Antyczni kibole

W Bizancjum istniały cztery stronnictwa cyrkowe, Niebieskich, Czerwonych, Zielonych oraz Białych. Reprezentowały drużyny wyścigów rydwanów, a barwy zawodników były też barwami ich kibiców. W późniejszych czasach jedynymi liczącymi się zespołami (a więc i ugrupowaniami kibiców) byli Niebiescy i Zieloni. Stronnictwa te stanowiły coś w rodzaju mieszanki zwykłych gangów ulicznych oraz partii politycznych, które z czasem coraz śmielej i zuchwalej zaczęły wtrącać się do ważnych spraw państwowych, łącznie ze sporami pomiędzy kandydatami do tronu. W okresie przed tak zwanym powstaniem Nika, kibice wywierali już ogromny wpływ na politykę cesarzy, opanowując miasto do tego stopnia, że ani siły cesarskie, ani straż miejsca nie były w stanie i nie potrafiły już zaprowadzić porządku w mieście bez ich współudziału, a zwłaszcza tego stronnictwa, które miało aktualnie przewagę i poparcie wpływowych klanów.

A. Krawczuk w „Poczcie cesarzy bizantyjskich” daje malowniczy obraz tych antycznych kiboli: Najgorliwszych zwolenników stronnictw, dodajmy, łatwo było rozpoznać na ulicy i podczas wyścigów rydwanów już po samym niezwykłym stroju i uczesaniu. Głowy mieli z przodu wygolone, ale z tyłu zapuszczali bujne włosy, spadające na kark. Nosili też długie wąsy i brody. Ubierali się kosztownie – Niebieskich stać było na to! – ale dziwacznie: mankiety mocno ściągnięte, ale rękawy rozdęte bufiasto. Dzięki temu byli dobrze widoczni na trybunach, kiedy machali rękami, zachęcając swoich woźniców. Tak więc owe rękawy, oczywiście barwne, spełniały role chorągiewek kibiców w naszych czasach. Wdziewali też spodnie na wzór Hunów oraz odpowiednie płaszcze i buty.

Pastinaca muranese – aneks

Dlaczego pastinaca muranese? Dlaczego właśnie pietruszka? Prawdopodobnie dlatego, że uchodziła w dawnych czasach za bardzo skuteczny afrodyzjak. Wierzono, że wzmaga męskie pożądanie i poprawia ukrwienie penisa. Obecnie wiemy, że korzeń pietruszki zawiera apiol, olejek eteryczny, który może działać drażniąco na mięśnie macicy, a tym samym pobudzać kobietę i zwiększać jej ochotę na seks. Apiol posiada również działanie psychoaktywne, a w dawnych czasach był używany w medycynie między innymi do aborcji.

Być sobą

Może nie mam zbyt wielu zalet, ale zawsze jestem sobą, powiedział prawie z dumą. I co z tego, tępaku? Krowa także jest zawsze sobą, należało odpowiedzieć, ale poprzestałem na dwuznacznym uśmiechu, w którym on i tak na pewno dojrzał uznanie lub podziw.

Drobiazgi dwuznaczne

Podczas ogromnego trzęsienia ziemi w Lizbonie w roku 1755 poniosło śmierć około 90 tys. jej mieszkańców, a 85 procent zabudowy miasta uległo zniszczeniu. Nowy gmach Opery zamienił się w gruzy, podobny los spotkał pałac królewski położony nad Tagiem, a razem z nim dzieła sztuki Tycjana, Correggio, Rubensa i ogromną bibliotekę, która m. in. przechowywała kroniki podróży Vasco da Gamy i Magellana. Traf chciał, że wydarzenie miało miejsce dokładnie w dzień Wszystkich Świętych, a jedyną dzielnicą Lizbony, która nie odniosła poważniejszych szkód była Alfama, znana dzielnica rozpusty.

                                                                             ***

Pastinaca muranese – innymi słowy „pietruszka z Murano”, tak nazywano popularne w XVIII wieku dildo. Było ono wykonane z weneckiego szkła i wypełniane ciepłą wodą.

