Olivetti

Zastanawiałem się niedawno, czy produkuje się jeszcze maszyny do pisania. Refleksja pojawiła się przy okazji porządków w piwnicy, gdy w pewnym momencie natrafiłem na tajemniczy karton, starannie i szczelnie opakowany, dodatkowo zabezpieczony czarną, grubą folią. Nie mogłem przypomnieć, co może zawierać. Po otwarciu okazało się, że przechowuje moją ostatnią maszynę do pisania, piękną, elektryczną Olivetti, której cichy, łagodny pomruk prawie mnie usypiał, ale gdy zaczynałem pisać jej czysty i wyrazisty ton brzmiał niczym najpiękniejsza etiuda. Byłem z niej dumny, nawet siedząc nad pustą kartką papieru. Podobała mi się jej czcionka, pospolity, ale zgrabny jedenastopunktowy Times New Roman, miękka i uległa klawiatura, wrażliwa jak klawisze dobrze nastrojonego fortepianu, i nie przeszkadzała mi wcale jej nieco toporna bakelitowa obudowa. Nasza „przyjaźń” nie trwała jednak długo. Wkrótce potem pojawiły się komputery i choć przez pewien czas uparcie odmawiałem im jakichkolwiek zalet, poddałem się w końcu i skapitulowałem. Szybko też odkryłem, jak bardzo są funkcjonalne i wygodne, zwłaszcza przy edycji tekstu. Olivetti, troskliwie opakowana, przez długi jeszcze czas przechowywana w domu, przy kolejnej przeprowadzce niepostrzeżenie przeniosła się do piwnicy. Wspominałem o niej coraz rzadziej, znacznie częściej, z sentymentalnych powodów, powracając pamięcią do mojej pierwszej maszyny do pisania, przerobionej, starej i zacnej Haldy, przypominającej wyglądem pokraczny pruski hełm.

Przeczytałem kilka dni temu, że firma Godrej and Boyce, ostatnia firma na świecie, która zaopatrywała w nowe maszyny do pisania, definitywnie zakończyła ich produkcję. Ale prawdziwy pogrzeb maszyn do pisania odbył się na sali sądowej już w lipcu 1995 roku. Firma Smith Corona, jeden z największych producentów amerykańskich, ogłosił wtedy bankructwo. Sędzia, zastanawiając się nad planem ratunkowym zadał prezesowi firmy pytanie: „Ile czasu potrzebuje firma, żeby znowu stanąć na nogi?”. Odpowiedź prezesa brzmiała: „Ile czasu? Przecież czas to nasz największy wróg”. Sędzia szybko i dyskretnie zamknął rozprawę, zamykając tym samym piękny, ponad stuletni rozdział w dziejach cywilizacji.

Policjant

Podobno kiedy brakuje religii, gdy jesteśmy przekonani, że nie ma nieba, piekła ani boga, żadnego policjanta patrzącego na nas z góry, znacznie mniej przejmujemy się tym, by żyć zgodnie z prawem. Ten sam mechanizm co z jazdą samochodem: wiemy, że powinniśmy przestrzegać przepisów ruchu drogowego, ale kiedy mamy okazję i pewność, że nikt nie widzi – wtedy chętnie i często przekraczamy prędkość. Bóg to zwykły policjant.

Żyć to oceniać

Nie cierpię hipokrytów i obłudników, którzy zapewniają nas, że oni nie oceniają niczego i nikogo, że nie zajmują żadnego stanowiska, że nie dokonują żadnych wartościowań i nigdy niczego i nikogo nie podsumowują. Żyjąc jesteśmy nieustannie atakowani bodźcami z otaczającego nas świata. To zmusza każdego z nas do podejmowania niezliczonych, a bardzo często błyskawicznych decyzji ze zbożną nadzieją, że większość z nich okaże się słuszna. Immanentnym elementem tego procesu jest przypisywanie wartości rzeczom, ludziom, ideom, pomysłom i rezultatom. Podejmowanie decyzji to nic innego więc jak zajmowanie stanowiska, opisywanie się wobec danych faktów czy sytuacji, a od tego nie ma ucieczki tak długo jak żyjemy. Ci, którzy mówią „ja nie oceniam niczego”, kłamią. Nie można żyć i nie oceniać, nie da się żyć i nie oceniać. Każdym naszym słowem, każdą decyzją, każdym wypowiedzianym zdaniem dokonujemy oceny świata.

Wolter

Chamfort „Charaktery i anegdoty”: Pan de Voltaire rozmawiał raz z księżną de Chaulnes; ta, wśród pochwał, jakimi go obsypała, kładła szczególny nacisk na harmonię jego prozy. Naraz Wolter rzuca się do jej stóp: „Och, pani, ja żyję ze świnią, która nie ma ucha, która nie wie, co to harmonia, miara, etc… „Ta świnia”, o której mówił, to była pani du Châtelet, jego Emilia!

