To, co znika

Pewne rzeczy znikają bezpowrotnie. Odchodzą z życia, stają się zbyteczne, zapominamy o nich niemal z dnia na dzień. Kto jeszcze dzisiaj wie – poza historykami i fachowcami – że dziesiątki ewolucji, jakich kiedyś uczono konie, nie były wcale cyrkowymi popisami, że miały w tamtym czasie znaczenie wojskowe? Uczono je stawać na tylnych nogach, aby koń opadał na przednie nogi równocześnie z uderzeniem miecza, przez co cios nabierał większej siły; wolty i pół wolty pozwalały jeźdźcom uniknąć ataku przeciwnika; skoki w powietrze, uderzanie kopytami w przód i do tyłu miały na celu uwolnienie się jeźdźca od zbyt bliskiego kontaktu z przeciwnikiem, etc. Ile takich zjawisk odeszło i uległo zapomnieniu? Ile przetrwało jedynie na zakurzonych, bibliotecznych półkach? Czasem myślę, że każde pokolenie, odchodząc, zabiera jakąś część swego świata ze sobą. Co my zabierzemy?

Zmiana

Problem w tym, że nikt nigdy nie jest szczęśliwy od „dzioba do ogona”, jak zwykł mawiać Rudyard Kipling. Zawsze pragniemy coś zmienić: nasze otoczenie lub znajomości, pejzaż za oknem, kolor włosów, kształt nosa lub ust, pracę, rozmiar biustu, ustrój społeczny lub świat. Lubimy zwłaszcza te zmiany, które mają nam przynieść to, na czym nam zależy lub dać nam to, czego bardzo pożądamy. Rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, że zabawa ta wcale nie jest tak niewinna – i to niezależnie od tego, czy chcemy zmienić nawyki czy rzeczywistość. Paradoksalnie bowiem każda zmiana, choć ma prowadzić tylko do tego, czego sobie życzyliśmy, wywraca cały nasz świat do góry nogami i całkiem unieważnia lub monstrualnie deformuje pierwotny zamysł. Zwykle jest trochę tak, jak ze importem królików do Australii. Drobne i pozornie całkiem niewinne przedsięwzięcie przeradza się w katastrofę. Grzebiąc nie tylko we własnym, ale – co gorsza – i w cudzym życiu wszyscy upodabniamy się do doktora Frankensteina. Zawsze.