Nogi Bońka

„Prezydent Polski dzisiaj może być wybrany głosami ludzi środowiska wiejskiego, głosami emerytów i ludzi z podstawowym wykształceniem. To chyba trochę dziwne w tak pięknym i rozwijającym się kraju jak nasza Polska” – wyznał dzisiaj, już w dzień po pierwszej turze wyborów prezydenckich, szef polskiego futbolu Zbigniew Boniek.

Komentarz jest zbyteczny, ale interesujące byłoby otrzymać od p. Bońka odpowiedź na dwa pytania: 1/ czyimi głosami miałby według niego być wybierany Prezydent Polski i skąd tyle pogardy dla ludzi ze wsi, emerytów i ludzi z wykształceniem podstawowym? 2/ za kogo to uważa się Zbigniew Boniek – za intelektualistę? arystokratę? naukowca? wybitnego specjalistę do zagadnień społecznych? filozofa? za kogo uważa się człowiek, którego najważniejszym, jeśli nie jedynym, „intelektualnym” atutem były, i wygląda na to, że wciąż są, jego nogi? Polska musi być krajem wybitnej tolerancji, jeżeli ludzie, którzy bezpodstawnie uważają się za lepszych, mogą bezkarnie wygłaszać takie opinie. Przekonanie o cudzej niższości budzi i usprawiedliwia pogardę, poczucie, że w stosunku do owej niższej jednostki czy też grupy wszystko wolno i wszystko jest dozwolone. To diametralnie różna postawa od tej, gdy żywimy przekonanie, że to my jesteśmy lepsi, niż przekonanie, że inni są gorsi. W pierwszym przypadku, aby być w zgodzie ze swoimi poglądami, musimy się starać wciąż na nowo udowadniać, że to my jesteśmy lepsi, absolutnie nie dbając o to, że inni mogą być gorsi. W drugim natomiast budujemy samych siebie starając się udowodnić, że inni są gorsi i bezwartościowi. Przekonanie o własnej wyższości, powołaniu, nakłada liczne i uciążliwe obowiązki. Nie ma takich obowiązków, gdy się innymi gardzi i uważa za ludzi niższej kategorii. Pierwsza postawa budzi dumę. Druga tylko nienawiść. W pierwszym przypadku mamy imperializm angielski, a w drugim – zwyczajny faszyzm.

Once Upon a Time in Hollywood

Tarantino Once Upon a Time in Hollywood. Pierwszy prawdziwie dojrzały film tego reżysera. Imponująco rozprawia się w nim z pokutującą wciąż jeszcze legendą hippisów (przedstawiając ich jako stado odmóżdżonych baranów, jakimi w istocie byli), bezlitośnie kpi z innej legendy tamtego czasu, czyli Bruca Lee, ośmiesza Sharon Tate, chwilami bliską już beatyfikacji. Znakomicie odtworzone realia epoki, świetnie dobrane nostalgiczne piosenki (Neil Diamond, Simon i Garfunkel), mistrzowsko wplecione w fabułę fragmenty spaghetti westernów, a wszystko w oprawie pocztówkowych, nasyconych pastelami ujęć, co dobrze ilustruje nierealne, papierowe Beverly Hills. To film, który chce się obejrzeć raz jeszcze.

Książkobójstwo

Zygmunt Gloger w „Encyklopedii staropolskiej” nadmienia, że po drugim rozbiorze Polski Biblioteka Załuskich, od roku 1780 funkcjonująca jako Biblioteka Narodowa, jedna z największych bibliotek świata drugiej połowy XVIII wieku i jedna z pierwszych w Europie, została zagrabiona przez Rosjan, wywieziona do Petersburga i wcielona do biblioteki cesarskiej, liczącej zaledwie śmieszne 20 000 tomów. „Przy pośpiesznem pakowaniu, dużo książek zostało uszkodzonych, a potem na złych litewskich drogach około Grodna porozbijało się wiele pak, tak, że potem w Grodnie korcami księgi te sprzedawano. Według pierwszego sprawozdania, drukowanego w r. 1809 przez Olenina, bibljoteka ta po przywiezieniu obejmowała 262 640 woluminów, 24 573 rycin i przeszło 10 000 rękopisów”. Antonowski, który uczestniczył w pracy porządkowania biblioteki po przywiezieniu jej z Warszawy, wspomina w swoich pamiętnikach, że było tam znacznie więcej pozycji niż przyznawano oficjalnie. Według jego obliczeń wszystkich pozycji razem było 395 045. Część stracono też w czasie samego transportu. Generał Suworow, odpowiedzialny za dostarczenie zbiorów, z uwagi na to, że zima była bardzo surowa tamtego roku, polecił transport saniami. Z Warszawy wyruszyło więc około 600 sań z woluminami zapakowanymi w drewniane skrzynie. Podróż książek, utrudniona przez odwilż, trwała dwa miesiące. Po drodze, w Grodnie lub Kownie, skrzynie przełożono z sań na wozy, wiele skrzyń rozsypało się, wiele cennych prac uległo zniszczeniu.