Obrzydliwa służalczość głównej ikony Oświecenia. Émilie du Châtelet to jego przyjaciółka i kochanka. Przetłumaczyła „Eneidę”, umiała na pamięć długie ustępy z Horacego, studiowała pisma Cycerona. Wszechstronnie wykształcona i bardzo uzdolniona, zajmowała się fizyką i matematyką, ustaliła wzór na energię kinetyczną, przewidziała zjawisko promieniowania podczerwieni, jedna z najwybitniejszych kobiet XVIII wieku. Bezpruderyjność tamtej epoki mogłaby zdeklasować nawet chamstwo naszej.

Milet

Milet. Tales, Anaksymenes, Anaksymander, ale również Arystydes, twórca noweli, autor nie zachowanego, niestety, zbioru frywolnych opowiadań erotycznych Opowieści milezyjskie, które wywarły wpływ na twórczość Petroniusza i Apulejusza. A więc Milet, jońscy filozofowie przyrody, podstawy geometrii, ale i olisbos, bo Milet znany był z produkcji i eksportu na całą grecką oikumene sztucznych fallusów, bardzo wówczas cenionych ze względu na ich wysoką jakość. Wykonywano je tu w wielu wariantach, z kamienia, drewna, wygarbowanej skóry, a docierały nie tylko do zamożnych miast Pontu, ale i do najodleglejszych wsi i miasteczek Peloponezu. Milet. Ruiny starożytnego amfiteatru, i drugi, odległy amfiteatr, kolista linia wzgórz, otaczających Milet niczym wysokie i wygodne ławy na których zasiadali antyczni bogowie, obserwując nasze dramaty i komedie. Dzień był pochmurny, ciepły, przesycony wilgocią, milezyjski. Nasz umysł jest przekorny.

Nieszpory efeskie

Mitrydates VI Eupator, król Pontu, dokonał pierwszej wielkiej czystki etnicznej w dziejach. Jest rok 88 przed naszą erą. Mitrydates wysyła tajne polecenie do wszystkich satrapów i władz miejskich, aby – jak pisze Appian z Aleksandrii w „Historii Rzymskiej – po upływie 30 dni wszyscy równocześnie uderzyli na Rzymian i Italików, żony ich, dzieci, tudzież wyzwoleńców pochodzenia italskiego, zabili ich i ciała nie pogrzebane porzucili, mienie zaś ich podzielili między siebie i króla Mitrydatesa. Równocześnie wyznaczył kary za ich pogrzebanie lub ukrywanie oraz nagrody dla donosicieli i tych, co zabijają ukrywających się. Niewolnikom, którzy zdradzą lub zabiją swoich panów, obiecał wolność, a dłużnikom połowę tego, co byli winni wierzycielom. Rozkazy te rozesłał Mitrydates w tajemnicy wszystkim w tym samym czasie. Kiedy więc nadszedł dzień wyznaczony w całej Azji rozgrywały się różne żałosne wydarzenia. A oto niektóre z nich. Efezyjczycy wywlekli i pozabijali tych, którzy w świątyni Artemidy szukali schronienia, mimo, że się uczepili posągów bogów. Pergamończycy tych, którzy uciekli do świątyni Asklepiosa i nie chcieli ustąpić, lecz uczepili się posągów, pozabijali strzałami z łuków. Adramytteńczycy mordowali wchodząc w morze tych, którzy chcieli ujść wpław, a dzieci topili. Kaunijczycy, którzy po wojnie z Antiochem byli poddanymi Rodyjczyków i przez Rzymian niedawno zostali oswobodzeni, Italów chroniących się u ołtarza Westy w gmachu posiedzeń rady oderwali od ołtarza bogini, zabijali najpierw dzieci w oczach matek, następnie same matki i w końcu ich mężów. Mieszkańcy miasta Tralles pragnąc się uchylić sami od dokonania tego srogiego czynu wynajęli do jego przeprowadzenia dzikiego człowieka, Paflagończyka Teofila. Ten spędził ich do świątyni Zgody i tu zaczął rzeź, przy czym niektórym czepiającym się posągów bogów odrąbał ręce. 

Z zimną krwią wymordowano ponad 80 tys. ludzi. Według wielu innych źródeł cyfra była znacznie wyższa i przekroczyła 150 tys. pomordowanych.

