Car Piotr i Rosja

Chamfort w „Charakterach i anegdotach wspomina o pewnym zdarzeniu, które podobno miało miejsce w czasie wizyty cara Piotra Wielkiego w Anglii, a dokładniej w Spithead. Otóż, chciał on zobaczyć na czym polega kara przeciągania pod okrętem, na którą skazuje się niekiedy majtków. Wyjaśniono mu, że nie jest to możliwe, bowiem na razie nie ma żadnego winnego. Piotr natychmiast zaproponował, by wzięto któregoś z jego ludzi. Najjaśniejszy Panie, brzmiała odpowiedź, ludzie Waszej Cesarskiej Mości są w Anglii, a tym samym znajdują się pod ochroną tutejszych praw”.

Nawet jeżeli jest to tylko anegdota, to doskonale oddaje to, czym była, jest i zapewne zawsze pozostanie Rosja.  

Obrazy i róże

Złości mnie, gdy mówi się o antycznym malarstwie w kontekście pacykarstwa, które noszą mury i ściany Pompei czy Herkulanum. Nie są to dzieła prawdziwych twórców, lecz freski malarzy pokojowych, mniej czy bardziej zdolnych. To, co tam oglądamy, to jedynie rzemiosło. Antycznego malarstwa nie znamy. Nic o nim nie wiemy, nie przetrwało, bo przetrwać nie mogło. Malowidła z Pompei zachowały się dzięki szczególnym warunkom konserwującym, wykonano je bowiem na murze, a lawa Wezuwiusza zakonserwowała je na wieki. Prawdziwe malarstwo antyczne, nota bene w starożytnej Grecji bardziej cenione niż rzeźba, jest dla nas stracone na zawsze. Nic nie wiemy o dziełach Apollodorosa, Zeukisa, Parrasiusa czy słynnego Apellesa, o którym mówiono, że tworzone przez niego wizerunki tak doskonale oddawały charakter malowanych osób, że nazywano je niedyskretnymi.
Malarstwo to płótno i deska, zwłaszcza deska, bo drewno to jeden z najstarszych materiałów wykorzystywanych w malarstwie. Słynne portrety fajumskie powstawały na obrobionych deskach. Ale płótno i deska szybko ulegają destrukcji, trzeba wiele pracy, by utrzymać je we względnie dobrej kondycji. Bez wysiłków całej armii konserwatorów od dawna już nie mielibyśmy możliwości, by zachwycać się uśmiechem Mona Lisy. Obrazy są prawie równie kruche jak my i bez naszej pomocy żyją niewiele dłużej niż my. „Słoneczniki” van Gogha już dziś tracą kolor; są bardziej brązowe niż w 1888 roku, kiedy powstały. To samo dzieje się z obrazami Rembrandta czy Goyi. Fachowcy twierdzą, że około 70 proc. obrazów olejnych na świecie pokrytych jest bąbelkami, wżerami lub substancjami, które je rozkładają i niszczą. Obrazy, jak róże, umierają razem z nami.  

Boska ciekawość kobiet

Duc de Lauzun, Memoires. Obejmują lata 1759–1783, prawie ćwierć wieku interesującej i barwnej epoki, opisując zdarzenia, miłostki, intrygi i setki postaci z ówczesnych elit Europy. Lauzun nie jest pisarzem równie utalentowanym jak Casanova, jego narracja jest chwilami przyciężkawa, momentami wręcz nudna, jest za to nieporównywalnie bardziej dyskretny – jego opisy sytuacji intymnych są tyleż zdawkowe co sztampowe. Rękopis został odnaleziony w jego prywatnych rzeczach w 1811 roku i natychmiast skonfiskowany przez napoleońską policję. Ich treść, z uwagi na to, że wielu protagonistów tych wyznań wciąż jeszcze żyło, a opisane w nich panie „swawolne” zdążyły tymczasem przeobrazić się w nobliwe małżonki lub ikoniczne matrony rodów, groziła epidemią skandali. Zainteresowani dopilnowali więc, by nakazano bezwzględne zniszczenie tych kłopotliwych wynurzeń. I zapewne taki byłby ich koniec, gdyby nie boska ciekawość kobiet, a dokładnie jednej kobiety, Hortensji, królowej holenderskiej, córki cesarzowej Józefiny, która wykorzystując szczególną słabość cesarza do niej, uzyskała możliwość zapoznania się z nimi zanim pochłonie je ogień. Nie poprzestała jednak na tym. W tajemnicy zleciła przepisanie ich i zachowała odpis, ratując wspomnienia Armanda de Lauzuna od zagłady. Oryginał został zniszczony w spektakularnym autodafe, podobno w obecności cesarza, który życzył sobie osobiście dopilnować, by to niecne dzieło opuściło padół ziemski skutecznie i nieodwołalnie, ale Memoires przetrwały.