Skradziony księgozbiór umieszczono w pawilonach ogrodowych pałacu Aniczków w Petersburgu. Wartościowsze książki włączono do gabinetu cesarskiego, inne rozdano do bibliotek seminariów duchownych i różnych instytucji publicznych. Mniej więcej w tym samym czasie rozpoczęto także budowę gmachu dla Biblioteki Cesarskiej. Skrzynie z polskimi zbiorami czekały więc na otwarcie prawie 20 lat. W roku 1814 trafiły one wreszcie na półki Cesarskiej Biblioteki w Petersburgu. Warto zwrócić uwagę na to, że za rok jej założenia przyjęto 1795, czyli dokładną datę rabunku Biblioteki Załuskich.

Szansa odzyskania zbiorów pojawiła się dopiero po zwycięskiej wojnie polsko-bolszewickiej. Niestety, nigdy nie wykorzystano jej jak należy. Do kraju powróciło około 11 tysięcy rękopisów oraz prawie 50 tysięcy starych druków, z czego Załusciana stanowiły zaledwie połowę. Stało się tak z powodu zaniedbań w zapisach Traktatu Ryskiego w tej sprawie oraz – jak zwykle – sabotażu ze strony Sowietów. Dzieła zniszczenia dopełnili zachodni Mongołowie, chore dziecko zachodniej cywilizacji, czyli Niemcy, którzy po upadku Powstania Warszawskiego, mimo umów i porozumień, podpalili zbiory odrodzonej Biblioteki Narodowej. Tak opisał to prof. Bohdan Korzeniewski: „Zejście do podziemi nie było zawalone gruzami. Dotarłem więc do lochu. Przy pierwszym spojrzeniu można było doznać oszałamiającej radości. Ależ – chciało się zawołać – zbiory ocalały! Leżały w grubych, różnych warstwach. Uderzał nawet jakiś porządek, którego nie zostawiliśmy maskując schron. Nie było ani blach, ani worków z piaskiem. Zwracał także uwagę znacznie niższy poziom pokładów. Woluminy nie przylegały już tak ciasno do sklepienia, jak wówczas, kiedyśmy je układali. Bliższe podejście odkrywało sekret tych zmian. Był ohydny. Przy dotknięciu warstwy równo ułożonych egzemplarzy już nawet nie rozpadały się, ale znikały. Zbiory zetlały doszczętnie w ogniu, który musiał je trawić wolno przez wiele dni. I nie było nawet trudno domyślić się, jak je zniszczono. Członkowie Brennkommando czy Vernichtungskommando albo jak tam jeszcze nazywano te organizacje państwa zbirów posiadali niewątpliwie rozległe doświadczenie fachowe. Nie zabrakło im również w pokonanej Warszawie czasu na wykonanie roboty. Wygarnęli książki spod stropu, oblali je benzyną i podpalili. Już ze stopą na gardle wypełniali wyrok zagłady wydany na sąsiedni naród. Mieściło się w nich obok ludobójstwa również książkobójstwo”. I za żaden z tych czynów nigdy nie ponieśli żadnej odpowiedzialności. Nie przeszkadza im to jednak, by dzisiaj pouczać nas o demokracji, prawach człowieka i wolności oraz przyznawać polskiej szefowej Sądu Najwyższego nagród za „niezłomność i odwagę cywilną, z którą broni nieodzownych warunków demokracji”. Nie to jest jednak w tym wszystkim obrzydliwe, że zbrodniarze rozdają nagrody, bo zbrodniarze czynili to zawsze, lecz to, że zawsze jest też ktoś, kto chętnie je przyjmuje.

