Albo – albo

Nigdy jeszcze nie okazywaliśmy tyle chorego zainteresowania i przesadnej czułości dla wszelkiego rodzaju niższych form życia jak obecnie. Los eugleny zielonej, pandy czy królika obchodzi nas bardziej niż los innych ludzi. O czym to świadczy? Czyżby o naszym humanitaryzmie, jak uważają niektórzy? A może raczej o tym, że ze zdobywców staliśmy się ofiarami, że czujemy się słabi i strachliwi, a broniąc i ochraniając to, co słabe, dajemy wyraźny sygnał, iż – przeczuwając już naszą własną przyszłość – sami chcemy być  traktowani ulgowo, chronieni jak norki, pandy, żaby czy krokusy? Nasza obecna troska o zwierzęta jest w istocie troską o nas samych. Asekuracja. Wiemy już, że pewnego dnia zostaniemy zjedzeni i chcielibyśmy temu zapobiec tworząc nowe, życzliwe nam prawa. Życie nie rządzi się jednak zasadą litości. Albo jesteś silny i zjadasz innych albo jesteś słaby i jesteś zjadany przez innych. Nie ma innej alternatywy. Nigdy nie było.

Przypadek

   … ale Bosan nie byłby sobą, gdyby miał zrezygnować z wygłoszenia kwestii do końca. Ignorując słowa Gustla powiedział:

– Czy nigdy nie zastanawiał się pan nad tym, jak wspaniale zorganizowany, jak precyzyjny, jak zegarmistrzowsko dokładny bywa przypadek? Czy nigdy nie uderzyła pana jego logika, jego straszliwa perfekcja? Nie czuje pan w tym mroźnego oddechu boskości? Przypadek, twórca genialny, łączy rzeczy najbardziej przeciwstawne, wybiera warianty najbardziej nieoczekiwane i zawsze spina je złotą fibulą doskonałości. Czy unikniemy czegoś, czy spotkamy to, zawsze będzie to sytuacja zawierająca ciąg przerażająco logicznych ogniw. Cóż to jest przypadek? Determinizm, żeby nie szukać zbyt daleko, definiował go jako „zbieg indywidualnych konieczności” i trzeba przyznać, że sformuowanie to nadzwyczaj łatwo i chętnie przykleja się do myśli, ale problem polega na tym, że determinizm zgrał się do suchej nitki i już nie bierze udziału w tej partyjce pokera. Dzisiaj wiemy, że elektrony atomu wcale nie poruszają się z topornością kul bilardowych. Wiemy, że przeskakują z orbity na orbitę niczym rozbawione, kapryśne dzieci i w gruncie rzeczy nigdy nie wiadomo, gdzie skoczą i dlaczego. Współczesna fizyka bezradnie rozkłada ramiona i nie znajduje wyjaśnienia na pytanie o przypadkowość. Czysty wytwór chaosu więc? A może przeciwnie – okruch ładu? Dla przykładu posłużmy się jakąś banalną sytuacją. Wyobraźmy sobie, że przechadzam się po ulicy i na głowę spada mi dachówka. Nic nadzwyczajnego, ale ileż to rzeczy musi złożyć się na to zdarzenie, jaka mistrzowska zgodność miejsca, czasu i akcji! Tego dnia obudzę się o ściśle określonej porze, spacerując znajdę się dokładnie w tej, a nie w innej części miasta, właśnie na tej ulicy, obok tego domu i co do milimetra w tym miejscu, w które celuje spadająca dachówka, która wcześniej uwolniła się z uścisku cementu i wapna, poluzowała, oderwała się we właściwym momencie i staczając się po pochyłości dachu zachowuje tor, który uplasuje ją ostatecznie właśnie na mojej głowie. Czyż to nie wystarczy? Gdybym tego dnia przebudził się chwilę później, zamiast wybrać się na spacer sięgnął po książkę czy też w czasie spaceru wybrał inny kierunek, gdybym zatrzymał się kilka sekund dłużej przed witryną księgarni, zwolnił kroku oglądając się za piękną kobietą, przystanął, by zapalić papierosa … Ale nie, tego dnia każdy mój gest, każdy krok, każda minuta były dokładnie wyliczone i zaplanowane. Wszystkie rozproszone elementy konsekwentnie zdążały na spotkanie, ku tej jednej, jedynej chwili, gdy znieruchomieją w zdumiewającym porządku. Czy powinno nas dziwić, że ludzie mówią o przeznaczeniu, że nie wierzą, by można było uciec przed losem? Myślę niekiedy, że życie jest możliwe nie dlatego, że pewne rzeczy zdarzają się, lecz dlatego, że miliony innych nie zdarzają się nigdy. Nie dlatego więc, że jest porządkiem, lecz właśnie dlatego, że nim nie jest. Przypadek – chaos czy może raczej ład? Monstrualny ład, gdzie wszystko układa się według swoich przeznaczeń, gdzie nic nie egzystuje osobno, nic niczego nie szuka, nic z niczym nie mija się, gdzie nie ma wyprzedzeń i spóźnień, pełnia, w której każda Ewa spotka swego Adama, zastygła, straszliwa doskonałość? Może przypadek jest miniaturową kopią takiego stanu? Nie, nie proponuję i nie propaguję dysteleologii i chciałem jedynie podkreślić, że w przypadku objawia się ten rodzaj harmonii, która przywołuje na myśl bezruch, nieistnienie. Kiedy pomyślę, czym byłoby życie, gdyby wszystko łączyło się w tak doskonały sposób, gdyby wszystko odnajdowało się tak precyzyjnie i nieodwołalnie, ze strachu wolałbym nie żyć. Na nasze szczęście życie jest chaosem, morzem, które jeszcze nie zamarzło i choć czasem rozbijamy się o pływające w nim bryły lodu, dachówki spadające nam na głowy, czyli przypadki, to przecież potwierdza to jedynie domniemanie, że życie jest chaosem prawdziwym, to znaczy niewybiórczym, i to już jest jakaś pociecha. Czy przekonuję pana mówiąc, że przypadki są górami lodowymi morza chaosu? Proszę zauważyć, że życie zamiera, gdy osiąga ostateczny ład i nie na próżno doskonałość zawsze kojarzono z martwotą. Systemy społeczne w których organizacja życia obejmuje każdą z jego dziedzin, wytracają energię, zastygają w bezruchu, gasną. I to samo dzieje się z nami, z każdym z nas z osobna; życie żąda od nas nie tyle ładu, co intensywności, nie tyle porządku, co różnorodności. Tylko wtedy jest bogate. Nawiasem mówiąc, te nieuczesane spekulacje podsuwają mi myśl o daremności naszych wysiłków zmierzających do wyjaśnienia i uporządkowania życia. Jesteśmy pogrążeni w życiu, pływamy w nim jak w morzu chaosu i tak długo nie będziemy w stanie powiedzieć nic pewnego o jego Ładzie, jak długo ów chaos nie zakrzepnie. Przypadek objawia się w chaosie, ale chaosem nie jest. Jeśli już jakoś trzeba go nazwać, to nazwijmy go emisariuszem nieistnienia, przebłyskiem stanu martwej doskonałości, mikroskopijną cząsteczką Ładu i Porządku, które być może były na początku i być może będą na końcu. W tym sensie nie jest on i nie może być produktem chaosu. Jest jego zaprzeczeniem, ostrzeżeniem przed Ładem, czymś, co nie należy do naszego świata i całe szczęście, że nie należy … Ale widzę, że zaniedbuję moje obowiązki gospodarza. Pozwoli pan, że napełnię pański kieliszek słonecznością tego wybornego trunku?

(Frag. powieści „URBS”)

Gdy oddalałem się od wybrzeża

… gdy oddalałem się od wybrzeża, szło ono za mną i dopiero gdy o nim zapomniałem, pozostało w tyle. Wtedy ujrzałem miasto.

Jego postać i uśmiech umykają pułapkom najzręczniejszej metafory. Jest Zemrudą tysięcy marzeń i zmienia się jak one, ale nikogo to nie dziwi i nikt tu nie błądzi. Miasto jest wszędzie, a wędrówka po nim jest jak opowieść. Prawda i kłamstwo siedzą przy jednym stole grając w kości, ludzie i bogowie spacerują tymi samymi ulicami, razem polują na piękne aktorki, potem zamieniają je w kwiaty lub strumienie i dzień ma tutaj zawsze tylko jedną nazwę. W sypialniach rosną jurajskie paprocie i tygrysy mruczą do snu nocą.