 

 

Białkówka

Konsekwencje tego, że tylko my mamy w oku białko. To ono sprawia, że widać, na co patrzymy, a przez to nasze uczucia i zamiary stają się mniej czy bardziej jawne, że da się je odgadnąć, niekiedy zobaczyć. Z naszych oczu można wiele wyczytać. Nasze oczy opowiadają. Ujawniają to, co przeżywamy. Podpowiadają, co zamierzamy uczynić. Nasze oczy są stworzone do dialogu. Białkówka to gruba i mocna błona łącznotkankowa gałki ocznej. Biała i nieprzezroczysta, od przodu przechodzi w rogówkę, do jej przedniej części przyczepione są mięśnie poruszające gałką oczną; widoczna jest jako białka oczu. U zwierząt nie istnieje ze względów czysto „strategicznych”. Zdradzałaby, na kogo patrzą. Zmniejszałaby ich szanse na sukces w śmiertelnym pojedynku. Paradoksalnie pojawienie się białkówki jest więc związane z tym, że u człowieka to nie agresja jest najważniejsza. Owszem, my też walczymy, my też zabijamy, ale jednocześnie nie potrafimy żyć bez bliskiego kontaktu emocjonalnego z drugim człowiekiem, bowiem tylko w nim możemy znaleźć potwierdzenie naszego własnego istnienia. Zwierzęta tego nie potrzebują.

Strzępy 19

A potem, jak już zapewne i pan zauważył, potem dochodzi się do wieku, w którym Fortuna coraz częściej nami pogardza, a kobiety zaczynają lekceważyć. To pierwsze zresztą mniej nas dotyka niż to drugie, chociaż, przyznaję, nie ma w tym logiki.

                                                                 ***

Ma około czterdziestki. Jest postawną, dobrze zbudowaną kobietą o twarzy przyjaznej, szerokiej i życzliwej, z ładnym uśmiechem, który unosi kąciki jej warg wysoko do góry i przydaje jej twarzy wyrazu niewinności. Zwróciłem uwagę na jej dłonie, wypielęgnowane i tak delikatne, jakby nigdy w życiu nie dotykała nimi nawet sztućców. Ubrana była dobrze i drogo, choć bez cienia ostentacji czy przesady, trochę w stylu business women, aczkolwiek spódnica, ołówkowa, z podwyższonym stanem miała – moim zdaniem – nieco zbyt wysokie rozcięcie z boku, zbyt zalotne jak na business women, zbyt frywolne. Pachniała migdałami.

                                                                  ***

Była tym rodzajem kobiety, którą chce się zapytać o zawartość jej torebki.

Prawo autorskie

Goldoni, istny tytan pracy, przekazał do teatrów 16 sztuk tylko w jednym sezonie i nigdy nie doczekał się żadnej zapłaty. Ani grosza przez cały rok, zupełnie nic, pisał. Chwalono go, podziwiano, zasypywano komplementami, ale – jak słusznie zauważył – człowiek do życia potrzebuje czegoś więcej niż chwały.

Prawo autorskie w obecnej formie (drapieżnie egzekwującym niebotyczne honoraria za byle głupiutką pioseneczkę) jest osiągnięciem stosunkowo nowym, mającym początek w XVIII stuleciu. Ciekawe, że pojęcie „twórczości” długo było nieobecne w naszej kulturze. W antycznej Grecji w ogóle nie istniał taki termin, w Rzymie określenia creator używano w znaczeniu „ojciec”, a creator urbis – „założyciel miasta”. W średniowieczu i w epoce odrodzenia słowo creator, jako synonim Boga, występowało jedynie w teologii. Termin „twórca” wszedł do dziedziny sztuki dopiero w XIX wieku, stając się synonimem artysty. Od niego powstały przymiotnik „twórczy” i rzeczownik „twórczość”, używane do dziś w odniesieniu do artystów i ich pracy. A pierwszą umową w sprawie respektowania praw autorskich była tzw. konwencja berneńska zawarta w Bernie 9 września 1886 roku, która powstała zresztą z inspiracji pisarza, Wiktora Hugo.