Białogłowa

Słowo białogłowa to pospolita niegdyś nazwa kobiety w Polsce. Pochodzi od białego głowy zawicia czyli tak zwanej podwiki, a podwika była dużą chustą, zwykle z białego materiału, zasłaniającą szyję i boki twarzy, którą wiązano na czubku głowy i przykrywano drugą chustą lub czepcem. Doskonałą ilustracją tego, czym była podwika jest obraz Portret kobiety w podwice, flamandzkiego malarza Roberta Campin, zwanego również Mistrzem z Flémalle, tworzącego na przełomie XIV i XV wieku. Trudno nie przyznać, że podwika do złudzenia przypomina arabski hidżab.

Słowo kobieta, które jest w powszechnym użyciu dzisiaj, choć równie stare jak białogłowa, a może nawet znacznie starsze, było niegdyś obelżywym i pogardliwym, bowiem znaczyło mniej więcej tyle, co obecnie słowo samica.

Polska „elita”

Polakom od dziesiątków już lat, najpierw przez komunistów, obecnie przez liberałów, wmawia się, że wszyscy dookoła są lepsi. Nie wiem, czy istnieje jakaś prasa, poza prasą polską, która może poszczycić się taką ilością artykułów i artykulików, zapytań i informacji o tym, co inni myślą o nas, jak inni nas widzą, co sądzi się o nas za granicą, jak inni reagują na nasze decyzje czy ustawy, jak wyglądamy w oczach Francuzów, Pigmejów czy choćby świnek morskich. W Szwecji, kraju, gdzie obecnie mieszkam, nikogo nie obchodzi, co jakiś Papuas o nich pomyśli, powie czy napisze. Po prostu jest im obojętne, co Papuas o nich myśli. To, co Papuas, Francuz czy Pigmej o nich myśli jest sprawą Papuasa, Francuza czy Pigmeja. Szwedzi sami doskonale wiedzą, kim oni są i nie potrzebują masturbować się opiniami innych o sobie.

