Niemiecka pamięć

Prezydent Niemiec w przemówieniu z okazji 75 rocznicy ponownego utworzenia Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Berlinie powiedział, że „nasza polityka zagraniczna nie stanie się bardziej przekonująca, jeśli nie nazwiemy łamania prawa międzynarodowego łamaniem prawa międzynarodowego”. Ta wojna jest sprzeczna z prawem międzynarodowym, nie ma co do tego wątpliwości. Miał na myśli, co łatwo odgadnąć, działania wojenne wobec Iranu, największej po Rosji terrorystycznej organizacji na świecie.

Bardzo lubię, gdy Niemcy bełkoczą coś o przestrzeganiu praw międzynarodowych. Jest to naród, który ma fenomenalnie selektywną i krótką pamięć – podejrzewam, że nawet guźdzce, ssaki z rodziny świniowatych, uchodzące za zwierzęta o skrajnie krótkiej, kilkusekundowej pamięci, przy Niemcach mogłyby uchodzić za wyjątkowo dobrze obdarzone w tym względzie. Szkoda, że Max-Planck-Gesellschaft zur Förderung der Wissenschaften jak dotychczas nie podjął żadnych badań na ten temat.

Typajon

Przy drodze do Olimpii znajduje się wzniesienie o nazwie Typajon. Leży w odległości dwóch kilometrów na południowy wschód od ruin Olimpii, bywa określane jako klif i jest podobno widoczne z terenu wykopalisk. Kiedyś miało dość wysokie i strome zbocza. Zgodnie z prawem Elejczyków każda kobieta przyłapana w Olimpii podczas igrzysk, miała być stracona przez zrzucenie jej właśnie z tego miejsca – poza dziewicami, których zakaz uczestnictwa w zawodach nie dotyczył. Typajon ma więc nieco ponurą sławę, chociaż absolutnie niezasłużenie, bowiem kroniki nie odnotowują ani jednego przypadku wykonania tej kary. Nic tego nie potwierdza, może poza legendą o Kallipateirze, która podobno przebrana za trenera przedostała się na stadion, by zobaczyć występ swego syna. Jednak i jej, ze względu na wielkie sportowe zasługi jej rodziny, darowano życie.

Zawsze chciałem wspiąć się na Typajon, tyle razy byłem w Olimpii, tak blisko, prawie na rzut kamieniem, i nigdy tam nie dotarłem. Co sprawia, że tak konsekwentnie omijamy miejsca do których pragniemy dotrzeć?

Ogień i uczucia

Każdy pożar jest mniejszą czy większą katastrofą. Często bywa również tragedią, ale – choć brzmi to może paradoksalnie – jednym z pierwszych etapów opanowania ognia jest umiejętność wzniecania pożaru. Panujemy nad ogniem dopiero wtedy, gdy umiemy już nim manipulować.

Identycznie jest z naszymi uczuciami, które często mają moc równie niszczycielską jak ogień. Pierwszym etapem panowania nad nimi jest umiejętność ich wzbudzania – dopiero potem uczymy się nimi manipulować.

Lokalna zbrodnia na Ukrainie

Edward Prus, „Legenda Kresów”, Wrocław 1995: „Bojówka czoty UPA otoczyła dom, w którym znajdowała się rodzina składająca się z 18-letniej córki, jej matki i dziadka. Dziewczyna skłoniła dziadka, by ukrył się w kuchni, w piecu chlebowym, sama zaś z matką ukryła się na strychu. Mołojcy z Ukraińskiej Powstańczej Armii dopadli je na strychu, zwlekli do kuchni, zdarli z nich odzienie, przybili dłonie matki do futryny drzwi i na jej oczach kolejno gwałcili jej córkę. Następnie obcinali członki ciała dziewczyny i rozwieszali je na ścianach, na świętych obrazach. Krwią z ofiary napisali na ścianie „śmierć Lachom”. Po zamordowaniu dziewczyny zabrali się do umęczenia jej matki, zadali jej, jak później stwierdzono 66 pchnięć nożem, tak aby długo cierpiała. Obecności dziadka w piecu chlebowym nie odkryli, stąd ta szczegółowa relacja.”

Ołeksandr Ałfiorow, szef ukraińskiego IPN, wydał w tym miesiącu oświadczenie w którym nazywa tragedię wołyńską „jedną z państwotwórczych narracji Polski”. Dodał też, że „dla większości Ukraińców zbrodnia wołyńska to tylko lokalny epizod historii, ponieważ miała miejsce wyłącznie na Wołyniu”. Ten „lokalny epizod historii” w najokrutniejszy sposób pozbawił życia ponad 100 tys. ludzi. Czy „lokalna” zbrodnia przestaje być zbrodnią? Czy posługując się tego typu rozumowaniem mamy też uznać, że rosyjska zbrodnia w Buczy z polskiego punktu widzenia jest jedynie pozbawionym znaczenia „lokalnym epizodem historii”?

Schinus peruwiański

H. Sienkiewicz w swoich wspomnieniach z pobytu w Atenach pisze: „Wjeżdżałem do miasta koło Akropolu i Olimpijonu, przez bulwar panhelleński, który jest jedną zieloną wstęgą. Pieprzowe drzewa, o jasno-zielonych delikatnych listkach, przypominają wierzby płaczące i nadają tej drodze wiosenny, majowy pozór”. I w innym miejscu: „Główna droga idzie do dworca kolei, leżącego na końcu ulicy Hermesa, ale w pobliżu miasta powóz skręca na prawo i wjeżdżamy na bulwar, wysadzany pieprzowemi drzewami”.

Wymienione wyżej drzewa pieprzowe istotnie można spotkać w Grecji, zwłaszcza w Atenach, jako drzewo ozdobne, ale przede wszystkim zacieniające. Jest to gatunek znany jako Schinus peruwiński (Schinus molle), często określany jako „fałszywe drzewo pieprzowe”. Są to zimozielone drzewa o płaczącym pokroju (istotnie przypominającym naszą wierzbę), osiągające do 10-15 metrów wysokości. Wiosną kwitną na biało i żółto, a jesienią pojawiają się na nich charakterystyczne małe, czerwono-różowe owoce. Liście, jak i owoce wydzielają po roztarciu dość intensywny, pieprzowy aromat. Owoce te są źródłem tzw. różowego pieprzu. Drzewa pieprzowe preferują słoneczne miejsca i są odporne na suszę, co czyni je idealnymi dla klimatu greckiego. Schinus peruwiański jest traktowany w Grecji jako neofit.

