tylko Brytyjczycy wykorzystali w czasie I wojny światowej około 1 mln koni rodzimych oraz sprowadzonych z USA i Kanady za łączną sumę 36 mln funtów. Ocalało z tej hekatomby zaledwie 60 tys. Podczas wojny rzadko pamięta się o zwierzętach. Po wojnie nie pamięta się o nich wcale.

Sprawa żebra

Vitus B. Dröscher w pracy „Ludzkie oblicze zwierząt” utrzymuje, że w przyrodzie pierwotną i najważniejszą rolę odgrywają osobniki płci żeńskiej. Jego zdaniem wygląda to tak, jakby Bóg najpierw stworzył Ewę, a dopiero później z jej żebra zrobił Adama.

Sułtańskie ultimatum

W 1676 roku sułtan turecki Mehmed IV wystosował ultimatum do Kozaków zaporoskich zamieszkujących ziemie za porohami Dniestru (środkowa Ukraina), którzy skutecznie się bronili przed ekspansją imperium osmańskiego. List sułtański miał brzmieć mniej więcej tak: „My, sułtan, syn Muhammada; brat Słońca i Księżyca, wnuk i namiestnik Boga; władca Macedonii, Babilonu, Jerozolimy, Górnego i Dolnego Egiptu, cesarz cesarzy; suweren suwerenów; rycerz znamienity i niezwyciężony; niezachwiany strażnik grobu Jezusa Chrystusa; powiernik przez samego Boga wybrany; nadzieja i pocieszenie muzułmanów; wielki poskromiciel i opiekun chrześcijan – nakazujemy Wam, Zaporożcom, podporządkować nam się z własnej woli i bez oporu, jak też przestać nas niepokoić najazdami”.

Odpowiedź Kozaków zaporoskich brzmiała następująco: „O sułtanie, diable turecki z czarciego rodu, towarzyszu samego Lucyfera, bądź pozdrowiony! Jakiż z Ciebie rycerz piekielnik, żegołym tyłkiem jeża ubić nie zdołasz? Diabeł sra, a Twoja armia to żre. Nie będziesz, suczy synu, niewolił dzieci chrześcijańskich; niestraszne nam Twoje wojska i bić się z Tobą będziemy na lądzie i morzu, pieprzona twoja mać. Ty parobku babiloński, kołodzieju macedoński, piwowarze z Jerozolimy, kozojebco aleksandryjski, świnopasie górno i dolnoegipski, wieprzu armeński, złodzieju podolski, katamito Tatarów, kacie Kamieńca i błaźnie całego świata i podziemia, głupcze przed Bogiem, wnuku węża i czyraku na naszych kutasach. Ty świński ryju, kobyli zadzie, kundlu z jatki, łbie niechrzczony, pieprzona Twoja mać!

Oto, co Zaporożcy Ci oświadczają, szumowino. Chrześcijanom świń nawet pasał nie będziesz. I na tym kończymy, albowiem na datach się nie znamy i kalendarza u nas nie masz; księżyc na niebie nam za niego starczy i rok Pański, a dzień tu taki sam jak i u Ciebie – całujże nas przeto w rzyć. Ataman koszowy Iwan Sirko z całym zaporoskim towarzystwem”.

Dialektyka

M. Caparrós ma rację. Prawdziwy podział klasowy wyraża się w podziale ludzi na tych, którzy zastanawiają się, co będą robić jutro, i na tych, którzy zastanawiają się, co jutro zjedzą. Inne propozycje podziałów to czysta dialektyka. 

Amfora

Przedmioty towarzyszą naszej codzienności, są z nami, uczestniczą w naszym życiu, posłuszne i pokorne, wypełniają przeznaczone im zadania i funkcje i pewnego dnia znikają, wymienione na inne, nowe, a niekiedy, prawie niezauważalnie, opuszczają nas na zawsze. Potem płowieją i zanikają nawet ich imiona, ich nazwy, i pamięć o nich przechowują jedynie stare encyklopedie i słowniki. Ich śmierć nigdy nie bywa tragiczna i spektakularna – po prostu rozpływają się powoli w gęstniejącej ciszy wieków. Prawie nikt o nich nie pamięta i nikt za nimi nie tęskni. Czy myślałaś kiedyś, ile przedmiotów znikło już z twego krótkiego życia? Ja czasem myślę o amforze.   

Słabo rozwinięta sieć dróg w Galii w pierwszych wiekach naszej ery, a raczej niemal całkowity ich brak, spowodowały, że antyczne amfory, którymi transportowano wino przez tysiące lat, przestały być użyteczne. W nowych warunkach okazały się być stanowczo zbyt delikatne i kruche. Wtedy to Celtowie zaczęli z powodzeniem używać do przechowywania i transportu, nie tylko zresztą wina, ale i dziesiątków innych towarów, beczek z drewna sosnowego. Po roku 400 n.e. ich zastosowanie stało się już tak powszechne, że całkowicie wyparły amfory. W ten prozaiczny sposób piękna antyczna amfora, najpopularniejsza i wielce zasłużona metoda transportu towarów przez tysiąclecia, odchodzi powoli w zapomnienie. I jest to również punkt zwrotny w historii wina – materiał w którym fermentowały, leżakowały i w którym następnie je transportowano, czyli glina, zostaje zastąpiona drewnem. I trwa to do momentu pojawienia się pierwszej szklanej butelki, czyli do końca XVII wieku.