    Po raz pierwszy opublikowano je w 1822 roku, w epoce Burbonów i, co było do przewidzenia, wywołały sporą burzę. Niewiele więcej szczęścia miało kolejne wydanie, z roku 1858, niemal w całości skonfiskowane na żądanie rodu Czartoryskich, którzy za wszelką cenę usiłowali wyretuszować moralny wizerunek księżnej Izabeli, kochanki diuka i matki jego dziecka. Księżna bowiem, w późniejszych latach chętnie kreowana na „Matkę Spartankę”, była znana ze swego  promiskuityzmu – podobno każde z jej siedmiorga dzieci posiadało innego ojca. Diuk Lauzun był ojcem jej syna Konstantego Aleksandra Adama Tadeusza, najczęściej zwanego Konstanty Adam.  

    2. „Boska” ciekawość kobiet. Ciekawość mężczyzn jest zgrzebna i powierzchowna, nie ma w niej nadmiernej natarczywości, łatwo jest ją zaspokoić, zwykle odnosi się bowiem do pewnej kategorii spraw praktycznych. Ciekawość nie jest naczelną cechą mężczyzn; to nie Adam eksperymentuje z jabłkiem. Ciekawość kobiet natomiast śmiało może uchodzić za ich cechą dystynktywną, jest niemal sensualna, domaga się zaspokojenia i niełatwo jest ją zadowolić. Kobiety są ciekawe relacji i gotowe są zaryzykować wiele, by dowiedzieć się, co kryje się za zasłoną z Sais.

    Polscy naziści

    Minister Barbara Nowacka w poniedziałek wzięła udział w międzynarodowej konferencji „My jesteśmy pamięcią. Nauczanie historii to nauka rozmowy” zorganizowanej w 80. rocznicę wyzwolenia niemieckiego obozu koncentracyjnego i zagłady Auschwitz-Birkenau. Podczas wystąpienia Barbara Nowacka powiedziała, że „na terenie okupowanym przez Niemcy polscy naziści zbudowali obozy, które były obozami pracy, a potem stały się obozami masowej zagłady”.

    Ludzie! Przestańcie wreszcie poprawiać zagranicznych dziennikarzach, gdy wypisują coś o „polskich obozach koncentracyjnych”. Potwierdza to polska minister edukacji! I wciąż jest ministrem.

    W stronę Balzaca

    Współczesna krytyka Eugenię Grandet Balzaca uznaje za jedno z arcydzieł w cyklu „Komedia ludzka”. Podkreśla się, że jest to mistrzowsko skonstruowana opowieść o triumfie pieniądza i prawach interesu nad światem istot wrażliwych i dobrych, a ich wcieleniem ma być właśnie tytułowa bohaterka utworu. Poznałem tę powieść, jak i większość utworów Balzaca dość wcześnie, w latach młodości, i chociaż wielbiłem go bezkrytycznie to akurat w przypadku tej powieści czułem rozczarowanie, rozczarowanie, że tak mało, jak na postać tytułową, było w tej powieści Eugenii. Mocno też wydawały mi się nudne bardzo spęczniałe refleksje na temat pieniądza i jego wpływu na ludzi, co jednak – uwzględniając fakt, że nie mogłem mieć wówczas więcej niż piętnaście, szesnaście lat – dałoby się łatwo i sensownie wytłumaczyć. I oto dzisiaj, czytając „Dzienniki” Eugene Delacroix, napotykam raptem jego opinię na temat tej powieści : Czytałem smutną Eugenię Grandet: te dzieła nie wytrzymują próby czasu; bezład, niedoświadczenie, płynące z nieuleczalnej ułomności talentu autora, wyda to wszystko na pogardę wiekom. Żadnej miary, harmonii, proporcji.

    A jednak Balzac, mimo nieuleczalnej ułomności talentu, oparł się „pogardzie wieków”. Jest w tym jakieś memento, by być ostrożniejszym lub po prostu mniej kategorycznym w opiniach o dokonaniach innych ludzi. Może przydałoby się też więcej pokory w naszych sądach, we wszystkich sądach, nie tylko o literaturze czy sztuce w ogóle. Wyrazem tego byłoby już choćby zrozumienie swoich ograniczeń, tak jak w przypadku Delacroixa, którego uwagi na temat malarstwa są z reguły błyskotliwe i trafne, ale kiedy zapuszcza się w rozważania o innych sprawach, mniej mu bliskich, często ociera się o naiwność.

    Słuchaj

    Mędrcy wszystkich czasów słusznie zachęcają nas, abyśmy słuchali, abyśmy przede wszystkim słuchali. To, co pragniemy powiedzieć naszemu rozmówcy, znamy przecież aż nadto dobrze, nie wiemy natomiast nic z tego, co może nam powiedzieć inny człowiek, z czym może nas zapoznać, co może nam zdradzić, czym może nas wzbogacić. Czujemy, że jest to słuszne zalecenie, w głębi duszy każdy z nas dobrze o tym wie, ale najczęściej i tak zwycięża nasza próżność, bo jak tu zrezygnować z tej łaskotliwej przyjemności ukazania się w korzystnym świetle, popisania się swoją wiedzą czy swoją kompetencją. Rozum ma marne szanse w pojedynku z próżnością – rozum co prawda uczy, ale próżność syci.