Bizantyjski socrealizm

Nigdy nie byłem i nadal nie jestem w stanie zachwycić się sztuką bizantyjską i nie rozumiem tych, których ona zachwyca. Odstręcza mnie jej schematyzm i żałosne ubóstwo przedstawień. Postacie rozrysowane są na nienaturalnie płaskich przestrzeniach, całkowicie pozbawionych głębi i perspektywy – wszystko to czyni tę sztukę zgrzebną, par excellence prymitywną, a tym samym kompletnie nieinteresującą. Ikony, ikony, ikony, nie oszukujmy się – ikony posiadały charakter głównie religijny i polityczny, a nie estetyczny. Były wyrazem oficjalnej propagandy zwycięskiej religii, ich zadaniem była gloryfikacja życia „świętego” oraz wspieranie nowego chrześcijańskiego ładu. Ikony, ich ograniczona i płytka tematyka, to przejaw tego samego zjawiska, które wiele wieków później pojawiło się w postaci realizmu socjalistycznego.  

Łóżka i sny

Każdy okręt ma swoją wyporność. Wypornością łóżek jest ilość zawartych w nich snów. Są łóżka o małej wyporności snów i są wśród nich wielotysięczniki. Przy zakupie łóżek należy więc pamiętać, że siła wyporu jest równa objętości wypieranych snów, przy czym panuje tu zasada odwrotności. Łóżka o dużej wyporności snów wypierają duże ich ilości, przez co łatwiej i stabilniej jest utrzymać się na ich powierzchni, ale wykorzystają znaczną objętość i przez to wyczerpują się szybciej. Z tych samych powodów nie należy też łóżek dzielić z kimś innym – ilość snów wyczerpuje się w dwójnasób. Wtedy leżymy na łóżku jak na olbrzymiej tratwie, która dryfuje po bezkresach martwych snów, unoszona przez nigdy niekończącą się bezsenność.  

Meczet pod Wawelem

Islamska fundacja Al-Fadżr rozpoczęła publiczną zbiórkę pieniędzy na budowę przy ul. Dworskiej  w Krakowie meczetu. Jak zwykle przeciwnicy tej inicjatywy protestują, a tzw. liberałowie argumentują, że wszystkie religie są równoprawne. Czy rzeczywiście wszystkie religie są równe, a tym bardziej równoprawne? Żyjemy w demokracji, jakakolwiek ona jest, a sensem politycznym demokracji jest samorządzenie. Aby to mogło być realne, potrzebna jest pewna grupa ludzi, którą łączą wspólne interesy i wspólne sprawy do rozwiązania, potrzebna jest więc wspólnota celów i interesów. Jednak w momencie, gdy w jakiejkolwiek wspólnocie pojawiają się muzułmanie, znikają wspólne interesy i wspólne cele. Muzułmanie mają własne interesy i własne cele i są one absolutnie niekompatybilne, nie do pogodzenia z interesami tych, którzy do muzułmańskiej społeczności nie przynależą. Europejczycy, a tym i Polacy, wydają się nie wiedzieć lub nie chcą wiedzieć, że islam jest systemem społecznym opartym na religii, a ta nie uznaje żadnych kompromisów. Islamu zmienić nie można, a więc wszystko inne musi być zmienione w islam. W niektórych krajach Europy już o tym wiedzą, w innych ledwo przeczuwają, ale mleko już się rozlało, procesu nie da się zatrzymać, Europejczycy zastawili na samych siebie dość prymitywną, ale wysoce skuteczną pułapkę. Rozwiązaniem byłby może Charles Martel, albo choćby Sobieski, ale takie rzeczy raczej nie zdarzają się dwa razy w tej samej opowieści.

Grzeczność

Za przejaw grzeczności uważa się niewykonywanie żadnego śpiesznego gestu – uwaga ta, pochodząca z kręgów japońskich mistrzów ikebany, jest kwintesencją prostego w istocie ciągu myślowego. Gesty „śpieszne”, niezależnie od bodźca, który je prowokuje, sprawiają zawsze wrażenie nieco nerwowych, wtórnie kojarząc się nawet z łapczywością lub zachłannością, a te cechy zdecydowanie nie plasują się wśród synonimów słowa „grzeczność”. Raczej przeciwnie. A więc, umiejętność powstrzymywania się od gestów śpiesznych z całą pewnością może być uznana za przejaw grzeczności.  

Rok 476

Kazimierz Morawski o Imperium Rzymskim z przełomu V i VI wieku: Wśród łoskotu walącego się świata jedni bawili się na zabój, aby zagłuszyć w sobie wszelkie wyrzuty, czy strachy; inni z obojętnością bezkrwistą marnieli w gruzach. Inni znowu uciekali od świata ginącego, w którym czuli się obcymi i który za obcy sobie ogłaszali, aby w odosobnieniu lub pustelni pędzić życie. Klasztory i anachoretyzm zaczęły w piątym wieku krzewić się na dobre. Rok 476 pogrzebał i usunął zachodnie państwo i obdarł ostatecznie z tylowiecznego znaczenia dawną stolicę świata.

Nasz świat

Jesteśmy przekonani, że my i nasi współcześni – nawet gdy dzieli nas status, wykształcenie czy społeczna pozycja – żyjemy jednak dokładnie w tej samej rzeczywistości, w tych samych czasach. To wydaje się oczywiste, aczkolwiek wcale takie nie jest. Prawdą jest, że w każdym społeczeństwie funkcjonuje wiele różnych światów, które – mimo że istnieją paralelnie – nie  spotykają się nigdy i nigdy na siebie nie zachodzą. Dobrze ilustruje to Aldous Huxley w swoim eseju o filozofie Maine de Biran, który nie tylko uchodził za wielkiego miłośnika muzyki, ale i był nim w istocie. W tej samej epoce żył i tworzył Mozart, starszy od de Birana o dziewięć lat oraz Beethoven, o cztery lata od niego młodszy, a mimo tego de Biran w swoich pamiętnikach ani razu nie wymienia żadnego z tych nazwisk. W jego świecie ludzie ci po prostu nie istnieli. W pamiętnikach najciekawsze jest więc może nie tyle to, co w nich jest, co to, czego w nich nie ma. To mówi więcej o naszym świecie. Teraz spróbuj sobie wyobrazić, jaki świat ujrzy ktoś, kto za dwieście czy trzysta lat będzie czytał twoje pamiętniki.

Przyzwoitość

Być może najtrwalszym i najsolidniejszym budulcem tego, co nazywamy cywilizacją jest po prostu przyzwoitość. Nie wszystkie nasze mniej czy bardziej fikcyjne prawa, niedorzeczne obowiązki, nie Kościół, nie religia, nie państwo, nie dekalogi – lecz przyzwoitość.

