Militaryzacja Edenu

Stwórca zaprojektował Raj, a następnie umieścił w nim parę ludzi, Adama i Ewę. Stworzył też w Raju rzekę, która miała nawadniać roślinność. Dzięki temu rajskie rośliny były ponoć bujne, zielone i piękne, a niektóre z nich oprócz tego, że były piękne, rodziły także smaczne owoce. Adamowi Stwórca powierzył funkcję ogrodnika i opiekuna zwierząt. Zwierzęta z Raju również były piękne, dumne i okazałe, chociaż kompletnie bezużyteczne i Adam nie miał z nich żadnej pomocy w prowadzeniu rajskiego gospodarstwa. Wszystkiego musiał doglądać sam.

Adam i Ewa byli, oczywiście, frutarianami. Spożywali jedynie owoce, a tych mieli rzeczywiście pod dostatkiem. Wolno im było zrywać je z każdego rajskiego drzewa, z jednym wyjątkiem – było nim drzewo poznania dobra i zła. Od tego drzewa nakazano im trzymać się za daleka, ale zdarzyło się kiedyś, że Ewa, podczas jakiejś przypadkowej rozmowy z wężem, pierwszym na świecie dietetykiem, dowiedziała się, że ich menu – dość jednostajne i nudne – może być znacznie bogatsze, bardziej urozmaicone i zdrowsze. Nie jest wykluczone, że wąż nakłamał coś nie tylko o wiedzy, ale i o proteinie. Tak czy owak, nie wahała się długo. Bez ceregieli zerwała wskazany przez węża owoc – źródła nie podają jego dokładnej nazwy – a następnie, jak na porządną żonę pierwszego człowieka na świecie przystało, podzieliła się nim ze swoim mężem.

I wtedy rozpętało się najprawdziwsze piekło, burza z piorunami, przewrotny wąż ulotnił się dyplomatycznie, Bóg wpadł we wściekłość, Adam bronił się tyleż nieprzekonywująco, co  tchórzliwie, zwalając wszystko na Ewę, a przerażonej Ewie nie pozostawało nic innego jak zwalić wszystko na węża. Bez powodzenia, niestety. Stwórca wcale nie był zainteresowany karaniem podstępnego gada, prawił za to wiele o osobistej odpowiedzialności, nie dał się udobruchać, choć obiecywali poprawę, i wygnał, dożywotnio zakazując im wstępu do Edenu.

Od tamtej pory Eden jest strzeżony przez wirujący nad nim ognisty miecz oraz uzbrojone po zęby oddziały cherubiny. Nie, nie chodzi już o owoc z drzewa poznania dobra i zła. Ta sprawa jest bezapelacyjnie stracona. Militaryzacja Edenu dotyczy następnego zakazanego owocu z rajskiej kolekcji, a jest nim owoc z drzewa życia, drzewa, które daje wieczne życie tym, którzy z niego jedli. Zdaje się, że w Edenie nie mają żadnych, ale to żadnych złudzeń odnośnie naszych marzeń i pragnień – widzą zresztą, że obecnie żyjemy długo, żyjemy coraz dłużej, ale nawet i wtedy, gdy dławimy się i rzygamy już życiem, to i tak chcielibyśmy żyć jeszcze dłużej, i jeszcze, i za wszelką cenę i choćby po trupach, ale żyć.   

Unilever i normy

Unilever. Jeden z największych na świecie producentów żywności, kosmetyków i środków czystości pod tak znanymi markami jak Algida, Ben&Jerry’s, Lipton, Knorr, Axe, Dove, Rexona, Signal, i wielu innych, zapowiedziała, że wycofuje ze swojego języka słowo normalne. Przeprowadzone przez nich badania potwierdzają podobno, że zdecydowana większość ich klientów uznaje to słowo za „wykluczające” i „rasistowskie”.