Raj obiecany

Biologicznie rzecz biorąc raczej nie jesteśmy stworzeni do bycia multikulturowymi. Obcowanie z innymi ludźmi, nawet z własnego kręgu kulturowego, rzadko bywa łatwe i – jak głosi stare przysłowie – potrzeba co najmniej beczki soli, by poznać się i zaakceptować wzajemnie. Nasze więzi z innymi są tym silniejsze, im więcej z nimi dzielimy, a jak wiele dzielimy z ludźmi z innych kultur? Naturalnie, poza wspólną nam, czysto fizyczną kondycją bycia człowiekiem. Niewiele. Zgoła nic. Wielokulturowość może jednak sprawiać, że życie stanie się ciekawsze. Pod warunkiem wszakże, że wszyscy zgadzamy się co do tego, jaki jest cel takiej wspólnoty, jaką chcemy nadać jej formę, jak to osiągnąć i jak uczynić to w miarę skutecznie. I to brzmi już jak mrzonka, niestety. Zawsze bowiem istnieją tacy, którzy – gdy pozostawić im prawo wyboru – nie tylko nie zamierzają asymilować się czy integrować, ale woleliby urządzić świat na własną modłę. Może nie ma to wielkiego znaczenia dopóki jest ich niewielu, ale gdy ich liczba zwiększy się, poczują się silniejsi, i pojawi się jakieś choćby mgliste „historyczne przyzwolenie”, wtedy zamiast obiecanego wielokulturowego Raju mamy zwykle wielokulturowe Piekło, jak już wiele razy w naszych dziejach.  

Joshua Bell

„The Washington Post” przeprowadził ciekawy eksperyment: Joshua Bell, wybitny muzyk, na którego występy ludzie kupują bilety za setki dolarów, stanął przy wejściu do nowojorskiego metra i przez czterdzieści pięć minut dał darmowy koncert utworów Bacha (nota bene: na skrzypcach wartych trzy miliony dolarów). Tłumy ludzi przechodziły obok niego obojętnie, nikt nie przystanął, nikt go nie rozpoznał, nikt nie dosłyszał w jego wykonaniu wirtuozerii i mistrzostwa – nie odbieramy już na częstotliwościach aż tak subtelnych. Dobra muzyka stała się czymś w rodzaju ultradźwięków. Jest dla nas nieosiągalna. Powoli zaczynamy przypominać ślimaki.

Mózg

Wątpię, by komukolwiek kiedykolwiek udało się powiedzieć do własnego mózgu „zamknij się i idź spać”. Wątpię, bo mózg najwyraźniej nie ma żadnego szefa, nie ma żadnego centrum dowodzenia, działa na zasadzie Internetu. Nie ma też żadnego dowództwa w interakcjach między mózgiem a umysłem, czyli energią generowaną przez miliardy połączeń naszych neuronów. Mózg to hardware, a umysł to software. Za nasze zachowanie obarczamy dzisiaj mózg, ale może jest całkiem inaczej. Może nasz umysł, wygenerowany przez fizyczne procesy mózgu, ogranicza mózg w identyczny sposób jak korek uliczny auta, które go spowodowały? Błyskawica nie jest przecież samym wyładowaniem atmosferycznym – jest epifenomenem, zjawiskiem wtórnym. Może nasza świadomość jest także tylko epifenomenem.

Kaukokaipuu

Czy można tęsknić za miejscem w którym nigdy nie byliśmy? Można. Kiedy myślę o Grecji zawsze tęsknię do miejsc w których nigdy jeszcze nie byłem. Finowie wyrażają to uczucie słowem kaukokaipuu – tęsknota do miejsca, w którym nigdy nie byliśmy. Byłoby przydatne, gdyby nie nadmiar wyniosłych i apodyktycznych samogłosek. Portugalskie saudade ma inny odcień. Wyraża melancholijną tęsknotę za kimś lub za czymś, co znajduje się daleko lub co się zgubiło. Pobrzmiewa w nim i rezygnacja i nie całkiem zdrowa przyjemność, czerpana ze wspomnień.

Liście z drzewa Isztar

Czasem skłonny jestem uwierzyć w to, że talent literacki, ten wyjątkowy dar, wcale nie polega na wymyślaniu światów, których nie ma, lecz na jakimś szczególnym słuchu, który pozwala twórcy usłyszeć słowa, które gdzieś już istnieją – genialni pisarze to może ci, którzy słyszą te szepty najwyraźniej, zapisują najdokładniej. Liście z drzewa Isztar.

Paweł Diakon

Paweł Diakon, Historia Rzymska i Historia Longobardów. Chwilami irytujące zdania parataktyczne, niemal dziecinna łatwowierność, naiwność, i wszechobecny point of view zakonnika dla którego dzieje są jedynie realizacją planu bożego. Bliższy Origines Katona, bliższy legendzie i anegdocie niż historii, zwłaszcza w ponurych dziejach skandynawskich Germanów, Longobardów. Prekursor braci Grimm.