Sienkiewicz w Atenach

Henryk Sienkiewicz przebywał w Grecji jesienią 1887 roku. Jego pobyt w Atenach trwał zapewne tylko kilka dni, ale zaowocował wspomnieniami „Wycieczka do Aten”, które zostały opublikowane w 1889 roku w czasopiśmie „Niwa”. Poniższa fotografia przedstawia Ateny z widokiem na Akropol w roku 1890, ale w czasie, gdy dotarł tam Sienkiewicz musiały wyglądać bardzo podobnie (po lewej stronie fotografii widoczne są budynki Syntagmy):

Równina jest wązka. Po lewej ręce, w kierunku zatoki Eleuzyjskiej, widzisz góry Dafni i Poikilon, po prawej miodonośny Himetes i Pentelikon, który dziś jeszcze, jak i dawniej, dostarcza Atenom marmurów. Kraj wydaje się spalony słońcem, pusty, bezpłodny. Pola, wzgórza i skały mają ton popielaty, niezmiernie delikatny — z odcieniem nieco błękitnawym. Jest to barwa, w którą w Grecyi stapiają się wszystkie inne i przeważa ona wszędy — na wyspach, równie jak na lądzie. W pół drogi, lasek oliwny, zdaje się być także przytrzaśnięty mdławym popiołem. Nad tem wszystkiem zwiesza się błękit bez chmurki, nie tak modry, jak we Włoszech, natomiast, jak już wspomniałem, stokroć świetlistszy. Ziemia — niby podarta. Opoka wietrzeje, kruszy się i rozsypuje. Nadaje to całej okolicy pozór ruiny i pustki. Ale dobrze jej z tem. Do twarzy jej ta cisza i zgrzybiałość, te senne laski oliwne i bezpłodne skały. Główna droga idzie do dworca kolei, leżącego na końcu ulicy Hermesa, ale w pobliżu miasta powóz skręca na prawo i wjeżdżamy na bulwar, wysadzany pieprzowemi drzewami. Wówczas na stromej skale dostrzegasz szereg złotawych kolumn, połączonych wyszczerbionemi architrawami. Wszystko to rumiane od jutrzenki, rysujące się z nieopisaną słodyczą i czystością na niebie, niezbyt  wielkie w rozmiarze, wielkie nad wszelką miarę w harmonii, spokojne, poprostu: boskie. Drogman, siedzący na koźle, odwraca się i mówi: — Akropolis! Bliżej góry, na Ceramiku, wznosi się świątynia Tezeusza, stosunkowo najlepiej zachowana ze wszystkich pamiątek starożytnego świata. Potem, co krok, jakieś szczątki: mury pelazgickie, skały Pnyxu, grota Sokratesa i inne, wyglądające spośród skał czarnemi otworami na światło dzienne. Pod samą górą krawędź wiszaru zasłania linie Parthenonu; widzisz natomiast cały bezład ruin Odeonu Heroda i teatru Bachusa. Oko biega z jednego złamu na drugi; wyobraźnia pracuje, pragnąc odtworzyć ubiegłe życie; myśl nie może ogarnąć wszystkiego i mimowoli ograniczasz się do prostego przyjmowania wrażeń. Czujesz tylko, że tu naprawdę warto przyjechać, że tu nie będzie pobieżnego oglądania ruin z „Baedekierem“ w ręku i pragnieniem w duszy, by coprędzej wrócić do hotelu.

Panoptikon

Sir Samuel Bentham, konstruktor jednostek pływających, od roku 1780 zatrudniony przez Katarzynę Wielką do budowy dla Rosji okrętów wojennych, autor wielu nowatorskich wynalazków, w tym statku amfibijnego i barki przegubowej. Jego najsłynniejszym pomysłem był Panoptikon (greckie pan równa się wszystko, optikos to widzieć), projekt budynku fabrycznego, w którym świeżo osadzeni w Petersburgu mużycy mieli wydajniej pracować. Sir Samuel zrobił w Rosji prawdziwą karierę, walczył przeciwko Turkom, dowodził batalionem żołnierzy w operacjach na Syberii, był odpowiedzialnym za fabryki i warsztaty Potiomkina i właśnie wówczas, usiłując rozwiązać problemy związane z nadzorowaniem dużej siły roboczej, opracował zasadę centralnej inspekcji i zaprojektował Panoptikon. W sumie jednak projekt ten nigdy nie doczekał się realizacji, ani w Rosji ani w Anglii. W zapomnienie  jednak nie popadł.

Wydobył go z lamusa i próbował spopularyzować brat Samuela, Jeremy Bentham, filozof, słynny twórca utylitaryzmu, prawnik, ekonomista, reformator prawa i więziennictwa. I właśnie w ostatnim kontekście, reformy systemu penitencjarnego, projekt pojawia się ponownie, tym razem jako wizja więzienia w którym centralna wieża strażnicza umożliwia nieustanną i dyskretną obserwację osadzonych w nim osób. Budynek więzienia – w kształcie pierścienia podzielonego na cele skazańców, z wieżyczką strażniczą w środku – pomyślany był tak, by więźniowie nie mogli odgadnąć, czy i w którą stronę patrzą strażnicy, aby czuli się permanentnie obserwowani. W ten sposób byliby zmuszeni do ciągłej dyscypliny, stając się nijako strażnikami samych siebie. Ekonomiczny aspekt tej koncepcji był także nie bez znaczenia – stosunkowo niewielka liczba strażników mogła kontrolować dużą grupę więźniów. Bentham spędził około szesnastu lat życia na rozwijaniu i dopracowywaniu pomysłów dotyczących Panoptikonu, mając nadzieję, że rząd w końcu zaakceptuje jego plan utworzenia Narodowego Więzienia, a on zostanie mianowany wykonawcą-gubernatorem. Nigdy do tego nie doszło.

Jednak idea panoptikonu nie umarła razem z braćmi Bentham. Odżyła ponownie w naszym wieku i zyskała swoją absolutnie doskonałą formę. W dzisiejszym świecie panoptikum nie posiada murów, nie potrzebuje strażniczej wieży, obywa się bez skomplikowanych systemów żaluzji i weneckich luster. Panoptikum jest obecnie wszechogarniającym systemem kamer monitoringu, algorytmów, urządzeń mobilnych, kart lojalnościowych i milionami profili w mediach społecznościowych. Żyjemy w świecie „cyfrowego panoptykonu” – sieci nadzoru, która nie podlega żadnym fizycznym ograniczeniom, która działa globalnie, nieprzerwanie i bezbłędnie przez okrągłą dobę, dzień po dniu, przez całe nasze życie, już od momentu, gdy zostaniemy w niej zarejestrowani i do chwili naszego zgonu. Byung-Chul Han, pochodzący z Korei Południowej filozof i kulturoznawca uważa, że współczesny panoptikon spowodował, iż każdy z nas stał się jednocześnie obserwatorem i obserwowanym, strażnikiem i więźniem. Granica zatarła się, nie ma już podziału na to, co wewnątrz i na zewnątrz, żyjemy pod ciągłym nadzorem i tracimy wolność nie tylko za murami więzienia. Co więcej, obecnie my sami z własnej woli, niczym nie przymuszeni, z entuzjazmem podłączamy się do wciąż pęczniejącej sieci inwigilacji i kontroli, prosimy o takie podłączenia i ich więcej ich posiadamy tym bardziej jesteśmy z tego dumni.

