Biologicznie rzecz biorąc raczej nie jesteśmy stworzeni do bycia multikulturowymi. Obcowanie z innymi ludźmi, nawet z własnego kręgu kulturowego, rzadko bywa łatwe i – jak głosi stare przysłowie – potrzeba co najmniej beczki soli, by poznać się i zaakceptować wzajemnie. Nasze więzi z innymi są tym silniejsze, im więcej z nimi dzielimy, a jak wiele dzielimy z ludźmi z innych kultur? Naturalnie, poza wspólną nam, czysto fizyczną kondycją bycia człowiekiem. Niewiele. Zgoła nic. Wielokulturowość może jednak sprawiać, że życie stanie się ciekawsze. Pod warunkiem wszakże, że wszyscy zgadzamy się co do tego, jaki jest cel takiej wspólnoty, jaką chcemy nadać jej formę, jak to osiągnąć i jak uczynić to w miarę skutecznie. I to brzmi już jak mrzonka, niestety. Zawsze bowiem istnieją tacy, którzy – gdy pozostawić im prawo wyboru – nie tylko nie zamierzają asymilować się czy integrować, ale woleliby urządzić świat na własną modłę. Może nie ma to wielkiego znaczenia dopóki jest ich niewielu, ale gdy ich liczba zwiększy się, poczują się silniejsi, i pojawi się jakieś choćby mgliste „historyczne przyzwolenie”, wtedy zamiast obiecanego wielokulturowego Raju mamy zwykle wielokulturowe Piekło, jak już wiele razy w naszych dziejach.
Dzień: 2020-06-04
Joshua Bell
„The Washington Post” przeprowadził ciekawy eksperyment: Joshua Bell, wybitny muzyk, na którego występy ludzie kupują bilety za setki dolarów, stanął przy wejściu do nowojorskiego metra i przez czterdzieści pięć minut dał darmowy koncert utworów Bacha (nota bene: na skrzypcach wartych trzy miliony dolarów). Tłumy ludzi przechodziły obok niego obojętnie, nikt nie przystanął, nikt go nie rozpoznał, nikt nie dosłyszał w jego wykonaniu wirtuozerii i mistrzostwa – nie odbieramy już na częstotliwościach aż tak subtelnych. Dobra muzyka stała się czymś w rodzaju ultradźwięków. Jest dla nas nieosiągalna. Powoli zaczynamy przypominać ślimaki.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.