To wiele mówi. Normalne, a więc zgodne z normą, a tymczasem coraz więcej norm jest postrzeganych przez ludzi Zachodu jako bezzasadne ograniczenia, a nawet przekleństwo. Dlaczego? Bo normy są skierowane przeciwko pewnym instynktom, co prawda naturalnym, ale głównie instynktom aspołecznym lub egoistycznym. Normy były próbą stworzenia świata dla wszystkich, a nie świata dla każdego, a to jest kolosalna różnica. Świat dla wszystkich zakładał respekt dla innych ludzi, natomiast świat dla każdego domaga się respektu tylko dla samego siebie. Człowiek naszej doby, nawet gdy głośno krzyczy o respekcie dla innych, ma na myśli przede wszystkim siebie, domaga się respektu dla samego siebie. Wartości, które reprezentował dotychczasowy kulturowy porządek, kruszeją jednak powoli i z dnia na dzień zanikają. Zapewne stąd ta otwarta i irracjonalna nienawiść do zakazów i nakazów, bo te wciąż jeszcze tkwią w nas i zarządzają mechanizmem samooceny, który przywykliśmy nazywać sumieniem. Jeżeli damy się przekonać, by odrzucić normy, jeżeli zgodzimy się z tym, że wszystko, co normalne jest „wykluczające” czy „rasistowskie”, droga do likwidacji sumienia i uwolnienia tłumionych instynktów będzie stała otworem. I nie łudźmy się – brak norm to nie tylko chaos.

Pomiędzy

Łaciński rzeczownik veneficus znaczy czarownik, ale też truciciel. Także grecki termin pharmakon odnosi się zarówno do lekarstwa jak i trucizny. Lekarstwo może być trucizną, trucizna może być lekarstwem. Platon uważał, że język i pismo również są pharmakonami, mającymi zarówno moc uzdrawiania, jak i szkodzenia: język może przekazywać prawdę, ale może też służyć do manipulacji i dezinformacji. Dobro może czynić zło, zło może czynić dobro – głosił Goethe. Jestem tej siły cząstką drobną, co zawsze złego chce i zawsze czyni dobro, oświadcza jego Mefistofeles. Świat zbudowany jest z przeciwieństw, które przenikają się wzajemnie i dopełniają. Nie moglibyśmy istnieć ani w świecie absolutnego dobra ani w świecie absolutnego zła. Nasze miejsce to świat pomiędzy.

K. Stanowski i piramidy arabskie

Krzysztof Stanowski, polski dziennikarz i tzw. osobowość medialna, cokolwiek to znaczy, napisał na Instagramie po wycieczce do Egiptu:  No warto zobaczyć na żywo te piramidy, nie mogę napisać, że nie warto. Natomiast fakt, że taka cywilizacja, która potrafiła zbudować takie budowle tyle tysięcy lat temu dzisiaj nie jest w stanie wokół tych samych budowli stworzyć czegokolwiek poza slumsem pełnym naciągaczy, sprzedawców kitu i zwykłych złodziejaszków, to jednak zaskakujące. Przecież to miejsce – pewnie jedno z najbardziej znanych na świecie – to dzisiaj obraz nędzy i rozpaczy, pełne śmieci, wychudzonych zwierząt, rozklekotanych i zdezelowanych bryczek, no i wszechobecnej chińskiej tandety.

Nie bardzo pojmuję, jak dziennikarz, a więc osoba z pewnym wykształceniem bądź co bądź, może utrzymywać, że Arabowie, zamieszkujący dzisiejszy Egipt potomkowie Beduinów, mogli być twórcami piramid. Czyżby p. Stanowski przeoczył fakt, że Arabowie pojawili się w Egipcie, podbijając go i niszcząc, dopiero w roku 645 (naszej ery!), podczas gdy piramidy powstawały przed – bez mała – trzema tysiącami lat przed naszą erą? Arabowie z piramidami mają tyle wspólnego co ja z odkryciem antybiotyków, a być może jeszcze mniej, bo ja przynajmniej wiem coś o tym. Owszem, w Egipcie wciąż jeszcze żyje około 8 milionów Koptów, potomków tubylczych ludów Egiptu, tych właśnie, które niegdyś wznosiły piramidy, a ich język jest ostatnim stadium języka rodowitych mieszkańców Egiptu, lecz dziś i oni posługują się już niemal wyłącznie językiem najeźdźców, czyli arabskim, a od pojawienia się fundamentalistów muzułmańskich podlegają regularnym prześladowaniom.

Polecam K. Stanowskiemu pewną wnikliwą uwagę, którą po wizycie w Egipcie poczynił znakomity pisarz angielski Lawrence Durrell: Wszędzie, gdzie pojawiają się Arabowie, jest tylko kurz pustynny, brud i fanatyzm.

Autor i policjant

Bracia Goncourt: „Autor powinien być w książce jak policja w mieście: wszędzie i nigdzie”. Niesłychanie trafna i ważna uwaga. W najlepszych powieściach autor jest wszędzie, a jednocześnie nie ma go nigdzie. Zastanawiam się tylko, ilu współczesnych pisarzy jest w stanie zrozumieć, co właściwie znaczy być w książce nigdzie, by być w niej wszędzie i ilu z nich pojmuje, że najmniejsze starania, by być wszędzie powodują, że nie ma ich nigdzie.

