Między wierszami

Niegdyś to, co najistotniejsze, dawało się zawsze wyczytać między wierszami. Dzisiaj w miejscu między wierszami panoszą się jedynie chamsko natarczywe reklamy. Nie ma tam już żadnego ukrytego przesłania, żadnej wskazówki, żadnej aluzji. Nasza rzeczywistość nie tylko nie daje żadnych odpowiedzi, ale i nie stawia już żadnych pytań.

Iluzja wstrząsu

Jednym z nielicznych prawdziwych spostrzeżeń dziedziny zwanej psychologią jest to, co nazywa się w niej iluzją wstrząsu, czyli naszej tendencji do wyolbrzymiania intensywności i długości przyszłych stanów emocjonalnych. I tak w przypadku szczęścia spodziewamy się zwykle znacznie większej porcji radości niż ta, którą potem odczuwamy w rzeczywistości, a w przypadku spodziewanego nieszczęścia z reguły zawsze spodziewamy się większego bólu. W pierwszym przypadku pojawia się uczucie niedosytu, ale w drugim też nie odczuwamy ulgi – co wyżej zaskoczenie.  

Na marginesie

Żyjemy w świecie absurdów. Demokracja jest bezkrytycznie gloryfikowana, natomiast nacjonalizm – prawe dziecko francuskiej rewolucji – jest potępiany i zwalczany. A najzabawniejsze jest to, że nikomu nie przeszkadza fakt, iż demokracja jest możliwa wyłącznie w państwie narodowym. 

Uczta kanibali

Na półce w antykwariacie postrzegam książkę Newerlego „Zostało z uczty bogów„. Sięgam po nią, wertuję i myślę, że właściwie powinna nosić tytuł: „Zostało z uczty kanibali”. Tym bowiem, co naprawdę pozostało po tej „uczcie” są jedynie zgliszcza i miliony dokładnie obgryzionych kości. Bogowie są czasem okrutni, to prawda, ale nigdy aż tak żarłocznie głodni. To nie była uczta bogów.

Moralność

Moralność demokratyczna preferuje utylitaryzm, uznaje za właściwe działanie, które przynosi najwięcej korzyści dla największej liczby osób. Moralność arystokratyczna przyjmuje, że to smak winien decydować o wyborze działania, a smak jest sprawą osobistą. I osobistą odpowiedzialnością. Tylko moralność arystokratyczna ma sens.

Pytania

Pewna bliska mi osoba ma szalenie irytujący zwyczaj komunikowania się przez stawianie pytań. Utrzymuje przy tym, że pytania są przejawem zainteresowania innym człowiekiem i wyrazem troski. Obawiam się, że jest to poważny i niebezpieczny skrót myślowy, bowiem gdyby uznać jej twierdzenie za prawdziwe, to najbardziej troskliwą osobą na świecie byłby prokurator. Już E. Canetti w znanej pracy „Masa i władza” zauważył celnie, że pytania są narzędziem sprawowania władzy, że ten, kto pyta ma władzę, znajduje się w lepszym położeniu, jest wyżej od osoby pytanej. Nie stawiamy przecież pytań władcom.

Zasadniczym elementem troski jest moim zdaniem antycypacja, a więc wyczucie i przewidywanie, podczas gdy pytania są przejawem zwykłej, czasem wulgarnej ciekawości. Troska angażuje nas emocjonalnie i intelektualnie, zaś pytania – jako typowy przejaw lenistwa uczuciowego – w gruncie rzeczy wcale nie liczą się z emocjami innych. 

Narzędzia

Niewolnik jest żyjącym narzędziem, uważał Arystoteles. Słuszna uwaga, bodaj najbardziej charakterystyczną cechą mentalności niewolniczej jest podatność na manipulację. Niewolnik nie ma godności, dla niego każda doraźna korzyść jest czymś ważniejszym niż szacunek dla samego siebie, lojalność czy przyjaźń: „niewolniczą rzeczą jest znosić spokojnie zniewagi i nie ujmować się za swymi przyjaciółmi” (Etyka Nikomachejska). My, Polacy, wciąż jeszcze jesteśmy niewolnikami. Być może zawsze nimi pozostaniemy.