Jose Lezama Lima pisał w „Wazach orfickich” o tym, że „przeróżne ciągi przyczynowe, łączone więzami ukrytymi, podskórnymi, mogą się zbliżać do siebie powodowane żądzą dotarcia do jednego celu”. Strumienie metafor nigdy nie wysychają, bo to „co zbieżne jest w marszu, zbiega się potem we wspólnym celu”: Samuel Bentham, panoptikum, projekt budynku fabrycznego, jego brat Jeremy Bentham, filozof, reformator więziennictwa, projekt więzienia, globalna sieć elektroniczna, Wide Area Network, raz wypuszczona strzała zawsze zmierza do celu, jakikolwiek on jest, a wszystko, co wyśnimy, prędzej czy później zaczyna żyć swoim własnym życiem i zdąża na spotkanie celów, które zawsze wykraczają poza nasze sny, jak pisałem kiedyś we wpisie Taoiści i proch.

Naturalny porządek rzeczy

Douglas Adams, pisarz s-f, zaproponował trzy reguły dotyczące naszych interakcji z technologią. Pierwsza głosi, że wszystko, co istnieje w świecie w chwili twoich narodzin, jest normalne i zwyczajne, stanowi naturalny element sposobu funkcjonowania świata. Druga, że wszystko, co zostało wynalezione w okresie w którym masz od 15 do 35 lat, jest ekscytujące i rewolucyjne, a ty dzięki temu możesz zrobić karierę. Trzecia, że wszystko, co zostaje wynalezione po ukończeniu przez ciebie 35 lat, sprzeciwia się naturalnemu porządkowi rzeczy.

Siedzę przy biurku, którego wysokość mogę swobodnie regulować, piszę na komputerze z działającą w tle przeglądarką internetową, połączoną z siecią wi-fi, w pobliżu mam drukarkę HP, która także działa w połączeniu z siecią internetową. Mógłbym jeszcze opowiedzieć o moim telefonie typu iPhone, który jest rodzajem uniwersalnej centrali łączącej mnie nie tylko z innymi ludźmi, bankami i  encyklopediami, ale i z wszelkiego typu instytucjami, których istnienia chwilami nawet nie domyślam się. I to wszystko zostało wynalezione po tym, jak ukończyłem 35 rok mego życia. A więc żyję otoczony rzeczami, które sprzeciwiają się naturalnemu porządkowi rzeczy. I żyję. Czy to nie dziwne?

Ciąża dzięcieliny białej

Wczoraj w Parlamencie Europejskim tzw. europosłowie poddali pod głosowanie poprawkę stwierdzającą, że tylko biologiczna kobieta może zajść w ciążę. 233 eurodeputowanych opowiedziało się przeciwko, 200 było za, a 107 dyskretnie wstrzymało się od głosu. Nie jest to ani fake ani żart prima aprilisowy – do kwietnia jeszcze daleko. Ponad połowa europosłów nie odważyła się potwierdzić biologicznego faktu, którego najlepszym dowodem jest ich własne istnienie. Ciąża kobiet nie jest ideologią. Ciąża kobiet nie jest propagandą. Ciąża kobiet nie jest doktryną. Ciąża kobiet nie jest koncepcją. Ciąża kobiet jest faktem. Większość europosłów przyszła jednak na świat przez zapłodnienie dzięcieliny białej albo przez sztuczną inseminację ich ojców.

Proponuję głosowanie na temat czy Ziemia krąży wokół Słońca. Jak myślicie, ile europosłów będzie przeciw?

Kobieta Jesse Strang

Dzisiejsza informacja prasowa o tym, że pewna młoda kobieta wdarła się do szkoły średniej w Tumbler Ridge w Kandzie i zastrzeliła kilka osób, w tym uczniów, natychmiast wydała mi się, jeśli nie podejrzana, to co najmniej dziwna. Masowe morderstwa nie są „specjalnością” kobiet i zdarzają się szalenie rzadko (nie potrafię wymienić niczego takiego poza przypadkiem Aileen Wuornos). Kobiety z reguły nie dokonują tego typu egzekucji, a w tej sytuacji najwyraźniej to egzekucja miała miejsce.

Chwila dalszego szukania w Internecie potwierdziła moje domysły. Informacja była błędna i świadomie przekłamana. Zabójcą okazał się Jesse Strang, transpłciowy mężczyzna, który proces tranzycji rozpoczął dopiero kilka lat temu, ale przedstawiany jest przez liberalne media, a nawet policyjne meldunki, jako „kobieta”. To on zastrzelił 9 osób, 25 ranił, a sam popełnił samobójstwo strzelając sobie w głowę.

Jednym z najbardziej podstępnych i destrukcyjnych procesów cywilizacyjnych naszego wieku jest cenzura korygująca, skrajnie obłudna i amoralna, a coraz powszechniej uprawiana przez „nowy wspaniały świat” lansujący totalny permisywizm. Ta cenzura nie zakazuje. W miejsce zakazów oferuje przyjemność, stabilność i brak stresu. Jej skutkiem, wyraźnie widocznym już w naszej psychice, jest lawinowo postępujący zanik zdolności rozpoznawania sprzeczności. Coraz częściej nie tylko bez problemów połykamy, ale coraz bardziej ochoczo akceptujemy wszystkie logicznie wykluczające się stwierdzenia, przez moment nawet nie odbierając ich jako problemu poznawczego czy moralnego. W świecie zdominowanym przez obraz, skrót i emocję łatwo traci się zdolność myślenia sekwencyjnego, łatwo przestaje się łączyć przyczyny i skutki oraz – co gorsza – zatraca się wrażliwość na sprzeczności, nawet gdy są ewidentne i uderzające. Jesse Strang nie był kobietą. Był mężczyzną, biednym i zagubionym frustratem, któremu zamiast tranzycji płciowej społeczeństwo powinno było zaproponować stosowną kurację psychiatryczną, bo być może wówczas zdołanoby zapobiec tej tragedii.

Nacja bez narodu

Są Grecy, ale nie ma narodu, napisał Lamartine w „Podróży na Wschód” i chyba nikt i nigdy nie wyraził tego równie trafnie.

Aleksander Wielki po bitwie pod Granikiem rozkazał stracić około 2 tys. greckich najemników walczących po stronie Persji, uznając ich za zdrajców. Zapewne nie rozumieli o co mu chodzi.

