Dobry demiurg

E. Cioran „Zły Demiurg”: Religia nigdy nie bywa „szlachetniejsza”, niż wówczas, gdy na koniec sama zaczyna uważać się za przesąd, gdy obojętnie kontempluje własny zmierzch. Chrystianizm narodził się i rozkwitł w nienawiści do wszystkiego, co nie było nim. Ta nienawiść podtrzymywała go przez całą jego drogę; u kresu tej drogi wygasa także jego nienawiść. Chrystus nie zstąpi powtórnie do piekieł; złożono go do grobu i tym razem już tam pozostanie. Prawdopodobnie nie dźwignie się z niego więcej, gdyż nie ma już kogo zbawiać ani na powierzchni ziemi ani pod nią.

Katolicyzm nigdy jeszcze nie był tak „szlachetny” jak obecnie i tak liberalny. Chiński kardynał Zen, krytyk działań Chin przeciwko Kościołowi katolickiemu, który zdecydowanie potępił umowę Watykan-Chiny, nazywając ją „Morderstwem Kościoła w Chinach”, na początku tego roku odwiedził Watykan mając nadzieją na spotkanie z papieżem. Papież „nie mógł” spotkać się z kardynałem, bowiem był zajęty omawianiem problemów sprawiedliwości i nierówności rasowej z delegacją zawodników NBA, która przedstawiała mu postulaty ruchu Black Lives Matter.

Troja

Etiam periere ruinae, znikły nawet ruiny, według Lukiana są to słowa Cezara na widok Troi. Mogło to mieć miejsce około roku 70 p n. e., w czasie jego pobytu w Bitynii. Cezar odwiedził więc Troję po przeszło tysiącu lat od jej zagłady. Etiam periere ruinae, konstatuje. Jest rok 2021, minęły kolejne 2 tys. lat, a my wciąż odwiedzamy ruiny, które znikły. Jakaż musi być siła tego mitu!

Kalesony

Jeszcze do niedawna panował w naszej kulturze zwyczaj uprawiania pewnych czynności, uznawanych za mniej czy bardziej intymne i prywatne, poza wzrokiem osób postronnych. W miejscach publicznych – ulica, kawiarnia, plaża, restauracja, teatr – ostentacja uznawana była za niestosowną lub nawet naganną i nierzadko spotykała się z otwartym potępieniem. W przestrzeni publicznej obowiązywała bowiem zasada okazywania szacunku tym, z którymi tę przestrzeń dzieliliśmy. Obecnie znów wracamy do epoki zachowań jaskiniowych – ludzie jedzą na ulicy, plują, rozbierają się, dyskutują swoje prywatne sprawy, drapią się po tyłku, przeklinają, wystawiają na widok swoje kalectwo, w tym także głupotę, załatwiają swoje potrzeby naturalne na ulicy, spółkują, manifestują swoje preferencje seksualne, krzyczą w słuchawkę telefonu o swoich osobistych problemach i upodobaniach, traktują przestrzeń publiczną jak swoją własną, całkowicie prywatną domenę w której, poza nimi, nie istnieje absolutnie nikt. Gdyby ktoś chciał to uzasadnić argumentem, że obecnie zachowujemy się naturalnie, przypominam słynne słowa Woltera: Mon cul est bien dans la nature, et cependant je porte des culottes. Co znaczy: Mój zadek jest z pewnością częścią natury, a jednak noszę kalesony. Obyczajowe kalesony także były niezłym rozwiązaniem.

Pokora

E. Cioran: Wszelka inicjatywa zakłada iluzję niezależności. Postanowiłem coś zrobić, podjąłem decyzję. W porządku. Kiedy jednak przyjrzymy się bliżej tej decyzji, przekonujemy się łatwo, że byliśmy jak gdyby własnymi niewolnikami. Podjęliśmy tę decyzję, w porządku, ale czy była inna możliwość? Każdy jest w końcu tylko własną ofiarą.

Wu-wei, czyli trochę pokory, bo wu-wei nie jest niczym innym jak pokorą. Pamiętać, że nigdy nie panujemy nad życiem. Nie panujemy nad nim nawet wówczas, gdy wydaje się nam, że oto łaskawie pozwala nam kierować sobą, że trwa w bezruchu i wręcz zaprasza, abyśmy przejęli stery. To złudzenie. Życie nigdy nie oddaje sterów, nigdy nie zasypia i nigdy nie uwzględnia naszych poprawek w scenariuszu życia.  

Kolos z Rodos

Zabawne. Demetriusz Poliorketes, enfant terrible epoki hellenistycznej, odpływając spod murów Rodos, którego nie udało mu się zdobyć mimo wysiłków, pozostawił na brzegu morza niepotrzebne mu już machiny oblężnicze. Rodyjczycy sprzedali je, a za otrzymane w ten sposób 300 talentów wznieśli jako wotum dziękczynne kolosalny posąg Heliosa. Jego twórcą był Chares z Lindos, uczeń słynnego Lizypa, nadwornego rzeźbiarza Aleksandra Wielkiego. Budowa kolosa trwała 12 lat, a jego wysokość przekraczała 36 m. A. Świderkówna w „Hellenikach” opisuje go w ten sposób: Stał nagi, zwrócony twarzą ku wschodzącemu słońcu. Zwisająca zaś ku ziemi pozornie lekka szata w rzeczywistości, dzięki skrytej w niej kamienno-żelaznej konstrukcji, wspierała cały gigantyczny posąg, zapewniając mu potrzebną stabilność. Ale i tak nie stał on długo. Zwalił się po sześćdziesięciu latach, kiedy pękły mu nogi w kolanach w czasie straszliwego trzęsienia ziemi, jakie nawiedziło Rodos w roku 227 p.n.e. Nie podniesiono go już nigdy. Resztki kolosa spoczywały tam jeszcze przez kilka wieków. W setki lat później któryś z arabskich zdobywców Rodos postanowił sprzedać ten cenny złom. Wiemy, że nabywcą był jakiś żydowski kupiec z dawnej Edessy (obecnie Şanlıurfa w Turcji). Warto zwrócić uwagę na fakt, że Edessę od Rodos dzieli dystans około 1500 kilometrów, w tym odcinek morski z Rodos na kontynent. Nabywca do transportu złomu potrzebował podobno karawany składającej się z aż 900 wielbłądów. Zdaje się, że i logistykę też nie my wynaleźliśmy.