    Książę de Lauzun i wu-wei

    Armand Louis de Gontaut, książę de Lauzun, znany również jako de Biron, francuski arystokrata, słynny amant i pamiętnikarz. Poślubił Amelię de Boufflers, dziedziczkę ogromnej fortuny. Miało to miejsce w roku 1766. W chwili, gdy stawali na ślubnym kobiercu Armand miał lat 19, a Amelia 14. W zgodzie z ówczesną modą z żoną jedynie przyjaźnił się, spotykając ją stosownie rzadko i w swoich Pamiętnikach rzadko o niej wspominając, miłości poszukując w ramionach innych kobiet, bardzo wielu kobiet. Mamy tutaj nawet polonica w postaci pewnej niezmiernie kochliwej polskiej arystokratki, Izabeli Czartoryskiej, której de Lauzun w swoich Memoires  poświęca sporo stron i zachwytów.

    Podczas Rewolucji Francuskiej książę de Lauzun zręcznie i bezboleśnie przeobraził się w „obywatela” Biron i zaczął robić karierę w wojsku, awansując nawet do stopnia generała. Natomiast jego prawowita małżonka opuściła kraj już na początku Rewolucji, uciekając najpierw do Anglii, a następnie osiedlając się w Szwajcarii, w Lozannie. Jednak w 1792 roku pojawiają się we Francji dekrety, które grożą pełną ruiną tym, którzy opuścili kraj. Ich majątki mają być skonfiskowane. W tej sytuacji pani de Biron, pewnie bez entuzjazmu, ale decyduje się na przyjazd do kraju, i podejmuje szalenie niebezpieczną próbę ratowania swoich dóbr. Jej mąż, obywatel Biron, dowiaduje się o jej powrocie i, doskonale zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie jej grozi – a chcąc uprzedzić wypadki – postanawia jej pomóc. Pisze list do przewodniczącego Konwencji, stara się zbagatelizować i jej powrót i jej starania, wskazuje też na jej lekkomyślność, prosi o łaskę. List zostaje odczytany w ciszy Zgromadzenia Narodowego. Efekt jest jednak przeciwny do zamierzonego. Nikt nie popiera jego prośby o przychylne potraktowanie jego małżonki.

    W ten sposób Armand Louis de Gontaut, książę de Lauzun, diuk de Biron mimo woli wystąpił w roli adwokata diabła. Dopóki bowiem jego żona pozostawała anonimowa, dopóki nikt o niej nie wiedział, dopóki nie wskazywał na jej rzekome przewinienia, nikt o niej nie pamiętał i być może miała jakąś drobną szansę, by ocalić życie. Obywatel Biron zdecydowanie przeliczył się i mocno przecenił swoje wpływy. Rewolucja już pożerała swoje dzieci. Wkrótce zostaje aresztowany i ścięty, a jego żona wstępuje na gilotynę wkrótce po nim.

    Morał tej historii aż prosi, by przypomnieć zasadę wu-wei. Wu-wei jest jak wiadomo zasadą niedziałania – nie działaj, nie prowokuj zdarzeń, nie wywołuj ich, pozwól im płynąć, reagując dopiero wtedy, gdy stają się twoją rzeczywistością. Przeciwieństwem wu wei jest yu wei, czyli działanie. Znak yu składa się w istocie z dwóch znaków: ręki oraz księżyca, co znakomicie ilustruje sens samego wu weiYu oznacza bowiem chwytanie księżyca, tak jakby było czymś możliwym pochwycić księżyc i przywłaszczyć go sobie. Książę de Lauzun chciał pochwycić księżyc.

    Achaje wracają pod Troję

    Zaczynamy przypominać homeryckich Greków. Oceny prakseologiczna, estetyczna i moralna zacierają się. Coraz częściej błąd w działaniu i moralne wykroczenie mierzy się dokładnie tą samą miarą, nie odróżniając ich wcale. Agamemnon przyznający, że źle postąpił wobec Achillesa potwierdza jedynie, że zachował się niewłaściwie, jeżeli chodzi o skuteczność działania, nic ponadto. Moralna strona jego zachowania nie jest tu w ogóle brana pod uwagę. Tamten świat nie zajmował się tym, co moralne, cnoty nie mierzono przestrzeganiem tego, co dozwolone czy zakazane, posłuszeństwem czy poddaństwem lub tym, co jest dobre lub złe. W homeryckim kosmosie pojęcie moralnej odpowiedzialności jeszcze nie występowało. Greckie słowo kakos oznaczało osobę, której można bezkarnie wyrządzić kaka, ponieważ nie może się bronić. Zdyskredytowany był zawsze ten, kto dał się pokonać, a nie zwycięzca, bez względu na to jakich w walce użył środków. Potępiano nie tego, kto znieważał czy wyszydzał, ale tego, kto potulnie wysłuchiwał kierowanych do niego obelg. W tamtym świecie pojęcie moralnej odpowiedzialności jeszcze nie istniało, w naszym przestaje istnieć. Achaje wracają pod Troję.