Polskie przygody Etiopów

A.S. Radziwiłł opisując przybycie do Polski Ludwiki Marii Gonzagi de Nevers, przyszłej żony Władysława IV, wspomina o pewnym incydencie, który miał miejsce w czasie jej przybycia do Mławy, gdzie została powitana przez tamtejszą szlachtę: … ponieważ francuskie kobiety używają czarnych jedwabnych masek albo welonów na twarze, prostaczkowie wzięli je za czarnych Etiopów. Nawet jakaś szlachcianka, podpiwszy sobie, rozzuchwalona ściągnęła maski kilku damom spośród fraucymeru królowej. Stąd ich oburzenie, a wstyd dla nas; okazała się cała głupota tej kobiety. 

Umysł i kosmos

Im dalej sięgamy w kosmos, tym głębiej sięgamy w przeszłość. Gdybyśmy więc znajdowali się ponad 4,5 miliarda lat świetlnych stąd, moglibyśmy zaobserwować jak formowała się nasza planeta, obserwować jej początki. Fascynujący aksjomat. Zapewniam samego siebie, że to rozumiem, przecież jest to oczywiste, ale czuję, że w tym zapewnieniu więcej jest niewiary niż pewności. Trochę tak, jakby mój umysł nie chciał mi sprawiać przykrości. Drań jest stanowczo zbyt dobrze wychowany. 

Zjawiska atmosferyczne

O wielkości cywilizacji świadczy ilość generowanych przez nią odpadów. Nie jest to żadna nieprawidłowość, lecz przeciwnie – prawo. Im bardziej zaawansowana cywilizacja, tym więcej odpadów. Egipskie piramidy i greckie amfiteatry nie są wcale symbolami wieczności. To symbole doczesności, to odpady, z których odczytujemy wielkość cywilizacji, która je po sobie pozostawiła. Po Hunach nie pozostało nic. Byli rodzajem zjawiska atmosferycznego, czymś na podobieństwo cyklonu, trąby powietrznej lub tsunami.

Co widzimy

Nie przewracamy się chodząc i nie nabijamy sobie guzów poruszając się wśród różnych płaszczyzn, lawirując między tysiącami obiektów, postrzegamy nadjeżdżające pojazdy, widzimy gwiazdy na niebie, ptaki szybujące w powietrzu, rozpoznajemy twarze, potrafimy dokonać skomplikowanych operacji intelektualnych i gotowi bylibyśmy przysiąc, że żyjemy w realnym świecie. Czy na pewno jednak? Na naszej gałce ocznej znajduje się ślepa plamka, co wiemy dzisiaj niemal wszyscy. Wiemy też, że powinna ona powodować braki w polu widzenia, a tymczasem niczego takiego nie obserwujemy. Ubytki spowodowane tą ślepą plamką mózg zastępuje widokiem z drugiego oka. Wiemy również, że na naszej siatkówce powstaje obraz odwrócony, czyli rejestrujemy świat „do góry nogami”, i że mózg ingeruje ponownie, korygując te informacje i odwracając obraz, co pozwala nam na poprawne widzenie.

Nasz mózg jest niewątpliwie najpotężniejszą maszyną poznawczą świata, a jednocześnie łatwo jest go oszukać, rozproszyć, zdarza mu się, i do tego dość często, popełniać żenujące pomyłki, na jedne bodźce jest czuły, na inne ślepy i, przede wszystkim, nienawidzi myślenia, choć trudno mieć mu to za złe – nie jest aparatem stworzonym w tym celu. Wykształcił się w plejstocenie, miał nam tylko zapewnić przetrwanie i niewiele zmienił się od tego czasu.