Okulary

Natknąłem się wczoraj w jakimś nudnym reportażu z Afryki, jakich wiele teraz w sieci, na informację o człowieku, którego największym marzeniem są … okulary. Chciałby mieć okulary, własne okulary, marzy o nich i zazdrości ludziom, którzy je posiadają. Nie zazdrości innym ich domów, samochodów czy rajskich wakacji na Malediwach, lecz okularów, zwykłych okularów, choćby takich do czytania, które my zwykliśmy za kilka groszy kupować w pierwszym domu towarowym czy nawet w sklepiku z tytoniem. On nie może tego uczynić. Jest biedny, kilka dni w tygodniu idzie spać głodny, czasem zje trochę fufu, o ryżu nawet nie myśli, nie pamięta już nawet jak ryż smakuje. Czytając wyznanie tego człowieka uświadomiłem sobie, że podobnych jemu ludzi są na świecie miliony – to ludzie, których świat jest zamazany, niewyraźny, pozbawiony szczegółów i detali, ograbiony z form i konturów, rozmyty i nieostry. Ci ludzie nie zdołają dojrzeć grożącego im niebezpieczeństwo, nie mogą czytać z obcych oczu o przyjaźni lub nienawiści, nie mogą cieszyć się widokiem twarzy ich bliskich. O przyjemności pisania czy czytania nawet nie warto wspominać – to jest równie odległe i nierealne jak wielka mgławica Andromedy. Świat bez okularów jest płynny, linie zlewają się i tańczą, kołyszą się i zwodzą. Świat bez okularów jest niestabilny i zniekształcony. Miliony ludzi żyją w takim świecie. Żyją w świecie nie postrzegając go.

Kolegium Dionizosa

Ateńskie stowarzyszenie artystów dionizyjskich, Kolegium Dionizosa, albo Związek Artystów Dionizosa, to organizacja, która kontraktowała aktorów do odgrywania sztuk w całym starożytnym świecie greckim, a był to świat, gdzie niemal każde miasto i miasteczko uznawało za punkt honoru posiadanie własnego teatru. Teatrów w dawnej Grecji nie brakowało, o czym jeszcze i dziś świadczą setki ich ruin. Jednak tylko najbogatsze miasta mogły sobie pozwolić na posiadanie własnych zespołów aktorskich. Kolegium Dionizosa (istniało nie tylko w Atenach, także w starym jońskim mieście Teos i w Pergamonie) można więc uznać za pierwsze w dziejach stowarzyszenie aktorów, choć jednocześnie spełniało też rolę czegoś w rodzaju związku zawodowego. Członkostwo w tej organizacji, która rozsyłała zrzeszonych w niej artystów w najdalsze zakątki greckiego świata, a był to bez mała cały ówczesny świat, gwarantowało sporo przywilejów: całkowicie zwalniało z płacenia podatków oraz obowiązku odbywania służby wojskowej, zarówno na lądzie jak morzu, zapewniało nietykalność osobistą na terenie całej Grecji, i możliwość swobodnego przekraczania granic. Artyści otrzymywali w ten sposób bardzo specjalny status i ochronę. Kolegium Dionizosa zajmowało się ponadto – i ta jego funkcja jest być może najbardziej ważka – publikowaniem, rozpowszechnianiem i zachowywaniem tekstów dramaturgów. Występowało więc jednocześnie w roli wydawnictwa, biblioteki i dystrybutora dzieł teatralnych. Wszystko to miało miejsce drobne dwa tysiące pięćset lat temu. Zaledwie wczoraj.

Aleksarchos

Aleksarchos, brat macedońskiego władcy Kassandra, założył w 310 r. p. n. e. miasto Uranopolis. Leżało w Tracji, nad brzegiem Morza Egejskiego (prawdopodobnie niedaleko dzisiejszego przylądka Athos, gdzie do dziś istnieje miasto o tej nazwie, Uranopoli) i było macedońską kolonią. Niestety, rządzone przez chorego na schizofrenię Aleksarchosa, który postanowił przekształcić je w miasto niebian na ziemi, żyjących i myślących niczym sami bogowie, nie przetrwało długo i, jak większość podobnych utopii, nie pozostawiło po sobie niemal żadnych śladów. Jedyne, co zachowało się z Uranopolis to przykłady nowomowy, wprowadzonej tam przez Aleksarchosa. Z pism ówczesnych kronikarzy wiemy, że między innymi koguta kazał nazywać wschodokrzykiem, balwierza śmiertelnościnaczem, drachmę srebrzakiem, a heroda wyjcem. Atenajos wspomina też w Uczcie Mędrców o liście, który Aleksarchos wysłał pewnego razu do urzędników Kassandrei, i żartuje mówiąc, że nawet Pytia nie byłaby w stanie rozszyfrować tego listu.