Hrabiowie i inni

W Polsce tytuły szlacheckie nigdy nie przyjęły się i nigdy nie uzyskały takiej popularności jak na Zachodzie. Ominął nas cały ten wodewilowy spektakl hrabiów i markizów, baronów i komesów, baronetów i margrabi. Wcześnie, bo już uchwałą sejmu z roku 1638 postanowiono, aby „tytułów żadnych, ani świeższych ani dawniejszych, któreby aequalitatem nobilitatis znosić miały, zażywać, ani nowych upraszać nikt nie powinien, i w kancelariach królewskich, grodzkich, ziemskich dawane, ani przyjmowane być nie mają, oprócz tych, które są w Unii przyjęte”. Tytuły comites i barones pojawiły się co prawda za Łokietka i Kazimierza Wielkiego, ale były to jedynie tytuły doradców królewskich. Nie były dziedziczne i nikt, kto nie pełnił funkcji wojewody, kasztelana, podkomorzego czy sędziego nie miał prawa ich używać. Kiedy król Jagiełło ożenił się z Elżbietą z Pileckich Granowską, która miała syna z pierwszego małżeństwa, zażyczył sobie, by jego pasierbowi nadano tytuł hrabiowski. Kanclerz koronny, Wojciech Jastrzebiec, zdecydowanie odmówił przyłożenia pieczęci, bo nie wolno mu było zatwierdzać czegoś, co było niezgodne z ustawami narodowymi. Nawet jeżeli było to życzenie króla.

Podobno pierwszym szlachcicem, który postarał się o tytuł hrabiego, był Rafał Leszczyński, pozostający w służbie cesarza Fryderyka III, i to od niego otrzymał tytuł hrabiego na Lesznie w roku 1476. Dopiero potem i inni zaczęli ubiegać się o pergaminy na hrabstwa austriackie. Chowali je jednak w swoich rodowych skarbcach, bo było nierozważnie i niebezpiecznie popisywać się nimi przed szlachtą. Następca Fryderyka II, cesarz Maksymilian, zorientował się w korzyściach płynących z próżności i pychy polskich szlachetków i szafował tytułami jeszcze hojniej. Tym samym sposobem i tanim kosztem zyskiwali sobie stronników kolejni austriaccy władcy, Karol, a potem Ferdynand. Najostrzej całą tę kwestię postawiła polska konstytucja z roku 1673 za Michała Korybuta, bo ustanowiła infamię i obłożyła hańbą wszystkich, którzy zabiegali o tytuły cudzoziemskie. Od tego czasu, niestety, zmieniło się wiele.

Tezy Adamsa

Pisarz science fiction Douglas Adams zaproponował trzy reguły określające nasze interakcje z technologią. Pierwsza mówi, że wszystko, co istnieje na świecie w chwili twoich narodzin, jest normalne i zwyczajne, i jest po prostu naturalnym elementem sposobu funkcjonowania świata. Druga utrzymuje, że to, co zostaje wynalezione w okresie, w którym masz od 15 do 30 lat, jest ekscytujące i rewolucyjne, a ty prawdopodobnie możesz dzięki temu zrobić karierę. Reguła trzecia stwierdza, że wszystko to, co zostało wynalezione po ukończeniu przez ciebie 35 lat, sprzeciwia się naturalnemu porządkowi rzeczy.

Piszę te słowa na komputerze HP, w tle działa cały czas przeglądarka internetowa, połączona z siecią wi-fi, na biurku leży telefon mobilny Apple`a w którym mam dziesiątki aplikacji na dziesiątki różnych potrzeb, od aplikacji bankowych, przez komunikacyjne, aż po socjalne, w pokoju stoi telewizor marki Sony, którym mogę sterować głosem i który – jeżeli mam na to ochotę – opowiada mi dowcipy. Niektóre są naprawdę zabawne. Wszystko to pojawiło się w mojej rzeczywistości po ukończeniu przeze mnie 35 roku życia i absolutnie sprzeciwia się naturalnemu porządkowi rzeczy. Z tego, co istniało na świecie w chwili moich narodzin, wciąż jeszcze istnieją piramidy w Gazie, prawo Archimedesa i samochody spalinowe. Mam nadzieję, że pomoże ci to zrozumieć, dlaczego nie mogłem zrobić kariery.

Wątpliwy postęp

Rzymianie sensownie zarządzali podbitymi prowincjami. Wykorzystywali zasadę samorządu. Pozyskiwali do współpracy miejscowe elity, główne ludzi zamożnych, którzy zarówno mogli jak i chcieli kandydować na urzędy i do rad miejskich – najpierw jednak musieli wykosztować się na wybory i realizację wyborczych obietnic. Obejmowane przez nich urzędy nigdy nie były płatne, a często wiązały się ponadto z ogromnymi wydatkami na rzecz lokalnej społeczności. Poniesione koszty zwracały się, co prawda, ale w postaci chwały, prestiżu i wpływów. Do tego dochodziła także rywalizacja z dokonaniami innych wpływowych i znanych rodzin, co mogło być pomocne w awansie do elity ekwickiej czy senatorskiej. Sprytne. Zamiast płacić komuś za wykonywane obowiązki, proponowali, by zainteresowany karierą sam zainwestował w swoją przyszłość inwestując w lokalną społeczność przez budowę dróg, akweduktów czy budowli publicznych. Najpierw musiał zapłacić. Dopiero potem mógł ewentualnie kraść. Dzisiaj zatrudniamy biedaków, nie tylko płacąc im, ale i pozwalając kraść. Wątpliwy postęp.

Mercedes GLC

W saunie. Mężczyzna po trzydziestce, z fryzurą a la Lenin, przesadnie głośny, w rozmowie z kolegą. Powtarza z dumą, że jego Mercedes GLC przyśpiesza do 100 km w czasie 3 sekund i chociaż pozornie zwraca się tylko do kolegi, to jest oczywiste, że mają to usłyszeć wszyscy. Mam ochotę powiedzieć mu, że nie jest to niczym nadzwyczajnym. Zwykła gazela Granta uzyskuje prędkość 62 km/h już 2 sekundy po starcie, a w biegu na 100 metrów byłyby na mecie po 3,8 sekundy i że gepard pokonuje 100 m w 3,2 sekundy. Bez turbodoładowania.