Ciekawa kombinacja

T. naprawdę stara się żyć zdrowo. Żadnych produktów przetworzonych, T. nie je byle czego, wszystko ma być świeże i najlepiej lokalne, trenuje dwa razy w tygodniu, tańczy w jakimś zespole, pływa regularnie, dba o kondycję, lampka wina co wyżej raz w tygodniu do dobrego obiadu, papierosów nigdy nie paliła, żadnych chipsów, słodyczy i używek, stara się wysypiać dobrze, poza weekendami jest w łóżku jeszcze przed dziesiątą i nawet głosuje na „zielono”, bo uważa, że życie ma być ekologiczne. Poza tym chętnie dzieli się swoimi doświadczeniami o tym, jak dbać o zdrowie. Podziwiają ją niemal wszyscy nasi znajomi, z wyjątkiem tych, którzy jej zazdroszczą. Ja jej nie zazdroszczę, bo uważam, że życie ekologiczne jest co wyżej ćwierć życiem, a ponieważ mam tylko jedno życie, więc nie stać mnie na aż taką rozrzutność. Ostatnio wydarzyło się jednak coś, co spowodowało, że zwątpiłem w jej zdrowe życie, a jeszcze bardziej w jej zdrowy rozsądek. Mianowicie, T. ujawniła nam swój nowy tatuaż (zgrabny elf w typie Tinker Bell na prawym ramieniu), podkreślając z dumą, że to już ósmy.

I to jest coś, czego nie pojmuję. Nie pojmuję, jak można głosić zdrowe życie, a jednocześnie pakować w swoje ciało sporą listę pierwiastków z układu okresowego. Tatuaże wykonuje się przecież, jak wiadomo, tuszem. Tusze to substancje syntetyczne, głównie węglowodory, czyli pochodne ropy naftowej, zawierające między innymi nikiel, kadm, kobalt, chrom, miedź, aluminium i mangan, a niektóre barwniki, jak czerwony, posiłkują się jeszcze solami rtęci i cyjankami. Wymienione substancje nie brzmią ani zdrowo ani ekologicznie ani, tym bardziej, bezpiecznie, i takowe nie są, a na dodatek, aby zapewnić trwałość tatuażu tusz wstrzykiwany jest do skóry właściwej, czyli miejsca bogato unaczynionego i unerwionego, co musi powodować ogromne ryzyko mutacji w procesie namnażania limfocytów – a te przecież reagują na tusz jako na materiał niepochodzący z organizmu. Dochodzę więc do wniosku, że T. stara się żyć zdrowo, by móc jak najdłużej popełniać samobójstwo. Ciekawa kombinacja.

Pocałunek

Wystarczy zwykły pocałunek, by dokonać skutecznej dywersji w naszym mózgu: nerw języka wprawia w ruch cały układ nerwowy, napina się stos pacierzowy, pobudzone zostaje unerwienie okolic miednicowych, gruczoły zaczynają wydzielać adrenalinę, trzustka insulinę, wkraczają do akcji gruczoły płciowe, bicie serca wzrasta do 150 uderzeń na minutę, ciśnienie krwi skacze co najmniej do 180, całujący się zaczynają coraz gwałtowniej łapać powietrze – w tym mniej więcej momencie prawidłowe działanie naszego mózgu ustaje, przestajemy myśleć i jesteśmy już gotowi, by popełnić każde szaleństwo. Rozsądek nie ma żadnych szans w tym starciu. Służy zresztą raczej do tego, by nasze szaleństwa usprawiedliwiać niż by je pohamowywać.

Sen Fukuyamy

Francis Fukuyama. Zdaje się, że zachodni neoliberałowie postanowili zbudować Brave New World według jego recepty, co znaczy, że ma to być państwo uniwersalne, a więc państwo, które respektuje obywateli nie ze względu na etniczną czy też rasową przynależność, lecz ze względu na ich człowieczeństwo. Obawiam się, iż mamy prawo podejrzewać, że jest to utopia typu Christianopolis, idealnego miasta wyśnionego przez Valentina Andreae. Zbudowanie społeczności w oparciu o ideę czegoś tak abstrakcyjnego jak człowieczeństwo jest ideą jeśli nie zbrodniczą, to co najmniej niedorzeczną. I niewykonalną. Na tej zasadzie nigdy nie powstała jakakolwiek kultura, która posiadałaby choćby minimalne zdolności homogenizacyjne, a w tym wypadku jest to warunek sine qua non. Marzycielom należałoby zadedykować wspaniałe westchnienie starożytnego poety greckiego Menandera, twórcy greckiej komedii: Jaką wdzięczną rzeczą jest człowiek, jeśli jest człowiekiem. Problem w tym, że człowiek i w jego czasach, a więc 300 lat przed naszą erą, i obecnie, niewiarygodnie rzadko bywa człowiekiem. Podejrzewam, że z jakichś przyczyn bardzo tego nie lubi.