    Uwaga na marginesie

    Hannibal Lecter jest obecnie bardziej znany niż Hamlet. I bardziej podziwiany. Niewielu dziś wie, kim jest hemingwayowski Robert Jordan, ale wszyscy wiedzą, kim jest Michael Jordan – to mówi wiele o świecie w którym żyjemy. I nie jest to pochlebne.

    Hipokryzja

    Nic nie przebije polskiej hipokryzji. Oficjalnie nienawidzimy Niemców, a jednak Polak chętnie jedzie do Niemiec, pracuje tam niczym niewolnik, haruje na niemieckich plantacjach, podciera tyłki dogorywającym esesmanom, osiedla się w tam, często zmienia obywatelstwo na niemieckie, jego dzieci uczęszczają do niemieckich szkół, przestają używać własnego języka i nie chcą słyszeć o niemieckich bestialstwach, obozach koncentracyjnych czy przerabianiu ludzi na mydło. W Niemczech żyje obecnie ponad dwa miliony osób polskiego pochodzenia i są drugą co do wielkości grupą migrantów w Niemczech, zaraz po Turkach.  

    Za to samo nienawidzimy Rosjan. Polak nienawidzi ich za wszystkie popełnione na jego narodzie zbrodnie, setki lat niewoli i prześladowań, nie ukrywa swojej nienawiść do nich i ich okrucieństw, ale nie jeździ tam do pracy, nie haruje w ich kołchozach, nie podciera tyłków komunistycznych zbrodniarzy, nie zmienia obywatelstwa na rosyjskie, nie mówi po rosyjsku, nawet jeżeli zna ten język, i w żadnym razie nie wychowuje swoich dzieci na Rosjan. Polak nienawidzi Rosjan dokładnie za to samo za co nienawidzi Niemców, ale – najwyraźniej – nie tylko miłość, ale i nienawiść może nosić różne imiona. Niemcy są zbrodniarzami użytecznymi. Można im więc przebaczyć. Rosjanie są zbrodniarzami nieużytecznymi. Dla zbrodniarzy nieużytecznych nie ma przebaczenia.

    Lekcja numer 1 dla wszystkich przyszłych zbrodniarzy: starajcie się być użyteczni.

    Wehikuł czasu

    Wehikuł czasu już istnieje. Jest nim nasz mózg. Nie zawsze jesteśmy tego świadomi, ale nasz mózg nieustannie antycypuje przyszłość, nieustannie wybiega do momentu, który dopiero ma się wydarzyć. Te „wyprawy” są co prawda mikrosekundowe, automatycznie i nieświadome, a jednak niekiedy wystarczające, by – pozornie bez naszego udziału – uchronić jakąś filiżankę przed roztrzaskaniem się o podłogę czy nas samych przed spotkaniem z nadjeżdżającym znikąd pojazdem. To nasza umiejętność odbywania umysłowych podróży w czasie pozwala nam na zrozumienie związku między aktem seksualnym a narodzinami nowego człowieka, siewem a żniwami, pierwszym krokiem i końcem każdej podróży. Zrozumienie korelacji między faktami oddzielonymi od siebie przez miesiące czy lata, wymaga bardziej złożonych zdolności poznawczych, natomiast nasz dar wyprzedzania zdarzeń, nasz prywatny wehikuł czas, rządzi się znacznie prostszymi regułami i jest dostępny dla każdego.

    A woman is no longer a work of art

    The woman is a work of art, gentlemen. W czasach, gdy dorastałem kobieta była bardziej dziełem sztuki, bardziej przynależała do kultury niż do natury i nie przypadkiem J. Michelet przyznawał jej zaszczytne miano „matki bogów i fantazji”. Na przestrzeni skromnych kilkudziesięciu lat mego życia dokonała się diametralna zmiana. Dzisiaj kobieta traktowana jest i, niestety, sama siebie – z niepojętym, samobójczym upodobaniem – traktuje wyłączne jako wytwór natury. Przestała być zjawiskiem, fenomenem, przestała być matką bogów i fantazji, stała się obiektem skończenie cielesnym, pospolitym produktem natury i niczym już nie różni się od pozostałych istot na tej planecie. Cała jej zagadkowość i tajemniczość, jej kulturowa aura, rozwiała się dziś niczym poranna mgła i prawie nie ma już po niej śladu. A woman is no longer a work of art, gentlemen. Nigdy już z jej powodu nie wypłynie w morze a thousand ships, nikt już nie będzie zdobywał dla niej dumnych miast i nikt nie będzie zakładanych dla niej miast nazywać jej imieniem. A jednak, jak śpiewał pewien gruziński bard imieniem Bułat, czegoś mi żal. Kobieta jako wytwór kultury to była jednak jakaś nadzieja.