Nowi władcy

Google, Facebook, Amazon, Saudi Aramco, Coca-Cola, Hennes & Mauritz, Microsoft, teraz Superliga, gigantyczna kumulacja kapitału, powstawanie nowych koncernów-potentatów, to wszystko powinno nam podpowiadać, że wchodzimy w okres w którym politycy będą coraz wyraźniej tracić władzę na rzecz wąskiej grupy ludzi nieprzyzwoicie bogatszych. Decyzje o naszej rzeczywistości już dziś zapadają nie w instytucjach do tego przez nas powołanych, lecz w gabinetach potężnych firm. Politycy wyraźnie przegrywają ten mecz. Co gorsza przegrywają nie z jakimś sprawnie zorganizowanym społeczeństwem obywatelskim, lecz z bardzo wąską grupą ludzi zainteresowanych jedynie ich osobistym zyskiem. Tym samym o kształcie naszego świata zaczynają więc decydować nie ci, którzy zostali przez nas wybrani i do tego powołani, lecz uzurpatorzy nie posiadający żadnej, ale to żadnej demokratycznej legitymizacji. Do tego są oni doskonale anonimowi, a więc i nieosiągalni. Ci ludzie mają już czelność narzucać nam nie tylko swoje interesy, ale i ich okolicznościową mentalność (vide: Hennes & Mauritz, który ostatnio poczuł się na tyle potężny, że ośmielał się dyktować swoje warunki nawet Chinom). Największe niebezpieczeństwo tej sytuacji polega jednak na tym, że polityków zawsze można było wymienić, wymienić oligarchów będzie bardzo trudno, jeżeli w ogóle będzie to możliwe. Społeczeństwo obywatelskie staje się fikcją. Już jest fikcją. Głosowanie i wybory będą wkrótce terminami równie przestarzałymi jak guwernantka i nosiwoda.  

Anegdota

Chamfort w Charakterach i anegdotach wspomina przypadek mężczyzny, który w dojrzałym wieku spotkał kobietę w której kochał się nieprzytomnie i beznadziejnie jako młody człowiek. W rozmowie wyznał jej, że w tamtym okresie był w niej zakochany do szaleństwa. Jego dawna miłość odparła: „Och, Boże, czemuż pan nie mówił? Byłbyś mnie pan miał, jak inni”.

Podejrzewam, że i taka sytuacja i taka replika wędrują przez czas i epoki, a historyjka, opowiedziana przez Chamforta, mimo iż ma charakter anegdoty, wcale nie musi być anegdotą. I zapewne nie jest.

Dom

Szalenie małe, zwykle wąskie, pozbawione okien pokoje antycznych domów, które tyle razy, zawsze z pewnym rozczarowaniem, obserwowałem przy zwiedzaniu ruin dawnych greckich miast. W pewien sposób czułem się zawiedziony, że były to ciasne klatki, przypominające staropolskie świronki raczej niż sypialnie czy pokoje dzienne. Zadawałem sobie pytanie, jak oni mogli w tym mieszkać. I wydawało mi się to niemożliwe. Mogli. W tamtych czasach nie budowano domów, oikos, zgodnie z zasadami planowania przestrzennego, stawiano je obok już istniejących, czyli tam, gdzie było miejsce. Jeszcze i dziś jest to widoczne w wielu krajach południa. Ulice dzielnic mieszkalnych także nie prezentowały się lepiej. Musiały być wąskie, kręte i zapewne cuchnące – wylewanie nieczystości za próg domostwa należało do naturalnych i powszechnych praktyk. Domy ludzi bogatych, wielkie, przestronne budynki z obszernymi perystylami, otoczone portykami, ogrodami i fontannami, wznoszono na peryferiach miast, w miejscach szczególnie atrakcyjnych. Później będą je kopiować Rzymianie, choć już w wersji znacznie bogatszej, budowane z nieporównywalnie większym rozmachem i smakiem. Te żałośnie małe klatki, których resztki oglądamy, gdy zwiedzamy Kamiros, Delos, Priene czy którekolwiek inne ze starogreckich miast, są jednak prawdziwe, najprawdziwsze, bowiem takie właśnie były. Ruiny nie kłamią. Dom nie zawsze znaczył to samo i nie pod każdym niebem. Antyczni Grecy nie znali domu w naszym rozumieniu tego słowa, jako miejsca do mieszkania, miejsca przyjemnego pobytu, miejsca w którym przebywamy chętnie i często, miejsca w którym spędzamy znaczną część naszego dnia. Oni spędzali całe dnie w mieście, wśród gwaru i rozgardiaszu agory, na schodach świątyń, w cieniu portyków, w palestrach i stoach, w gimnazjonach, w warsztacie lub nad brzegiem morza, zajęci jakimiś obywatelskimi czynnościami lub po prostu rozrywką. To również, do pewnego stopnia, przetrwało. Grecy, jak wszystkie społeczności Morza Śródziemnego, wciąż chętnie żyją na ulicy, w kawiarni, w tawernie, w porcie, na rynku. Tam żyje się na zewnątrz.

Auto-da-fé

Henry Miller ( kilka miesięcy przed śmiercią): „Przekonałem się, że potrafię obejść się bez seksu, jak wielbłąd bez wody. Seks to kropla w morzu potrzeb, jeśli weźmiesz pod uwagę całość związku. Niektóre z największych romansów w historii były całkowicie pozbawione seksu. Odkryłem, że moje relacje z kobietami, które nie obejmowały seksu, były równie satysfakcjonujące, jak te, w których seks był głównym daniem ”.