Inny wątek

Księżna de Lamballe, wieloletnia przyjaciółka Marii Antoniny. Zawsze fascynowała mnie jej postać. Relacja tych dwóch kobiet prowokowała setki mniej czy bardziej sprośnych plotek i pornograficznych pamfletów, które przedstawiały Marię Luizę jako wyuzdaną i rozpustną kochankę królowej. W czasie Rewolucji, w sierpniu 1792, księżna de Lamballe zostaje wtrącona do więzienia. Żąda się od niej, by złożyła przysięgę w imię powszechnej wolności i równości oraz potępiła króla i królową. Nieustraszona i dumna, odmawia bez chwili wahania. Jest to jednak równoznaczne z wyrokiem śmierci. Zostaje zaatakowana, gdy tylko pojawia się na ulicy. Pierwszy cios, uderzenie młotem w głowę, wymierza jej zapijaczony dobosz o nazwisku Charlat. Księżna pada na bruk. Zdziczały, pozbawiony jakichkolwiek hamulców tłum rzuca się na nią i rozszarpuje żywcem. Asystent rzeźnika o nazwisku Grison odcina jej głowę. Inny rzezimieszek, Gabriel Mamin, wyrywa jej serce. Potem radośnie wleczono jej nagie i okrwawione ciało przez ulice Paryża, by wreszcie, nadziawszy jej głowę na pikę, ruszyć do miejsca, gdzie więziona była Maria Antonina. Zamierzano podać królowej głowę jej domniemanej kochanki … do pocałunku.

I tu zaczyna się inny wątek. Odcięta głowa księżnej trafiła w końcu do pewnej młodej wtedy jeszcze kobiety o imieniu Marie, wytwórczyni masek pośmiertnych. W swoich pamiętnikach Marie opisuje straszliwy moment, gdy została zmuszona wykonać model woskowy rysów zamordowanej księżnej. Wkrótce potem sama zresztą znalazła się w więzieniu i oczekiwała na śmierć na gilotynie. Szczęśliwie, dzięki skutecznej interwencji przyjaciół, uszła z życiem. Nieco później wykonała jeszcze pośmiertne maski Jean-Paula Marata i Maximiliana Robespierre`a, a po opuszczeniu Francji otworzyła w Londynie salę wystawową. Kobietą tą była Madame Tussaud.

Ironia

Historia bywa często ironiczna. W tej historii najpierw jest wenecjanin Casanova, twórca francuskiej loterii pieniężnej. Loteria ta stanie się potem kluczową dla funkcjonowania Ècole Militaire w Paryżu. Nauka w Ècole Militaire nie była bowiem tania – roczne czesne kadeta wynosiło 4282 liry, co podobno odpowiada sumie 40 tysięcy dolarów. Potrzebne były dotacje i tutaj z pomocą przychodzi loteria; część zysków z loterii finansowała utrzymywanie Ècole Militaire. W ten prosty sposób genialny pomysł Casanovy umożliwił edukację wojskową także tym, których inaczej nie było na to stać. Jednym z nich okazał się Korsykanin Napoleon Bonaparte. Epilog ten historii ma miejsce w roku 1797, gdy Napoleon, wychowanek Ècole Militaire, sprawia, że Republika Wenecka przestaje istnieć. Francuzi bezlitośnie grabią miasto, palą Bucentaura, wspaniałą galerę weneckich dożów, cztery konie z brązu, umieszczone ponad bazyliką św. Marka, przenoszą do Paryża, z Piombi, gdzie Casanova spędził ponad pół roku, uwalniają trzech więźniów i likwidują getto. Wenecja bauty i morrety, kasyn, nieustannego karnawału, wytwornych kobiet, romansów, tajemniczych i rozpustnych zakonnic, bali i orgii, jedyna prawdziwa miłość Casanovy, staje się w rok później nudną i smutną prowincją austriacką z germańską walutą i germańskim drylem. Miłość zawsze zabija to, co kocha – całkiem jak w kiepskim melodramacie.

                                                                             ***

Giacomo Casanova przez całe swe życie usiłował zdobyć przynależne mu miejsce wśród weneckiej arystokracji. Na próżno. Nigdy nie został zaakceptowany. Ale to on, Casanova, przetrwał. Wenecja upadła, jej sto osiemnasty doża zamknął się w swoim pałacu niczym w dobrowolnym więzieniu, nie opuszczając go już do końca życia, a Libro d`Oro, Złotą Księgę arystokracji, spalono.

Dowcip

Dowcip jest ostatnią rzeczą, której uczymy się w obcym języku. To świadectwo kunsztu, najwyższego wtajemniczenia w język i zdarza się niezmiernie rzadko. Większość ludzi, nawet jeżeli posługują się obcym językiem nad wyraz sprawnie, nigdy do tego poziomu nie dochodzi. Dowcip jest papierkiem lakmusowym każdego języka.