    Jeździć do Grecji

    Parafrazując zalecenie Z. Krasińskiego o podróży do Grecji z Byronem, na Wschód, ku ziemiom, gdzie zrodziły się trzy wielkie religie, tworząc podwaliny naszej cywilizacji i kultury, a przede wszystkim naszej moralności, dzisiaj powinniśmy jeździć do Grecji z Chateaubriandem i z Lamartine`em, nawet jeśli nie bardzo podoba nam się wzniosły stylu pierwszego z nich i religijno-duchowe zwierzenia drugiego.

    Jenny Delacroixa

    Każdy, kto czytał „Dzienniki” Eugène’a Delacroixa pamięta zapewne pojawiające się w nich co kilka stron imię tajemniczej Jenny. Niewielu jednak wie, że jest nią Jeanne-Marie Le Guillou, oddana gospodyni malarza. Urodziła się w Finistère w 1801 roku, ale o jej dzieciństwie i młodości praktycznie nic nie wiadomo. Rozpoczęła u niego służbę około 1835 roku i pozostała przy nim przez bez mała 35 lat, z ogromnym oddaniem uwalniając go od prozaicznych trosk dnia codziennego. Z biegiem lat stała się również jego powiernicą i przyjaciółką. W roku 1855 Delacroix pisze, że jest „jedyną istotą, której serce należy do mnie bez zastrzeżeń”. Delacroix, melancholijny marzyciel, uwielbiający długie, samotne spacery i obserwowanie przyrody, uważał Jenny za bezwzględnie mu oddaną i niezastąpioną. 2 października 1854 roku zanotował: „Poza jedną istotą na tym świecie, tą, która naprawdę sprawia, że ​​moje serce bije, reszta szybko mnie męczy i nie pozostawia po sobie śladu”. W swojej ostatniej woli życzył sobie, by spoczęła przy nim, by mogła czuwać nad nim przez całą wieczność, jak czyniła to za jego życia. I Jenny Le Guillou wiernie trwała przy nim do jego ostatniego tchnienia, aż do jego śmierci w 1863 roku, w jego mieszkaniu przy Rue de Furstemberg. Zmarła 3 lata po nim, i pochowana została w pobliżu grobowca malarza, pod prostą płytą, na której widnieją jedynie jej inicjały J. & G.

    Jej portret wykonany przez Delacroixa, przechowywany w Luwrze, nie przedstawia jakiejś szczególnej piękności. Szeroka twarz chłopki, pełne, zmysłowe usta, mocne spojrzenie kogoś, komu można zaufać. Bardziej prywatna Jenny pojawia się na innym szkicu Delacroixa, tym, gdzie nieoczekiwanie, ale nowatorsko użył brązowego tuszu do zdefiniowania konturów jej twarzy. Tutaj, przypadkowa lub zamierzona nieformalność tej pracy, opowiada znacznie więcej o intymności ich relacji.

    Plują czy deszcz pada

    Niemiecka minister spraw zagranicznych Annalena Baerbock wybrała się przed kilkoma dniami z kurtuazyjną wizytą do nowych władz Syrii. Abu Muhammad al-Dżaulani, syryjski dżihadysta, wpisany na listę najbardziej poszukiwanych terrorystów świata, za głowę którego wyznaczona jest przez Amerykański Departament Stanu nagroda w wysokości 10 milionów dolarów, a aktualny szef Syrii, nawet nie raczył podać jej ręki przy powitaniu. W fotografiach prasowych Organizacji Wyzwolenia Lewantu – wypróbowaną metodą afgańskich talibanów – starannie  zamazano wszystkie postacie kobiet, które brały w tym udział. Obecny na tym spotkaniu francuski minister spraw zagranicznych, Jean-Noël Barrot, poinformował nieco wcześniej, że „otrzymał zapewnienia od nowych władz syryjskich, iż w przemianach politycznych zapewniony będzie szeroki udział kobiet”. A on, inteligentny francuski dyplomata, nawet w to uwierzył.

    Przypomina to tzw. „Sofagate”, gdy przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen odmówiono zajęcia honorowego miejsca podczas wizyty w Turcji w 2021 r. w wyniku czego poczuła się, bidulka, jak powiedziała później, „zraniona” i „samotna”, obwiniając o to, oczywiście, zwyczajny seksizm. Mam pytanie: czy nikt nigdy nie poinformował te europejskie pseudokrólewny, że w tradycji islamskiej kobiety są dobre tylko i wyłącznie do gwałcenia i produkcji małych dżhadystów?