Jeden z najbardziej spektakularnych aktów literackiego autosabotażu – kilka zdań, które podważają autentyczność jego twórczości.  

Antoniusz i Dionizos

Plutarch, „Żywoty – Antoniusz ”: Tej nocy, jakoś koło północy, kiedy miasto pogrążone było w ciszy i smutku z powodu trwożnego oczekiwania rozwoju wypadków, usłyszano nagle dźwięki muzyczne wszelakich instrumentów, okrzyki tłumu i pełne wesołości tańce satyrowe, jakby przebiegał gdzieś orszak bakchiczny nie bez głośnego hałasu. A szedł ten pochód jakoś przez środek miasta ku bramie prowadzącej na zewnątrz w kierunku nieprzyjaciela. I tam ta wrzawa osiągnąwszy największą moc ucichła. Rozważając bliżej ten znak, uznano go za opuszczanie Antoniusza przez tego boga, któremu zawsze okazywał się najbardziej podobny, najbardziej z nim obcujący.

Konstandinos Kawafis (tłum. Zygmunt Kubiak) ”Bóg opuszcza Antoniusza”:
Jeśli znienacka, o północy usłyszysz,
jak przeciąga niewidzialny orszak
z przedziwną muzyką, śpiewem –
wtedy losu, co w końcu zawiódł cię, trudów,
co poszły na marne, planów, które wszystkie
okazały się pomyłką, nie opłakuj bez sensu.
Jak ktoś od dawna gotów, ktoś odważny,
pożegnaj ją, tę Aleksandrię, która znika.
Przede wszystkim nie łudź się, nie wmawiaj sobie,
że to był tylko sen albo że słuch cię zmylił.
Taką próżną nie poniżaj się nadzieją.
Jak ktoś od dawna gotów, ktoś odważny,
uznany za godnego, by żyć w takim mieście,
podejdź spokojnym krokiem do okna
i ze wzruszeniem, ale nie z błaganiem,
nie ze skargami tchórzów,
słuchaj twojej radości, tych dźwięków,
przedziwnych instrumentów mistycznego pochodu,
i pożegnaj ją, pożegnaj Aleksandrię, którą tracisz.

Barbara Tkaczow, „Aleksandria”: W krótkim okresie między klęską pod Akcjum a wylądowaniem armii Oktawiana w Peluzjum, zanim podeszła ona pod mury Aleksandrii, Kleopatra i Antoniusz założyli tak zwany Związek Żyjących Niezrównanie, rodzaj osobliwego klubu towarzyskiego. Dopuszczeni do niego byli ci z kręgu dworu i wyższych sfer miasta, którzy potrafili się beztrosko bawić i ucztować, prześcigać się w pomysłach coraz to nowych uciech, podczas gdy klęska zbliżała się powoli, ale nieubłagalnie. Ten ostatni etap ich życia był ulubionym motywem literackim i dramatycznym. Jednym z najbardziej poetycznych i posępnych zarazem epizodów z ostatnich dni wolnej Aleksandrii jest przytoczona przez Plutarcha opowieść, jak to w noc przed decydującym starciem z Oktawianem, którego wojska stały już pod murami miasta, Antoniusz bezsennie snujący się po pałacu usłyszał nagle na pustych ulicach kroki licznego orszaku i muzykę – cichnącą z wolna w oddali. Zrozumiał wtedy, że to Dionizos, jego bóg opiekuńczy, opuścił go i czeka go już tylko klęska i śmierć.

Klakierzy

W XVI wieku, gdy Turcy podchodzili pod Wiedeń i łakomie spoglądali na południową Italię, spora część elity intelektualnej Europy ekscytowała się fake newsem, który głosił, że sułtan jest dalekim potomkiem króla Priama. Miało to osłodzić gorycz ewentualnego jarzma, ale nade wszystko usprawiedliwić i ulegitymizować przyszłe zaprzaństwa. To wręcz żałosne, że nie potrafimy wymyśleć nic nowego – historia bezczelnie powtarza stare gagi, a my wciąż zachowujemy się jak stado odmóżdżonych klakierów.

Twórcze fantazje

Apollonios, poeta aleksandryjski, III wiek p.n.e., autor Argonautyk, opowiadając w swoim poemacie o przygodach Argonautów wspomina o żelazonośnej ziemi, leżącej na wybrzeżu Morza Czarnego, niedaleko rzeki Sangarios, obecnie Sakaria. We wrześniu 1939 roku przy ujściu Sakarii odkryto bogate złoża rudy żelaznej i przy okazji stwierdzono również, że były one eksploatowane już w starożytności. Podobnie z Homerem. Z wieloma innymi. Starożytni twórcy fantazji używali z umiarem.   