Kradzież stulecia

W Strefie Gazy w sobotę brutalnie rozkradziono oenzetowski konwój ponad 100 ciężarówek z pomocą żywnościową. Utraciliśmy 98 ze 109 ciężarówek jadących w konwoju, był to jeden z największych takich napadów od początku wojny – poinformowała w rozmowie z agencją Reutera przedstawicielka UNRWA Louise Wateridg. Dla wyjaśnienia: pomoc humanitarna jest grabiona przez miłujących pokój członków Hamasu oraz inne tego typu, działające na tym terenie, „organizacje pomocowe”. Pomińmy już fakt, że kradną oni żywność przeznaczoną dla ich własnych dzieci, matek czy żon. Tym, co najbardziej w tej informacji zdumiewa, jest fakt, że zacna UNRWA utraciła 98 ze 109 ciężarówek. Mówcie, co chcecie, ale ten wyczyn można byłoby porównać jedynie z kradzieżą wieży Eiffla.

Kraina najczystszego powietrza

Dzisiaj rząd duński i parlamentarna opozycja porozumiały się w sprawie wprowadzenia od 2030 roku podatku od dwutlenku węgla w rolnictwie. Będzie to pierwsza na świecie kara za produkowanie żywności. Produkowanie żywności jest politycznie niepoprawne i biologicznie szkodliwe, bowiem prowadzi do wzrostu emisji dwutlenku węgla w atmosferze. Nie chodzi bowiem o to, żebyśmy mieli co jeść. Chodzi o to, żebyśmy mogli oddychać rześkim, świeżym i czystym powietrzem.

Inna dzisiejsza wiadomość mówi o grubej warstwie smogu, która spowiła rano stolicę Indii. Szacuje się, że stężenie zanieczyszczeń w powietrzu w Nowym Delhi jest tak duże, a powietrze tak gęste, że ledwo widoczne są popularne atrakcje turystyczne, takie jak Tadż Mahal czy Złota Świątynia w Amritsarze. Z powodu gigantycznej chmury zanieczyszczeń widzialność spadła do 100 metrów. W Nowym Delhi poziom zanieczyszczeń według Air Quality Index na około 30 procentach stacji pomiarowych przekracza 400. Jest to ponad ośmiokrotnie więcej niż wartość określająca jakość powietrza jako dobrą. Na międzynarodowym lotnisku w Delhi widoczność spadła do 300 m. Niektóre loty odbywały się przy widoczności niemal zerowej. Według danych z Flightradar24 z powodu gęstego smogu aż 88 proc. odlotów i 54 proc. przylotów było opóźnionych. Indie nie przywidują jednak wprowadzenia podatku od produkcji żywności. Poziom dwutlenku węgla nad subkontynentem indyjskim najwyraźniej nikogo tam nie niepokoi do tego stopnia, by przedkładał czyste powietrze nad porządne tikka masala.  

Dziwne wojny

Dziwne są współczesne wojny. Ukraina. Żołnierze giną na jej wschodniej granicy, Rosjanie niemal codziennie wysyłają setki rakiet i dronów niszcząc miasta i newralgiczne obiekty, miliony ludzi opuściły kraj, ale w Kijowie i innych ukraińskich miastach życie toczy się jak zwykle, dyskoteki i restauracje są przepełnione, zabawa trwa w najlepsze, a firma OKKO Group, ukraińska sieć stacji paliwowych, rozpoczyna budowę … zgadnijmy budowę czego? Domów dla ludzi, którzy dach nad głową? albo szpitali w miejsce tych, które zostały zrównane z ziemią? a może schronów przeciwbombowych czy przeciwatomowych? Otóż, nie. Firma OKKO Group rozpoczyna budowę nowoczesnego kurortu narciarskiego. GORO Mountain Resort będzie znajdował się w regionie Lwowa, w pobliżu miejscowości Wołosjanka i Wierczna Rożanka, mniej więcej trzy godziny drogi od polskiej granicy. Inwestycja jest ogromna, ośrodek ma zajmować 1200 hektarów, w jego skład wejdzie 41 tras narciarskich oraz 25 hoteli z ok. 5500 pokojami.