    Wtedy i dziś

    Mówiąc o podbojach arabskich w VII wieku rzadko, jeżeli kiedykolwiek, bierzemy pod uwagę fakt, że to wtedy właśnie, przez radykalne odcięcie Wschodu od Europy, niemal doszczętnie zniszczona została wspaniała tysiącletnia jedność świata śródziemnomorskiego. Arabski podbój rozdzielił świat Zachodu, wówczas od dawna już pozbawiony życia miejskiego, od Wschodu, gdzie mimo wszystko wciąż jeszcze trwały, choć w bardzo już zmienionej formie, miasta okresu rzymskiego. Świat arabski nie miał w tym względzie nic do zaproponowania. Różnica między antycznym polis, a arabską mediną jest kolosalna: miasta rzymskiego Cesarstwa cieszyły się samorządem, sprawowanym przez wielkich właścicieli ziemskich, którzy rywalizowali między sobą w fundacjach i subsydiach na rzecz ich własnych społeczności – to właśnie dzięki nim antyczne ruiny Bliskiego Wschodu pełne są kolumnad, bazylik, łaźni, teatrów i świątyń. Jednak grupa ta praktycznie zaczęła zanikać już pod koniec VI wieku. W nowych sponsorów przeobrazili się przedstawiciele religii, biskupi – budowle monumentalne późnego antyku to już niemal wyłącznie kościoły. Jest w tym analogia do miast islamskich, gdzie budynki publiczne to także głównie meczety, fundowane przez władców. Głównym punktem tych miast jest jednak bazar, arabski suq, daleki od jakichkolwiek cech monumentalizmu. Dominująca grupa ludności w mieście islamskim to kupcy, a im obce były polityczne ambicje dawnych oligarchii, a więc w miejsce prostokątnej siatki ulic, amfiteatrów, bibliotek, wspaniałych rezydencji i innych budowli użyteczności publicznej pojawia się do dziś charakterystyczna dla Wschodu plątanina zaułków i ukrytych przed obcymi nieregularnych podwórek.

    W basenie Morza Śródziemnego przez całe tysiąclecia powstawały, rozwijały się i upadały państwa, przemieszczały się różne ludy i nacje, rodziły się i umierały różne społeczeństwa, ale kulturowa jedność tego świata niewzruszenie trwała. Tę jedność zniszczył dopiero podbój arabski. I nadal niszczy.

    de la Serna

    Ernesto Guevara de la Serna, przydomek Che, urodzony w 1928, po zaprowadzeniu komunistycznych porządków na Kubie walczył kolejno w organizacjach partyzanckich w Kongu i Tanzanii, a w 1966 organizował oddziały partyzanckie w Boliwii. Tam też 9 października 1967 roku dostał się do niewoli i został zabity. Jego rewolucyjna filozofia była mieszaniną prymitywnego marksizmu i anarchizującego romantyzmu, a do tego zwykle wypróbowywał te idee zawsze w fatalnym miejscu i w najgorszym momencie. Swoje klęski przypisywał albo spiskom obcych agentur albo błędom w postępowaniu, nigdy jednak nie dopuszczając do siebie myśli, że jego idee i doktryny były fałszywe, nierealne i fantastyczne, o czym świadczy m. in. poroniona próba wprowadzenia rewolucji w Kongu i podobna, w Boliwii, gdzie udał się, by wyzwolić chłopów i to właśnie oni wydali go policji. Nie będzie błędem przypomnieć w tym miejscu, że ten komunistyczny „rycerz bez skazy” miał zwyczaj osobiście rozstrzeliwać więźniów.

    Paradoksem dość groteskowym jest posługiwanie się marką Che przez marketing, reklamę, handel i turystykę, czyli przez pieniądz, a więc najbardziej pogardzany przez Che czynnik funkcjonowania świata. Guevara, który nie wiedział, co to urlopy i wakacje, przyciąga teraz turystów do wędrówki „szlakiem Che”, z wycieczką zorganizowaną przez Fundację Che Guevary, co jest przyjemnością za setki dolarów, a jego portret, choć pogardzał strojami i modą, pomaga obecnie sprzedawać podkoszulki, dżinsy, a nawet austriackie narty i zegarki Swatch. Maniak, który podczas konfliktu kubańskiego gotów był wysadzić świat w powietrze, gdyby tylko to on miał o tym decydować, przekształcił się więc ostatecznie w konsumpcyjną ikonę. Życie jest cudownie ironiczne, czyż nie?  

    Carska poczta

    Pod koniec lat osiemdziesiątych poprzedniego wieku mój ojciec wysłał do mnie do Szwecji list. Nie był już w najlepszej kondycji psychicznej i mentalnej, więc na kopercie widniało jedynie moje nazwisko i nazwa kraju. Nie było na niej ani nazwy miasta, ani ulicy ani numeru domu. A mimo tego listonosz zapukał któregoś dnia do moich drzwi i z uśmiechem wręczył mi ten list. Moje zdziwienie na widok tak „oryginalnie” zaadresowanej koperty skwitował uwagą, że nie mieli problemu z ustaleniem adresu, bo „poza tobą nikt w naszym kraju nie nosi takiego nazwiska”. Proste i jasne.