Archimedes

Archimedes, jak wielu uczonych, nie był podobno człowiekiem zbyt wylewnym, ale atmosfera Biblioteki Ptolemeuszy w Aleksandrii musiała wywrzeć na nim ogromne wrażenie. Po pobycie tam, w formie podziękowania napisał wiersz, bodaj jedyny wiersz w jego życiu, dedykując go Eratostenesowi, ówczesnemu kierownikowi Biblioteki i pierwszemu filologowi w dziejach. Wiersz, jak można spodziewać się po jednym z największych umysłów starożytności, zawierał bardzo skomplikowane zadanie matematyczne, którego treść nawiązywała do Homera, a dokładniej do sceny, gdy wygłodzeni towarzysze Odysa zabijają na świętej wyspie Trynakia (dosłownie: trójkątna, dzisiejsza Sycylia) zwierzęta ze stad boga Heliosa. Archimedes, uzupełniając Homera, wyjaśnia, że Helios miał cztery stada bydła podzielonego według czterech różnych maści, które możemy oznaczyć jako białe W, w, czarne B, b, żółte Y, y i pstrokate D, d, przy czym duże litery wskazują byki, a małe – krowy. Operując ośmiu niewiadomymi należało odpowiedzieć na pytanie, ile było krów, a ile byków w każdym stadzie. Aby to uczynić, trzeba podobno utworzyć siedem równań, uwzględniwszy przy tym jeszcze dwa dodatkowe, komplikujące sytuację warunki: suma białych i czarnych byków musi być liczbą kwadratową, a suma żółtych i pstrokatych byków musi być liczbą trójkątną (sic!). Dla mnie, u którego najprostsze równanie, choćby z jedną tylko niewiadomą, może wywołać chwilowy zespół Tourette’a i pląsawicę oczu, takie pełne atencji podziękowanie uczonego przypomina podziękowanie pszczoły. Wolałbym zwykłą pocztówkę z Syrakuz.

Wincenty Tyszkiewicz

Leon hr. Potocki,Wspomnienia o Świsłoczy Tyszkiewiczowskiej, Dereczynie i Różanie”:  Hrabia Wincenty Tyszkiewicz był charakteru słodkiego, powiem nawet słabego, dodawszy do tego wrodzoną nieśmiałość, nieznajomość ludzi i niedoświadczenie, może z uznanej przez siebie potrzeby wyrobił w sobie upór i nim się uzbroił przeciwko ludziom, wypadkom, przeciwko nawet własnemu sercu, którego kto wie czy się najwięcej nie obawiał, bo czuł jak silnie w piersi jego biło. Chociaż z czasem nabrał doświadczenia, poznał ludzi, ani swej nieśmiałości zupełnie przezwyciężyć, ani się całkowicie uporu pozbyć nie zdołał, ani też sercu położyć tamy nie potrafił, dobroczynność stała się dla niego potrzebą życia, a dobre uczynki chlebem powszednim.

W młodym jeszcze wieku nabrawszy wielkiej tuszy, która później do najogromniejszych doszła rozmiarów, tak że rąk swoich nie mógł spoić, i nosił zamiast fraka lub surduta, po kostki kapotę, na małe guziki od góry do dołu zapinaną; dodajmy do tego nadzwyczaj krótki wzrok, a przekonamy się, iż nie był zwłaszcza przy końcu ruchawym, za to też umysł jego rzadko kiedy odpoczywał, ciągle tworzył, układał, urządzał, poprawiał, doskonalił. Obojętnem okiem spoglądał na obroty ówczesnej polityki i na to co się działo na wielkim świecie, był jedynie zajęty urządzaniem obszernych swych włości, zapewnieniem dobrego bytu poddanym i upiększeniem swej ulubionej rezydencyi świsłockiej. Nie zagłębiał się w naukach, chociaż czuł ich potrzebę i wielce je w drugich cenił; żadnych nie miał nałogów, kart do rąk nie brał, innego nie używał napoju prócz wody, i niezachwianą wierność zachował, niezasługującej podobno na nią małżonce.

Ale najmilszą jego rozrywką czyli raczej słabostką były kobiece plotki, tych chętnie słuchał, co jedna powiedziała, na gorącym uczynku drugiej powtarzał, tym sposobem, nieraz przyjaciółki od serca między sobą poróżniwszy, godzić je potem musiał, a wtedy, dar hojnie ofiarowany jednej i drugiej, bywał najczęściej mocną rękojmią zawartego przymierza.

Pan referendarz każdą stratę czasu uważał za niepowetowaną, dla tego też regularność i akuratność stały się dla niego drugą naturą i prawidłem postępowania; dzień, miesiąc, rok, życie cale zastosowywał do zegarkowego porządku, każda jego czynność odbywała się o naznaczonej porze, nie spóźnił się nigdy o minutkę, ani z terminem w interesie, ani z dotrzymaniem słowa, ani nawet z zapowiedzianemi w sąsiedztwo odwiedzinami.

Razu pewnego, wyjeżdżając do Paryża, obiecał ks. Franciszkowej Sapieżynie być u niej, w Derczynie, na Św. Pelagję, na obiedzie. Minęło kilka miesięcy, dzień imienin księżny zgromadził w komnatach derczyńskiego pałacu ze sto osób z rozmaitych stron kraju, a pana Tyszkiewicza jak nie widać tak nie widać! Zapomniał, — odzywają się jedni, — zamarudził — powtarzają drudzy, — chyba chory, — napomknął ktoś z boku, — nie przyjedzie wołają jednogłośnie prawie; — Przyjedzie! — odpowiada na to pani domu, gdyż nigdy nie uchybił słowu danemu.

Godzina trzecia, dzwonią na obiad, od jadalnej sali otwierają się podwoje, i w tejże samej chwili wchodzi pan referendarz, idzie prosto do księżny, komplement prawi, podaje rękę i do stołu prowadzi. Podług niego, odkładanie do jutra było pierwszą oznaką dezorganizacji umysłowej, opieszałość — nadwątleniem sił żywotnych, lenistwo — sparaliżowaniem woli, marudztwo — marnotrawstwem najdroższego skarbu — czasu.

Pomimo, że referendarz był możnym magnatem, miał wstręt do zbytków, odrazę do skąpstwa, nad intratę nic nie wydawał, ale też i nie oszczędzał, wystarczało mu i dla siebie i na dobre uczynki, a nie mając dzieci nie potrzebował zbierać.