Dziwne są te współczesne wojny. A może nie? Może wcale nie dziwne? Wakacje w krajach, gdzie aktualnie toczą się wojny i giną ludzie nie są już ani niczym szczególnym ani niemoralnym. W pobliżu umierają ludzie, my z wdziękiem kabaczków leżymy na plażach, a ból i cierpienie innych ani na moment nie zakłóca naszego spokoju – może jedynie w takich chwilach, gdy pojawia się jakaś przelotna obawa o własne życie. Przelotna, bo przecież jesteśmy turystami, turyści nie podlegają zwykłym prawom, są gatunkiem specjalnym i podlegającym ochronie, jak foki szare lub obuwik pospolity. Turystom nie może przydarzyć się nic złego. Wojna nie dotyczy turystów. Wojna to nie jest ich gra. Turystyka wojenna nie jest, oczywiście, niczym nowym. Nowością są rozmiary jej komercjalizacji, przyzwolenie na nią, włączenie do oficjalnej oferty przemysłu turystycznego, czego przykładem jest znakomicie prosperująca amerykańska agencja War Zone Tours. Dark tourism kwitnie wszędzie. Na wojnie można nieźle obłowić się. Wojna zawsze jest dochodową imprezą. Dziś hieny cmentarne w poszukiwaniu łupów nie muszą już rozkopywać grobów.

Wolność i inne

Każdy pospolity akt morderstwa ma zawsze dwie ofiary. Po pierwsze jest nią pokrzywdzony człowiek, po drugie majestat państwa. Morderstwo jest także wyzwaniem rzuconym państwu, wyzwaniem wobec jego władzy w zakresie kontrolowania naszych zachowań. To państwo decyduje, czy należy ścigać przestępcę i to ono rezerwuje sobie prawo określania wymiaru kary. W naszym świecie każdy akt przestępstwa czyni państwo stroną poszkodowaną, ale nie zawsze tak było.

Kodeks Hammurabiego, pierwsza w dziejach próba kodyfikacji zasad życia społecznego, nie zawierał jeszcze praw dotyczących morderstw sensu stricto, skupiając się przede wszystkim na kwestiach własności. Nie inaczej było we wczesnym okresie w Rzymie. I tam zwyczajowo uznawano, że ofiarą pojedynczej zbrodni jest wyłącznie jednostka – morderstwo uchodziło za sprawę prywatną. Przed cesarzem Hadrianem, a dokładniej przed jego reskryptem w sprawie koncepcji usiłowania zabójstwa, państwo rzymskie nie uważało, że doznaje krzywdy lub że jego władza jest kwestionowana w przypadku, gdy mąż zabijał żonę lub sąsiada. To były sprawy osobiste, państwo w to nie ingerowało.

Czy było to rozwiązanie korzystniejsze, gdy mamy na myśli zakres naszej wolności? Być może, ale nie ma ucieczki od cywilizacyjnych sukcesów, bez względu na ich rzeczywistą wartość, a to jest właśnie taki przypadek. Interesujące w tej perspektywie jest jedynie to, że w państwach współczesnych, które nad wyraz chętnie roztaczają nad nami opiekę, znajdujemy coraz mniej tego, co określamy słowem „osobiste”. Rozwój społeczny polega na wyprzedaży indywidualnej wolności. Sprzedawaliśmy niegdyś i wciąż sprzedajemy naszą trudną wolność. Sprzedajemy ją z wielu powodów, choć najczęściej za bezpieczeństwo, przeważnie złudne i pozorne. Możemy jedynie pocieszać się myślą, że i tak wszystko odbywa się poza naszym wyborem.

Szwedzka Chiquita

Słowo fobia oznacza „lęk wywołany przez określone sytuacje lub przedmioty zewnętrzne, które obiektywnie nie są niebezpieczne”, jak to ujmuje większość słowniowych definicji. Naukowcy utrzymują, że kluczowym czynnikiem odpowiedzialnym za rozwój zaburzenia lękowego jest zwykle jakieś trudne doświadczenie z przeszłości, dość proste do rozszyfrowania, gdy jest to np. akrofobia, hydrofobia, arachnofobia czy kynofobia, ale znacznie trudniejsze, gdy jest to … bananofobia. Tak, okazuje się, że można także panicznie bać się bananów. Szwedzkie media ogłosiły właśnie, że Paulina Brandberg, minister do spraw równości płci i zatrudnienia, cierpi na tę właśnie przypadłość. Pani minister absolutnie nie może przebywać tam, gdzie znajdują się te pogodne, nijakie w smaku i w sumie dobrotliwe owoce. Banany są stanowczo wypraszane z miejsc, które odwiedza lub też zamierza odwiedzić, a jej sekretariat powiadomił wszystkich zainteresowanych, że w pomieszczeniach, które pani minister będzie wizytować nie powinno być nawet „żadnych śladów bananów„.