Casanova

29 października 1787 roku Giacomo Casanova był w praskim teatrze na premierze opery Don Giovanni, Mozarta. Dzieło przyjęto z aplauzem. Zwłaszcza ostatnią scenę, w której Don Juan ponosi karę, płonąc w ogniach piekielnych. Da Ponte, librecista, triumfował, jak wynika z jego pamiętników, ale Casanovę scena ta musiała jedynie oburzać. Zapewne trudno mu było zrozumieć powód, dla którego Don Juan miałby ponieść jakąkolwiek karę. Wieczne potępienie za uwodzenie kobiet?! Co za idiotyzm! Ta idea musiała mu się wydać totalnie absurdalna i niedorzeczna.

                                                                            ***

G. Casanova o rozbiorach Polski: Ambicja, zemsta i głupota doprowadziły Polskę do ruiny. Przede wszystkim głupota.

Celna uwaga. Właśnie uprawiamy powtórkę z historii. Jeszcze jedną. Kolejną.

Widziałam talenty

Nina Berberowa „Podkreślenia moje”: Widziałam w życiu talenty. Widziałam w życiu niemal geniuszy. Byli to nieszczęśliwi, niezdrowi, trudni dla innych ludzie, o połamanym życiu, otoczeni tymi, co stali się ich ofiarami. Nie zaznali szczęścia, nie rozumieli przyjaźni. Do wszystkiego dołączało się: „nie jesteśmy czytani”, „nie jesteśmy słuchani”, „nie jesteśmy rozumiani, „nie ma pieniędzy”, „nie ma audytorium”, grozi więzienie, zesłanie, niszczy nas cenzura. Nie sposób wyobrazić sobie czegoś bardziej nieszczęsnego, żałosnego i smutnego.

Porozumienie

To paradoksalne, ale potrafimy się ze sobą porozumieć głównie dzięki temu, że umiemy przewidywać nasze wzajemne zachowania, że potrafimy je identyfikować, że w innych ludziach rozpoznajemy samych siebie i nasze własne zachowania. Tymczasem z punktu widzenia taktyki funkcjonowania w obcym i wrogim nam świecie, zróżnicowanie i nieprzewidywalność reakcji byłyby znacznie korzystniejsze. Łatwo jest manipulować człowiekiem, który zawsze działa w taki sam sposób, zachowuje się dokładnie tak samo. Podświadomie dobrze o tym wiemy. Nasz instynkt podpowiada nam, by unikać ludzi, których zachowań nie umiemy przewidzieć – obawiamy się ich, traktujemy ich jako niebezpiecznych.

Interpretator

Mój wzrok nie jest już tak ostry jak niegdyś i czasem płata mi figle. Niekiedy, czytając jakiś tekst, postrzegam nagle słowo, które wydaje się zupełnie nie pasować do kontekstu. Dopiero gdy zaczynam przyglądam się temu uważniej, pojawia się to właściwe. Mój interpretator tworzy pewne propozycje na podstawie tego, co pojawia się w moim polu widzenia. Gdy kwestionuję jego propozycje lub zdecydowanie odrzucam, wtedy podaje inne, już prawdziwe. Psycholog Michael Gazzaniga twierdzi, że nasz interpretator świata, czyli mechanizm, który tłumaczy nam rzeczywistość, znajduje się w lewej półkuli mózgu. Przewrotne w tym wszystkim jest to, że nasz interpretator, choć z racji swojej funkcji pretenduje do nieomylności i wszechwiedzy, wcale takim nie jest. Jest próżny i nie cierpi niewiedzy. W przypadkach, gdy nie umie czegoś zidentyfikować lub wyjaśnić, po prostu improwizuje lub kłamie. A my budujemy z tego nasz obraz świata.

Strzępy 18

Maskowana pogarda homoseksualistów wobec kobiet, co – niestety – większość kobiet bierze za dobrą monetę.

                                                                   ***

Wolfgang Behringer, niemiecki historyk, zajmujący się badaniami procesów czarownic, pisze o nieprzypadkowej zbieżności między kulminacjami prześladowań, a okresami mrozów i nieurodzaju w latach 1560-1574, 1583-1589, 1623-1630 oraz 1678-1698. Od roku 1730 klimat stabilizuje się i nastroje także. „Tak więc jest czymś więcej niż tylko metaforą stwierdzenie, że słońce Oświecenia zakończyło erę polowań na czarownice”- pisze.