Mickiewicz a sprawa polska

Adam Mickiewicz urodził się w Nowogródku, na terenach należących do Rzeczpospolitej, mieszkał w Wilnie i Kownie, a w centralnej Polsce był tylko raz w życiu, najpierw w Poznaniu, goszcząc w ówczesnym Hotelu Berlińskim (u zbiegu al. Marcinkowskiego i ul. 23 Lutego), potem w okolicach Kopaszewa i Choryni. Pod koniec pobytu dotarł do Śmiełowa, w pobliżu granicy między zaborami.

Nazywał siebie Litwinem i uważał się za Litwina, a za ojczyznę uznawał Litwę. Inwokacja nie zaczyna się od słów „Polsko, ojczyzno moja”, lecz od słów „Litwo, ojczyzno moja”. Jeszcze w szkole podstawowej, choć prymus z języka polskiego, zostałem ukarany obniżeniem stopnia z tego przedmiotu do trójki za odpowiedź na pytanie, dlaczego Mickiewicz pisze o Litwie jako o swojej ojczyźnie. Odpowiedziałem, że czuł się Litwinem, który pisał po polsku. Odpowiedź, choć może nie całkiem błędna, okazała się politycznie niepoprawna. Mickiewicz pisał po polsku, zasady litewskiego usystematyzowane będą dopiero w XX wieku, a ostateczna wersja, obecnie obowiązująca, powstaje po odzyskaniu przez Litwę niepodległości, czyli w 1990 roku. Czy Litwa Adama Mickiewicza i obecna Litwa to ta sama Litwa? Nie. Nie ma już Litwy Adama Mickiewicza – ten sam los podzieliły potem miliony innych Polaków dla których ojczyzną była Litwa. Nie próbujcie tego nikomu tłumaczyć.

Epitafium dla tanga

Widziałem tango w wykonaniu pary młodych mężczyzn. Była w tym tańcu proporcja, miara i dynamika, ale nie było w tym tanga. Tango w wykonaniu dwóch mężczyzn przypomina to, co w językoznawstwie określa się słowem pleonazm, to masło maślane. Tango bowiem to coś nieporównywalnie więcej niż tylko myśl, którą się tańczy. Tango to spotkanie dwóch różnych płci, dwóch odmiennych światów, dwóch obcych kosmosów, to spotkanie in i jang, dnia i nocy, ciepła i chłodu, bieli i czerni, które – godząc sprzeczności, ale nigdy ich nie zacierając – pragną uwięzić ogień i wodę w jednym geście. I musi to być miłosny gest. Tango to próba pochwycenia cienia, tragiczna opowieść o nieosiągalnym. Tango jest tragiczne, tak jak i życie jest tragiczne. I tak samo jak życie składa się z przeciwieństw.  

W tangu zawsze prowadzi tylko jedna osoba. Tango wymaga więc, by bezgranicznie zaufać i podporządkować się partnerowi. Mężczyzna – silny, wyprostowany, pewny siebie – inicjuje gest, otwierając przed kobietą przestrzeń, którą ona dopełnia i przyozdabia. I nie potrzebuje ona otwierać oczu, bowiem jej ciało bezbłędnie słyszy, dokąd zdążają. Tango zachwyca nie tylko pięknem i harmonią, ale i jawną, prowokującą zmysłowością, tą nieodpartą, pierwotną siłą, której nie mogą oprzeć się tańczący i która więzi i zachwyca widzów. Maria Nieves Rego, jedna z najsłynniejszych tancerek tanga, powiedziała kiedyś, że w tangu do mężczyzny należy myślenie o każdym kroku, a ona może – pewna siebie i swobodna – „roztopić się w zmysłach i marzeniu.” Tancerze tanga to kochankowie, którzy pochodzą z różnych światów.

Tango w wykonaniu dwóch mężczyzn może być tańcem, ale nigdy nie uzyska żarliwości i siły, które rodzi jedynie niestała jedność przeciwieństw.

Angielska wersja baśni o Popielu

G. Network to nazwa dostawcy szybkiego internetu światłowodowego, który działał głównie w Londynie, oferując usługi dla domów i firm z prędkościami sięgającymi 10 Gbps. Kilka tygodni temu firma ogłosiła upadłość, a przyczyna upadłości ucieszy zapewne wszystkich entuzjastów ekologii. Potwierdziło się bowiem raz jeszcze, że ekologiczne produkty są szalenie atrakcyjne i smaczne – firma G. Network używała kabli biodegradowalnych z ekologiczną osłoną z soi i kukurydzy, co tak nieodparcie przypadło do gustu londyńskim szczurom, że pożerały je masowo, totalnie niszcząc całą sieć. Ekologiczny produkt stał się ich ulubionym przysmakiem, czymś w rodzaju gryzonich sushi, a ponieważ większość tych łakoci leży pod ulicami, a nie pod chodnikami, więc jakakolwiek interwencja wymagałaby zamykania ruchu w całym mieście. Perfekcyjna robota. Szach i mat.

Najwyraźniej, mimo tak licznej reprezentacji Polaków w Londynie, nikt tam nigdy nie słyszał o przypadku Popiela z Kruszwicy, którego nie uratowała nawet ucieczka do baszty na jeziorze Gopło. Myszy przepłynęły tę polską Tamizę, przegryzły grube mury i pożarły durnego władcę. Morał? Bez morału, ale drobna przestroga: podobno apetyt rośnie w miarę (ekologicznego!) jedzenia. 

Germańska tuba

Onet, portal  internetowy, niegdyś polski, założony w 1996 roku, dzisiaj należy do grupy Ringier Axel Springer Polska. Kim był Axel Springer? Urodzony w Hamburgu, w okresie hitlerowskim współodpowiedzialny za propagandę antyżydowską, zwolniony ze służby wojskowej, był członkiem Narodowosocjalistycznego Korpusu Motorowego, przybudówki NSDAP. I właśnie Grupa Ringier Axel Springer Polska jest od 2012 jedynym właścicielem Onetu. Portal pod przewodnictwem Bartosza Węglarczyka aż nadto chętnie i często drukuje łzawe wspomnienia ofiar „pokrzywdzonych przez los i historię”. W dzisiejszym wydaniu znajduję „wstrząsające” relacje nijakiej Caroli Stern z alianckich nalotów na Świnoujście, wtedy niemieckie, 12 marca 1945 roku.

Carola Stern wspomina: „Wszyscy padliśmy na ziemię, nakrywając głowy rękami. Staraliśmy się czołgając znaleźć kryjówkę. Udało mi się dotrzeć do pralni, gdzie byli już inni ludzie. Potężne grzmoty, huk wybuchów i trzęsące się ściany. Zgasły światła. Panował świst i brzęczenie, niesamowity hałas. Po kilku chwilach zapadła cisza, a następnie nastąpiła druga fala ataku”.