Szwedzkie media bulwarowe gorączkowo, niemal z wypiekami na szpaltach, spekulują nad przyczynami, które doprowadziły panią minister do tak tragicznych relacji z bananami. Niektórzy sugerują jakiś związek z popularnymi w swoim czasie zakrzywionymi, plastykowymi etui, w których dzieci z krajów skandynawskich zabierały ze sobą banany do szkoły, zapobiegając w ten sposób ich zmiażdżeniu w tornistrach, inni przywołują przy tej okazji postać Karola Linneusza, też Szweda, ojca biologicznej taksonomii. Linneusz nazwał ten żółty owoc Musa sapentium, łącząc łacińskie słowo mądrość (sapentia) oraz arabskie słowo mauz (owoc) i głosił, że słynne drzewo poznania dobrego i złego z Raju było bananowcem. Prawdą jest, że Koran umiejscawia banany w rajskim ogrodzie, choć nigdzie nie sugeruje bezpośrednio, że to właśnie Drzewo wiedzy rodziło banany. Pani minister tymczasem milczy. Przeciekła jednak wiadomość, że poddaje się bardzo intensywnej terapii. Jej sympatycy i rodzina trzymają kciuki, by nie pośliznęła się na tym bananie.

Dysfunkcja

Dysfunkcja religii. Prawdziwa religia przede wszystkim powinna uwalniać człowieka od lęku przed śmiercią, sprawiać, by śmierć nie była niczym więcej niż cezurą przed transformacją do innej formy egzystencji, lepszej, piękniejszej i bardziej atrakcyjnej. Tymczasem wcale tak nie jest, śmierć wciąż wzbudza strach, tym większy, że według religijnych doktryn pośmiertna egzystencja jest uwarunkowana doczesnymi zasługami, a doczesne zasługi, jak powszechnie wiadomo, są dość względnym i niepewnym kryterium. Niebo jest warunkowe. I to jest główna słabość Nieba. Religią najbliższą ideału byłaby więc taka, której wyznawcy, nie mogąc doczekać się wspaniałości życia w obiecywanym przez nią Raju, entuzjastycznie popełnialiby samobójstwa, by dostać się tam jak najprędzej. To miałoby sens. Zdaje się, że rozumieją to niektóre sekty.

Tymczasem religie, z powodów najzupełniej oczywistych, nie preferują samobójców, poza islamem, który nazywając ich eufemistycznie męczennikami, jako marchewkę oferuje im po śmierci piękne hurysy i ekscesy seksualne do końca wieczności. Ale i w tym przypadku, jak wiemy, sama wizja absolutnie nie wystarcza i trzeba ją solidnie wzmocnić dolarami.   

Niepamięć

Nietrwałość ludzkiej pamięci jest cichym przyzwoleniem na kolejne zbrodnie. Dzisiaj nie tylko nie pamiętamy bestialskich czynów dokonywanych przez Niemców w czasie drugiej wojny światowej, ale i wymazaliśmy już z naszej pamięci rozliczne mordy i przestępstwa komunistów, znacznie przecież świeższej daty. To nasza niepamięć toruje drogę dla nowych zbrodni.

Nowicjusze

W życiu wszyscy jesteśmy nowicjuszami. Nie mamy możliwości, by być po raz wtóry czy trzeci dwudziestolatkami, pięćdziesięciolatkami czy siedemdziesięciolatkami. Każdy etap naszego życia jest zawsze pierwszy i ostatni, a nasze życiowe doświadczenia – wbrew pozorom i niedorzecznym przekonaniom na ten temat – ani nie nakładają się na siebie ani nie sumują. Zresztą, któreż to z doświadczeń młodości mogłyby być przydatne dla starca? Zakładając, że jeszcze je pamięta. Powiedzenie „stary, a głupi” jest bez sensu. Nigdy nie jesteśmy mądrzy. Życia nie doświadczamy. Życie przeżywamy.