                                                                    ***

Kanadyjski neuropsycholog Donald Hebb na pytanie dziennikarza: „Co bardziej wpływa na naszą osobowość – natura czy kultura?” dał znakomitą odpowiedź: „A co, jak pan myśli, bardziej wpływa na pole prostokąta – jego długość czy szerokość?”.

Osip Mandelsztam

Osip Mandelsztam „Czwarta proza”: „Pisarze to rasa o wstrętnym zapachu skóry, o najobrzydliwszych tradycjach przygotowywania strawy. Rasa koczująca i nocująca we własnych wymiocinach, wypędzona z miast, prześladowana po wsiach, lecz zawsze i wszędzie lgnąca do władzy, która wyznacza jej miejsce w podejrzanych dzielnicach jak prostytutkom. Bo literatura zawsze i wszędzie spełnia to samo zadanie: pomaga przełożonym utrzymywać żołnierzy w posłuchu i pomaga sędziom rozprawić się z podsądnym. Pisarz to krzyżówka papugi z popem”.

Zaraźliwe urojenia

Talent Osipa Mandelsztama prowokował tyleż uznania, co insynuacji i donosów, a życie w ciągłym strachu nie poprawiało jego stanu psychicznego. W pewnym okresie oboje z żoną, Nadią, decydują się, by zasięgnąć porady psychiatry. Po wizycie Nadia poprosiła psychiatrę, by podzielił się z nią opinią na temat stanu zdrowia jej męża. Pacjent żyje w świecie urojeń, powiedział psychiatra. Uroił sobie, że jest poetą. I to wybitnym poetą. Stan ciężki. – Ależ to prawda – odparła Nadieżda. Lekarz przypatrzył jej się podejrzliwie i uważnie: Wie pani, takie urojenia bywają często zaraźliwe.

Bertrand Russell

Bertrand Russell, „Władza – nowa analiza społeczna”: Miłość do władzy jest częścią natury ludzkiej, lecz filozofie władzy są w szczególnym, określonym sensie obłąkane. Ludzi, którym miłość do władzy daje fałszywy obraz świata, można znaleźć w każdym zakładzie dla obłąkanych. Niezwykle podobne bałamuctwa, tyle że wyrażone zawiłym językiem osób wykształconych, prowadzą ku profesurze z filozofii; jeśli zaś wyraża się je elokwentnie, umiejętnie oddziałując na uczucia słuchaczy, prowadzą ku dyktaturze.

Zdrada stanu

Neron po śmierci swojej drugiej żony Poppei Sabiny chciał ożenić się z Antonią, siostrą przyrodnią Oktawii, swojej pierwszej żony, której pozbył się przed poślubieniem Poppei wpierw zsyłając ją na wyspę Pandaterię, a potem nakazując zgładzić. Antonia odmówiła. Została zamordowana pod zarzutem … zdrady stanu.

To, co znika

Pewne rzeczy znikają bezpowrotnie. Odchodzą z życia, stają się zbyteczne, zapominamy o nich niemal z dnia na dzień. Kto jeszcze dzisiaj wie – poza historykami i fachowcami – że dziesiątki ewolucji, jakich kiedyś uczono konie, nie były wcale cyrkowymi popisami, że miały w tamtym czasie znaczenie wojskowe? Uczono je stawać na tylnych nogach, aby koń opadał na przednie nogi równocześnie z uderzeniem miecza, przez co cios nabierał większej siły; wolty i pół wolty pozwalały jeźdźcom uniknąć ataku przeciwnika; skoki w powietrze, uderzanie kopytami w przód i do tyłu miały na celu uwolnienie się jeźdźca od zbyt bliskiego kontaktu z przeciwnikiem, etc. Ile takich zjawisk odeszło i uległo zapomnieniu? Ile przetrwało jedynie na zakurzonych, bibliotecznych półkach? Czasem myślę, że każde pokolenie, odchodząc, zabiera jakąś część swego świata ze sobą. Co my zabierzemy?