W Polsce jest inaczej. W komunizmie lepsi od nas byli nawet Rosjanie. Byli lepsi we wszystkim – w sporcie, w nauce, w literaturze, w polityce, nawet w piciu alkoholu. Dlatego lubiliśmy takich facetów jak Kozakiewicz, którzy nawet w paszczy krokodyla potrafili pokazać wała i nieco poprawić nasze samopoczucie. Po odwilży, a następnie przejęciu władzy przez pogrobowców komunizmu, gdy nie wypadało już pognębiać nas Rosjanami, pojawiła się technika dołowania nas ludźmi Zachodu, cywilizowaną i wysublimowaną zagranicą oraz kulturą europejską. Przyznano nam prawo awansu do grzędy wyżej i zaszczyt bycia lepszymi od Rosjan, ale wciąż powinniśmy mieć świadomość, że jesteśmy gorsi od ludzi Zachodu, że przerastają nas oni o wieki, że mamy pokornie przyjmować ich mądre słowa i pouczenia. Tak zwane polskie elity – a w polskim kontekście słowo to powinno się pisać w cudzysłowie, bo są to głównie aktorzy i statyści, wszelkiej maści subretki i amanci, pisarze z bożej łaski, marni dziennikarze, celebryci, znani wyłącznie z tego, że są znani, wszelkiej maści zapiewajła, politycy typu Biedronia i jego żony (czy odwrotnie, niestety, nie znam kolejności dziobania w takich konfiguracjach), infulencerzy, agenci wpływu i pożyteczni idioci – nieustannie straszą nas opiniami innych, lepszych od nas. Teraz już nie Rosjanie, ale Niemcy, Francuzi, Anglicy, Hiszpanie, Włosi i pozostałe nacje Europy są od nas lepsze i mają prawo nas karcić, prawić morały, udzielać przygan, upomnień i ostrzeżeń. Według naszych polskich „elit”, powinniśmy pilnie wsłuchiwać się w te głosy, brać je sobie do serca i starać się, starać i jeszcze raz starać, by do nich choćby trochę doskoczyć. Kiedy dokonamy czegoś sensownego, w polityce czy w ekonomii, a wystarczy, że jest to niezgodne z upodobaniami naszych „elit”, natychmiast pojawiają się dziesiątki informacji o tym, jak bardzo to rozbawiło, oburzyło, obraziło, czy dotknęło do żywego jakiegoś Szweda czy Papuasa. Jeżeli to nie wystarczy, poskarżą się w lewicowym kolegom z Unii Europejskiej, żądając kary. Nasze „elity” to pseudoelity, to ludzie, którzy nie wiedzą, skąd pochodzą i kim są – to najbardziej zadżumiona część polskiego społeczeństwa. Umówmy się, że ci wszyscy „oświeceni” aktorzy, jak Maciej Stuhr czy równie „oświecona” literatka jak Maria Nurowska, która pisze równie nędzne książki jak nędzne komentarze na Facebooku (Odbyłam dziś bitwę z trollami, przy okazji blokad miałam możliwość zobaczyć te twarze, a właściwie mordy. Oni mają ordynarne ryje i to wszystko elektorat PiS. A ich baby! Nie lepsze!) czy wielce „oświecony” dziennikarz Tomasz Lis, redaktor polskiej edycji Newsweeka, wydawanego przez niemieckie wydawnictwo Springera, to nie jest elita. To współczesne wydanie polskich arian, którzy – tak samo jak ich poprzednicy z siedemnastego wieku – chętnie pomogą w jakichś nowych planach rozbioru Polski, gdy tylko takie się pojawią. To nie jest elita i nie nazywajmy ich elitą. To pierroty, przebierańce i śmiszki. Prawdziwa polska elita spoczywa w piaskach Katynia, w bezimiennych grobach, w tundrach Syberii, w krematoriach niemieckich obozów zagłady.

Nie sądzę, by jakiś Szwed, Francuz czy Belg miało prawo nas pouczać czy upominać. To raczej my mamy takie prawo i byłoby dobrze, gdybyśmy zaczęli wreszcie z niego korzystać. Dla tych, którzy mają w tej sprawie wątpliwości, przypomnę tylko jeden fakt. W 1945 r. generał Charles de Gaulle dokładnie skopiował skuteczne działania Talleyranda z Kongresu Wiedeńskiego i dzięki temu podbita przez Niemców, kolaboracyjna Francja, łącznie z faszystowską filią La France de Vichy, organizującą obławy na Żydów (Obława Vel d’Hiv) nagle przemieniła się w dumną IV Republikę, zwycięską aliantkę, została zaproszona do stołu w Poczdamie, dostała francuską strefę okupacyjną Niemiec i Berlina i stosowne reparacje wojenne. Polskę natomiast, która nie poddała się nigdy, straciła miliony obywateli, walczyła na wszystkich frontach świata, wyzwalała Europę, między innymi także Francję, oddano w wieczystą dzierżawę Stalinowi, a polskim żołnierzom i generałom, po zdemobilizowaniu, nie zapewniono nawet godziwej odprawy. Warto o tym pamiętać. To nie my musimy się czegoś wstydzić.  

Czy na pewno „bracia polscy”