Kolory i zapachy

Świat jest bezbarwny i bezwonny. Kolory to fale świetliste o różnej długości i liczbie drgań, zapachy to cząsteczki określonych związków chemicznych rozproszonych w powietrzu. To ja stwarzam kolory i zapachy – to ja mam oczy i nos.

Tołstoj

W 1906 roku Sofia Tołstoj, wówczas 62 letnia żona autora tyleż słynnej, co nudnej powieści „Wojna i pokój”, miała zaplanowaną operację ginekologiczną w celu usunięcia ropnej torbieli. Jej małżonek, jeden z największych kabotynów w dziejach literatury, absolutnie nie wyrażał na to zgody motywując to tym, że taki zabieg „narusza wielkość i powagę wielkiego aktu śmierci”. Dla jego żony stanowisko to nie było żadną niespodzianką. W pewnej notatce, poczynionej w „Pamiętniku” kilka lat wcześniej, jeszcze w roku 1898 roku, pisała z goryczą: „Wczoraj w nocy uderzyło mnie przemówienie L[wa] N[ikołajewicza] w sprawie kobiet. Jak zawsze, był przeciwny wolności i tak zwanej równości kobiet; wczoraj nagle powiedział, że kobieta, bez względu na to czym się zajmuje: edukacją, medycyną, sztuką — dąży do jednego celu, tj. popędu seksualnego, a gdy go osiąga, wszystkie jej zajęcia rozpadają się w pył. Byłam strasznie oburzona z powodu tej opinii, zarzuciłam Lewowi Nikołajewiczowi wiecznie cyniczne spojrzenie na kobiety, przez które tak bardzo cierpiałam. Powiedziałam mu, że patrzy na kobiety w ten sposób dlatego, że do 34. roku życia nie znał ani jednej porządnej kobiety. I ten brak przyjaźni, współczucia dla dusz, a nie ciał, ten obojętny stosunek do mojego życia duchowego i wewnętrznego, który do tej pory mnie dręczy i zasmuca, który w ciągu tych lat tak bardzo się ujawnił — to on zniszczył mi życie, zmusił mnie teraz czuć rozczarowanie i mniej kochać męża”.

Artysta

Artysta, który deklaruje miłość do natury jest oszustem albo, w najlepszym razie, marnym artystą. Prawdziwy artysta zawsze i na zawsze przynależy do kultury. Tam jest jego świat. Im bliższy Naturze staje się człowiek, tym mniej jest artystą. W Naturze nie ma artystów.  

Zasada

Zgodnie z zasadą mechaniki kwantowej obserwacja danego układu determinuje to, co się w nim dzieje. Innymi słowy, sam akt obserwacji danego układu odniesienia jest ingerencją w ten układ, prowokując jego wynik. Rozwijając ten tok myślenia powinniśmy więc uznać za logiczne, że jeżeli coś się nam nie udaje, to głównym powodem tego może być fakt, że za bardzo skupiamy się na tym właśnie, co może się nie udać. Sprawcami naszych klęsk i niepowodzeń jesteśmy więc w dużym stopniu my sami.

Hipergrafia

Van Gogh jest autorem ponad 2000 dzieł, w tym 870 obrazów, 150 akwarel i ponad 1000 rysunków oraz 133 szkiców listowych. Lewis Carroll, oprócz twórczości literackiej, napisał także sporo prac matematycznych oraz bez mała 100 000 listów do znajomych i rodziny. Isaac Asimov popełnił ponad 500 powieści i opowiadań. Pisał też opowiadania kryminalne, książki historyczne, scenariusze i artykuły popularno-naukowe. Amerykańsko-ormiański kompozytor Alan Hovhanness miał tylko w oficjalnym dorobku ponad 500 kompozycji, a co najmniej tyleż samo zniszczył po niezbyt przyjaznej krytyce jego utworów. Henry Darger pisarz i grafik, poświęcił kilkadziesiąt lat życia pisaniu gigantycznej powieści (ponad 15 000 stron – najdłuższa powieść świata) „The Story of the Vivian Girls”, wzbogaconej przez kilkaset rysunków i akwareli. Drugie dzieło, zatytułowane Crazy House: Further Adventures in Chicago, zawiera ponad 10 000 odręcznych stron. The History of My Life obejmuje osiem tomów szczegółowo opisujących wczesne życie Dargera i 4 672 stron fikcji o potężnym tornado, które nazywa „Sweetie Pie„. Tematyka jego prac sięga od idyllicznych scen w statecznych, mieszczańskich wnętrzach i łagodnych ukwieconych krajobrazów zamieszkanych przez dzieci i fantastyczne stworzenia, po sceny przerażającego terroru i rzezi przedstawiające torturowane i masakrowane małe dzieci. Pozostawił także 10-letni dziennik pogodowy i różne pamiętniki. Wielebny Robert Shields, prowadził dziennik od roku 1972 do 1999, kiedy udar uniemożliwił mu dalsze pisanie. Każdego dnia zasiadał kilkanaście razy do maszyny do pisania, starannie dokumentując każde 5 minut swojego życia. Jego dzienniki, liczące 37,5 miliona słów, są najdłuższymi udokumentowanymi pamiętnikami tego typu. Napisał około 100 milionów słów lub równowartość 1 200 powieści średniej długości, co czyni go najbardziej płodnym autorem w historii. J. Kraszewski napisał około 600 tomów, nie licząc w tym pracy redakcyjnej, mnóstwa artykułów w czasopismach i olbrzymiej korespondencji prywatnej. W ciągu 57 lat spłodził 232 powieści. Dodatkowo wydał 150 opowiadań i nowel, spisywał swoje relacje z podróży, pisał sztuki i wiersze oraz tłumaczył z angielskiego, łaciny, francuskiego, niemieckiego i włoskiego. Tom złożony z sześciu do dziesięciu tysięcy wierszy piszę zazwyczaj dni dziesięć na kartkach po jednej ich stronie, piszę tchem jednym, bylebym miał przewodnią myśl i typy. Planów żadnych nie robię; zaczynam i dalej idzie jakoś samo, a nigdy na początku nie wiem, co się w końcu stanie z bohaterami. Gdy skończę, odczytuję całość. Co mi się nie podoba odrzucam, nowe kartki wstawiam i na nich piszę. Rękopisu poprawiać nie lubię i nie czynię tego nigdy. Nie zaczynam roboty dopóki dobrze nie przetrawię materiału, który wszedłszy mi raz do głowy, już nigdy się stamtąd nie ulatnia. Angielski pisarz Charles Hamilton napisał łącznie około stu milionów słów. Pisał głównie opowiadania, publikowane w czasopismach, często pod pseudonimami. Posługiwał się ponad dwudziestoma pseudonimami. Suma użytych przez niego słów równa się mniej więcej długości 1200 książek. Szacuje się, że napisał około 100 milionów słów i znalazł się w Księdze Rekordów Guinnessa jako najbardziej płodny autor na świecie. Barbara Cartland jest autorką ponad 720 książek i zdobywczynią rekordu Guinessa za największą liczbę książek napisanych w ciągu jednego roku – jej wynik to 23 książki, czyli średnio dwie na miesiąc. María del Socorro Tellado López, która publikowała pod pseudonimem Corín Tellado, napisała ponad 4000 powieści o miłości.