Zmiana

Problem w tym, że nikt nigdy nie jest szczęśliwy od „dzioba do ogona”, jak zwykł mawiać Rudyard Kipling. Zawsze pragniemy coś zmienić: nasze otoczenie lub znajomości, pejzaż za oknem, kolor włosów, kształt nosa lub ust, pracę, rozmiar biustu, ustrój społeczny lub świat. Lubimy zwłaszcza te zmiany, które mają nam przynieść to, na czym nam zależy lub dać nam to, czego bardzo pożądamy. Rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, że zabawa ta wcale nie jest tak niewinna – i to niezależnie od tego, czy chcemy zmienić nawyki czy rzeczywistość. Paradoksalnie bowiem każda zmiana, choć ma prowadzić tylko do tego, czego sobie życzyliśmy, wywraca cały nasz świat do góry nogami i całkiem unieważnia lub monstrualnie deformuje pierwotny zamysł. Zwykle jest trochę tak, jak ze importem królików do Australii. Drobne i pozornie całkiem niewinne przedsięwzięcie przeradza się w katastrofę. Grzebiąc nie tylko we własnym, ale – co gorsza – i w cudzym życiu wszyscy upodabniamy się do doktora Frankensteina. Zawsze.

Salah Abdeslam

Salah Abdeslam, jeden z arabskich bandytów, odpowiedzialnych za zamachy w Paryżu z 13 listopada 2015 roku. Przebywa obecnie w więzieniu Fleury-Mérogis. Cela mordercy monitorowana jest 24 godziny na dobę. Jego adwokat zaprotestował przeciwko aż tak okrutnemu i niehumanitarnemu traktowaniu więźnia. Sąd szybko uznał, że monitoring jest nielegalny, a obserwowanie więźnia przez całą dobę narusza przysługujące mu prawo do … prywatności. Decyzja sądu: wypłacić osadzonemu 500 euro odszkodowania. Ciekawe, czy i gdzie jest granica naszej głupoty?

„Biali” Rosjanie

Pracownicy fabryki samochodów Renaulta, taksówkarze, dozorcy, kucharze, szewcy;  „biali” Rosjanie, którzy na emigracji we Francji próbowali jakoś ułożyć i ustabilizować swoje życie szukając zatrudnienia. Berberowa pisze o nich z odcieniem lekkiej pogardy. W najlepszym razie z politowaniem. Ma większy respekt dla rosyjskich intelektualistów, ludzi z jej kręgów, którzy zwykle przymierali głodem, żebrząc o stypendia i zapomogi, żyjąc z pożyczek i datków, ale nigdy nie „zhańbili” się pracą fizyczną. I jakoś nie ma im za złe, że większość z nich prędzej czy później rozpoczynała romans z komunistami żywiąc płonną nadzieję, że pewnego dnia zostaną docenieni i wezwani do powrotu do kraju. Gdy wezwanie nie nadchodziło, zaczynali sami biegać do sowieckiej ambasady i żebrać o powrót, choć to miało swoją cenę. Czasem bardzo wysoką. Tego też nie ma im za złe.

Generał Patton raz jeszcze

George S. Patton: Pacyfistom dobrze by zrobiło obejrzenie sobie linii Zygfryda i linii Maginota; nie powinni jednak przy tym zapominać, że obie zostały sforsowane, że Troja padła, że mury Hadriana legły w gruzach, że wielki mur chiński na nic się nie zdał i że z tych samych powodów potężne obszary rzekomo chroniących nas mórz również mogą być pokonane przez zdecydowanego i pomysłowego przeciwnika. Na wojnie jedyną niezawodną obroną jest natarcie, a jego skuteczność zależy od stopnia wojowniczości tych, którzy nią kierują.