Arian polskich przedstawia się w naszej historii zwykle jako niewinne ofiary kontrreformacji i nasilających się prześladowań religijnych. Rzadziej wspomina się o tym, że byli oni wmieszani w polityczne rozgrywki, które mało miały wspólnego z religią, a w czasie „szwedzkiego potopu” stali się gorliwymi akolitami najeźdźców, współpracując między innymi przy traktacie z Radnot, pierwszej próby rozbioru Polski. Jak pisze Zygmunt Gloger w „Encyklopedii staropolskiej”: Gdy za Jana Kazimierza nastąpił najazd szwedzki, a Karol Gustav, król szwedzki, był jednym z głównych orędowników protestantyzmu w Europie, arjanie polscy popełnili ciężki błąd polityczny, stanąwszy po stronie najazdu i Karola, który, jak wszystkim było wiadomo, pracował nad planem rozbioru Rzplitej. Jenerał szwedzki Wirc, stojący załogą w Krakowie, miał głównych doradców z arjanów, którzy spełniali jego wszelkie tajemne zlecenia, wysyłani do Prus, Szląska i Węgier. Lubieniecki, Stegmon i Szlichtyng w pismach swoich dotykali Jana Kazimierza, który też, przystępując do odebrania Szwedom Warszawy, w czerwcu r. 1656 „ślub solenny uczynił wypędzenia arjanów z Polski”. Dziwić się więc należy nie temu, że zostali, jako zdrajcy i „piąta kolumna”, z Polski wypędzeni, ale temu, że odbyło się to w tak tolerancyjny sposób. Ciekawe, że ten sam nurt istnieje także i dzisiaj, gdy różni „bracia i siostry polskie” nawołują w Parlamencie Europejskim do karania swego kraju za to, że nie spełnia ich prywatnych oczekiwań oraz wymagań i najchętniej, jak M. Gretkowska, podzieliliby Polskę na Polskę A i Polskę B, czyli po wschodniej granicy pisowska dzicz, a po zachodniej oni, oświeceni liberałowie i intelektualiści.

Emocje

Dobrze wiemy, że wszystkie ssaki są wrażliwe na emocje innych ssaków, że potrafią okazywać coś w rodzaju czułości, domagają się tego i reagują na nasze emocje. Z tego powodu lubimy koty i psy. Zastanawia mnie, jakim typem człowieka są ci, którzy mają za zwierzęta domowe żółwie, pająki, jaszczurki czy węże.

Gloger

Potrzebowaliśmy wioślarza, więc nasz opiekun hotelowy przytrzymał zaraz na ulicy jakiegoś flisa, szukającego w mieście zarobku i przyprowadził do umowy. Flis był to człowiek średniego wzrostu i wieku, ciemny blondyn, barczysty, o przyjemnym wyrazie twarzy, bosy, w połatanej siermiędze z szarego samodziału, zażywający często tabakę z brzozowej tabakierki. Nazywał się Wiktor Mazurkiewicz, mówią czysto po polsku, był włościaninem i mieszkańcem z odległej o pół mili od Grodna, na granicy Królestwa położonej, wsi Łosośny. Miał żonę i kilkoro dzieci, a posiadając niewiele gruntu zajmował się orylką i ciesielką. Wziął nas za litewskich ziemian, prowadzących wiciny ze zbożem lub płyty drzewa Niemnem do Królewca, a dowiedziawszy się, że ani wicin, ani drzewa nie posiadamy, zaczął tak samo namawiać nas do podróży koleją. Faktor, który zdawał się być wtajemniczonym w naukowe cele naszej podróży, tłumaczył teraz orylowi, że panowie, gdy nie mają co robić, wymyślają sobie podobne wędrówki „dla rozweselenia swoich nudności”.

Zygmunt Gloger, „Dolinami rzek”. Druga połowa XIX wieku. Utrzymana w formie pamiętnika relacja z wyprawy po Niemnie, Wiśle, Biebrzy i Bugu, pisana z lekkością i humorem, w pięknym dziewiętnastowiecznym stylu, zawierająca bogactwo obserwacji, przesycona magią całkowicie zapomnianych już słów i sformułowań. Dla mnie Gloger (etnograf, folklorysta, krajoznawca, archeolog, historyk, numizmatyk, wydawca) pozostanie przede wszystkim twórcą Encyklopedii staropolskiej, ale Dolinami rzek udowadnia, że był także znakomitym pisarzem.

Mein Kampf

Allegro. pl. odmówiło ostatnio sprzedaży książki Rafała Ziemkiewicza Cham niezbuntowany. Znakomitej skądinąd. Natomiast można u nich nabyć bez problemu dziesiątki edycji Mein Kampf, znanego germańskiego twórcy o nazwisku Hitler, Adolf Hitler. Sprawdziłem. Wybór jest szeroki. Dostępne jest na przykład piękne wydanie z 1939 roku, za bzdurną cenę 3200 zł., z dostawą do domu. Dla kolekcjonerów i miłośników jego twórczości poleca się pierwsze wydanie tej powieści z roku 1925 za jedne (drobiazg!) 35 ooo zł., ale z autografem autora. Czyżby sprzedaż Mein Kampf była wskazana i usprawiedliwiona ze względu na jej humanitarne treści oraz pro-żydowskie sympatie?