Najczęściej przesiaduję na Bazarze, w pobliżu fontanny szumiącej winem, gdzie cesarzowa Mei Si śpiewa codziennie przy akompaniamencie rozdzieranego jedwabiu. Na straganach suszą się naręcza kolorowych gołębi, dookoła nich uwijają się hamadriady pachnące świeżo ściętą wierzbą i zgrabne nimfy wodne, których dotyk przypomina kojący okład, a na jednym z krużganków oczekuje Myrra, gotowa za drobną pieszczotę przemieniać się w drzewo.

W podcieniach mieści się sklepik sprzedawcy uczuć. Asortyment jest bogaty, można tu znaleźć najsubtelniejsze odcienie, najrzadsze barwy, najciekawsze formy. Już wiem, że nocą najlepsze są te, które zapalają się nieśmiało, ale potem płoną silnym, namiętnym ogniem i nie gasną przed świtem. Służebne z pałacu królowej kochają uczucia, które świecą jak pyrophorus noctilucus lub te, które przypominają im sztuczne ognie. Nie są one trwałe, lecz bardzo intensywne i  jeżeli stosować je umiejętnie, rzadko wyrządzają szkody, mimo ich miłosnej gwałtowności. Większość z nich nosi się na czole jak diademy lub zawiesza się na szyi niczym sznur korali. Zmienia się je często, bowiem szybko tracą siłę i barwy. Nie lubię, gdy zamierają, ale jeżeli nie zrzuci się ich w porę, wżerają się w ciało, przypiekają do żywego i pozostawiają blizny. Te natomiast, których używa się jako prezentów, jednorazowe, gasną w ciągu kilku godzin.

Najbardziej lubię obserwować sztukmistrza, który płonie z miłości niczym żywa pochodnia, spala się w proch i odradza się z popiołów niczym Feniks. Ilokroć prosiłem, aby mnie tego nauczył, uśmiechał się życzliwie, lecz bezradnie rozkładał ramiona. Spróbowałem sam, sztuczka jest prosta, ale moim płomieniom daleko jeszcze do artyzmu i fantazji jego płomieni. To, co umiem, ledwo wystarczy, by uwieść szerokobiodre apsary. Chichoczą z zadowolenia, klaszczą w dłonie, ich łagodne, krowie oczy wyrażają zachwyt, a potem rzeczowo zrzucają spódnice. Niedawno próbowałem spalić się na oczach pewnej damy, która  przypominała mi kogoś, choć nie pamiętam kogo, ale kąciki jej warg opadły w wyrazie niesmaku, gdy tylko ogarnęły mnie płomienie. Odeszła, nie oczekując nawet, aż spopieleję i teraz mnie unika.

(Frag. powieści „URBS”)

 

Chabry

Lubię chabry, są w jakiś sposób i kruche i piękne. Opisując je mogę użyć jeszcze kilku innych przymiotników, ale czy wniesie to coś więcej do mego opisu tej rzeczywistości, którą określam mianem chabrów? Nie. Będą to tylko przymiotniki, nasz prymitywny i zwodniczy sposób kolorowania świata. Z całą pewnością więcej zdołałby powiedzieć botanik. Hodowca chabrów mógłby jeszcze bardziej przybliżyć mi tę rzeczywistość, bo rzeczywistość to systematyczne gromadzenie informacji, to ciągła specjalizacja. Zasada ta dotyczy absolutnie każdego przejawu życia, od ameby przez uczucia aż po gwiazdy. Życie jest bowiem niewyobrażalnie złożoną rzeczywistością i możemy jedynie zbliżać się do niej, ale mówić, że ją znamy lub, że ją poznaliśmy, jest bezmyślnością lub świadomym i perfidnym kłamstwem.

Non-violence

Zasada non-violence jest powszechnie podziwiana i chwalona, a jednak ani nie pociąga ani nie entuzjazmuje tłumów. Dlaczego? Czyżby dlatego, że nie zaspakaja naszego wrodzonego okrucieństwa? Naszej przemożnej żądzy gwałtu i krwi ..?

Jaszczur

Polski tytuł powieści Balzaka „La peau de chagrin”, tłumaczony często jako „Jaszczur,” jest bardzo zwodniczy. Podejrzewam, że dzisiaj niewielu już wie, iż słowo jaszczur, użyte w tym kontekście, nie ma absolutnie nic wspólnego z płazem ogoniastym o tej samej nazwie. Jaszczur bowiem albo szagryn (fr. chagrin, z tur. sagry) to nazwa skóry cielęcej, koziej lub owczej, miękkiej i sprężystej, używanej w wyrobach galanterii kaletniczej. Dopiero w tym sensie staje się zrozumiała scena w której bohater tej powieści, Raphael de Valentin, otrzymuje kawałek jaszczuru, a nie „jaszczura”, jak to przeczytałem w pewnej recenzji.