Strategia wojenna

M. Caparrós „Głód”: Nadjeżdżają samochodem, motocyklem, ciężarówką – nigdy przez cały ten czas, nie widziałem Hindusa, który zatrzymałby swój pojazd, żeby przepuścić pieszego. Kierowcy potrącają pieszych bez litości – dlaczego mieliby czuć litość. Sądzę, że między innymi to właśnie – ta postawa, ta pogarda – wyjaśnia, skąd bierze się milionowy głód. W krajach bogatych prowadzenie samochodu wiąże się z przestrzeganiem całej serii przepisów, respektowaniem pewnych reguł. Tutaj, w znacznej części Tego Innego Świata, jest nieustanną konfrontacją z prawem silniejszego, kalkulacją, kto się okaże silniejszy. Wyraża określoną strategię wojenną. Zasadę tę można chyba odnieść do wszystkiego.

Refleksję Caparrósa, choć dotyczy Indii, można również odnieść do ruchu drogowego w Polsce – pogarda dla pieszych i prawo silniejszego wciąż tam jeszcze pokutują, nawet jeżeli nie w takim natężeniu jak w Indiach.    

Kolaboranci

Religia to kultura, ale kultura w postaci ekstremalnej, usiłująca wytłumaczyć nasz świat przez tworzenie innych światów. Myślenie religijne zakłada, że istnieją istoty nieporównywalnie lepsze od nas, istoty doskonałe. My, ludzie, jesteśmy rasą niższą i podległą, mamy wiele słabości. Wyrazem naszej słabości jest nawet jedzenie. W tradycji grecko-rzymskiej bogowie raczyli się jeszcze ambrozją i nektarem, niektórzy winem. Był to więc pewnego rodzaju kompromis, jakiś ukłon w stronę człowieka, sugestia, że i oni przypominają ludzi. Tradycja chrześcijańska zrywa definitywnie z tym antycznym przymilaniem się do człowieka. Bóg całkowicie obywa się bez jedzenia. Żadnych ambrozji, żadnych nektarów. Bóg nie potrzebuje ani pić ani jeść. Bóg nie je nigdy. Nigdy nie zasiada za stołem. Bóg jest wolny od przekleństwa receptorów smaku i zapachu, obywa się bez nich, syci się jedynie wiecznością. Aniołowie również nie jedzą. To istoty wieczne, niezniszczalne, doskonałe, bez systemów pokarmowych, soków trawiennych, bez enzymów i pepsyn, całego tego osprzętowania, które rozkłada, przyswaja, wydala, powoduje zatrucia, skręty kiszek czy choćby wzdęcia. Istoty doskonałe nie jedzą i nie wydalają. Ich to nie dotyczy. Nas dotyczy. I unaocznia tym samym naszą niższość, naszą niedoskonałość. Karmienie ciała prowadzi do dekadencji. Ciało to dekadencja. Jest to powód dla którego filary każdej religii, święci, pustelnicy, prorocy, nawiedzeni, tabuny podobnych im szaleńców starają się jeść jak najmniej, prawie nie jeść, aby tylko poskromić swoją ziemską powłokę, przyuczyć ją do wieczności, złamać swoją wadliwą naturę, swoje niskie skłonności, by choćby trochę, choćby troszeczkę upodobnić się do aniołów. Święci nienawidzą w sobie tego, co jest w nich ludzkie. To kolaboranci, piąta kolumna złudnej wieczności.

Uczucia i miary

Och, ta nasza kłamliwa pasja, by w oczach innych uchodzić za szlachetnych! Usłyszałem niedawno zwrot: równo dzielę moje uczucia między moje dzieci. Miałem ochotę zapytać, jak dzieli się równo uczucia? Jaką miarę stosuje się przy dzieleniu uczuć? Centymetry czy stopy angielskie, kwarty czy uncje, decylitry czy mililitry, gramy, a może centymetry kwadratowe lub sześcienne? Zwykliśmy mówić o uczuciach, że mogą być gwałtowne, namiętne, dojrzałe, destrukcyjne, wielkie, etcetera, ale wszystkie te przymiotniki, określające nasze stany, choć można je stopniować, są w gruncie rzeczy niepomierzalne. Można mówić o natężeniu uczuć. Nie da się natomiast ich mierzyć, a tym bardziej dzielić równo. Uczucia nie podlegają żadnym miarom, nie mają żadnego wzorca opartego o stałą Plancka, jak kilogram.

Sofizmat

Badacze obliczyli, że umiejętność liczenia wymaga zaledwie kilku setek komórek nerwowych, a więc jest to czynność dostępna, przynajmniej teoretycznie, także innym naszym kuzynom ze świata zwierząt. Natomiast, aby posiadać świadomość w sensie zdolności poznawczych, które pozwalają obserwować otaczający nas świat oraz przetwarzać informacje o nim, potrzebujemy już co najmniej kilku tysięcy neuronów. Różnica jest więc znaczna. Spostrzegam jednak, że wiadomość ta cieszy mnie nie z tego powodu, że zawiera obiektywny naukowy przekaz, lecz głównie dlatego, że nie cierpię liczenia i mogę teraz utrzymywać, że to potrafi „każdy głupi”. Czuję się więc lepszy z powodu mojej ułomności. Sofizmat najwyraźniej nie jest czymś, czego musimy się uczyć – mamy to we krwi.