    Ignacy Jan Paderewski „Pamiętniki”. Około roku 1876, gdy nie miał jeszcze ukończonych szesnastu lat, po powtórnym wydaleniu z konserwatorium w Warszawie, w towarzystwie dwóch kolegów, niewiele od niego starszych, wybrał się na objazd prowincjonalnych miast Rosji i Polski. Dawali koncerty w miejscowościach letniskowych i uzdrowiskach. Eskapada trwała bez mała cały rok, a u jej kresu znalazł się w Petersburgu, wcześniej powiadamiając ojca o swoich przygodach, i otrzymując od niego pieniądze na powrót do domu. Niestety, lekkomyślnie traci pieniądze pożyczając je napotkanemu tam znajomemu, który okazał się pospolitym oszustem. Skradziono także jego bagaż. Pozostaje bez dachu nad głową i bez środków do życia. Ratuje go pewien ubogi blacharz, który nie ma co prawda możliwości, by pożyczyć mu pieniądze na dalszą drogę, ale proponuje kąt w wynajmowanej przez siebie suterenie. Przez ponad dwa tygodnie Paderewski żywi się jedynie chlebem i herbatą, całymi dniami wałęsając się bezradnie po ulicach miasta. Pewnego dnia, gdy zrezygnowany wraca do smutnej i ciemnej suteryny, zatrzymuje go dozorca domu. Pyta go o nazwisko, a usłyszawszy je informuje Paderewskiego, że na poczcie czeka na niego list. Okazało się, że był to list polecony od jego ojca. Zawierał sto rubli, które umożliwiły mu powrót do domu.

    Carska poczta, nie mając jego adresu, potrafiła go jednak znaleźć. Zauważmy, że był to rok 1877, carskie imperium było olbrzymim tyglem narodów i ludów, nikt jeszcze nie słyszał o Powszechnym Systemie Ewidencji Ludności, nie było komputerów, Internetu, nie było nawet książek telefonicznych. Proste i jasne? 

    Proszę wstać!

    Nie brakuje w naszych dziejach wspaniałych postaci, ludzi, którzy wiedzieli kim są i skąd pochodzą. Dzisiaj, w smutnych czasach tusków i karłów, chciałbym przypomnieć jednego z prawdziwie wielkich Polaków, Artura Rubinsteina.

    Ten słynny muzyk, którego koncert miał uświetnić konferencję założycielską ONZ w San Francisco w 1945 roku dostrzegł w pewnym momencie, że wśród wielu flag, które miały reprezentować państwa członkowskie, brakuje polskiej biało-czerwonej flagi. Polska należała do koalicji antyhitlerowskiej, była ofiarą nazistowskich Niemiec, a jednak wśród przedstawicieli 50 państw zabrakło delegacji Rządu RP na uchodźstwie i polskiej flagi. Znamy powody, nic się nie zmieniło, ten sam syndrom obserwujemy także i dzisiaj. Artur Rubinstein nie przeszedł jednak nad tym do porządku, jak dzisiaj robi to wielu „naszych reprezentantów„, gotowych raczej szkalować swój kraj niż upominać się o jego prawa. Rozpoczął co prawda swój występ od hymnu Stanów Zjednoczonych, ale przerwał go po kilku taktach, wstał i gromko oświadczył: „Tutaj, w tej sali, chcecie urządzić szczęśliwą przyszłość świata. Brakuje mi chorągwi Polski, za którą walczyliście. Ja tego nie mogę tolerować. Ja wam zagram hymn Polski. I proszę wstać!”.

    Powstali wszyscy, łącznie z sowieckim chamidłem Nikitą Chruszczowem, który był członkiem ruskiej delegacji. Wystąpienie Artura Rubinsteina spotkało się z burzą braw i entuzjazmem.

    Trzaska i Swetoniusz

    Władysław Trzaska, urodzony w 1881 roku, był księgarzem i wydawca, który przed wojną (razem z L. Evertem i J. Michalskim) prowadził Księgarnię i Dom Wydawniczy, jedno z największych wydawnictw II Rzeczypospolitej i jedną z najbardziej renomowanych księgarń wydawniczych dwudziestolecia międzywojennego. To u nich ukazywała się m. in. słynna seria Biblioteka Wiedzy. Z kilkoma pozycjami z tej serii zapoznałem się przypadkiem gdzieś pod koniec lat sześćdziesiątych. Nabyłem je drogą wymiany od jednego z moich przedsiębiorczych rówieśników, który handlował nimi, wykradając je bez skrupułów z rodzinnej biblioteczki jego dziadka, biblioteczki, która cudem przetrwała wojnę. W ten sposób zapoznałem się z pozycjami „Człowiek, istota nieznana”, „Człowiek w czasie i przestrzeni” , tudzież – o ile mnie pamięć nie zawodzi – z bardzo postrzępioną i nadpaloną książką „Łowcy mikrobów” i drugim tomem Encyklopedii Staropolskiej Brücknera, w której brakowało tylu stron, że była to właściwie tylko połowa tomu. Nie wiedziałem nic o wydawcy lub wydawnictwie. Nie były to jeszcze czasy komputerów i googla, a w komunistycznych encyklopediach figurowali jedynie „prawomyślni”. Dla mnie więc książki te były stare, przeniesione z jakiejś dalekiej przeszłości, zapomnianej już i pogrzebanej na zawsze. Nie miałem pojęcia, że Władysław Trzaska żyje, że po drugiej wojnie nie opuścił Polski, że wznowił działalność, do 1951 roku zdołał opublikować ponad 100 tytułów, potem prowadził jeszcze antykwariat, zamknięty ostatecznie dopiero na początku lat 60-tych, że zmarł w 1964 roku, mając 84 lata, a więc wtedy, gdy ja miałem lat 13 i drogą wymiany, za dobrze zachowaną ułańską szablę, zdobywałem jego wydania. Jest coś tragicznego w fakcie, że był mi współczesny, że żył w tym samym czasie co ja, ale w mojej świadomości przynależał do dawno utraconego świata, plasując się w tym samym szeregu co Swetoniusz lub Gajus Salustiusz Krispus.   