Hipergrafia. Tym słowem określa się kompulsywną, często chorobliwą potrzeba nieustannego pisania lub rysowania. Co ciekawe, hipergrafia pojawia się również jako jeden z objawów przy zmianach płata skroniowego w padaczce. Wiadomo, że Van Gough i Dostojewski cierpieli na tę przypadłość, a Lewis Carroll miewał potężne bóle migrenowe, które często mają związek z padaczką. Asimov w wywiadach wielokrotnie przyznawał, że jest pisarzem kompulsywnym.

Dla wielu badaczy związek między tworzeniem sztuki a uszkodzeniem mózgu jest niemal oczywisty, choć wszyscy oni podkreślają, że zależność ta w żadnym razie nie jest ani prosta ani jednoznaczna. Jako czynnik decydujący w tej kwestii wskazywana jest dopamina, która odgrywa ważną rolę przy powstawaniu motywacji, popychając nas ku temu, co sprawia nam przyjemność. Jednak zbyt wysoki jej poziom pozbawia nas hamulców – wtedy z upodobaniem oddajemy się hazardowi, częściej podejmujemy ryzykowne działania i zachowujemy się kompulsywnie – ulegając, między innymi, przemożnej potrzebie pisania, rysowania lub grania.

Afrykańscy handlarze niewolników

Od czasu, gdy prezentyzm, rozkapryszone dziecko zwolenników umysłowego niedorozwoju, zagnieździł się w naszym widzeniu historii, a zwłaszcza w etyce, zjawisko niewolnictwa rozpatruje się głównie w kategoriach rasowych i etnicznych. Co prawda istnieje jeszcze kilku uczonych, którzy silnie protestują, kiedy w przedstawianiu czasów, gdy niewolnictwo było akceptowane używać określeń typu „zły” czy „nieprawidłowe”, ale są oni, niestety, coraz agresywniej zagłuszani przez rzesze rozochoconych prezentystów. Nie chodzi tu zresztą tylko o fałszywą zasadę przykładania dzisiejszych miar moralnych do przeszłości, czyli ewidentny idiotyzm, ale przede wszystkim o świadome przekłamania.

Niewolnictwo jest zjawiskiem, które towarzyszyło nam niemal przez całą naszą historię. I aż do naszych czasów nie nosiło wyraźnych znamion rasowych lub etnicznych. Prof. Henry L. Gates z Uniwersytetu Harvarda udowodnił, że bez entuzjastycznej współpracy elit afrykańskich, setek kacyków z różnych afrykańskich plemion, bez ich współpracy z europejskimi i arabskimi handlarzami, chwytanie i wysyłanie niewolników do Nowego Świata nie byłoby możliwe. I nigdy też nie przyjęłoby tak monstrualnych rozmiarów, gdyby nie kolaboracja wielu afrykańskich plemion, by wymienić dla przykładu ludy Ashanti z dzisiejszej Ghany czy Yoruba z Nigerii. Niektóre plemiona, jak Imbangala z Angoli i Nyamwezi z Tanzanii, wręcz uczyniły z tego styl życia – specjalizowały się w wywoływaniu lokalnych wojen i konfliktów, stwarzając sobie w ten sposób okazję do chwytania, a następnie sprzedawania ludzi z innych plemion. Brytyjski historyk John Thornton udowodnił, że ponad 90 proc. ludzi wysłanych przez Atlantyk do Ameryki zostało pojmanych i sprzedanych handlarzom nie przez białych i odrażających bad boys, lecz właśnie przez ich czarnoskórych pobratymców. Afrykańskie królestwa Yoruba, Kongo, Futa Toro, Koya, Khasso, Kaabu, konfederacje Fante i Ashanti regularnie organizowały wyprawy w celu zdobycia niewolników.