Do jakiego więc stopnia świat w którym żyjemy jest realny? Gdy rozmawiasz z kimś, kto  znajduje się w odległości około metra od ciebie, światło odbite od jego twarzy potrzebuje około 3,336 nanosekundy, aby dotrzeć do Twojego oka. Widzisz go więc takim, jakim był 3,336 nanosekundy temu. Niewiele? Może, ale nie widzimy świata takim, jaki jest. Widzimy go takim, jaki był ułamek sekundy temu. A im dalej, tym więcej pojawia się niekonsekwencji. Chętnie spoglądamy w gwiazdy i podziwiamy ich piękno. Ale czy to, co podziwiamy na nocnym niebie naprawdę istnieje? Nie jest to wcale takie pewne. Syriusz to najjaśniejsza gwiazda naszego nieba. Jego promienie, by do nas dotrzeć, potrzebują ośmiu lat – co znaczy, że wygląd Syriusza, w momencie, gdy go podziwiamy, nie jest aktualny. Podziwiając ten widok, podziwiamy coś, co istniało osiem lat temu. Nie potrzebujemy jednak  szukać aż tak daleko. Słońce jest oddalone od Ziemi o 8 minut i 20 sekund świetlnych – jego obraz pochodzi więc sprzed 8 minut. Najzabawniejsze jest to, że w wypadku, gdyby po prostu znikło, to przez ponad 8 minut nikt z nas i tak by tego nie zauważył.

Mgławicę Orzeł dzieli od nas siedem lat świetlnych. Astronomowie uważają, że wybuch supernowej całkowicie już zmienił jej strukturę. Światło samego wybuchu mogło dotrzeć do Ziemi około dwa lat temu, ale fala uderzeniowa, poruszająca się znacznie wolniej, może mieć „opóźnienie” rzędu kilku tysięcy lat. Słynne zdjęcie tej Mgławicy, wykonane przez teleskop Hubble`a, przedstawia więc coś, co prawdopodobnie już nie istnieje, ale my to widzimy. Od Galaktyki Andromedy dzieli nas około 2,5 miliona lat świetlnych. Widziane przez nas obecnie jej światło ma 2,5 miliona lat, czyli pochodzi z okresu, gdy po naszej zabawnej planecie ochoczo biegały australopiteki. Światło Plejad ma rodowód z czasów, gdy królem Polski był Stefan Batory, a widok Oriona to obraz z epoki, kiedy Królestwem Franków rządził Karol Wielki Młot. Czy naprawdę żyjemy w rzeczywistym świecie?

Herodot i postęp

Egipcjanki były podobno mistrzyniami w sztuce podobania się. Szaty z „pięknego płótna z Górnego Egiptu”, cienkie jak jedwab, cieszyły się u nich identycznym wzięciem jak u Rzymianek tkaniny z Kos, starannie i dokładnie wydepilowały całe ciało, pozłacały piersi, goliły głowy, nosiły misternie ufryzowane peruki z ludzkich włosów lub wełny i buty na obcasach, stosowały ostry, wyrazisty makijaż, powieki malując zwykle na niebiesko, i bardzo dbały o świeży i pachnący oddech. Wielu kronikarzy wspomina o ich zalotności, urodzie i wdzięku, a Herodot twierdził, że były to najbardziej niewierne kobiety starożytnego świata. Dzisiaj pod egipskim niebem przemykają czarne cienie, szczelnie opakowane w bezpłciowe chałaty, i już mało kto wie, kim był Herodot. Nazwijmy to postępem.

Ciągłość

Poczucie ciągłości naszego życia jest złudzeniem. Życie zaczynamy od nowa każdego poranka, gdy tylko budzimy się i otwieramy oczy. Pamięć? Pamięć nie jest równoległa, nie jest więc osnową. Pamięć to wątki, a te kruszą się i strzępią.