    Koran i kłamstwo

    Koran rozróżnia dwa rodzaje kłamstwa: pierwsze o nazwie takiya oraz jego szyicką wersję kitman. Każdy z rodzajów koranicznego kłamstwa ma na celu pokonanie innowierców, osłabienie ich lub chociaż zdobycie ich zaufania w celu umocnienia islamu nad innymi religiami. Celem al-takiya jest ostateczne zwycięstwo islamu i nie ma tu znaczenia czy ceną za kłamstwa jest czyjaś śmierć. Ważne jest jedynie, by muzułmanin traktował wrogów islamu,  czyli niewiernych, jako podludzi, których można i trzeba okłamywać, bowiem stawką jest zwycięstwo islamu. Pospolitym przykładem takijji jest często spotykane twierdzenie, iż słowo „islam” znaczy „pokój”; ulubiony chwyt stosowany przez wyznawców Mahometa. Jest to kłamstwo, bowiem słowo „islam” oznacza dosłownie „podporządkowanie się”, zaś „pokój” to po arabsku „salam”. Co prawda obydwa słowa posiadają wspólny rdzeń (slm), jednak ich znaczenie jest diametralnie inne. Praktyką podobną do takijji jest ketman, posiadająca identyczny cel. Ketman polega jednak głównie na ukrywaniu istotnej części prawdy, podczas gdy takijja jest kłamstwem wprost. Koran jest zresztą generalnie łaskawy dla wszelkiego rodzaju przestępców. Zaleca na przykład, aby nawet w przypadku, gdy zostaniesz przyłapany na gorącym uczynku, nigdy nie przyznawać się do winy, by kłamać, bowiem – jak tłumaczy – „sprawiedliwość ludzka jest ułomna”. Koran jest bodaj jedyną wśród tzw. świętych ksiąg, która nie tylko otwarcie dopuszcza stosowanie kłamstwa wobec niewiernych, ale wręcz  pochwala, gdy jej wyznawca „dla sprawy” posługuje się kłamstwem. Wyznawcy islamu mają kłamstwo we krwi. Kłamstwo jest dla nich chlebem powszednim. Kłamstwo jest strukturalne w islamie. Wyjątkowo ohydna religia.

    Prędkość mózgu

    Podobno zmierzono właśnie „prędkość maksymalną” mózgu. Wynik zaskakuje naukowców. Okazuje się, że mózg przetwarza sygnały z narządów zmysłów z prędkością nie większą niż 10 bitów na sekundę. Jest to zdecydowanie żółwie tempo biorąc pod uwagę fakt, że w mózgu znajduje się ponad 85 miliardów neuronów, a każdy z nich jest zawrotnym procesorem informacji, który z łatwością jest w stanie przekazywać znacznie więcej niż te banalne 10 bitów. Nawet nasze zmysły zbierają dane o otaczającym nas środowisku w tempie około miliarda bitów na sekundę. Tymczasem, mimo ogromnego potencjału i możliwości, myślimy wolno, myślimy w bólu, myślimy z wysiłkiem, absolutnie niezdolni do tego, by równolegle przetwarzać wiele myśli naraz.

    Naukowcy są tym wyraźnie skonfundowani, ale czy powinni być? Mózg przecież nie został stworzony do myślenia, jego przeznaczeniem nie jest błyskawiczne przetwarzanie i analiza tysięcy różnych danych. Co prawda myśleć znaczy właśnie rozkładać, analizować, ale chyba nie przypadkiem czynimy to połowicznie. Mózg nie powstał jako narzędzie poznawania świata, nigdy nie był i zapewne nigdy nie będzie komputerem. Nie jesteśmy zdolni do myślenia totalnego. Być może na nasze szczęście, bo gdybyśmy potrafili myśleć totalnie, prawdopodobnie nie moglibyśmy ani działać ani żyć.