I nie zawsze również Europejczycy handlowali niewolnikami z Afryki. W historii naszego kontynentu są mroczne i bardzo długie okresy, kiedy to Afrykanie porywali i handlowali Europejczykami. Między XI-tym i aż do początków XIX-tego wieku, czyli prawie przez osiem stuleci, pilnie zajmowali się tym berberyjscy piraci – regularnie napadając na nadmorskie miejscowości położone na północno-zachodnim wybrzeżu Atlantyku oraz południowo-zachodnim wybrzeżu Morza Śródziemnego. Mieli swoje bazy w wielu portach Maroka, w Algierze, Tunisie i Trypolisie. Ich głównym celem było pojmanie jak największej liczby chrześcijańskich niewolników, bo był to towar bardzo ceniony na rozlicznych targowiskach północnej Afryki. Bandyci z Afryki wyprawiali się nawet na wybrzeże południowo-zachodniej Anglii i nie tylko tego regionu zresztą – ofiarami ich ataków byli także mieszkańcy portowych miasteczek Irlandii, Szkocji, Devonu i Kornwalii, a istnieją przypuszczenia, że docierali nawet do Islandii. Prof. Robert Davis z uniwersytetu w Glasgow pokusił się o znacznie dokładniejsze statystyki: wynika z nich, że między XVI a XIX wiekiem berberyjscy piraci uprowadzili i sprzedali na targowiskach Afryki Północnej i w innych regionach imperium osmańskiego aż 1–1,25 mln Europejczyków.

Obecnie nasze próżność i pycha każą nam mierzyć i oceniać jednakową miarą całą naszą historię. To powoduje, że stajemy się ślepi – i na innych i na samych siebie. Może nie będzie więc od rzeczy przypomnieć w tym miejscu mądre słowa Zygmunta Glogera: Nigdy jednak dorobkiem rozumu dzisiejszego nie można mierzyć pojęć dawnych, ani osądzać praw, które były naturalnym wynikiem współczesnego stopnia cywilizacji i całego labiryntu owoczesnych mało zrozumiałych dla dzisiejszego ogółu stosunków ekonomicznych, życiowych, społecznych i politycznych.

5 kolumna

Opozycja polityczna, które dostrzega i demaskuje szkodliwe działania swego przeciwnika, jest zjawiskiem zdrowym i potrzebnym. Opozycja, która atakuje swego przeciwnika nawet wtedy, gdy szkodzi to interesom państwa czy kraju, nie jest już opozycją. To piąta kolumna. I powinna być traktowana jak piąta kolumna.

Reguła

V. Dröscher utrzymuje, że wśród zwierząt, które nie muszą wspólnie wychowywać młodych, „wierność małżeńska” nie jest przestrzegana szczególnie rygorystycznie. W świecie zwierząt jest to podobno reguła. Mam wrażenie, że zjawisko to z równym powodzeniem da się także zaobserwować w świecie ludzi. W krajach, w których wychowywanie dzieci ochoczo bierze na siebie państwo, jak na przykład w Szwecji czy Norwegii, wierność małżeństwa również nie należy do najpilniej przestrzeganych zaleceń.  

Zarys rozkładu

E. Cioran „Zarys rozkładu”: Tylko obłuda pozwala ludziom znosić się nawzajem. Gdy nie zgadzasz się na kłamstwo, natychmiast czujesz, jak ziemia ucieka ci spod nóg. Jesteśmy biologicznie zmuszeni do fałszu. Człowiek doskonale moralny jest albo dziecinny, albo bezskuteczny, albo nie autentyczny: bo autentyczność polega w rzeczywistości na nurzaniu się w kłamstwie, w uprzejmościach publicznych pochlebstw i skrytych oszczerstw. Gdyby nasi bliźni mogli poznać opinie, jakie o nich mamy, słowa takie jak ” przyjaźń”, ” miłość”, ” przywiązanie” zostałyby raz na zawsze wykreślone ze słowników; a gdybyśmy mieli odwagę stawić czoło budzącym się w nas nieśmiało wątpliwościom wobec nas samych, nigdy nie wyrzeklibyśmy słowa, ja” bez wstydu. Wszystko, co żyje, bierze udział w tej maskaradzie, od troglodytów po sceptyków.

Historia rodzinna

George Gordon Byron tytuł 6. Lorda Byrona odziedziczył w 1798 r., mając zaledwie dziesięć lat. Rodzinę miał z wszech miar malowniczą. Jego dziadek ze strony ojca to John Byron, brytyjski oficer Royal Navy i odkrywca z przydomkiem „Foul-Weather Jack”. Otrzymał go ze względu na wyjątkowo częste spotkania z kiepską pogodą na morzu. Był gubernatorem Nowej Fundlandii i jako komodor opłynął świat z własną eskadrą. John poślubił swoją kuzynkę Sophię Trevanion z którą miał siedem córek i dwóch synów. Jeden z nich, John „Mad Jack” Byron, był ojcem poety. Dziadek i pradziadek ze strony matki, Catherine Gordon, popełnili samobójstwo, jego własny ojciec żył w kazirodczym związku ze swoją siostrą, a on sam był w dzieciństwie molestowany przez nianię. Ale ab ovo, jak mawiali starożytni Rzymianie.