Wyszłam na ulicę, ale miasto zniknęło. Najbardziej ucierpiały port i ogrody uzdrowiska. W parku kratery po bombach wypełniały urwane głowy i kończyny żołnierzy, kobiet oraz dzieci. Pamiętam, że biegnąc przez to gruzowisko, śmiałam się jak szalona. Czułam, że tracę rozum. W końcu kobiety zajęły się dziećmi wałęsającymi się bez celu, inni próbowali sporządzić listę zabitych. Czuliśmy, że w niecałe dwie godziny bomby — których ilość wypełniłaby kilka pociągów towarowych — wymazały znaczną część naszej młodości.”

A więc to nie Hitler i wywołana przez niego wojna, nie germański drapieżny imperializm, nie niemieckie nienasycenie, nie niemiecka pogarda dla innych ludzi, ale alianckie bomby wymazały znaczną część jej młodości. Biedna, skrzywdzona Niemka. Dlaczego musiało ją to spotkać? Niemcy przecież nikogo nie bombardowali, nikogo nie ostrzeliwali, nikogo nie mordowali, nikomu nie uczynili żadnej krzywdy, nigdy i nikomu nie „wymazali” ani jednego dnia z jego życia, a tym bardziej młodości. I ten nieprzyzwoity lament Niemki teraz, gdy wiemy, że łączna liczba ofiar niemieckich zbrodni jest tak wielka, że zgoła niemożliwa do precyzyjnego oszacowania, jak twierdzą wszystkie – poza niemieckimi – historycznymi źródłami. Hipokryzja, zakłamanie i obłuda nie opuszczą Niemców nigdy.

Zauważcie, że tę tchórzliwą progermańską propagandę sączy w nasze umysły germański portal, legalnie działający w Polsce i prowadzony przez polsko-żydowskiego dziennikarza. Czy to nie dziwne, że nikt, absolutnie nikt ani słowem nie wspomniał dotychczas o bojkocie ONET-u, tej germańskiej tuby?

Wydawnictwa polskie

Niedawno ukończyłem moją nową powieść i postanowiłem wydać ją w Polsce. Od wielu lat mieszkam za granicą i polski rynek wydawniczy jest dla mnie wielką niewiadomą. Z dawnych wydawnictw, w których publikowałem lub miałem jakieś kontakty, pozostały tylko nieliczne, namnożyło się sporo nowych, ale o nich wiem żałośnie mało. Postanowiłem więc uzupełnić moją wiedzę w tej kwestii uważnie przeglądając ich witryny internetowe.

Przyznaję, że czekała mnie spora niespodzianka. Mam na myśli żądania polskich wydawnictw pod adresem pisarzy, żądania wielokrotnie co najmniej zaskakujące, a w wielu wypadkach prawie irracjonalne. Co prawda, tymczasem jeszcze nie wymaga się od pisarza, aby wraz z powieścią dostarczył również zaświadczenie o niekaralności, kopię dokumentu tożsamości, świadectwo zdrowia czy metrykę urodzenia, ale wydaje się, że bardzo już do tego blisko. Przyjrzyjmy się temu dokładniej.

Po pierwsze wydawnictwa domagają się noty biograficznej twórcy. Nie jest to może bardzo zaskakujące, bo w końcu wszyscy chcielibyśmy wiedzieć z kim będziemy mieli do czynienia, aczkolwiek w tej sytuacji nie chodzi przecież o kontakty osobiste, bowiem jedynym kontaktem osobistym powinna tu być znajomość wydawcy z książką. Ponadto, jak wiadomo, nie istnieje żaden bezpośredni – czy choćby pośredni – związek między czyimś curriculum vitae, a jego twórczością. Ale jeżeli nawet założyć, że istnieje, to zapewne jest to wartość o charakterze tak mistycznym, że w żadnej nocie z całą pewnością nie zdoła się objawić. Pytanie więc, czego właściwie pragnie dowiedzieć się wydawca i do czego ma mu to służyć?

Kolejne żądanie dotyczy załączenia wykazu dotychczasowych publikacji z podaniem nazw wydawnictw. Brzmi to może nieco dziwnie, ale zawarte w nim intencje wydają się być dość łatwe do rozszyfrowania. Jeżeli ktoś drukował powiedzmy u Gallimarda, to jest to już powód, by uważniej przyjrzeć się jego produkcji. W ten prosty sposób wydawca, bez zaglądania do nadesłanej książki, może dokonać wstępnej selekcji i uwolnić się od przykrego obowiązku zapoznawania się z jej zawartością. W całej złowieszczej pełni objawia się tu priciple of least effort, czyli słynna zasada najmniejszego wysiłku zakładająca, że ludzie dążą do osiągnięcia celów przy absolutnie minimalnym nakładzie energii. Ta energooszczędna taktyka ma jednak, niestety, swoje wyjątkowo negatywne strony, a w tej konkretnej sytuacji, a więc gdy mamy do czynienia z twórczością, w wielu wypadkach tragiczne. Jej stosowanie niemal zawsze grzęźnie między młotem tzw. błędów potwierdzenia, a kowadłem heurystyki dostępności, co znaczy, że prowadzi do wniosków szalenie uproszczonych, zwykle nie mających wiele wspólnego z rzeczywistością.  

Zdecydowanie mniej zrozumiałe jest kolejne wymaganie. Mam na myśli zalecenie, aby pisarz dołączył przekonywującą argumentację dlaczego nadesłana przez niego książka jest warta opublikowania oraz poinformował wydawcę, jaki gatunek literacki ona reprezentuje. Innymi słowy, wydawca daje nam jasno do zrozumienia, że na czytanie nadesłanej książki nie ma i nie będzie miał ani czasu ani ochoty, ale jeżeli argumentacja będzie intrygująca ewentualnie zada sobie trud, by do niej łaskawie zajrzeć. W tym punkcie jest spora doza dramatyzmu, bowiem wydawca wyraża w ten sposób swoją żenującą niekompetencję i bezradność, niekompetencję w zakresie oceny książki i bezradność w „szalonym” gąszczu literackich gatunków.

Jako aneks do tego żądania pojawia się też prośba o wskazanie docelowej grupy czytelników dla nadesłanej książki. I to jest już prośba wysoce bezczelna, niemal chamska. Jest to aż nadto czytelny przejaw niechęci, by poważnie zajmować się wydawaniem czyichś bazgrołów, czy tym bardziej – zwyczajem dawnych, rzetelnych wydawców – współtworzyć fenomen powszechnie określany mianem powieści. Żądanie to ukazuje wydawcę jako kompletnego ignoranta, który co wyżej może sprzedawać ołówki, ale na pewno nie książki.