Wiedza i informacja

Każdego dnia jesteśmy zalewani informacją. Każdego ranka, gdy tylko otwieramy oczy, przeżywamy coś w rodzaju informacyjnego tsunami, które ani na moment nie ustaje w ciągu całego dnia i kończy się dopiero wówczas, gdy wieczorem uda nam się wreszcie zamknąć oczy i zasnąć. Jesteśmy bombardowani informacją w 99% zbyteczną, irrelewantną, pozbawioną jakiegokolwiek odniesienia do nas i naszej rzeczywistości, przypadkową, sensacyjną, tanią, mającą poruszyć nasze najprymitywniejsze instynkty, informacją banalną i wyczyszczoną ze znaczeń, informacją o niczym i o nikim. Zabawne, ale i tragiczne jest jednak to, że ten zalew informacyjnych śmieci rodzi w ludziach przekonanie, że posiadają Wiedzę, przyczynia się do tego, że coraz częściej stawiają znak równości między wchłoniętą przez siebie chaotyczną i nierzetelną informacją, a prawdziwą Wiedzą, że informację zaczynają utożsamiać z Wiedzą. Nie jest to zjawisko całkiem nowe, bowiem plotka zawsze była wiedzą pospólstwa. Nowe jest natomiast to, że obecnie plotka, nobilitowana do rangi informacji, podszywając się pod wiedzę, zaczyna ją zastępować.

Studia astrologiczne

Na Zachodzie młodzi ludzie entuzjastycznie wybierają dziś psychologię, socjologię, statystykę i gender jako kierunki studiów i tylko oczekiwać dnia, gdy w programach uniwersyteckich znajdą się również astrologia i radiestezja. W Azji młodzi ludzie wybierają matematykę i inżynierię. Podczas gdy komunistyczne Chiny coraz odważniej rozwijają myśl techniczną, Zachód pogrąża się w bezpłodnych rozważaniach o ilości płci, prawach dla hermafrodytów i głuptaków niebieskonogich i dumnie szczyci się osiągnięciami w poprawności politycznej. Tymczasem ta żałosna obsesja zajmowania się pseudomoralnymi zagadnieniami z każdym dniem zwiększa przewagą Reszty Świata nad Zachodem. Nie sposób pozbyć się wrażenia, że jest to sabotaż, destrukcja perfekcyjnie pomyślana i konsekwentnie realizowana – całkiem jakby ktoś świadomie podrzucał niedorozwiniętym dzieciom prymitywne zabawki.

Buty

Obuwiem patrycjuszy i cesarzy rzymskich były buty wyszywane szlachetnymi kamieniami i buty z cholewkami z purpurowej skóry. Cesarz w sandałach był nie do pomyślenia. Widok taki musiałby wywołać w Rzymie szalone zgorszenie. W odróżnieniu od butów wyjściowych calcei, sandały, soleae lub sandalia, były obuwiem domowym. Patrycjusz rzymski, udający się w sandałach na bankiet, popełniłby więc poważny występek. Dlatego też zamożni obywatele na przyjęcia udawali się z niewolnikiem noszącym ich sandały, które potem, po dotarciu do celu, mogli spokojnie założyć. Nota bene, Rzymianie mieli spore osiągnięcia w kaletnictwie. Umieli wyprawiać skórę w taki sposób, aby wydzielała przyjemny zapach, a do tego były to różne zapachy – pomysł, którego do dzisiaj nikt nie podjął. Buty z dekorowanej i pachnącej skóry były marzeniem wielu. Pewnie byłyby i dziś.

Karma

Jeszcze raz przeglądam noblistę V. S. Naipaula. Jego trafne opinie o znieczulicy Hindusów, o całkowitym braku w Indiach reportażu społecznego, bo – jak tłumaczy – nikt nie jest tym zainteresowany, nikogo nie obchodzi życie innych. To samo spostrzeżenie czyni M. Caparrós w obszernej, liczącej ponad 700 stron pracy o głodzie. Jego uwagi o nieludzkiej obojętności Hindusów na cierpienia innych. Indie są obecnie dziesiątym najbogatszym państwem świata i pierwszym pod względem liczby niedożywionych. To paradoks, ale hinduizm nigdy nie upora się z problemem biedy, bo nigdy nawet nie udawał, że nadaje biedzie jakąkolwiek wartość. Przeciwnie, utrzymuje, że człowiek jest biedny, cierpi, znosi głód, choroby i upokorzenia, bowiem płaci w ten sposób za własne błędy z poprzednich wcieleń, czyli sam sobie jest winny. Nazywa to karmą. Doktryna karmy to najbardziej bezczelny wynalazek tej bezprzykładnie infantylnej i nieludzkiej, choć prastarej kultury, która pozwala grupce bogatych kontrolować setki milionów odczłowieczonych, każdego dnia zdychających z głodu nędzarzy. Caparrós celnie zauważa, że postęp w Indiach jest niedościgniony tylko w jednym: w wykorzystaniu najbardziej nowoczesnej techniki do praktykowania najbardziej archaicznych zwyczajów.  

Prawdziwe życie

Czytam, że mniej niż jedno na 10 milionów połączeń w mózgu łączy go z tym, co zwykliśmy nazywać światem zewnętrznym – dla wzroku jest to około 1,2 milionów, dla słuchu ledwo 30 tysięcy połączeń. Tymczasem liczba wewnętrznych połączeń w naszych mózgach dochodzi aż do 100 bilionów. Korelacja stanu pierwotnej kory wzrokowej z sygnałami dochodzącymi z siatkówki wynosi skromne kilkanaście procent, za pozostałe ponad 80 procent odpowiadają informacje płynące z innych obszarów kory. Ta szalona dysproporcja najdoskonalej wyraża charakter naszego kontaktu z rzeczywistością – wynika z tego, że mózg zajmuje się głównie sam sobą, analizując i interpretując własne pobudzenia, a więc w konsekwencji to wszystko, co przeżywamy czy postrzegamy, jest w ogromnej mierze efektem działania naszej wyobraźni. Przywykliśmy uważać, że mózg wiernie odtwarza rzeczywistość, podczas gdy on tylko kreuje ją taką, jaką my ją odbieramy. Prawdziwe życie toczy się w mózgu.  