Ojciec poety, Jack Byron, kształcił się w Westminster School, został oficerem, walczył nawet w amerykańskiej wojnie o niepodległość, naturalnie po stronie angielskiej, a do historii angielskiej socjety przeszedł jako Mad Jack, czyli Szalony Jack, jeden z największych hazardzistów i rozpustników epoki, którego jego ojciec John, dziadek Byrona, wydziedziczył po tym, jak ten trafił do więzienia dla dłużników. Jack jako dwudziestolatek wdał się w romans, a potem poślubił Amelię Osborne – kobieta zostawiła dla niego męża, dwie córki i syna. Para miała troje dzieci, lecz tylko jedno dożyło wieku dorosłego – była to ich córka Augusta, którą po śmierci matki wychowywała najpierw babcia Mary Darcy, hrabina Holderness, a kiedy zmarła Augustą zajęła się bliższa i dalsza rodzina. Po śmierci Amelii Jack Byron, który garściami czerpał z jej wysokich dochodów, a wynosiły około czterech tysięcy funtów rocznie (w przeliczeniu na dzisiejszą wartość mogłoby stanowić około 600 tysięcy funtów rocznie), został bez grosza. Nie tracił jednak czasu. Już w rok później poślubił poznaną w uzdrowisku w Bath bogatą Szkotkę, Katarzynę Gordon. Jej portret, wykonany przez Thomasa Stewardsona, przedstawia niezbyt urodziwą, pulchną, ciemnowłosą damę o pełnej, życzliwej twarzy i wielkich, naiwnych oczach. Hazard Jacka pochłaniał szalone sumy, więc i jej fortuna nie wystarczyła na długo, ale 22 stycznia 1788 roku w wynajętym mieszkaniu przy londyńskiej Holles Street urodził się ich jedyny syn George Gordon Byron, późniejszy 6. Lord Byron. Miał zaledwie kilka lat, gdy jego ojciec, Szalony Jack, porzucił swoją szkocką żonę i uciekł do Francji, by zamieszkać ze swoją starszą o osiem lat siostrą Frances Leigh, z którą łączyły go nie tylko więzy krwi, ale i płomienny romans. Nigdy nie zdołał zapanować nad swoimi skłonnościami – wydawał wystawne przyjęcia, był stałym bywalcem teatrów i luksusowych burdeli, utrzymywał rozliczne kurtyzany. Zmarł w sierpniu 1791 roku w Valenciennes, mając niespełna trzydzieści lat. Jego śmierć sprawiła, że tytuł lorda Byrona przypadł jego synowi.

Życie lubi kontynuować wypróbowane wątki i porzuca je niechętnie. To samo zdarzy się w kolejnej generacji – George Gordon Byron, podobnie jak jego ojciec, zakocha się w swojej przyrodniej siostrze Auguście, czyli córce swego ojca i jego pierwszej żony Amelii Osborne. Augusta była w tym czasie mężatką, a jej mężem był jej własny kuzyn George Leigh, z którym miała trójkę dzieci. Żeby sprawę skomplikować jeszcze bardziej należy dodać, że George Leight, mąż Augusty, był synem Frances, tej samej, z którą Szalony Jack, ojciec Augusty i George’a, miał romans. Gdy Augusta urodziła swoje czwarte dziecko, jego ojcem chrzestnym został nikt inny jak George Gordon, Lord Byron. Prawdopodobnie był biologicznym ojcem dziecka, co pośrednio przyznaje w liście do swojej kochanki Caroline Lamb pisząc, że „dziecko nie jest małpą, a jeśliby nią było, to byłaby moja wina”, sugerując tym ewentualny wpływ wad genetycznych, jakie mogłoby mieć potomstwo zrodzone z kazirodczego związku. Skomplikowane? Najprościej można rozpisać to następująco: dziadek poety ze strony ojca, John Byron, miał kilkoro dzieci, między innymi Frances i Szalonego Jacka, których połączył kazirodczy związek. Synem Frances był George Leight, ożeniony potem z Augustą, córką Szalonego Jacka, a kochankiem Augusty i ojcem jej dziecka był z kolei jej przyrodni brat, George Gordon Byron, jeden z największych poetów i dramaturgów tamtej epoki, autor Don Juana, uwielbiany przez romantyków.

Kocz Byrona

W przypisach do Listów i pamiętników Byrona krótka informacja o tym, że wyruszył on z Brukseli w swoją życiową podróż na południe w olbrzymim koczu, zbudowanym na wzór słynnej karocy podróżnej Napoleona. W koczu tym mieściło się łóżko, biblioteka, kredens i stół.

Obraz kocza, utrwalony w mojej pamięci przez lektury, tak bardzo nie przystawał do powyżej notki, że sięgnąłem do encyklopedii. Tak, zgadza się, klasyczny kocz to czterokołowy, dwuosiowy pojazd konny, popularny w XIX wieku, zwykle półkryty lub kryty, unowocześniony model dawnej karety. Istniało sporo typów koczy, w większości dość zgrabne, lekkie pojazdy, które zdają się być jak stworzone do krótkich podmiejskich przejażdżek. Istniały jednak i wersje specjalne. I takim musiał być zapewne monstrualny kocz Byrona, mieszczący nie tylko łóżko, bibliotekę, kredens i stół, ale również i zwykłe podróżne sakwojaże, a nawet kompletny zestaw naczyń stołowych, o czym wspomina w liście jeden z jego znajomych. Mimo tego Byron nie uznał go za wystarczająco pojemny i w Brukseli, jeszcze przed wyruszeniem w dalszą podróż, zakupił dla swoich służących osobny pojazd nazywany calèche. Liste des véhicules hippomobiles opisuje go jako elegancki powóz odkryty, z czteroma siedzeniami, usytuowanymi naprzeciwko siebie, używany głównie w okresie letnim i zgodnie z ówczesną modą zaprzęgany „à la d’Aumont” – w cztery lub nawet sześć koni, w tym te po stronie lewej były dosiadane przez postiliona, a zatem nie było woźnicy. Nigdzie natomiast nie znalazłem jakiejkolwiek wzmianki o „słynnej karocy podróżnej Napoleona”. Nawet Internet, plotkarsko niezawodny w tym względzie, nie ma o tym nic do powiedzenia.