Fernando Pessoa

Fernando Pessoa: Teorie metafizyczne, które mogą dać nam chwilowe złudzenie, że potrafimy wytłumaczyć rzeczy niewytłumaczalne; teorie moralne, które pozwalają nam sądzić przez godzinę, że nareszcie wiemy, za którymi zamkniętymi drzwiami mieszka cnota, teorie polityczne, które wmawiają nam na jeden dzień, że potrafimy rozwiązać jakiś problem, chociaż poza problemami matematycznymi nie ma problemów rozwiązywalnych – streśćmy naszą postawę wobec życia w tej świadomie jałowej działalności, w tym zajęciu, które, jeśli nie daje przyjemności, to przynajmniej pozwala nie odczuwać bólu.

Nic dobitniej nie świadczy o szczytowym stopniu rozwoju cywilizacji niż to, że żyjący w niej ludzie mają świadomość, iż wszelki wysiłek jest jałowy, bo są rządzeni przez nieubłagane prawa, których nic nie może cofnąć ani zahamować.

Matka

Czytam w prasie o kilkuletnym dziecku porzuconym gdzieś na ulicy przez matkę. Irytuje mnie to sformuowanie. To dziecko zostało porzucone przez jakąś kobietę. Kobiety rodzą dzieci, ale czy rzeczywiście wszystkie są matkami? Nie, z całą pewnością nie. Matek jest niewiele, niewiele jest takich kobiet, które zasługują na ten wyjątkowy i zaszczytny tytuł. Szkoda, że nie praktykujemy zwyczaju wybierania sobie matek – jestem przekonany, że do nielicznych stałyby niekończące się kolejki i byłyby miliony takich kobiet do których w kolejce nie stałby nikt.

Jak postępujemy

Zabawne jest to, że właściwie nie wiemy, dlaczego postępujemy tak, jak postępujemy. I w sumie nigdy nie umiemy tego wyjaśnić. Każde moje zachowanie, każdą podjętą przeze mnie decyzję potrafię doskonale i bardzo logicznie umotywować, to prawda, ale odbywa się to a posteriori, jest jedynie rodzajem intelektualnej kosmetyki, która ma wygładzić zmarszczki na tafli życia, wprowadzić pewien ład w coś, co w gruncie rzeczy nie zawiera żadnego ładu. Ale pytanie o to, co takiego rozgrywało się w moim mózgu, co sprawiło, że działałem w ten, a nie inny sposób i dlaczego wybrałem właśnie taką, a nie inną opcję, wciąż pozostaje bez odpowiedzi.

 

Pertraktacje

Jakże szczególna jest pozorna pasywność kobiecych pertraktacji … Jest w tym stanowczy upór, pełna utajonych pogróżek konsekwencja, zapowiedź obietnicy, zręczne granie na zwłokę i co najmniej kilka innych ingrediencji. Mężczyźni gubią się w tym, nie cierpią tego, czują się osaczeni, schwytani w pułapkę, szybko tracą cierpliwość i wpadają w złość – wtedy kobiety wycofują się zręcznie, pozorują kapitulację, łagodzą, by w stosownym momencie rozpocząć te same pertraktacje z innej strony, już z inną frazą otwarcia, w inny sposób, ale w tej samej poetyce.

4 myśli

Uczucia są prymarne. Nasza prymitywna epoka, niezdolna do tego, by móc korzystać z rozumu, z konieczności więc musi odwoływać się do uczuć. Bez wyboru.

                                                                        ***

Znalazłem w deklaracji szwedzkich ekologów stwierdzenie, że przyroda i klimat muszą być traktowane jako wartości same w sobie. Czy tylko idioci piszą takie deklaracje? Klimat i przyroda podlegają nieustannym zmianom i przeobrażeniom. O jakich więc „wartościach samych w sobie” można tu mówić?

                                                                        ***

Nasze możliwości komunikowania się ze sobą w ostatnich kilkunastu latach zwiększyły się niewiarygodnie. Są telefony, Skype, Tinder, Badoo, Facebook, Snapchat, Instagram, maile i cała reszta internetowego śmiecia. Tymczasem nasza umiejętność słuchania siebie nawzajem spadła niemal do zera. Mówimy, mówimy, mówimy … całkiem tak, jakby naprzeciw nas stał ekran komputera, a nie inny człowiek.