Polskie winnice

W czasie ostatniego pobytu w Polsce nabyliśmy kilka butelek świetnego wina z winnicy w Dębołęce, położonej w pobliżu Wałcza. Cieszy ten powrót do prastarej tradycji. Tak, tradycji, bowiem uprawa winorośli nie jest w naszym kraju niczym nowym. Gloger podaje, że winne grono uprawialiśmy z powodzeniem już w XIII wieku. Duże winnice znajdowały się m. in. w okolicach Poznania, Czarnkowa, Babimostu, także w Winiarach, stąd pochodzi ta nazwa. Słynne były zwłaszcza winnice uplasowane na wzgórzach koło Torunia, Chełmna i Grudziądza – te zostały z zemsty wycięte i spalone przez protoplastów Niemców, czyli Krzyżaków w roku 1455.

Spartanie i inni

Z dwóch Spartan, którzy nie polegli wraz z Leonidasem w Termopilach, Pantites powiesił się nie mogąc znieść pogardy ziomków, a Aristodemos zginął pod Platejami, dokonując cudów waleczności, aby udowodnić, że nie jest tchórzem mimo, że nie poległ razem ze swoim wodzem. Jednak Spartanie i tak nie uznali go za bohatera. Według nich Aristodemos chciał umrzeć, szukał w tej walce śmierci, a ten, kto walczy, by umrzeć, nie zasługuje na to, aby go czcić. Człowiek, który w boju szuka śmierci jest szaleńcem. Spartanie nie czcili szaleńców.

Jak, tak, tylko

Jak, tak, tylko – stara i niegdyś bardzo popularna gra towarzyska. Zasada była prosta. Należało coś opowiedzieć, ale ani razu nie używając żadnego z trzech wymienionych słów. Za ich użycie płaciło się fantem. Aby grę nieco utrudnić, a również, by uczynić ją bardziej ekscytującą, opowiadającemu można było zadawać pytania, które zmuszały go do użycia zabronionych słów. Założę się, że dzisiaj ta gra byłaby dostępna tylko nielicznym. Jeżeli w ogóle ktoś odważyłby się w nią grać.

Mosuo

Mosuo, to praktyka tzw. „chodzonego małżeństwa“, pewnej grupy etnicznej z Chin. Związek typu mosuo polega na tym, że zarówno mężczyzna, jak i kobieta na stałe mieszkają osobno, a zaakceptowany przez kobietę mężczyzna odwiedza ją po kolacji i zwykle zostaje u niej na noc. Rano powraca do siebie. Dzieci z takiego związku są dziećmi kobiety i są wychowywane przez jej rodzinę. Rozstanie kochanków nie ma żadnego znaczącego wpływu na ich sytuację, bowiem para nie jest złączona silnymi więzami ekonomicznymi. „Chodzone małżeństwo” oparte jest przede wszystkim na seksie i wzajemnej atrakcyjności – coś jak typowe, z drobnymi poprawkami, małżeństwo w Szwecji.

Symptom

Spostrzegam, że mógłbym jak niegdyś N. Chamfort powiedzieć, że każdego dnia dodaję do mojej listy rzeczy, o których nie chcę już rozmawiać. Lista wydłuża się, obejmuje coraz więcej rzeczy, ale czy na pewno świadczy to o tym, że staję się mądrzejszy? Obawiam się, że nie. Obawiam się, że może to być symptomem całkiem innego schorzenia. Niekoniecznie, ale może.

Prastara kwestia

A. Iwaszkiewiczowa „Dzienniki i wspomnienia”. Anna Iwaszkiewiczowa niemal od dziecka obracała się w kręgu artystów, dom jej i jej męża, Jarosława Iwaszkiewicza, gościł setki poetów, pisarzy, muzyków, i to najwybitniejszych. Ona sama pisała niewiele, głównie eseje, zajmując się przede wszystkim tłumaczeniami z literatury francuskiej i anglojęzycznej, choć do pisania tęskniła i wciąż powracała. Mogła natomiast obserwować świat sztuki, przyglądać się temu z bliska i dokładnie. W Dziennikach zabiera też głos w prastarej kwestii na temat twórczości kobiet. Pisze z przekonaniem, że nawet kobieta utalentowana „nie jest, nie może być nigdy twórcą w najszerszym, prawdziwie wielkim tego słowa znaczeniu. Nie może zdobyć się na to twórcze spojrzenie, na tę wizję pozaziemską, która tworzy takie rzeczy jak Król Duch, jak Dziady. Kobieta może intuicyjnie w stanach głęboko religijnych dosięgnąć tego świata, może w nim żyć wewnętrznie, ale nie może tym przeżyciom nadać formy. Tej dziedziny w twórczości kobiecej nie spotykamy nigdy (z wyjątkiem świętych, np. św. Teresy). Jakiegoś odbicia wszechświata, poruszania zagadnień najistotniejszych w twórczości kobiet nie znajdujemy. Jedyne uczucie „wieczne”, które odtworzyć mogą, to miłość, ale i tak to nie będzie tym kosmicznym wyrazem miłości, jakim jest np. Tristan i Izolda.