Seks ośmiornic

Seks ośmiornic odbywa się bez zalotów. Przypomina dostawę towaru. Gdy samiec napotka partnerkę, stara się uplasować na niej lub obok, wyciąga swoje trzecie ramię, niczym rodzaj wysięgnika, a następnie przykleja partnerce pakiety nasienia. Po tym dystrybutorskim seansie, zwykle jedno czy dwugodzinnym, każdy z partnerów odpływa w swoją stronę. Samiec szuka innych kandydatek do zapładnia, a samica wypatruje samców, którzy dostarczą jej kolejne pakiety. Plemniki zdolne są zapłodnić od stu tysięcy do pół miliona jaj. Małe ośmiorniczki są początkowo wielkości pchły. Część z nich staje się pokarmem dla innych drapieżników, a te, którym udaje się przeżyć, rozpoczynają mokre, bezmyślne, samotne życie w głębinach morskich.

Gabrielli

Caterina Gabrielli to najwybitniejszy sopran XVIII wieku. Była też kobietą o wielkim uroku osobistym i silnym charakterze. Charles Burney, brytyjski muzyk i teoretyk muzyki, nazywał ją najbardziej inteligentnym i najlepiej wychowanym wirtuozem, z jakim kiedykolwiek się zetknął. Doskonałość jej kunsztu wokalnego potwierdza również i to, że była w stanie zapewnić sobie długoterminowe zaangażowanie w trzech najbardziej prestiżowych centrach operowych jej czasów poza Włochami, czyli w Wiedniu, Londynie i St. Petersburgu. Nicolas de Chamfort opowiada zabawną anegdotę o niej. Otóż, podobno zażądała ona pięć tysięcy dukatów od carycy Katarzyny za to, aby śpiewać dwa miesiące w Petersburgu. Odpowiedź carycy brzmiała: „Tyle nie płacę żadnemu z moich feldmarszałków.W takim razie, odparła Gabrielli, niech Wasza Cesarska Mość każe śpiewać swoim feldmarszałkom”. Caryca zapłaciła pięć tysięcy dukatów.

Prosty mechanizm

W sumie to prymitywnie prosty mechanizm: ludzie czują się upoważnieni do wyrażania swoich opinii o wszystkim i są przekonani, że wszystko wiedzą głównie z tego prostego powodu, że mogą mówić. Fakt, że nikt im nie zabrania zabierać głos nawet w sprawach o których nie mają najmniejszego pojęcia sprawia, że zaczynają nawet wierzyć, że wiedzą wszystko.

Zwyczajny faszyzm

W komunistycznej Polsce, jak we wszystkich pozostałych sowieckich lennach, wyrażanie swoich poglądów zawsze kończyło się tym samym: taka osoba szybko znikała z życia publicznego, a niekiedy znikała także fizycznie. W krajach zawirusowanych komunizmem, podobnie jak w germańskim raju Trzeciej Rzeszy, mogły istnieć tylko poglądy dozwolone. Żadne inne nie miały prawa bytu. Zazdrościliśmy zachodniej Europie, zazdrościliśmy całemu wolnemu światu, że może koegzystować głośno wyrażając i konfrontując swoje przekonania. Od pewnego czasu role odwróciły się. W zapisie Zamaskowany rasizm, sprzed paru tygodni, pisałem, że obecnie w Szwecji „prawdziwa demokracja” jest definiowana wyłącznie przez wielokulturowość, polityczną poprawność, liberalizm oraz relatywizm genderowy, że jakakolwiek dyskusja jest niemożliwa, z góry wykluczona, a każde inne stanowisko i każdy inny pogląd stemplowane są natychmiast jako rasizm i że stempel ten skazuje ofiarę na polityczny, socjalny, towarzyski, a niekiedy nawet zawodowy niebyt. Aktualnie doświadczył tego Alexander Bard, muzyk i pisarz, który na Twitterze skrytykował ruch Black lives matter twierdząc, że czarni, zamiast podpalać sklepy i niszczyć pomniki powinni raczej ostro zabrać się za naukę, pracę i przestać żyć z socjalnych zasiłków. W mediach, totalnie opanowanych przez medialnych świętych, niewinnych, dziewiczych i szlachetnych, zawrzało. Nie, nikt nie podjął z nim jakiejkolwiek polemiki, nikt nie przedstawił kontrargumentów, nikt nie postawił żadnych pytań. Natomiast kategorycznie zażądano jego głowy. Żądaniom świętoszkowato oburzonych miernot stało się zadość – z Bardem, jako jurorem w telewizyjnym programie Mam Talent zerwano kontrakt, o czym dumnie poinformowała rzeczniczka prasowa TV 4, a Partia Liberalna, której był członkiem, błyskawicznie usunęła go ze swoich szeregów. Wszystko w ciągu jednego dnia – podziwu godna maszyneria połączonych sił politycznej poprawności, silnego zaczadzenia alterocentryzmem i debilizmu. Pierwsze skojarzenie przywodzi na myśl słowo bolszewizm, ale myślę, że jest to zbyt umiarkowane i poczciwe określenie. To, co ma obecnie miejsce w Szwecji, i w całej bez mała Europie, to zwyczajny faszyzm.