Jednak szczyty wydawniczych żądań bez wątpienia bije warunek, by dołączyć też streszczenie nadesłanej książki. Brzmi to wręcz nieprawdopodobnie, jest jednak wymogiem powszechnym na internetowych stronach polskich wydawnictw. Zastanówmy się przez moment, o co tu właściwie chodzi. Sądzę, że wydawca sugeruje w ten sposób, że nie tylko nie będzie nadesłanej książki czytał, ale nawet jeżeli przeczyta, to i tak nie zrozumie, o co w niej chodzi i najlepiej, by od razu wyłożyć mu tzw. kawę na ławę, a wtedy on zdecyduje czy opłaca mu się tracić na to czas. Podejrzewam, że proste pytanie o to, ile czasu potrzeba, aby zorientować się, czy nadesłana książka jest dobra, znakomita czy po prostu grafomańska, będzie w tym miejscu jak najbardziej stosowne. Wyjaśniam jednocześnie, że mnie osobiście, po przekartkowaniu paru stron, zajęłoby to co wyżej kilka minut. Mniej więcej tyle czasu potrzebuję, gdy na przykład w księgarni przeglądam nowości. Dobrą książkę rozpoznaje się w oka mgnieniu, jej język, styl, sposób widzenia świata, Borgesa nie można pomylić z kimś innym, dokładnie tak samo jak w malarstwie nie można pomylić z kimś innym Boscha czy van Gogha. Dobre pisarstwo posiada swój własny, charakterystyczny kod, łatwo rozpoznawalny dla wszystkich wtajemniczonych, a któż, jeżeli nie wydawca powinien go znać i wychwytywać z taką samą wprawą jak somellier, który po smaku i zapachu rozpoznaje wartość wina.

Polskiemu wydawcy nie wystarcza książka. Chce też jej streszczenia. Zasadniczymi cechami każdego streszczenia są jak wiadomo obiektywizm, czyli brak własnych opinii i interpretacji autora, zwięzłość, koncentracja na podstawowych wątkach, chronologia, prezentacja jedynie ewentualnego ciągu wydarzeń oraz informacyjność, której głównym sensem jest uwolnienie czytelnika od obowiązku zapoznawania się z oryginałem. Czy jest więc możliwe, aby pisarz mógł dokonać rzetelnego streszczenia swego własnego dzieła? Nie. Chciałoby się powiedzieć, że jest to fizycznie niemożliwe. Nie wspominając już o tym, że najwybitniejszych pozycji po prostu streścić się nie da i wszystkie tego typu próby kończą się czymś w rodzaju literackiego holokaustu. Spróbujmy tylko streścić Finnegans Wake lub Ulissesa Joyce’a, Człowieka bez właściwości Musila, Raj Lezama Limy, Auto da fè Canettiego, by wymienić tylko kilka. Do jakiego stopnia jakiekolwiek, choćby najbardziej wyczerpujące streszczenie, oddawałoby wielkość tych powieści bez istnienia których literatura nigdy nie byłaby tym, czym stała się dzięki nim? Geoffrey Faber, szef słynnego wydawnictwa Faber & Faber, z całą pewnością nie żądał od Joyce`a streszczenia Finnegans Wake. Nie przyszłoby mu to do głowy. Na pytanie dlaczego nie przyszłoby mu to do głowy jest tylko jedna odpowiedź – bo Geoffrey Faber był wydawcą.

Polski wydawca żąda natomiast curriculum vita, wykazów publikacji, recenzji swojej własnej książki, określenia jej gatunku, wskazania ewentualnej grupy czytelniczej, ba, żąda nawet streszczenia, ze swojej strony oferując co wyżej … usługi korektorskie. Niekiedy bardziej niż kiepskiej jakości, zresztą. Wydawca proponuje więc tym samym, aby pisarz przejął wszystkie lub niemal wszystkie z obowiązków, które nie tylko nominalnie, ale i formalnie przynależą do jego obowiązków. Daleki jestem od tego, by pouczać wydawców o obowiązkach wynikających z ich profesji, ale czy to nie oni powinni – pochylając się nad nadesłaną książką – orzec, jaka jest jej rzeczywista wartość, orzec, czy jest ona prawdziwym dziełem, rzetelną i solidną pracą czy jedynie popisem grafomaństwa? „Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma”, śpiewała kiedyś Maryla Rodowicz. Tylko koni żal. Trawestując tę frazę można chyba powiedzieć, że w Polsce nie ma już dziś prawdziwych wydawców. Tylko pisarzy żal. 

Pożegnanie z mięsem

Naukowcy z Poczdamskiego Instytutu Badań nad Klimatem obliczyli, że produkcja żywności to 1/3 globalnych emisji i drugi najbardziej emisyjny sektor po paliwach. Wzywają więc do rezygnacji ze spożywania mięsa. Aby tym skuteczniej zachęcić nas do tego kroku, proponują obłożenie mięsa i produktów mięsnych bardzo wysokimi podatkami, najlepiej tak wysokimi, by na zakup mięsa stać było jedynie milionerów. Najbardziej spodobał mi się rezultat ich statystycznych obliczeń z którego wynika, że zjedzenie 100g wołowiny generuje tyle CO2, złowieszczego dwutlenku węgla, którym straszy się dzieci i ciocie, co przejechanie 80 km samochodem. Przyznaję, dokładność z wszech miar godna podziwu, chociaż podejrzewam, że osiągnięto to starą i wypróbowaną metodą, która głosi, że wystarczy jakieś dane torturować dostatecznie długo, by wyśpiewały nam wszystko, co chcemy usłyszeć. Dzielni chłopcy z tego germańskiego Instytutu Badań nad Klimatem udowodnili w każdym bądź razie, że technika ta nie jest im obca. We końcowym wniosku żądają, by 90% ludności świata, najpóźniej do roku 2050, pożegnała się z mięsem, a zwłaszcza tą straszliwą, diabelską i przestępczą wołowiną, która zatruwa i niszczy nasz glob bardziej niż wszystkie bomby Putina. Ciekawe zresztą dla kogo przewidzieli te pozostałe 10% i kto według nich nawet po roku 2050 będzie mógł rozkoszować się boską delikatnością Filet Mignon.

Nasze dni są policzone: przez statystyków – jak mawiał Stanisław Jerzy Lec. Cieszmy się więc mięsem zanim zostaniemy zmuszeni do przejścia na paszę.

Dramat

99 procent z tych spraw, którymi zamartwiamy się, nie wydarzają się nigdy. A pozostały jeden procent, czyli to, co się jednak wydarza, ma zwykle całkiem inny przebieg niż ten, który przewidywaliśmy. I nawet nie w połowie tak dramatyczny. Ale my kochamy dramat, kochamy uczucia, te zjawiska atmosferyczne naszej psychiki. Bez dramatu czulibyśmy się niespełnieni i żałośnie ubodzy. Dramat nadaje sens nawet najnędzniejszej egzystencji. Zapewne dlatego, gdy brakuje dramatu w naszym życiu, wymyślamy go sami.