Saparmurat Nijazov

Jakże chętnie ekscytujemy się dziwactwami dawnych władców i półbogów: Kserkses biczujący niesforne morze, wszystkie ekscesy Nerona, Heliogabala, Kaliguli, wyczyny sułtana Ibrahima I, aberracje Karola VI i cesarza Zhengde, chimery Ludwika Drugiego Bawarskiego, lista ekscentryków i psychopatów jest długa. Zwykle jednak, gdy mamy na myśli takie szaleństwa, odwołujemy się do przykładów z historii, podczas gdy nasze pozornie bardzo oświecone czasy – w tym względzie przynajmniej – wcale i w żaden sposób nie ustępują dawnym. Współczesność jest pełna Kserksesów i Heliogabali. Choćby Saparmurat Nijazov, od 1991 roku absolutny władca Turkmenistanu. Po zdobyciu władzy natychmiast zmienił nazwy miesięcy roku – styczeń nazwany został jego imieniem, a reszcie miesięcy przydzielił imiona krewnych. Podobnie uczynił z dniami tygodnia, a także ulicami i budynkami. Zakazał noszenia brody i złotych zębów, a balet uznał … za pornografię. W swojej Nibylandii powołał Ministerstwo Uczciwości i spłodził, zapewne wzorując się na Mao-tse-tungu, książeczkę pod tytułem Ruhnama. Jest to rodzaj zbiorku wyjątkowo kiepskich wierszy, równie kiepskiej autobiografii heroicznej, jeszcze bardziej kiepskiej fikcji historycznej, mizernej książki kucharskiej, poronionego przewodnika duchowego tudzież dziesiątków porad żywieniowych dla Turkmenów. Znajomość tej wiekopomnej pracy była dla wszystkich Turkmenów obowiązkowa nawet podczas egzaminu na prawo jazdy. W stolicy istnieje olbrzymi posąg tej książki. Otwiera się ona i w regularnych odstępach czasu słychać cytaty z niej. Po to, by jej przekaz miał zasięg jak największy, Turkmenbasza wystrzelił jeden z jej egzemplarzy w kosmos. Trzykrotne przeczytanie Ruhnama było uznawane za warunek wstąpienia do muzułmańskiego raju. To, zresztą, tylko nieliczne z „genialnych” pomysłów turkmeńskiego satrapy. Kaligula, mianujący senatorem swego konia, może wydawać się przy nim niemal filozofem. Ale najśmieszniejsze jest to, że wszystko to ma miejsce w twojej i mojej rzeczywistości, w bardzo oświeconym dwudziestym pierwszym wieku. Na pewno oświeconym?

Dwa cytaty z G. S. Pattona

George S. Patton, autobiografia: Potem w towarzystwie generała Walkera zwiedziłem obóz koncentracyjny w Buchenwaldzie. Znajdował się on w pobliżu fabryki produkującej w dużej mierze części do latającej bomby V-1 oraz jaszcze artyleryjskie. Fabryka ta jest pomnikiem świadczącym o precyzji bombardowania przez nasze siły powietrzne, które całkowicie ją zniszczyły, nie zrzuciwszy ani jednej bomby na przyległy obóz. W obozie tym oprócz robotników fabryki znajdowała się duża liczba więźniów politycznych. Ich dzienna racja żywnościowa zawierała 800 kalorii, toteż każdej nocy umierało ich około stu. Przeszedłem przez dwa baraki. W każdym znajdowały się po obu stronach czteropiętrowe prycze ustawione pod kątem prostym do przejścia; były one lekko pochylone w osi wzdłużnej, tak że wszelkie odchody i inne wydzieliny więźniów ściekały nad ich głowami na podłogę, która, gdy tamtędy przechodziłem, co najmniej na wysokości trzech cali pokryta była nieczystościami.

Więźniowie wyglądali jak z wolna poruszające się mumie i zdawali się wykazywać taki sam stopień inteligencji. Jeśli liczba zmarłych z głodu nie była dostateczna bądź, jeśli z innych powodów pożądane było, aby się więźniów pozbyć nie czekając na normalny bieg rzeczy zrzucano ich w coś w rodzaju koryta zrzutowego, do pomieszczenia z hakami w ścianach na wysokości około 8 stóp od podłogi – takimi, na jakich wiesza się mięso u rzeźnika. Z każdego haka zwisała lina, grubości sznura na bieliznę, z metalowym pierścieniem na obu końcach. Jeden pierścień przesuwano przez drugi, co tworzyło pętlę, którą zarzucano więźniowi na szyję, a wolny pierścień zawieszano na haku. I tak wisiał człowiek, dopóki się nie udusił. A kiedy trwało to zbyt długo, posługiwano się pałką – bardzo przypominającą wielki tłuczek do kartofli – którą rozbijano więźniowi głowę. Pałka ta musiała być często w użyciu, bo z jednej strony była obtłuczona.

                                                                                *

Dzień Bożego Narodzenia wstał bezchmurny i zimny; rozkoszna pogoda do zabijania Niemców, chociaż myśl ta zdawała się być nieco sprzeczna z duchem tego dnia.