Fikcja

Goci, Wandalowie, Gallowie, Frankowie, Wizygoci, Celtowie, którzy napłynęli do Rzymu u schyłku imperium, gdy formowała się nowa rzeczywistość, nie stali się Rzymianami, mimo przyznawanych im praw i przywilejów. Nie żywili wobec Rzymu żadnych sentymentów, nie czuli Rzymu i nie rozumieli rzymskich praw. Dopóki władza państwowa i armia były jeszcze względnie silne, częściowa romanizacja była jednak w jakimś stopniu możliwa, ale gdy nadszedł kryzys struktur politycznych i militarnych, gdy rozpoczął się rozkład społeczny, szybko okazało się, że ta integracja jest czystą fikcją. Integracja jest fikcją wszędzie i zawsze.

Policja

Nicolas de Chamfort „Charaktery i anegdoty”: „Musi policja być czymś bardzo strasznym, mówiła uciesznie pani de…, skoro Anglicy wolą złodziei i morderców. Dzisiaj tak samo można powiedzieć o Amerykanach i kilku innych nacjach, nie wyłączając Polaków. Postęp to iść do przodu cofając się.

Zaraza

Zaraza w Italii w roku 566 w niemal literackim opisie Pawła Diakona w jego „Historii Longobardów”: W tym czasie wybuchła ogromna zaraza – zwłaszcza w prowincji Ligurii. Niespodziewanie na domach, zwierzętach, naczyniach i odzieży ukazały się jakieś plamy, które, gdy chciano je zmyć, stawały się jeszcze bardziej wyraźne. Po upływie roku w narządach rodnych i innych delikatniejszych miejscach powstawały guzy wielkości orzecha lub daktyla, a następnie pojawiała się gorączka nie do zniesienia i w przeciągu trzech dni gasło życie w człowieku. Jeśli jednak ktoś przetrzymał okres trzydniowy, mógł żywić nadzieję na powrót do zdrowia. Wszędzie rozlegał się lament i płacz. Między ludźmi szerzyła się plotka, że ucieczka pozwała uniknąć nieszczęścia. Pozostawiano więc opustoszałe domy, których tylko psy pilnowały. Na pastwiskach zwierzęta pasły się same, bo nie było pasterzy. Mogłeś zobaczyć, jak wioski i miasta jeszcze dzisiaj pełne ludzi, następnego dnia, gdy wszyscy je opuścili, zamierały pogrążone w głuchej ciszy. Uciekali synowie porzucając nie pogrzebane zwłoki rodziców, rodzice, niepomni na swoje święte obowiązki, pozostawiali dzieci w gorączce. Jeśli ktoś przypadkiem przestrzegał dawnego zwyczaju i chciał pochować bliźniego, sam pozostawał nie pogrzebany; jeśli bowiem urządzał pogrzeb, tracił życie, jeśli zmarłemu oddawał należną posługę, jego zwłoki leżały bez posługi. Można by sądzić, że świat powrócił do pierwotnego stanu ciszy: nie słychać było żadnego głosu na polach, żadnego gwizdania pasterzy, żadnych dzikich zwierząt zasadzających się na trzodę, żadnego porwanego ptactwa domowego. Przejrzały zasiew na próżno oczekiwał żniwiarza; winny szczep utracił liście i złociły się nie tknięte winogrona, a już nadchodziła zima. Zarówno w czasie nocnych, jak i dziennych godzin rozbrzmiewała trąba bojowa i wielu słyszało jakby pomruk zbliżającego się wojska. Nigdzie nie było śladów przybywających ludzi, nigdzie nie widziano zabójców, a jednak wszędzie rzucały się w oczy trupy pomarłych. Pastwiska zamieniono na cmentarze dla ludzi, a siedziby ludzkie stały się schronieniem dzikich zwierząt.