Syngrapheus

Ryszard Kapuściński „Lapidaria IV – VI”:  Byłoby trudno, a może nawet niewłaściwie, pominąć słowo syngrapheus, ponieważ znaczy ono po grecku – pisarz. Ale jego sens jest inny niż we francuskim, w którym wskazuje ono tylko na akt (czynność) pisania. Natomiast po grecku syngrapheus znaczy „pisać z”. Niewątpliwie zapytacie – z kim lub z czym? Myślę, że przede wszystkim z potencjalnym czytelnikiem, ale również z tymi, którzy otaczają piszącego. Słowo to zakłada, że pisanie nie jest aktem samotniczym, zakłada ono istnienie społeczności, w której środowisku się pisze. Określenie francuskie mówi nam: pisać to kreślić słowa. Natomiast słowo greckie mówi – pisać to kreślić słowa dla innych, samemu będąc pośród innych.

Dante i Mahomet

Zobojętnieliśmy. Nie reagujemy. Nie oburzamy się. Nie protestujemy. Połykamy każde kłamstwo, każdą mistyfikację. Sami, z własnej woli, prowokujemy kolejne kłamstwa, kolejne mistyfikacje. Prześcigamy się w tym. Nasz strach to najgroźniejsza piąta kolumna. W tym roku przypada 700-lecie śmierci Dantego Alighieri. Holenderskie wydawnictwo Blossom Books wydało z tej okazji jego największe dzieło „Boska komedia”. W pieśni XXVIII nie znajdziemy już jednak Mahometa w piekle. Wydawnictwo postanowiło ocenzurować poetę, aby nie zranić przypadkiem uczuć wyznawców islamu. Ten „cenzuralny” wyjątek dotyczy jedynie Mahometa – z piekła nie wycięto ani papieża, ani homoseksualistów ani innych niewygodnych postaci. Myrthe Spiteri, właścicielka i szefowa wydawnictwa Blossom Books, tłumaczy ten akt bezprzykładnego literackiego wandalizmu tym, że opowieść nie będzie niepotrzebnie wroga wobec czytelników, którzy stanowią tak dużą część społeczeństwa holenderskiego i flamandzkiego. Kluczowe dla decyzji było to, że ten fragment nie jest konieczny do zrozumienia tekstu. Wydawnictwo specjalizuje się w książkach dla młodych czytelników i zapewnia w prezentacji swojej witryny, że odczuwa społeczną odpowiedzialność i chce publikować książki, które spowodują, że młodzi ludzie będą myśleć i wyrabiać sobie poglądy. Nie uciekamy od najważniejszych tematów i widzimy swoje zadanie jako uczestniczenie w debacie społecznej. Książki mogą pomóc ci zrozumieć, kim jesteś i za czym się opowiadasz, a my chcemy pomóc młodym ludziom rozwijać otwarty umysł, własne poglądy i własną tożsamość – piszą. Na zakończenie, zamiast dodatkowego komentarza, należałoby jedynie przytoczyć skromny fragment XXVIII pieśni, dopóki to jeszcze jest możliwe:

Z dziurawej kadzi mniej wina wyciecze,

Ile krwi ciekło z rozciętego ducha,

Od samej brody aż poniżej brzucha;

Z kolan drgające zwisały jelita;

Widziałem serce, część wnętrza okryta

Raziła oczy czerwonością nagą.

Podczas gdym jego oglądał z uwagą,

Spojrzał, rękoma pierś rozdarł i rzecze:

«Patrz, ja, Mahomed, jak siebie kaleczę!

Przede mną Ali cały we łzach kroczy,

Twarz mu po czaszkę jedna rana broczy;

Szatan tu stoi i z naszej gromady

Każdego bierze na ostrze swej szpady;

Gdy kończym obrót swej bolesnej drogi,

Tu choć najszersza zamyka się rana

W chwili, gdy stajem przed mieczem szatana.

Lecz ty, kto jesteś, co stoisz bez trwogi?

Może niedługo skoczysz z tej wyżyny,

Gdzie ciebie strącą twoje własne winy?»

— «On nieumarły, nie lżyj go bezkarnie!

On nie na męki wstąpił w wasze progi,

Lecz aby wszystkie tu poznał męczarnie:

Zmarły żywego, po nowej mu drodze,

Przez całe piekło z wyższej woli wodzę».

Mistrz rzekł i dodał: «Prawdzie nie skłamałem».

A na dnie jamy wszyscy potępieńce

Stanęli, patrzą na mnie gronem całem,

Zapominając z podziwu o męce.

— «Jak ujrzysz słońce, powiedz Dulcynowi

Jeśli tu prędko zstąpić nieochoczy,

Niech skupi żywność, śniegiem się otoczy;

Bo jak ci mówię, bez śniegu i głodu,

Nowarczyk w górach niełatwo go złowi».

Tak z podniesioną stopą do pochodu,

Duch Mahometa mówił, potem nogę

Na dłuż prostując poszedł w swoją drogę.

(tłum. Julian Korsak)