Fryderyk Złowrogi w Kostrzyniu

Polskie władze (czy istotnie polskie?) Kostrzyna nad Odrą, czyli burmistrz Andrzej Kunt i dyrektor Muzeum Twierdzy Kostrzyń Ryszard Skałba, postanowili uczcić 314 rocznicę urodzin króla Prus Fryderyka II Wielkiego – a więc świętują pamięć osobnika, który z pogardą określał Polaków mianem „Irokezów” Europy, był głównym architektem I rozbioru Polski, złodziejem naszych dóbr narodowych i nieprzejednanym wrogiem polskości. Aby stosownie uhonorować tę pruską kreaturę zaszczycili go mianem „Jego Wysokości” i uroczystymi salwami artyleryjskimi.

Czy ktoś poinformował władców Kostrzynia, że mają jeszcze dwie ważne dla Polski i Polaków okazje do hucznych obchodów? Mianowicie, 1 kwietnia przypada 211 rocznica urodzin Bismarcka, a zaraz potem, bo 20 kwietnia 137 rocznica urodzin Hitlera? Zostało już mało czasu, zachodzi obawa, że mogą nie zdążyć.

Memento

Pojawiły się interesujące wyniki badań dotyczących wpływu wojny na Ukrainie na populację dziko żyjących psów. Okazało się, że konflikt zbrojny działa jak bezlitosny mechanizm doboru naturalnego. Warunki wojenne powodują, że zwierzęta zmuszone są do brutalnej walki o byt, a to niesie za sobą szereg charakterystycznych zmian. Psy o krótkich łapach, które nie są w stanie sprawnie przemieszczać się w trudnym terenie, znikły z terenów frontu; ten sam los spotkał psy z płaskimi nosami, co jest konsekwencją ich mniejszej wydolności oddechowej; nie spotyka się też psów z cechami typowymi dla ras ozdobnych. Populacja przyfrontowych psów upodobniła się do dzikich psowatych, słabsze gatunki wyginęły i na terenach działań wojennych obserwuje się niemal wyłącznie psy zdrowe, chociaż w większości mocno niedożywione.

Nagrania pokazały także, że istnieją grupy psów, które nauczyły się egzystować w stadach, które razem polują i żywią się padliną, by przetrwać. Potwierdziły się też wcześniejsze doniesienia o psach zjadających ciała poległych żołnierzy, których zwłoki nie są zabierane z pola walki. Zjawisko jest dość makabryczne, ale nie jest zaskakujące – psy, podobnie jak wilki, są fizjologicznie przystosowane do żywienia się martwymi zwierzętami i mogą również żywić się martwymi ludźmi, gdy brakuje innego pokarmu.

Wystarczyły 4 lata działań wojennych, by włączył się mechanizm doboru naturalnego, który bezwzględnie premiuje cechy przetrwania. To ważne memento, bowiem mechanizm ten dotyczy także i nas, ludzi.

Syndrom berserków

Właściwie wiemy o tym od dawna, może nawet od zawsze, ale obecnie uzyskaliśmy naukowe dowody na to, że nasz mózg nie jest żadną racjonalną maszyną. Ostatnie badania przy użyciu rezonansu magnetycznego potwierdziły, że w stanie tzw. zakochania nasza kora czołowa – odpowiedzialna między innymi za logiczne myślenie i ocenianie innych – jest kompletnie nieaktywna, śpi, strajkuje, wyjeżdża na urlop, uprawia zenistyczną medytację i nie życzy sobie, by jej przeszkadzać. Potwierdza się więc mocno już wyświechtane powiedzenie, że miłość jest ślepa, ślepa niczym kret, a może nawet bardziej, bo kret odróżnia jednak światło od ciemności. W każdym bądź razie wobec tych, których obdarzamy uczuciami, jesteśmy zdecydowanie mniej surowi i krytyczni. Badania potwierdziły również, że stan zakochania deaktywuje, a nawet całkowicie wyłącza te obszary w mózgu, które odpowiadają za kontrolę emocji negatywnych, choćby takich jak strach, co powoduje, że zakochani potrafią być odważni do szaleństwa. W stanie zakochania przypominamy więc dawnych skandynawskich berserków: idealne bezmózgowie wspomagane szaleńczą odwagą. Jak nam udaje się to przeżyć?! A przynajmniej niektórym z nas.

Moja Grecja

Antyczne greckie miasta z ich ogołoconymi świątyniami i sanktuariami. Ambrakia. Po jej zdobyciu Rzymianie wywieźli 285 posągów z brązu i 230 marmurowych. Po pokonaniu Perseusza, króla Macedonii, Emiliusz Paulus zdobył tyle dzieł sztuki, że jego wjazd triumfalny w Rzymie trwał przez cały dzień. Jeszcze więcej zrabował Lucjusz Mummiusz w Koryncie, zrównując miasto z ziemią, a do Rzymu wywożąc setki posągów i obrazów. Wellejusz Paterkulus, autor „Historii rzymskiej”, zamieszcza w swoim dziele złośliwą anegdotę o Mummiuszu: „Mummiusz natomiast był tak nieokrzesanym prostakiem, że gdy po zdobyciu Koryntu ogłosił przetarg na przewóz do Italii posagów i obrazów wykonanych rękoma najwybitniejszych mistrzów kazał zapowiedzieć kontrahentom, że w wypadku zniszczenia dzieł będą zmuszeni na ich miejsce zwrócić nowe”.

Grecja to najbardziej i najczęściej ograbiane muzeum świata. Persowie, Rzymianie, Goci, Hunowie, Alamanowie, Frankowie, Alamanowie, Wandale, Herulowie, chrześcijanie, którzy niszczyli wszystko, co antyczne i następnie Turcy, którzy nie ustępowali im w nienawiści do wszystkiego, co greckie. Na początku XIX wieku Ateny były miastem ruin z kilkoma domami u stóp równie zrujnowanego Akropolu i nie liczyły więcej niż kilkuset mieszkańców, brudnych i wygłodzonych, którzy w niczym nie przypominali dumnych Greków z epoki Peryklesa.

Z Grecji nie ostało się nic, co można zwiedzać czy podziwiać – Akropol jest zabytkiem w takim samym sensie jak warszawska Starówka i mniej więcej równie „starym”. Tym, czego Grecji nikt nigdy nie zdołał ukraść jest tylko jej sceneria, bajeczny pejzaż wyśniony niegdyś przez bogów.

A jednak zawsze wybieram tę ograbioną Grecję. Wiem, to irracjonalne.