Seks

Seks jest czymś w rodzaju nagrody pocieszenia za nasze krótkie życie. Aby uczynić nasze życie wiecznym, należałoby przestać rozmnażać się płciowo, a zacząć rozmnażać się przez pączkowanie, bowiem jedynie organizmy oparte na rozmnażaniu bezpłciowym mają szansę na wieczność. Minusem jest jednak to, że nie uprawiają seksu. Także i w naturze nic za darmo.

Mi, prezydent Dulkiewicz

Wciąż niedorzeczna burza wokół słów Andrzeja Dudy o byłych sędziach Sądu Najwyższego, których nazwał komuchami. Głos w tej sprawie zabrała też prezydent Gdańska, Aleksandra Dulkiewicz. Mi jest wstyd, że głowa państwa mojej Ojczyzny używa takich słów, mówiąc o trzeciej władzy w demokratycznym państwie prawa jak stanowi Konstytucja RP” – wyznała.

Mnie też jest wstyd, gdy osoby zajmujące stanowisko prezydenta miasta, choćby to było tylko miasto Gdańsk, formułują się językiem szumowin i żuli. Pani Dulkiewicz była najwyraźniej nieobecna na lekcjach gramatyki, gdy poruszano problem zaimków w naszym języku. Może więc nie byłoby tak całkiem od rzeczy, gdyby ktoś zechciał jej przypomnieć, że zaimek ja ma dwie formy celownika: akcentowaną mnie i nie akcentowaną mi. Na początku zdania zawsze używa się tylko formy akcentowanej, podczas gdy nieakcentowanego mi użyjemy jedynie w środku zdania, np. Podaj mi podręcznik do gramatyki albo Oddaj mi przysługę i mów poprawnie. Używanie formy mi na początku zdania jest nie tylko niepoprawne. Jest to wyjątkowo prostacki i wulgarny kolokwializm. Mi się to podoba czy Mi się tak nie wydaje jest być może stosowne pod budką z piwem, ale na pewno nie w prasie czy mediach. Chyba, że jesteśmy z rodziny gdańskich misiów i mamy na nasze usprawiedliwienie fakt, że tego w Szkole Podstawowej nr 50 im. Emilii Plater nigdy nie uczono. 

Wybrańcy losu

Od ponad trzydziestu lat żyję w świecie bezpiecznym i śmiertelnie nudnym. Nie ma w nim ani odrobiny siły, ognia, głębi, ekspresji, pasji, ostrości, intensywności, buntu, żadnej drapieżnej myśli. Nie ma w nim wielkich nieszczęść, nie ma też i szczęścia; jest mdławe i horyzontalne. Powinienem uznawać się za wybrańca losu, bowiem były epoki, gdy gwałt odciskał się na życiu człowieka od momentu jego urodzin do śmierci. Szczęśliwie mnie to nie dotyczy. Ciebie także nie. Nas to ominęło. Ale czy jesteśmy z tego powodu szczęśliwsi? Czy nasze życie jest przez to pełniejsze? W zeszłym tygodniu w saunie, w sąsiedniej kabinie, ktoś prowadząc rozmowę telefoniczną powiedział: Ale co my w naszym bezpiecznym życiu tak naprawdę możemy? Pieprzyć się i zarabiać pieniądze, przy czym to drugie robimy z dużo większą pomysłowością i entuzjazmem niż to pierwsze.