Szklana dupa

Botanicy, zgromadzeni na odbywającym się w Madrycie kongresie, dokonali sensacyjnego odkrycia – stwierdzili, mianowicie, że są rasistami i postanowili skończyć z tym raz na zawsze zmieniając nazwy wielu gatunków roślin, grzybów i glonów. Zmiana jest poważna, obejmuje bowiem ponad 300 osobników ze świata przyrody, które mają pecha posiadać w swoich naukowych nazwach termin „caffra”, stosowany w okresie apartheidu w odniesieniu do czarnych osobników w Południowej Afryce. Botanicy zdecydowali, że jest to obraźliwe dla afrykańskiej społeczności w tym kraju. Zmiana dotyczy zasadniczo tylko jednej litery; zamiast słowa „caffra” będzie to obecnie słowo „affra” sugerujące, że gatunek pochodzi z Afryki. Gideon Smith, taksonom roślin z Nelson Mandela University w RPA, który był inicjatorem tej akcji wyraził ogromną wdzięczność kolegom z całego świata, którzy wspierali nasze wysiłki, aby oczyścić nomenklaturę botaniczną z haniebnego, rasistowskiego języka.

Decyzja o zmianie nazw gatunków „caffra” jest pierwszym przypadkiem, gdy społeczność botaniczna dokonała takiej operacji nie z powodu istotnych względów naukowych, lecz z czystych powodów politycznych, ale debaty na ten temat stają się coraz częstsze także i w nauce. Entomolodzy na przykład zrezygnowali z używania nazw „cygańskie ćmy” i „cygańskie mrówki” uznając, że jest to wysoce obraźliwe wobec Cyganów, czy jak kto woli Romów. American Ornithological Society również dokonało zmian nazw gatunków ptaków, noszących imiona ludzi uznawanych obecnie za rasistów lub kolonizatorów. Ciekawe, że kiedy jakiś czas temu toczyła się ożywiona dyskusja w związku z nazwami zwierząt nazwanych na cześć Adolfa Hitlera (Rochlingia hitleri, chrząszcz) i Benito Mussoliniego (Hypopta mussolinii, ćma), Międzynarodowa Komisja Nomenklatury Zoologicznej zdecydowanie sprzeciwiła się zmianie ich nazw naukowych. Prawdopodobnie z tego powodu, że ani ćmy ani chrząszcze nie wyraziły w tej sprawie żadnych zastrzeżeń czy protestów.  

Pewna moja znajoma, która spędziła wiele lat na emigracji w Argentynie, pytana o charakter Argentyńczyków odpowiadała, że przeważnie są to przeuroczy ludzie, choć niesłychanie wrażliwi i drażliwi, i łatwo ich dotknąć czymś lub urazić. W czasach, gdy dysfemizm nie był jeszcze zjawiskiem tak powszechnym jak obecnie mawiała, że Argentyńczycy są wspaniali, ale mają szklane dupy. Może mylę się, ale coraz częściej mam wrażenie, że cały świat upodobnił się do Argentyńczyków i zaczyna mieć szklaną dupę. I nie jest to optymistyczny akcent.

Stypa u Obamów

Rodzina byłego prezydenta USA Baracka Obamy, za pośrednictwem swoich kont w mediach społecznościowych, podzieliła się tragiczną nowiną o śmierci ich ukochanego psa, Bo, który zdechł z powodu raka. Bardzo są tym poruszeni, a ich posty, pełne emocjonalnych ochów i achów, mają wyrażać głęboką i prawdziwą więź, która łączyła ich z szanownym „Pierwszym Psem”. Podobno tysiące osób złożyło im najszczersze kondolencje z powodu tej „straty”. I pomyśleć, że wciąż kpimy z Nerona, który mianował senatorem swego konia.  

Seks przedagonalny

W mediach coraz więcej i coraz natrętniej o tym, że życie erotyczne na emeryturze może być równie satysfakcjonujące i pełne pasji jak w młodszych latach, a eksperymentowanie w sypialni i otwartość na nowe seksualne doświadczenia mogą znacząco wzbogacić życie erotyczne w późnym wieku. Ostatnio nie ma już prawie dnia, by jakiś idiota nie zapewniał mnie, jak cudowny może być taki seks przedagonalny i, że seksualność nie ma daty ważności i rozwija się przez całe życie, oferując możliwości do eksploracji i radości bez względu na wiek. Zgaduję, że autorami tych wypocin muszą być ludzie tyleż młodzi co infantylni, bo któż inny mógłby wpaść na pomysł równie kretyński?