Europejska solidarność

Europejska solidarność w kwestii sankcji wobec Rosji? Niemcy, Francja, Hiszpania, Włochy i Belgia domagają się, aby na szczeblu krajowym była możliwość odmrożenia zamrożonych aktywów osób z list sankcyjnych, jeżeli te osoby mają udziały w branży rolniczej, czyli proponują wykreślenie z list sankcyjnych ponad 1,5 tys. osób i podmiotów, oligarchów i zbrodniarzy. Część krajów zaprotestowała przeciwko tej jawnej zdradzie, ale Grecja, Szwecja i Węgry jednoznacznie stoją po stronie sowieckich bandytów. Z listy objętych sankcjami surowców energetycznych, na prośbę Grecji, wykreślony został sprężony gaz ziemny, gaz powstający w procesie przetwórstwa ropy naftowej, który odpowiada on za jedną czwartą wolumenu gazu, który jest objęty zakazem importu z Rosji. Węgrzy wnieśli na ostatnim unijnym spotkaniu o wykreślenie z listy sankcyjnej trzech członków rosyjskiego rządu, w tym ministra energii Rosji. Tradycyjnie dwulicowa Szwecja, powołując się na konieczność ochrony wolności mediów (sic!), jakby w Szwecji istniała jakakolwiek wolność mediów, wykreśliła z listy sankcyjnej Federalną Służbę ds. Nadzoru w Sferze Łączności, Technologii Informacyjnych i Komunikacji Masowej, tzw. Roskomnadzor. Żeby wszystko było jasne – jest to rosyjski federalny organ wykonawczy odpowiedzialny za monitorowanie, kontrolowanie i … uwaga, cenzurowanie rosyjskich środków masowego przekazu. „Ukraińska Prawda” ujawniła dziś, że wielu osób z rosyjskich elit oficjalnie pomieszkuje w Wiedniu, w żywe oczy kpiąc z zachodnich sankcji. Wśród spacerowiczów po wiedeńskich ulicach, w obstawie goryli, jest między innymi Wiktor Zubkow, były premier Rosji, a na otwarcie sezonu w mediolańskiej La Scali wystawiono dzieło Musorgskiego „Borys Godunow” z Ildarem Abdrazakovem w roli głównej, odznaczonym przez Putina tytułem „Czczony Artysta Federacji Rosyjskiej”. Europejska solidarność umacnia się z dnia na dzień.

Twardy jak stal

Twardy jak stal, w naszym języku prymat stali nad kamieniem odbija się bardzo wyraźnie. Tymczasem to nie metal jest najwytrzymalszym materiałem. W starożytnej Grecji oba te materiały cieszyły się jednakową popularnością wśród rzeźbiarzy, ale w dzisiejszych muzeach podziwiamy głównie eksponaty z kamienia. Niewiele metalowych rzeźb zdołało przetrwać do naszych czasów. Metale są wytrzymałe, ale poza nielicznymi wyjątkami, jak złoto czy platyna, są one również bardzo podatne na korozję. Zwykły kawałek stalowego pręta w warunkach małej wilgotności i niedostępności utleniaczy ma szanse przetrwać nieco dłużej, ale zanurzony w wodzie morskiej szybko ulegnie pełnej korozji. W tej konkurencji kamień wygrywa.

Byron i kołdra

Wyjątki z Dziennika Byrona: Napisałem część tragedii. W akcie pierwszym postępowałem „z całym rozważnym pośpiechem”. Kupiłem kołdrę. Gdyby nie dało się podziwiać i lubić Byrona z żadnego innego powodu, to ostatnie zdanie w tym zapisie, „kupiłem kołdrę”, byłoby wystarczającym do tego pretekstem. Spróbujmy to jakoś pogodzić: jeden z największych poetów romantycznych, skandalista i uwodziciel pisze najpierw część tragedii, potem idzie kupować kołdrę i uznaje za stosowne, by wspomnieć o tym w swoim Dzienniku. Wyborne.

W innym miejscu: 16 stycznia 1821: Czytałem – jeździłem konno – strzelałem z pistoletów – wróciłem – jadłem obiad – pisałem – składałem wizytę – mówiłem głupstwa i wróciłem do domu.

Dozgonna wierność

Zwierzęta absolutnie najwierniejsze w związkach, wśród których nie obserwuje się nawet prób „skoku w bok”, to gibony zamieszkujące lasy Azji Południowo-Wschodniej. Partnerzy pozostają ze sobą przez całe życie. Zaskakujący jest jedynie powód tej „dozgonnej wierności”. Jest to bowiem wierność wymuszona, wyrażająca się skrajną formą zazdrości, zazdrości, której natężenia nie potrafimy sobie nawet wyobrazić. Gibony te są o siebie patologicznie zazdrosne. Samiec pozostaje pod czujnym okiem samicy bezustannie, bez jej stałej i uważnej obserwacji nie może wykonać nawet najmniejszego skoku w gałęziach drzewa. W tej relacji nie ma mowy o żadnej samotnej wycieczce, choćby nawet tak niewinnej jak spacerek na pobliskie drzewo po paczkę bananów. Samiec zresztą odwdzięcza się samicy dokładnie tym samym, bo i on też nie spuszcza jej z oka ani na moment. Ich „zgodne pożycie” polega więc na nieustannej, całodobowej wzajemnej obserwacji. Jeżeli jakaś samiczka zbytnio zbliży się do samca, jego małżonka napada na nią ze wściekłą furią, a samiec jest w stanie bezlitośnie zmaltretować każdego samca, który nieopatrznie podejdzie do jego partnerki na odległość mniejszą niż 30 metrów. Jak wiemy, podobny model, praktykowany niekiedy także i przez homo sapiens, nieodmiennie kończy się tragedią, ale gibony radzą sobie z tym całkiem nieźle.