                                                                       ***

Gdyby naiwność dało się odróżnić od głupoty ….

Troja

Trafiłem do Troi w późnojesienny, wręcz przeraźliwie zimny i wietrzny dzień. Niebo było ołowiane i niskie jak podnóżek, chłostał drobny, lodowaty deszcz. Byłem chory, miałem  gorączkę, za sobą kilka złych, nieprzespanych nocach, czułem ból w każdym mięśniu, w każdym stawie mego ciała. Chciałem tylko spać, pragnąłem tylko zasnąć. Już u wejścia  infantylny, drewniany koń, pseudomitologiczny disneyland. Dalej nie było wiele więcej. Kilka ciemnych, omszałych jam przypominających okopy z czasów I wojny światowej albo doły uliczne, niedbale rozgrzebane przed laty i tak pozostawione. Kilkaset metrów dalej rozległa równina, majacząca gdzieś w mgle i szarości i przeczucie odległego morza, Dardanele, Hellespont. Nie widziałem Skamandra, nie spotkałem Hektora ani Achillesa, przez moment pomyślałem o Odysie, zapomniałem całkiem o Parysie i Helenie. Stojąc przy Odeonie, nieprzyzwoicie nowym, bo tylko z drugiego wieku naszej ery, poczułem, że jedyna i jedynie prawdziwa wojna trojańska rozegrała się tylko w wyobraźni ślepego poety. A potem w naszej wyobraźni, twojej i mojej, w wyobraźni setek tysięcy ludzi. I że nigdy nie było innej wojny trojańskiej. A gdyby była, nigdy nie byłaby tak piękna …

Aspros Potamos

Dopiero w Aspros Potamos po raz pierwszy w moim życiu uświadomiłem sobie, czym jest elektryczność. Przy świecy i zakopconej lampie naftowej trudno pisać, z czytaniem miałem jeszcze większe problemy, internet reagował jak znarkotyzowany słoń i tylko w recepcji. Można było jedynie myśleć, rozmawiać z przyjaciółmi, pić wino. Dzień był krótszy i uboższy. Albo bogatszy, ale nieważki.

Krasnoludki i muchomory

Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego krasnoludki, te sympatyczne stwory z ludowych baśni, tak często występują w towarzystwie paskudnych, trujących muchomorów. Krasnoludki, kraśnięta, skrzaty, ubożęta, podziomki, opiekuńcze duszki domowe, a z drugiej strony muchomor czerwony, amanita muscaria, co zdecydowanie nie kojarzy się ani przyjemnie ani sympatycznie. Co mają wspólnego? Otóż jest bardzo prawdopodobne, że krasnoludki powołuje do życia muskaryna, substancja zawarta w muchomorach, w Wedach indyjskich znana jako soma. Muchomora tego używali już Wikingowie, a na Syberii wywar z niego podobno sporządza się do dziś. Jednym z efektów spożycia tego grzyba jest tzw. mikroskopia: dorosłych ludzi postrzega się wówczas jako spowite w czerwieni, bardzo małe postacie.  Krasnoludki byłyby więc wytworem ćpunów.

Kawiarnia literacka

Według S. Màrai kawiarnia literacka to coś na podobieństwo osobnej sali w domu dla wariatów, gdzie pacjenci, zamiast oddawać się na przykład rękodziełu czy grupowym zabawom, zajmują się jedynie pielęgnowaniem swoich manii wielkości.

Obowiązek złodziei

W spektakularnych akcjach typu ochrona dżungli nad Amazonką czy wieczne trwanie lodowców na Arktyce, czyste powietrze, zdrową żywność czy ratowanie pingwinów w jakiejś innej części świata angażują się głównie ci, którzy nakradli wystarczająco dużo pieniędzy jak Gates, jak Sting czy Bono. Przeciętny człowiek, który ledwo wiąże dwa przysłowiowe końce każdego miesiąca jest wobec tych spraw cudownie obojętny i takim pozostanie. Przeciętny człowiek nie ma nic do stracenia. Niczego po sobie nie pozostawi, bo to, co ma, z trudem wystarczy jemu. Dlaczego miałby więc walczyć o dżunglę nad Amazonką czy populację pingwinów? „Ratowanie” naszej pięknej planety pozostanie więc najwyraźniej egoistycznym obowiązkiem złodziei. Denerujące jest tylko to, że i ten obowiązek chcieliby zepchnąć na okradanych.