Proces starzenia się rozpoczyna się już w chwili narodzin, ale przyjmijmy, że wstępną granicą jest wiek około 25 lat, gdy staje się on bardziej widoczny, bo wtedy zaczyna starzeć się nasza skóra. A potem już z roku na rok nasz organizm ulega istnej dewastacji: zmarszczki, cellulity, spadek masy mięśniowej, obniżona elastyczność mięśni, stawów i ścięgien, coraz bardziej kruszejące uzębienie, malejąca wrażliwości kubków smakowych, coraz trudniejszy przepływ krwi, utrata sprężystości naczyń tętniczych, problemy z trawieniem i wydalaniem, zmiany w objętości i konturach twarzy spowodowane zmniejszającą się z roku na rok produkcją kolagenu i elastyny, osłabienie mięśni twarzy, utrata zdolność do akomodacji oka i wyraźnego widzenia, kłopoty ze słuchem, wypadanie włosów, sztywniejące naczynia krwionośne, zmniejszająca się pojemność pęcherza moczowego, coraz bardziej kruche kości, problemy z poruszaniem się, zanikanie gruczołów potowych i zanik dziąseł, szwankująca pamięć, plamy starcze, starczy zapach i nieprzyjemna woń z ust, zwiększająca się ilość powietrza zalegającego w płucach, co zmniejsza zdolność oddychania, ciężki oddech, kłopoty z prostatą, obwisłe piersi, tłuszcz w talii, ramionach i na udach u kobiet, słabnący aparat ruchowy, wiotczejące mięśnie, pogrubienie paznokci, zanik progesteronu u kobiet, coraz mniejsze i cieńsze jajniki, inwolucja macicy, zmniejszona elastyczność ścianek pochwy, przetłuszczone, pokrzywione, odwodnione, coraz bardziej zdeformowane ciała. U mężczyzn wraz z wiekiem zmniejsza się poziom testosteronu, a to oznacza, że potrzebują więcej czasu i dłuższej stymulacji, by móc osiągnąć orgazm, nie mówiąc o utrzymaniu erekcji. Szczytowanie osób starszych jest również krótsze i mniej intensywne. Z wiekiem pogarsza się także jakość nasienia, wytrysk jest słabszy oraz mniej obfity i potrzeba więcej czasu, aby po wytrysku znów uzyskać wzwód. U kobiet wraz z wiekiem zmniejsza się stężenie estrogenów, co powoduje suchość pochwy oraz to, że staje się ona mniej elastyczna.

Cyceron napisał gdzieś, że starość jest ostatnim aktem odegranym na scenie życia. Zalecał, by nie był on zbyt męczący, zwłaszcza, gdy sztuka jest dostatecznie długa. Sztuka w której my występujemy obecnie jest aż przesadnie długa i tutaj rodzi się pytanie, czy ludzie starsi, ludzie, którzy przekroczyli 60-70 rok życia nie mogą realizować się lepiej i stosowniej do swoich możliwości niż przez seks? Kogo to jeszcze może bawić w tym wieku? Kto ma jeszcze na to siły i ochotę? Sądzę, że trzeba być eugleną zieloną, by twierdzić, że w wieku, gdy już trudno uklęknąć, a jeszcze trudniej wstać z kolan, seks może być zabawny i pełen pasji – zwłaszcza w chwilę po dezynfekcji sztucznej szczęki w płynie Corega, wyjęciu aparatu słuchowego i dokładnym wyczyszczeniu okularów, by ujrzeć wreszcie tego, z kim ten seks mamy uprawiać. I trzeba być bakterią typu mycoplasma genitalium, by w to uwierzyć. Obrusy na ołtarzach miłości powinny być świeże i czyste, jak zalecał pewien francuski pisarz. I tylko wtedy ma to nieco sensu. Choć też nie zawsze.