Uśmiech Józefiny

Stan uzębienia naszych przodków z poprzednich stuleci pozostawiał przeważnie wiele do życzenia, ale ponieważ zjawisko było powszechne, nikogo to szczególnie nie poruszało. W krainie ślepych i jednooki jest królem, jak głosi przysłowie. Nie stawiano więc w tej kwestii wymagań zbyt przesadnych. Księżna d`Abrantes, żona napoleońskiego marszałka Junota, w ten sposób odmalowuje Józefinę Beauharnais, w tamtym okresie około czterdziestoletnią: W tym czasie pani Bonaparte nie była już zbyt młoda, ale wciąż jeszcze zadziwiająca. Musiała być kiedyś bardzo ładna, bo jeszcze teraz była urocza! Gdyby jeszcze miała zęby, nie powiem: ładne czy brzydkie, ale w ogóle zęby, byłaby z pewnością na dworze konsula zaćmiła wiele kobiet.

Z całą pewnością nie było to niczym wyjątkowym w tamtej epoce, ale temu przypadkowi pikanterii dodaje fakt, że mówimy o żonie Napoleona, cesarzowej Francuzów, królowej Włoch, starszej od niego o sześć lat wdowy z dwójką dzieci, wytwornej pani paryskich salonów, czołowej celebrytce i influencerce epoki Ancien Régime-u. Historycy winą za nędzny stan jej uzębienia obarczają przestępcę o nazwie cukier – Józefina dorastała na plantacji trzciny cukrowej na Martynice, od dzieciństwa uwielbiała słodkie, egzotyczne owoce, a i przez całe życie przejawiała szaloną słabość do słodyczy, racząc się nimi nad wyraz chętnie i często. Usiłując ukryć paskudnie popsute zęby, starała się uśmiechać się z zamkniętymi ustami. Nie bez powodzenia, jak się okazuje, bo jej uśmiech całkowicie podbił Napoleona.   

Społeczeństwo nietoperzy

W tym świecie nie istnieje instytucja małżeństwa, nie ma prawie żadnej struktury społecznej, nie ma też współzawodnictwa o względy płci przeciwnej, nie ma prawie żadnego życia towarzyskiego ani innych znaczących form związków grupowych. Jest to jedynie anonimowa masa osobników. Mam na myśli społeczeństwo nietoperzy. Czasem wydaje mi się, że Szwecja zdąża do podobnego ideału.

Znak i znaczenie

Wszyscy wiemy, że w dawnych czasach do oświetlania teatrów w czasie spektaklu używano świec, to wiemy, ale nie wiemy o tym, że pociągało to za sobą cały szereg następstw: choćby to na przykład, że czas spalania się świec decydował o długości spektaklu, że do ich przycinania w trakcie przedstawienia zatrudniano specjalne osoby, że wymieniano je w antraktach, gdy wietrzono sale, bo teatry ówczesne nie posiadały systemów wentylacyjnych, etc.

Cała nasza „wiedza” o przeszłości jest równie płytka, powierzchowna i zwodnicza. Znamy nazwy, pojęcia i wyrażenia, używamy takich słów jak hipodrom, Juliusz Cezar, sankiuloci, sztuka minojska, termy, Mozart, i przyjmujemy, że to, co o tym wiemy, jest zgodne z tym, czym to było. Ale słowa te są zaledwie bladym cieniem tego, co wyrażały kiedyś i właściwie nie mówią nic prawdziwego o hipodromie, termach, Cezarze czy sankiulotach. Możemy próbować wyobrazić sobie, ale nawet w naszym wyobrażeniu nigdy nie zdołamy zbliżyć się dostatecznie blisko do tego, czym w istocie był tamten teatr, teatr oświetlany świecami ze stearyny czy parafiny, pozbawiony wentylacji, przesycony wonią niezbyt świeżych sukien i ciał, brylantyny i naftaliny, pomady orzechowej, pudru, ateńskiej wody i silnych, piżmowych perfum. Znaki zmieniły znaczenia. Kiedyś sądziłem, że z tymi, którzy żyli przed nami, możemy dzielić się jedynie uczuciami, że tylko uczucia są nam wspólne i ponadczasowe, i że zawsze, niezależnie od miejsca i epoki, znaczyły to samo. Dzisiaj i tego nie jestem już pewien i nikogo nie usiłowałbym przekonać, że to, co łączyło Kleopatrę i Antoniusza było tym, co ja, żyjący ponad dwa tysiące lat po nich, nazywam miłością.   

Syreny i humbaki

Ty w kraj Syren zajedziesz, czarownic, co zdradzą
Tych wszystkich jacy tylko o nich tam zawadzą;
Szaleniec kto się zbliży, i Syren tych śpiewy
Usłyszy, ten nie ujrzy nigdy, póki żywy
Ni małżonki, ni dziatek, ni ziemi rodzinnej,
Tak go zczaruje śpiew tych syren słodkopłynny
 –
w dwunastej pieśni Odysei Kirke tymi słowami przestrzega Odyseusza przed Syrenami. Ich śpiew słodkopłynny wprawiał w wibracje kadłuby starożytnych trier i zniewalał żeglarzy. Los tych, którzy nie zdołali oprzeć się syrenim pieśniom był przesądzony. Syreny, czarownice o nieziemsko pięknych głosach, podstępne i zbrodnicze, mogły być jednak metaforą pewnego rzeczywistego zjawiska. Obecnie wielu naukowców utrzymuje, że w dawnych, zamierzchłych czasach w Morzu Śródziemnym żyły humbaki. Jeżeli te przypuszczenia są słuszne, to można z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjąć, że to ich godowe pieśni, nostalgiczne i tęskne, przywołujące na myśl muzykę kosmicznych sfer, starożytni żeglarze brali za śpiew uwodzicielskich Syren.