A. Iwaszkiewiczowa nie uznaje też wyjaśnienia, który i dziś jeszcze pokutuje w dyskusjach na ten temat, że wszystkiemu winne jest wychowanie. Według niej jest to nieprawdziwe i bzdurne, bo „gdyby kobieta z natury swojej była inna, była inteligencją, polotem, siłą zewnętrzną równa mężczyźnie, to żadnemu „wychowaniu” tego rodzaju nie poddałaby się.

Pisała te słowa dawno temu, bo przed 97 laty, w roku 1927, ale czas przyznaje jej rację. O ile w jej epoce można było jeszcze powoływać się na „ograniczenia w wychowaniu”, to dzisiaj brzmi to już co najmniej infantylnie. Wychowanie nie okalecza i nie ogranicza już kobiet, księgarnie są dosłownie zasypane żeńską produkcją, w witrynach walają się dziesiątki ich mniej czy bardziej poronionych literackich płodów, naiwnych i żałosnych romansów, harlekinów lub wyzywających, a niekiedy wręcz wulgarnych wynurzeń à la kobiecy Henry Miller, stosy tego, co Sandor Màrai trafnie nazywał masą spadkową po intelekcie, kobiety są premiowane i wydawane, a mimo tego prawdziwego kobiecego dzieła jak nie było tak nie ma i – jeżeli diagnoza A. Iwaszkiewiczowej jest słuszna, a sądzę, że jest – raczej nie powinniśmy się tego spodziewać i stwierdzenie to, wbrew pozorom, nie jest wyrazem męskiego szowinizmu czy pogardy. Mimo zapewnień aktualnej propagandy nie jesteśmy sobie równi i nie jest to ani właściwe słowo ani właściwa kategoria, których należałoby w tym kontekście używać. Nie jesteśmy sobie równi. Jesteśmy inni. Każdy z nas jest inny. Kobiety są inne. Kobiety potrafią rzeczy, których nie potrafi nikt inny i których nikt inny nigdy nie dokona.    

Tuwim

J. Tuwim opublikował 27 października 1929 roku wiersz „Do prostego człowieka”, wiersz mocny, obrazoburczy, w stylu Jacka Kaczmarskiego, jak powiedzielibyśmy dzisiaj. Był to na pewno dobry wiersz, ale pamięć nawały sowieckich hord i bitwy warszawskiej wciąż jeszcze była bardzo żywa w polskim społeczeństwie i nic więc dziwnego, że Tuwim spotkał się z ostrym atakiem, i nie tylko ze strony prasy prawicowej. Publikacja tego wiersza była w ówczesnej sytuacji czymś skrajnie lekkomyślnym i nieodpowiedzialnym, żenującą manifestacją próżności. A. Iwaszkiewiczowa komentuje to następująco: Tuwim to prosta dusza, biedny strachliwy Żydek, na którego nie wiedzieć jak spadł ten boski dar wielkiego talentu i tym darem powinien jedynie cieszyć się i w nim życie zamknąć. Co mu do głowy strzeliło politykować! Jego ostatni tom „Rzecz czarnoleska” to najczystsza poezja, drogocenny zdrój poezji. Tylko tym może i powinien być – poetą lirycznym.

Niestety, w dalszych i późniejszych wspomnieniach A. Iwaszkiewiczowej nie ma ani słowa o Tuwimie. Szkoda, bo poeta, który przed wojną przymilał się do sanacyjnych dygnitarzy, po wojnie, nota bene spędzonej wygodnie w Nowym Jorku, nazywał ich polskimi faszystami i lokajami Hitlera i szybko przeobraził się w zażartego komunistycznego propagandzistę, który wyrażał podziw i uznanie dla stalinowskiego oprawcy Różańskiego, którego cieszyło istnienie cenzury oraz likwidacje „nikczemnych reakcyjnych szubrawców”. Szkoda, że nie wspomina o Tuwimie z okresu powojennego, o tej prostej duszy, tym strachliwym Żydku, bo zapewne niejednokrotnie spotykali się przecież (mąż Anny, Jarosław Iwaszkiewicz, został prezesem polskiego Związku Literatów już w 1945 roku) na tych samych komunistycznych akademiach i rautach.