Nogi Bońka

„Prezydent Polski dzisiaj może być wybrany głosami ludzi środowiska wiejskiego, głosami emerytów i ludzi z podstawowym wykształceniem. To chyba trochę dziwne w tak pięknym i rozwijającym się kraju jak nasza Polska” – wyznał dzisiaj, już w dzień po pierwszej turze wyborów prezydenckich, szef polskiego futbolu Zbigniew Boniek.

Komentarz jest zbyteczny, ale interesujące byłoby otrzymać od p. Bońka odpowiedź na dwa pytania: 1/ czyimi głosami miałby według niego być wybierany Prezydent Polski i skąd tyle pogardy dla ludzi ze wsi, emerytów i ludzi z wykształceniem podstawowym? 2/ za kogo to uważa się Zbigniew Boniek – za intelektualistę? arystokratę? naukowca? wybitnego specjalistę do zagadnień społecznych? filozofa? za kogo uważa się człowiek, którego najważniejszym, jeśli nie jedynym, „intelektualnym” atutem były, i wygląda na to, że wciąż są, jego nogi? Polska musi być krajem wybitnej tolerancji, jeżeli ludzie, którzy bezpodstawnie uważają się za lepszych, mogą bezkarnie wygłaszać takie opinie. Przekonanie o cudzej niższości budzi i usprawiedliwia pogardę, poczucie, że w stosunku do owej niższej jednostki czy też grupy wszystko wolno i wszystko jest dozwolone. To diametralnie różna postawa od tej, gdy żywimy przekonanie, że to my jesteśmy lepsi, niż przekonanie, że inni są gorsi. W pierwszym przypadku, aby być w zgodzie ze swoimi poglądami, musimy się starać wciąż na nowo udowadniać, że to my jesteśmy lepsi, absolutnie nie dbając o to, że inni mogą być gorsi. W drugim natomiast budujemy samych siebie starając się udowodnić, że inni są gorsi i bezwartościowi. Przekonanie o własnej wyższości, powołaniu, nakłada liczne i uciążliwe obowiązki. Nie ma takich obowiązków, gdy się innymi gardzi i uważa za ludzi niższej kategorii. Pierwsza postawa budzi dumę. Druga tylko nienawiść. W pierwszym przypadku mamy imperializm angielski, a w drugim – zwyczajny faszyzm.

Once Upon a Time in Hollywood

Tarantino Once Upon a Time in Hollywood. Pierwszy prawdziwie dojrzały film tego reżysera. Imponująco rozprawia się w nim z pokutującą wciąż jeszcze legendą hippisów (przedstawiając ich jako stado odmóżdżonych baranów, jakimi w istocie byli), bezlitośnie kpi z innej legendy tamtego czasu, czyli Bruca Lee, ośmiesza Sharon Tate, chwilami bliską już beatyfikacji. Znakomicie odtworzone realia epoki, świetnie dobrane nostalgiczne piosenki (Neil Diamond, Simon i Garfunkel), mistrzowsko wplecione w fabułę fragmenty spaghetti westernów, a wszystko w oprawie pocztówkowych, nasyconych pastelami ujęć, co dobrze ilustruje nierealne, papierowe Beverly Hills. To film, który chce się obejrzeć raz jeszcze.